Temat: telewizja

Wydanie: PRESS 03/2017

Szaranowicz uważa, że młodych do transmisji niezmiennie będzie przywoływać krzyk komentatora

(fot. Rafał Masłow)

Rozmowa pochodzi z magazynu "Press", wydanie 3/2017.

Jest przekonany, że młodzi kibice oczekują od telewizji tego samego, co starsi - emocji i zbiorowej radości. Uważa więc, że młodych do transmisji telewizyjnych niezmiennie będzie przywoływać krzyk komentatora. Z Włodzimierzem Szaranowiczem rozmawia Grzegorz Kopacz.

* * *

W żyłach Vladimira Saranovica płynie gorąca krew wojowników Czarnogóry, czy to tylko legenda?

Moi przodkowie faktycznie byli chorążymi i w bojach bronili chorągwi. Stąd moje nazwisko od „sareni”, czyli poraniony. Duszę wojownika na pewno odziedziczyłem.

W jednym z wywiadów mówił Pan, że już w dzieciństwie musiał walczyć pięściami o uznanie na warszawskim Muranowie.

Raczej mój brat, ale w tamtych czasach takie dzielnicowe wyprawy, które dziś można byłoby uznać za ustawki, były czymś normalnym.

Z taką przeszłością toleruje Pan dzisiejsze ustawki kiboli?

Absolutnie nie. Wtedy były inne czasy. Obowiązywał kodeks honorowy.

Wielu przypłaca sport zdrowiem. Pan jest najlepszym tego przykładem.

Szczególnie mój pierwszy wypadek był wynikiem fanfaronady. Jazda na nartach na obozie sportowym o mało nie skończyła się amputacją nogi.

Uratował ją Pan tylko dzięki zbiegowi okoliczności.

Tak. Dostałem podwójną morfinę i po niej odmówiłem pierwszej operacji, która miała być amputacją. Następne moje urazy też wynikały z szarży, bo w moim wieku nie puszcza się kierownicy roweru w burzy przy silnych podmuchach wiatru. To musiało się źle skończyć. Ale to dowód, że sport był dla mnie nie tylko podnietą w sensie komentowania, ale też uprawiania. Na obozach sportowych po zakończeniu treningu często kończyło się na jakichś głupich pomysłach dla adrenaliny. Mnie długo udawało się wychodzić z tego cało. Do czasu. Jednak, jak mówią, nie ma ryzyka, nie ma zabawy.

Jeździ Pan do rodzinnych stron ojca w Czarnogórze?

Byłem w ubiegłym roku na weselu, na które zjechała się cała nasza rodzina. Pojechaliśmy tam z moimi dziećmi i wnukami, przyjechał mój brat ze Stanów Zjednoczonych ze swoją rodziną. To było fantastyczne spotkanie.

Miał Pan w Polsce jakieś problemy z powodu swojego pochodzenia?

Absolutnie nigdy. Mimo że mama wołała mnie na warszawskim podwórku po serbsku. Po raz pierwszy do Jugosławii pojechałem w wieku 21 lat, a więc późno.

Wojna na Bałkanach musiała być dla Pana traumą.

Przeżywałem to z pretensją do świata. Igrzyska w Sarajewie w 1984 roku miały pokazać, że uda się sklecić różne nacje i religie. Pokazały, że jest to niemożliwe.

Rok po tych igrzyskach wyjechał Pan do Ameryki.

Wtedy zastanawiałem się, czy nie zostawić telewizji, do tego zrobiło się wokół mnie gęsto na Woronicza. Wyjechałem do brata. Zresztą moje pierwsze relacje z NBA to były opowieści o Ameryce, jaką poznałem w 1985 roku. Brat zatankował mi bak datsuna 200SX do pełna, a ja włączyłem na pełny regulator muzykę country, otworzyłem dach i pojechałem prosto przed siebie. Poczułem, co to znaczy wolność. Wróciłem do Polski z zeszytem pełnym spostrzeżeń z amerykańskiej telewizji. Ameryka przekonała mnie, że to ja będę górą. Udało mi się przekonać szefa do zmian w „Sportowej niedzieli”, aby program był dynamiczniejszy i bardziej autorski.

