Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Marzec 15, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Nie wiedziałem, co się dzieje na świecie

Thomas Dudek mieszka w Berlinie, pisze o Polsce, Rosji, polityce i sporcie, publikuje m.in. w „Der Spiegel”, „Zeit Online”, „Neue Zürcher Zeitung” (fot. Maria Conradi)

Niemiecki dziennikarz Thomas Dudek przez tydzień słuchał i czytał tylko prorządowe polskie media. Przypominamy rozmowę, która ukazała się w magazynie „Press” (01-02/2019).

Co Cię skłoniło, żeby przez tydzień całą wiedzę o świecie czerpać tylko z prorządowych mediów w Polsce?

To był pomysł redaktorów magazynu „Dummy”, berlińskiego kwartalnika, który robił numer tematyczny o głupocie. Poprosili mnie, bym przez tydzień oglądał tylko TVP, Telewizję Republika i czytał Wpolityce.pl, Niezalezna.pl, „Sieci”, „Tygodnik do Rzeczy” i „Gazetę Polską”. Miałem nie mieć kontaktu z żadnym z innych mediów.

Skąd taki pomysł?

Jeden z redaktorów przeczytał tekst o mediach publicznych w Polsce i nie mógł uwierzyć, że w 2018 roku w Unii Europejskiej możliwe jest robienie takiej propagandy.

Jaki tydzień wybrałeś? Oglądałeś cały dzień?

Między 10 a 17 sierpnia miałem dużo czasu, więc mogłem się wyłączyć ze wszystkiego innego i wejść w świat prawicowych mediów w Polsce. Całkiem sporo się wtedy działo, było między innymi Święto Wojska Polskiego. Dzień zaczynałem z prawicowymi portalami i gazetami, potem oglądałem TVP Info, a wieczorem obowiązkowo „Wiadomości”.

Początki były trudne?

Nawet nie, ale drugiego dnia wieczorem zrobiłem błąd i wszedłem na Facebooka. I stamtąd się dowiedziałem – i to jeszcze przez satyryczny portal Der Postillon – że Arabia Saudyjska przeprowadziła naloty w Jemenie. Zginęło ponad 40 osób, większość ofiar to były dzieci. W Niemczech stało się to tematem numer jeden, a w prorządowych mediach w Polsce nie znalazłem ani słowa na ten temat. Dowiedziałem się za to, że prezydent Adamowicz z Gdańska jest zdrajcą, robi niemiecką politykę historyczną, bo nie chce polskiego wojska na obchodach rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. Nawet sam nabrałem wątpliwości, choć później okazało się to nieprawdą.

Wchodziłeś jeszcze na Facebooka w tamtym tygodniu?

Nie, tylko jeden jedyny raz. Gorzej mi szło z Twitterem, próbowałem zachować dyscyplinę, ale nie zawsze się udało.

I co, stałeś się mądrzejszy po tym tygodniu?

Nie, głupszy. W ogóle nie wiedziałem, co się dzieje na świecie. W Polsce ogólnie macie mało relacji z zagranicy, za to wielką obsesję na temat tego, co zagraniczne media piszą o Polsce.

W Genui zawalił się most, a w TVP Info najważniejszą informacją nie było to, jak do tego doszło i stan rannych, ale że kondolencje przesłał Andrzej Duda. Nie wiedziałem, co się dzieje w Ameryce. W tym czasie wyszła na jaw historia romansu Trumpa z byłą aktorką porno. Przeczytałem o tym dopiero po zakończeniu eksperymentu. Dowiedziałem się za to, że w Polsce są upały i susze, jak na całym Zachodzie, ale w Polsce rolnicy nie muszą się obawiać, bo polski rząd otworzył nowy urząd, który reklamuje polskie rolnictwo i produkty rolno-spożywcze za granicą, dlatego polski rolnik może spać spokojnie.

Czyli tylko treść Ci się nie podobała, nie forma?