Ale o tym, że zwiąże Pan swoje życie ze sportem, zdecydował bieg Zdzisława Krzyszkowiaka na igrzyskach w Rzymie w 1960 roku.

Jednak wtedy chciałem zostać olimpijczykiem, a nie sprawozdawcą. Drugi taki moment przeżyłem za sprawą warszawskiej Polonii, gdzie mając 11 lat, poznałem 14-letnią Irenę Szewińską, wtedy Kirszenstein. Gdy cztery lata później zdobywała złote medale, to czułem, jakbym miał w tym udział, bo przecież widziałem, jak trenowała.

Zdecydował się Pan jednak zostać dziennikarzem, a nie biegaczem?

Dziennikarstwem zainteresowałem się na studiach. Dołączyłem do pisma „Miniatury”, którego naczelnym był Wojtek Zieliński. W redakcji byli Janusz Świerczyński, Sylwek Grzeszczak. Zacząłem prowadzić spikerkę na meczach koszykarzy, siatkarzy, piłkarzy ręcznych.

W końcu zgłosił się Pan na konkurs redakcji sportowej Polskiego Radia.

Moja mama pracowała wcześniej w Polskim Radiu, ale wtedy była od kilku lat w Stanach. Moim pomysłem nie była zachwycona.

Co robiła w Polskim Radiu?

Była pracownikiem technicznym, odpowiadała za dostarczanie taśm do ramówki.

Szef redakcji sportowej Bogdan Tuszyński usłyszał w Pana próbnym nagraniu jedynie ciekawy głos.

A cóż mógł wtedy we mnie usłyszeć?

Henryk Urbaś wspomina Bogdana Tuszyńskiego jako surowego ojca.

Ale ojca. Ja miałem bardzo liberalnego ojca, więc ten surowy stosunek może był mi potrzebny.

Za co Tuszyński karcił młodych dziennikarzy?

Przede wszystkim za niestaranność dziennikarską i przewiny wynikające ze zbytniego bratania się ze sportowcami. Moją pierwszą dyscypliną, którą sprawozdawałem, był boks, a byłem zaprzyjaźniony przez brata, który też uprawiał tę dyscyplinę, z braćmi Skrzecz. I pamiętam, że Paweł wygrał swoją walkę, a Grzesiek przegrał przed czasem i ja go na antenie skrytykowałem. Obaj do mnie przyszli z pretensjami. Powiedziałem im wtedy tak: „Jeżeli będziecie dobrze walczyć, to będę starał się o tym mówić jeszcze lepiej, niż walczycie, ale jeżeli będziecie źle walczyć, a ja będę mówił o tym dobrze, to wszyscy wyjdziemy na idiotów”. To byli nie tylko wybitni pięściarze, są też wyjątkowo bystrymi facetami, do dziś mam z nimi doskonałe stosunki. Tuszyński chciał też, abyśmy byli niezależni. Bardzo przestrzegał nas przed różnymi partyjnymi układami. Powtarzał jak mantrę: „Tylko zawód może was w życiu uratować. Jak zaczniecie kuglować, to zginiecie”.

Za co chwalił?

Szalenie premiował samodzielne poszukiwania. Pamiętam, jak się ucieszył na mój pomysł na „Kronikę sportową”, który przywiozłem z Włoch. Tam usłyszałem, że całą audycję można zrobić z wypowiedzi rozmówców. Niektórzy starsi mieli żal, że ucieka forma trzy–pięciominutowych komentarzy autorskich, ale w 11-minutowej „Kronice” to było passé. Zrobiliśmy taką ćwierkającą audycję, która wymagała niewiarygodnej pracy, co doprowadziło do rywalizacji, którą podjęliśmy z Darkiem Szpakowskim. A Tuszyński wymagał, że cokolwiek ważnego się działo, to musiało mieć odzwierciedlenie w programie w postaci oryginalnego nagrania. W końcu postawił na nas dwóch.

W 2000 roku pochwalił Pana za komentarz do otwarcia igrzysk w Sydney.

Z reguły, jak robiłem coś dużego, to dzwoniłem potem do niego z prośbą o recenzję. Wtedy powiedział coś, co mnie szalenie pogłaskało wewnętrznie. Powiedział: „Ja już mogę odejść, bo zrobiłeś taką transmisję, że lepszej już nie zrobisz”. I to było wyzwanie, aby jednak coś zrobić lepiej. Oczywiście też krytykował, ale za jego krytyką zawsze szły konkrety.

Z Dariuszem Szpakowskim zdążyliście się pożegnać z redaktorem Tuszyńskim tuż przed jego śmiercią, pod koniec ubiegłego roku.

Do końca utrzymywaliśmy z nim bardzo regularny kontakt. To był kapitalny człowiek, gigant tego zawodu. To ogromnie ważne, aby mieć takiego mistrza. Drugim mistrzem był dla mnie Bohdan Tomaszewski. Dzielił się swoimi uwagami nie tylko dotyczącymi moich transmisji, ale też tendencji, jakie się pojawiały w komentowaniu imprez sportowych, rozwoju poszczególnych osób. Tak więc absolutną nieprawdą jest, że wielcy odchodzą i nie chcą, aby ktoś po nich pozostał. Myślę, że wszyscy chcą mieć po sobie ślad w postaci osób, które coś po nich kontynuują.

Pan też ma takich następców?

To na pewno Przemek Babiarz. Ogromne postępy w komentowaniu zrobił Piotr Dębowski, Maciek Iwański. W sensie rozwoju dziennikarskiego do tego grona dochodzi Piotrek Sobczyński. To są ludzie gotowi do tego, aby stawać się liderami.

Wzorował się Pan tylko na Tuszyńskim i Tomaszewskim? Czy były też wzorce z zagranicy?

Gdy chodzi o komentowanie, to jest nim Chick Hearnes, wielka legenda Lakersów. Komentował mecze NBA. Jednak trudno z niego korzystać, bo Polska i USA to zupełnie inne kultury, inne wzorce zachowań. Wziąłem jednak z niego to, że jak się zbyt długo jedzie na jednym rodzaju paliwa typu patos, potoczystość albo zaangażowanie emocjonalne, to trzeba co jakiś czas coś zmienić, aby to rozładować. Najlepiej jakimś miniżartem, anegdotą. Chick Hearnes miał tyle powiedzeń, tyle zawołań, że pewnie to moje „Hej, hej tu NBA” powstało na bazie jego okrzyków.

Czego nauczyło Pana radio?

Przede wszystkim pracowitości i absolutnego poświęcenia czasu dla zawodu. Wtedy moja rodzina nauczyła się, że mąż i ojciec wykonuje zawód dziennikarza i to, że go nie ma w domu, nie oznacza, że nie kocha. Radio nauczyło nas też kolosalnej dyscypliny czasowej, tam nie można było niczego spóźnić, choć sami wszystko nagrywaliśmy i montowaliśmy. Tam zrozumieliśmy, że 30, 45 i 60 sekund to są zupełnie inne informacje.

Przeszedł Pan jednak do telewizji. Jeden z najstarszych materiałów telewizyjnych, który znalazłem z Pana udziałem, pochodzi z 1978 roku, po tym jak Józef Łuszczek zdobył mistrzostwo świata w biegu narciarskim.

To był mój debiut. Edek Budny, trener Łuszczka, odmówił spotkania z ówczesnymi dziennikarzami telewizyjnymi. Tomek Hopfer zaproponował mnie, wówczas radiowca, i w ten sposób zadebiutowałem w telewizji. Później przyszła propozycja z „Teleranka”, żeby prezentować dzieciom gawędy sportowe. Mogłem opowiadać o swoich fascynacjach sportowych, historiach dyscyplin, rekordach i zawodnikach. A oglądały to dzieci z rodzicami, co pozwoliło mi budować swoją pierwszą widownię telewizyjną.