Na temat formy mam świetną historię z „Wiadomości”. Jednego dnia zrobili materiał o doskonałej polityce społecznej rządu PiS. Następnego dnia temat o tym, jakim superprezydentem był Lech Kaczyński. I nie wierzyłem własnym oczom, bo zobaczyłem, że w jednym i drugim materiale wystąpił ten sam ekspert, Michał Kleiber, który został nagrany tego samego dnia, co było widać po ubraniu, kadrze i pogodzie, ale przy temacie o prezydencie został podpisany jako „były doradca Lecha Kaczyńskiego”. Przecież to komedia!

Nagrali sobie jednego komentatora na kilka okoliczności. U Was tak się nie robi?

Nie, chyba nigdzie indziej tak się nie robi. W Niemczech uważamy, że programy informacyjne mają dotyczyć aktualnych tematów, które wydarzyły się w ciągu ostatnich godzin. A jeśli „Wiadomości” nagrywają kogoś za jednym razem do różnych tematów, to znaczy, że mają gotowy plan na cały tydzień. Poza tym, jeśli ten ekspert był związany z Lechem Kaczyńskim, to jest oczywiste, że będzie chwalił politykę społeczną PiS. Ciekawy był też pretekst do tego materiału. Był w specjalnym wydaniu w 10. rocznicę wojny w Gruzji. Z początku się ucieszyłem, bo w niemieckich mediach jest mało informacji o Gruzji. Byłem jednak zdziwiony, jak bardzo skrótowo podeszli do obecnej sytuacji w Gruzji, by zaraz potem bardzo długo wspominać Lecha Kaczyńskiego. Zatem wcale nie chodziło o Gruzję, a o wewnętrzną rozgrywkę w Polsce.

TVP to jednak nie tylko „Wiadomości”, może w innych programach dostrzegłeś coś wartościowego?

Z TVP Info pamiętam „Salon dziennikarski”, w którym brali udział tylko prawicowi dziennikarze: Piotr Semka, Michał Karnowski, ksiądz Henryk Zieliński i rozmawiali o złym stanie opozycji. A jeszcze śmieszniejsze było, że tego samego dnia „Panorama” TVP 2 zrobiła materiał na ten sam temat i kto się w nim wypowiadał? Wszyscy goście z „Salonu dziennikarskiego”. Wtedy dotarło do mnie na dobre, że oni biorą tylko komentatorów przychylnych PiS: prawicowych dziennikarzy albo jakichś nieznanych naukowców. Dlatego codziennie w TVP Info widziałem Wojciecha Biedronia, a Karol Gac z „Tygodnika do Rzeczy” był tak często na antenie, że miałem wrażenie, że on musi tam u nich spać. Mówił stale i na każdy temat.

W Niemczech dziennikarze nie komentują polityki?

Komentują, ale nie w programach informacyjnych. A w programach publicystycznych zachowany jest pluralizm. Wszyscy wiedzą, że trzeba zaprosić na przykład kogoś z „Die Tageszeitung”, bo przedstawi lewicowy punkt widzenia, i kogoś z konserwatywną perspektywą, na przykład z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Nie wiem, jaka jest w Polsce definicja obiektywizmu, ale jak czytam „Sieci” albo „Do Rzeczy”, to łapię się za głowę.

Dlaczego?

Bo tam każdy tekst mówi o tym, jak beznadziejnie było za rządów PO, a jak dobrze jest teraz za PiS.

Trzeba mieć porównanie.

Przecież oni głównie koncentrują się na przeszłości, a media powinny przede wszystkim mówić o tym, co jest teraz. Rządy PO skończyły się już trzy lata temu.

Jednak oni wtedy czuli, że nie ma wolności słowa.

Jeśli wtedy nie było wolności słowa, jak było możliwe, że powstały takie portale jak Wpolityce.pl czy Niezalezna.pl?

Myślisz, że nadal są „dziennikarzami niepokornymi”?

Dzisiaj sprzedają czystą propagandę.

Są dziennikarzami?

Moim zdaniem to propagandziści. Chociaż mnie najbardziej interesuje kwestia, czy oni naprawdę wierzą w to, co mówią, czy są po prostu oportunistami.