Pierwsze złoto podczas Pana transmisji zdobył Henryk Średnicki w boksie, w Belgradzie w 1978 roku.

Usłyszałem wtedy najwyższy komplement od trenera Antoniego Zygmunta, który słuchał tej relacji w radiu tranzystorowym. Opowiadał mi, że dzięki niej widział przebieg walki tak dokładnie, że zanim został ogłoszony werdykt, już wiedział, że Heniu wygrał. Mimo że to był wyrównany pojedynek.

Sprawozdawcy sportowi ponoć liczą sobie złote medale Polaków, których zdobycia byli świadkami.

Zainspirował mnie pan do tego, aby policzyć, a było tego sporo. Cztery złota Adama Małysza, złota Kamila Stocha, wszystkie ostatnie złote medale naszych lekkoatletów, całą drogę przeszedłem z Robertem Korzeniowskim, który zdobył cztery złota olimpijskie, trzy na mistrzostwach świata i dwa razy był mistrzem Europy. Do tego miałem szczęście komentowania zwycięstw Lecha Piaseckiego i Andrzeja Mierzejewskiego podczas Wyścigu Pokoju w 1985 roku, gdy w Polsce był wielki głód sukcesu. Nasi na Kryłatskoje dali taki popis, że w kraju wywołało to wielką euforię. Mój szef w Polskim Radiu Bogdan Tuszyński powiedział: „A teraz to pompuj”. To wtedy przekonałem się, że kluczem do wszystkiego są emocje. Gdy wjechaliśmy z wyścigiem do Polski, to pamiętam, że w Bielsku-Białej fetowano nas na równi z kolarzami.

Kibice podobno nosili Was na rękach.

To prawda, kawałek nas ponieśli.

Sprawozdawcy zazdroszczą sobie sukcesów w obsługiwanych dyscyplinach?

Pamiętam, jak długo czekałem na pierwszy medal lekkoatlety i w 1988 roku podczas igrzysk w Seulu dostaliśmy informację, że Mirek Chmara przeskakuje gumę zastępującą poprzeczkę na wysokości sześciu metrów. To oznaczało, że jest faworytem, bo Siergiej Bubka był wówczas całkowicie bez formy. W kwalifikacjach Chmara i Marian Kolasa potwierdzili swoje możliwości, skacząc 5 metrów 70 centymetrów, ale w konkursie finałowym, który zaczynał się od 5,50, nie zaliczyli nawet tej wysokości. Z nadmiaru emocji nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa. Poprosiłem Warszawę, aby mnie zdjęli z anteny, bo nie mogłem pogodzić się z tym, co się stało. Tak się nastawiłem na ten złoty medal. To było drugie takie bolesne doświadczenie. Pierwsze miałem w Polskim Radiu. Studio prowadził pan Bohdan Tomaszewski, a Jurek Rybicki został znokautowany przez Sawczenkę. To był straszny nokaut, Jurek dostał drgawek, leżąc na ringu. Uświadomiłem sobie, że relacji słucha jego żona i dziecko. Nie chciałem tego po raz kolejny opowiadać, a byłem wywoływany przez Warszawę non stop. Po zakończeniu Bohdan Tomaszewski spokojnie mi powiedział: „Panie Włodku, to są chwile, które tworzą reportera i które trzeba wygrać. Nawet ciężki nokaut musi pan opowiedzieć i musi pan zbudować przekonanie u słuchaczy, że wszystko będzie dobrze ze sportowcem”.

A więc komentatora budują nie tylko sukcesy?

Wielkie sukcesy albo poważna porażka. Oczekiwanie na sukces sportowców ze strony komentatorów jest nadmierne.

Który sukces, którego był Pan świadkiem, uważa Pan za największy?

Nie umiem nadawać im rangi. Anita Włodarczyk, która podczas igrzysk w Rio de Janeiro rzuca rekord świata, stawia to wydarzenie wysoko w mojej hierarchii, ale jak sobie przypomnę Kamilę Skolimowską, sukcesy Szymona Ziółkowskiego, Roberta Korzeniowskiego czy Adama Małysza lub Kamila Stocha, to nie potrafię zbudować rankingu.