I jak sądzisz po tygodniu śledzenia ich pracy?

Bracia Karnowscy zawsze byli za PiS, lecz to, co robią dzisiaj, to już czysty oportunizm. Bo jak zrozumieć sytuację, że jeden z nich pracował w „Dzienniku” wydawanym przez Axela Springera, a dzisiaj mówią o „polskojęzycznych, niemieckich mediach” i domagają się ich repolonizacji.

Zauważasz różnicę między mediami braci Karnowskich a mediami Tomasza Sakiewicza?

„Gazeta Polska” jest wyraźnie po stronie Antoniego Macierewicza i ojca Rydzyka, natomiast u Karnowskich widać wpływy senatora Biereckiego. Senator jest przecież współzałożycielem mediów Karnowskich.

W Niemczech swoje udziały w wielu gazetach ma wciąż partia SPD.

Już w niewielu i tylko lokalnych. Ostatni duży dziennik „Frankfurter Rundschau” stracili w 2013 roku. Żeby było jasne: jestem przeciwnikiem tego, by partie miały wpływy na media albo były ich właścicielami.

Jednak w mediach publicznych w Niemczech partie wciąż mają duże wpływy, przede wszystkim w regionalnych, gdzie mają swoich przedstawicieli w radach nadzorczych.

Tak, ale sama ARD, która jest unią nadawców regionalnych, jest zrównoważona i pluralistyczna, bo programy do jej ramówki tworzy wszystkie dziewięć regionalnych telewizji. Poza tym rzecz jest w standardach. Prezesami zostają dziennikarze, a nie byli partyjni spin doktorzy jak Jacek Kurski.

A kto jest prezesem Bayerischer Rundfunk?

Ale czy on zmienił całą redakcję? Nie!

To Ulrich Wilhelm, były rzecznik rządu Angeli Merkel, który aktualnie jest prezesem całej ARD w ramach rotacyjnego przewodnictwa.

Zapewniam, że gdyby Wilhelm wywierał duży wpływ na linię programową redakcji, głośno protestowałyby stowarzyszenia dziennikarskie jak DJV, czyli Deutsche Journalisten-Verband. Pamiętasz, co się działo wokół redaktora naczelnego ZDF Nikolausa Brendera?

Doskonale! To był 2010 rok. Jego ponowny wybór na stanowisko redaktora naczelnego zablokował premier Hesji, wpływowy polityk CDU, Roland Koch.

Niestety, jednak wywołało to wielką krytykę ze strony dziennikarzy.

No i co z tego? Polityk i tak zablokował dziennikarza.

Tak, ale po tym wydarzeniu zmieniono przepisy i taka sytuacja już praktycznie nie będzie możliwa.

Czy Ty jesteś członkiem jakiejś partii? Bo w Niemczech niektórzy dziennikarze mają partyjne legitymacje.

Nie jestem. I nie znam nikogo, kto by był, choć o tym się otwarcie nie mówi, bo to jest prywatna sprawa.

A ja znam – to głównie osoby ze starszej generacji.

Dziennikarz jest obywatelem i ma prawo być w partii. Zważ, że bywa, iż ci, którzy są w partii, bardzo krytycznie o niej piszą.

Skąd to wiesz, skoro mówisz, że nie znasz nikogo z partyjną legitymacją?

To moja hipoteza. Zajmuję się także, choć dzisiaj już rzadko, dziennikarstwem sportowym i mimo że mam swój ulubiony klub, jestem w stanie pisać o nim bardzo krytycznie. Jest mi przykro, ale go krytykuję.

Wróćmy do ZDF. W Polsce często przypomina się, że ZDF zataił informację o atakach uchodźców w sylwestrową noc na Dworcu Głównym w Kolonii.

To bajka. Kiedy rok temu SDP zorganizowało spotkanie polskich i niemieckich dziennikarzy w Instytucie Polskim w Berlinie, już wtedy próbowałem sprawę wyjaśnić, ale prawicowi dziennikarze wciąż powtarzają swoje kłamstwa. Po pierwsze, informacje o wydarzeniach na dworcu ukryła policja, która nie wydała żadnego komunikatu i nie odpowiadała na pierwsze pytania dziennikarzy. Zresztą, jak wszystko wyszło na jaw, szef policji w Kolonii stracił stanowisko.

Były relacje od ludzi.

Było kilka głosów w regionalnych mediach, ale jak pracujesz w ogólnokrajowym medium, to nie przykładasz do tego dużej wagi.

Jednak to miało ogromne znaczenie i do podobnych przypadków doszło także na innych dworcach w kraju.

Tak, ale na początku nikt nie zrozumiał znaczenia tego wydarzenia. Mieliśmy tylko szczątkowe informacje.

ZDF poinformował dzień później niż wszystkie inne media, które tę informację podały 4 stycznia. Zresztą stacja za to przeprosiła. To przykład autocenzury, bo chodziło o uchodźców?

Nie. Narodowość tu nie ma nic do rzeczy. Na początku listopada w Berlinie zapadł wyrok w sprawie bestialskiego zabójstwa muzyka Jima Reevesa z powodów homofobicznych. Sprawcami było dwóch polskich robotników. I jak spojrzysz na medialne relacje z procesu, to musisz dokładnie czytać, żeby znaleźć informację o narodowości sprawców.

Dlaczego?

Bo nikt nie chce przez jeden przypadek stygmatyzować całej grupy. Wynika to z niemieckiej historii. Media mają swoją odpowiedzialność, nie powinny dolewać oliwy do ognia.

Jak wygląda taka dyskusja w redakcji? Przecież trudno określić, kiedy narodowość jest ważna, jeśli to nie jest atak terrorystyczny, czyli zbrodnia motywowana politycznie.

Jeśli zbrodnia nie ma podłoża narodowego i jest zwykłym przestępstwem, wtedy narodowość sprawcy i ofiary nie ma znaczenia.

A czemu nie informujecie o każdej zbrodni popełnionej przez uchodźców?

Tak robi bulwarowa prasa, poważne media informują o przestępstwach, jeśli pojawia się problem systemowy.

Dlaczego poważne media w Niemczech nie tabloidyzują się w takim tempie, jak to się dzieje w innych krajach?

W redakcjach wciąż żywe są wydarzenia z 1968 roku, kiedy po oszczerczej kampanii prowadzonej przez tabloid „Bild” szaleniec prawie śmiertelnie postrzelił jednego z przywódców lewicowych ruchów studenckich Rudiego Dutschke. „Bild” pisał, że młody Dutschke, który uciekł z NRD do RFN przed służbą wojskową, jest komunistą i sprzedał nas Związkowi Sowieckiemu. Dutschke został przedstawiony jako zdrajca narodu. A sympatyzujący z ruchami neonazistowskimi Josef Bachmann postanowił go zastrzelić z okrzykiem na ustach: „Ty brudna, komunistyczna świnio!”. Dutschke dostał trzy strzały: dwa w głowę i jeden z ramię. Cudem przeżył po wielogodzinnej operacji. Po czym wyjechał na emigrację do Danii. Tę historię i jej skutki zna każdy dziennikarz w Niemczech, a dziennikarze, którzy w tamtych czasach byli studentami, kolegami Dutschke, obecnie pełnią ważne funkcje w redakcjach. W międzyczasie ulica w Berlinie, przy której znajduje się siedziba koncernu Axel Springer, wydawcy „Bilda”, zmieniła nazwę na Rudi-Dutschke-Strasse.

To jednak było już 50 lat temu.

Mamy wiele młodszych przykładów. W latach 90. Niemcy przeżyły pierwszą dużą falę uchodźców wojennych z rozpadającej się Jugosławii. Wtedy po raz pierwszy płonęły ośrodki dla uchodźców. Nastroje wobec wszystkich imigrantów w kraju znacznie się pogorszyły, „Bild” pisał o „bezczelnych azylantach”. Skończyło się narodową tragedią – w 1993 roku w Solingen, niedaleko Düsseldorfu, neonaziści podpalili dwa domy zamieszkane przez tureckie rodziny. Zginęło pięć osób, 17 zostało rannych, w tym wiele ciężko. Ofiarami śmiertelnymi i rannymi były głównie dzieci. To właśnie z tych doświadczeń wynika nasza ostrożność w relacjonowaniu o uchodźcach. Nie chcemy, żeby przestępstwa jednostek dyskredytowały wszystkich.