Wiem, że widzowie bardzo dobrze pamiętają moje pożegnanie z Małyszem. Byłem do tego przygotowany optymistycznie, że odchodzi, ale nie pozostanie po nim pustka, bo jest już sukcesor. Ale nagle coś we mnie pękło, bo sobie uświadomiłem, że wszystko jest fajnie, są następcy, ale że małyszomanii już nie będzie. To się pojawiło w trakcie relacji.

Powiedział Pan wtedy między innymi, że Małysz to był „idol kryzysowy, który miał nas prowadzić jako ambasador wspaniałego skoku cywilizacyjnego do Europy”. Takie zdania same przychodzą do głowy?

Wiedząc, że zawody będą pożegnaniem Małysza, ja sobie pewne rzeczy o tym fenomenie społecznym wypisałem. Mam pozaginane strony we wszystkich książkach. Szukam w nich myśli, zdań, które mogą mi się potem przydać. Podczas komentowania idzie się na żywioł, ale trzeba mieć silną kartę, wist, który trzeba rzucić na stół, a później na nim pojechać. Jednak wtedy ta przygotowana narracja nagle mi się rozsypała.

Pan jest wyjątkowo multidyscyplinarnym komentatorem. Od pływania, boksu, koszykówki, piłki nożnej, do lekkoatletyki.

W radiu komentowałem także szermierkę, robiłem też jeździectwo i złoty medal Jana Kowalczyka w Moskwie w 1980 roku, kolarstwo i wspomniany Wyścig Pokoju.

Która z tych dyscyplin jest dla komentatora największym wyzwaniem?

Największym przeżyciem jest dla mnie lekkoatletyka. To zawsze centrum igrzysk olimpijskich. Trudność polega na zmienności, bo na stadionie dzieje się równolegle osiem, czy nawet więcej konkurencji, i trzeba nad tym panować. Do tego dochodzą momenty niewiarygodnej ekstazy 100-tysięcznego tłumu. Pamiętam rekord świata Michaela Johnsona na 200 metrów w Atlancie 19,32 sekundy, bieg Cathy Freeman na 400 metrów w Sydney, występy Flo-Jo. Te wydarzenia elektryzowały stadiony, które były bliskie wybuchu. To buduje przeświadczenie, że lekkoatletyka rzeczywiście jest królową sportu.

Był Pan na 18 igrzyskach, w polskim dziennikarstwie chyba nie ma już nikogo z takim dorobkiem?

15 igrzysk ma Darek Szpakowski.

Jest jakiś klub dziennikarski, który gromadzi światowych komentatorów z takim doświadczeniem?

W Rio de Janeiro MKOl zaprosił wszystkich dziennikarzy, którzy mają na koncie co najmniej 10 obsłużonych igrzysk, i wszyscy otrzymaliśmy wyróżnienie. Z Polski było nas kilku. Oprócz Darka Szpakowskiego, jeszcze Marek Rudziński, Janusz Pindera i ja.

Pierwsze igrzyska, które mogłem obsługiwać, to były zimowe w 1980 roku w Lake Placid, ale Tuszyński uznał, że wtedy woda sodowa uderzyłaby mi do głowy. Wtedy powiesiłem sobie nad biurkiem sentencję Oscara Wilde’a: „Nietrudno osiągnąć sukces, znacznie trudniej znieść jego skutki”.

Gdy komentuje Pan uroczystości otwarcia i zamknięcia igrzysk, zawsze się zastanawiam, na ile Pan wierzy, że idee olimpijskie są nadal żywe w czasach komercyjnego sportu.

Jest taka warstwa humanistyczna – etyki, idei, honoru i tego wszystkiego, co olimpizm z sobą niesie. To trzyma ten cywilizacyjny projekt olimpijski we współczesnym świecie. Ale codzienność sportu oczywiście od niego odstaje. Jeżeli ktoś złapany na dopingu dostaje medal, bo przedtem innych złapali na dopingu, to oznacza, że żyjemy w paranoidalnym świecie.

Uważam, że najczęściej w tego typu sytuacjach sportowcy są ofiarami. Oczywiście są wśród nich mistrzowie farmakologii, ale generalnie potężne lobby farmaceutyczne próbuje i sprawdza różne lekarstwa na żołnierzach i sportowcach. I jest potężniejsze niż siły, które próbują się dopingowi przeciwstawiać. Komisje antydopingowe łapią oszustów, ale wszystkim brak pomysłu, co zrobić z tym całym systemem. No bo jaka jest wartość medalu, który po dziesięciu latach wraca do sportowca?

Jako komentatorzy też czujecie się oszukani? Komentował Pan widzom rzeczy niebywałe, które potem okazywały się wielkim oszustwem.

Czasem coś przychodzi podświadomie. Pamiętam, jak Ben Johnson na igrzyskach w Seulu w jednym z ćwierćfinałów zajął chyba czwarte miejsce i wyglądało na to, że Carl Lewis jest nie do pokonania. Gdy w finale Johnson odniósł miażdżące zwycięstwo czasem 9,79 sekundy, gdy wpadł na metę, krzyknąłem: „Ależ on wszystkich oszukał”. Choć miałem wtedy na myśli, że schował się z formą, bo ten finał był jego wielkim benefisem.

Krzysztof Miklas, który komentował skoki narciarskie w TVP, komentował od lat, mówił, że zabrał mu Pan Adama Małysza, gdy tylko ten zaczął latać po zwycięstwa.

Pozostawię to bez komentarza. Krzysiek był ze mną na wielu imprezach i chyba widzowie nie pamiętają, że to on był pierwszym komentatorem, a ja drugim. Raczej że było odwrotnie. Niczego mu nie zabrałem.

Ale to on komentował pierwsze zwycięstwa Adama Małysza w Turnieju Czterech Skoczni w 2001 roku.

Będąc zastępcą redaktora naczelnego, obsadzałem wyjazdy i wtedy wybrałem Rajd Paryż–Dakar, ostatni taki długi w Afryce. Zresztą przeżyłem tam wspaniałą przygodę.

Ostro rywalizujecie o sukcesy polskich sportowców?

To może nie rywalizacja, ale wewnętrzne przekonanie, że zrobimy coś lepiej od kogoś innego. Potem to trzeba potwierdzić. Nasze 800 godzin przekazu z Rio na trzech antenach równolegle i w internecie zdecydowało, że podbiliśmy rynek. Ale taka sytuacja prędko się nie powtórzy, bo teraz pensum przekazu będzie ograniczone. Mimo to tradycyjne telewizje mogą się jeszcze bronić przed nowymi mediami.

Uprawiał Pan koszykówkę, a potem popularyzował ją wśród Polaków, komentując w telewizji mecze NBA w latach 90. Dlaczego ta dyscyplina przegrała u nas rywalizację z siatkówką?

Bo właściciele drużyn klubowych popełnili błąd – poszli w łatwe pozyskiwanie przeciętnych zawodników ze Stanów Zjednoczonych, a później także z krajów byłej Jugosławii. Nasycono nimi rozgrywki, a widzowie nie byli w stanie ich spamiętać. Anonimowość gwiazd zabiła tę dyscyplinę.

A nie było tu błędu TVP? Polsatowi udało się stworzyć atrakcyjny produkt z siatkówki, biedniejszej siostry koszykówki.

Nie Polsatowi, ale Telewizji Polskiej. Polsat przejął już gotowy produkt. Polska Telewizja po stracie koszykówki zaczęła lansować siatkówkę i gdy zaczął się z tego robić gorący towar, to Polsat ją przejął. To zresztą normalna droga wszystkich telewizji publicznych w Europie, że jak coś uda im się wylansować, to wtedy kładą na tym łapę stacje komercyjne.

Adama Małysza jako eksperta telewizyjnego po zakończeniu kariery też przejął Eurosport. Dopiero w tym roku go odzyskaliście.