Jak dzisiaj patrzysz na artykuły o uchodźcach w „Bildzie”?

Dla mnie „Bild” utożsamia taki sam oportunizm jak wasi „dziennikarze niepokorni”. Dzisiaj „Bild” pisze o uchodźcach głównie w negatywnym świetle, a trzy lata temu robili kampanię „Witamy uchodźców!”, zapłacili nawet klubom z Bundesligi, by piłkarze chodzili z takimi znaczkami. Gdy nastroje społeczne wobec uchodźców się zmieniły, zmieniło się także nastawienie „Bilda”.

Wracając do TVP, jak myślisz, dlaczego ludzie wciąż to oglądają?

TVP oglądają dzisiaj tylko najwierniejsi wyborcy PiS, to wciąż jedna czwarta społeczeństwa. Znam takich, którzy trzy lata temu zagłosowali na PiS, a dziś już się denerwują, jak włączają TVP.

Myślisz, że to telewizja robiona dla jednej partii?

Celem TVP jest odpowiedź na to, co robią opozycyjne media – TVP za wszelką cenę broni rządu PiS. W demokracji media mają kontrolować władzę, a w Polsce media publiczne chronią władzę i jej bronią. Widzieliśmy to najlepiej przy taśmach Morawieckiego, które opublikował Onet.

TVP odpowiedziała, wyciągając taśmy z politykami PO. Gdy „Gazeta Wyborcza” opublikowała nagranie Leszka Czarneckiego z rozmowy z szefem KNF, TVP pokazała taśmy Pawła Grasia, który mówił o podatkach.

Jak byś określił TVP?

To media partyjne, nic więcej. Czują odpowiedzialność wobec polityków, a nie wobec widzów, których traktują bardzo niepoważnie. W rzeczywistości robią telewizję dla Kaczyńskiego i Glińskiego, a nie dla ludzi, którzy ich oglądają.

Może za krótko informowałeś się z rządowych mediów?

Wystarczyło mi, choć muszę przyznać, że kiedy zakończyłem mój eksperyment, nie mogłem przestać oglądać TVP Info. Już przed tym eksperymentem ponad połowę informacji czerpałem z prawicowych mediów. To należy do pracy wszystkich dziennikarzy, którzy piszą o Polsce. Dlatego nudzi mnie już, gdy słyszę, że wiedzę o Polsce mam tylko z „Gazety Wyborczej” i TVN.

A rozmawiasz z politykami PiS?

Chciałbym, lecz kiedy proszę ich o wywiad, nie dostaję odpowiedzi. Znam tylko jednego polityka PiS, który chętnie i otwarcie rozmawia – to Szymon Szynkowski vel Sęk, obecny wiceminister spraw zagranicznych.

Chodzisz jednak na spotkania z prawicowymi dziennikarzami, rozmawiasz z nimi. Dlaczego, skoro masz o nich takie złe zdanie?

Jako dziennikarz, który pisze o Polsce, chcę rozumieć sposób myślenia prorządowych dziennikarzy.

Stałeś się celem ich ataków.

Nie tylko ja. Korespondenci zagranicznych mediów, szczególnie niemieccy, stali się częścią polskiego piekiełka. Jesteśmy atakowani za to, że piszemy antypolskie artykuły, podczas gdy są to najwyżej teksty krytyczne wobec PiS, nie wobec Polski. Mnie głównie atakują na Twitterze, pisząc, że jestem volksdeutschem, bo pochodzę ze Śląska, z Zabrza. Volksdeutsch! Volksdeutsch! Już nie mogę tego czytać. Nie jestem zdrajcą, mam po prostu niemieckie obywatelstwo.

Ile miałeś