Uznaliśmy, że jest nam potrzebny jako człowiek, który zrobił dla tej dyscypliny najwięcej. On też zrozumiał, że bycie ze stacją publiczną jest dla niego ważniejsze niż z komercyjną.

Po co Panu było „Pytanie na śniadanie”?

To była próba pokazania, że dziennikarz sportowy nie musi tylko mówić i myśleć o tematach sportowych. Zawsze byłem ciekaw świata, stąd między innymi brała się moja potrzeba wyjazdów na igrzyska, przecież w czasach PRL podróżowanie po świecie nie było tak oczywiste jak jest dziś.

A po co udział w „Tańcu na lodzie” z Dodą, Jacykowem czy Jolą Rutowicz?

Ten program został zmarnowany. Mieliśmy świetnych ludzi do prowadzenia amatorów łyżwiarzy, świetnych operatorów. Wściekłość prywatnej konkurencji, która uważała, że tylko ona ma prawa do tego typu formatów, była ogromna. Ale do tego dołożyły się nasze błędy: obsadzenie w programie Joli Rutowicz i konflikt między Dodą a Przemkiem Saletą, który zszedł do poziomu rynsztoka. Telewizji publicznej to nie przystoi.

Dziś kibice oczekują od telewizji chyba zupełnie czego innego niż 10, 20 lat temu?

Myślę, że oczekują tego samego – emocji i zbiorowej radości. Informacyjnie nikt już dziś z internetem nie wygra. Młodych ludzi trudno oderwać od iPadów i iPhone’ów, ale do transmisji telewizyjnych niezmiennie będzie ich przywoływać krzyk komentatora. Z tego powodu będą chcieli zobaczyć w większym wymiarze w telewizorze to, co śledzą na tabletach. I to jest szansa dla telewizji.

Telewizja pozostanie już tylko taką wisienką na torcie tych wszystkich relacji? I to głównie dla pokolenia 40+?

Na widownię, którą gromadzą nasze programy, składają się także młodzi ludzie. Jeżeli w piku podczas transmisji ze skoków narciarskich ogląda nas ponad 12 milionów ludzi, to trudno zakładać, że to tylko ta starsza widownia, która jest nam wierna, na poziomie pięć–sześć milionów. Gdy zbliża się moment kulminacyjny wydarzenia, to w domu jest mobilizacja przed telewizorem. Uważam, że żywy przekaz zawsze będzie miał magię i siłę oddziaływania. Konsekwentnie budujemy zaufanie widowni.

Czy w środowisku dziennikarzy sportowych też jest głęboki rów oddzielający dwa plemiona Polaków?

Dziennikarz sportowy ma mówić o sporcie, a swoje poglądy niech wyraża podczas głosowania. Trzeba skorzystać z tej szansy, jaką daje sport. Nie uciekniemy od polityki, ale nie może być ona istotą naszej pracy. Nigdy nie miałem w TVP żadnych nacisków za poglądy moich ludzi; ani w przeszłości, ani nie mam ich dzisiaj. Zresztą to świat polityki powinien się wzorować na świecie sportu, bo on oparty jest na porozumieniu, a bez tego porozumienia czekają nas konflikty.

Tomasza Zimocha Pan nie rozumie?

Rozumiem, ale on zawsze był samotnym wilkiem, jest indywidualistą. Brakuje dziś jego dziennikarstwa w Polskim Radiu. Uważam, że nasz głos, dziennikarzy sportowych, naprawdę nie będzie przesądzał o losach świata i Polski, chociaż do wypowiedzi ma prawo każdy obywatel.

Jak Panu się podoba coraz częstsza współpraca dziennikarzy sportowych ze związkami sportowymi, klubami czy bukmacherką.

Mogę tylko powtórzyć to, co mówili nam starzy mistrzowie. Łączenie komercji z zawodem dziennikarza jest katastrofą. Prędzej czy później doprowadzi do własnego upadku zawodowego, ale też do upadku etosu zawodu.

Dziś już wiemy, że zakup 11 meczów Euro 2016 od Polsatu nie zwrócił się TVP z reklam. Czy gdyby to tylko od Pana zależało jako dyrektora TVP Sport, powtórzyłby Pan tę transakcję?

To była znakomita i odważna decyzja prezesa Kurskiego. Odwróćmy sytuację i wyobraźmy sobie, że by jej nie było i Polsat znowu wpadłby na pomysł, aby coś zakodować, jak podczas mistrzostw świata w siatkówce, których też teoretycznie nie mógł zamknąć. Co by się wtedy działo? Najważniejsze mecze ze Szwajcarią i Portugalią u nas obejrzało dziewięć milionów, w Polsacie siedem milionów i to jest odpowiedź. To była dobra decyzja, podobnie jak zakup praw do pakietu piłkarskiego 2018–2022. To ułatwia budowanie długoterminowej perspektywy dla sportu w TVP.

Jaki jest kanon wydarzeń sportowych, które Pana zdaniem telewizja publiczna powinna pokazywać?

To, co ma, czyli: igrzyska olimpijskie, mistrzostwa świata i Europy w piłce nożnej z eliminacjami włącznie, mistrzostwa świata i Europy w lekkoatletyce, mistrzostwa świata i puchary świata w skokach narciarskich i biegach narciarskich, póki jeszcze startuje Justyna Kowalczyk. Oprócz tego dyscypliny, które mają mniejszą popularność, a moc obecności w kanale sportowym.

Nie wymienił Pan siatkówki.

Jakaś dywersyfikacja rynku musi być. Byłoby nienaturalne, gdyby stacje nie lansowały jakiegoś produktu, a my byśmy się wtedy udławili nadmiarem. Oprócz tego to dobrze dla dyscypliny, że ma swojego opiekuna, jak siatkówka w przypadku Polsatu, a polska liga piłkarska w postaci Canal+. Brak Champions League to zaniedbania z poprzedniego okresu, bo mieliśmy dogadany kontrakt, ale poprzednia rada nadzorcza TVP go zablokowała, a to był błąd, bo był bardzo dobrze wynegocjowany.

Dużo rzadziej Pan komentuje niż kiedyś. Nie żałuje Pan tego, że został dyrektorem?

Komentowania mi brakuje i chciałbym do niego wrócić, ale byłbym niepoważny, gdybym powiedział, że żałuję ostatnich siedmiu lat. Zespół dojrzał, udało się nam wprowadzić standardy, które będą stałe dla rozwoju indywidualnych karier i potrzeb redakcji. Udało się kupić wiele praw, co pozwoliło zabezpieczyć tę redakcję. Byliśmy partnerem dla kolejnych zarządów telewizji i byliśmy przez wszystkie, z którymi współpracowałem jako dyrektor, niezwykle poważnie traktowani. Przynosiliśmy im niezwykle duże widownie, a to zamienia się w ostatecznym rozliczeniu w pieniądze, ale też w udział w rynku i renomę firmy.

* * *

Włodzimierz Szaranowicz
Dziennikarz i komentator sportowy od 1978 roku związany z Telewizją Polską; od 2009 roku dyrektor TVP Sport. Zaczynał w Polskim Radiu w 1976 roku. Wcześniej ukończył Akademię Wychowania Fizycznego w Warszawie, ma dyplom trenera koszykówki. Jako koszykarz grał w drużynie AZS Warszawa. Od 1980 roku obsługiwał dziennikarsko wszystkie letnie i zimowe igrzyska olimpijskie (z wyjątkiem olimpiady w Los Angeles w 1984 roku). Komentował m.in. kolarstwo, lekkoatletykę, piłkę nożną, skoki narciarskie, siatkówkę, boks. Zdobywca Superwiktora (2009) i Złotej Telekamery (2009). Kawaler Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski (2013). Laureat Nagrody im. Bohdana Tomaszewskiego (2016)

Więcej tekstów z tego wydania znajdziecie pod tym linkiem.

Grzegorz Kopacz

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo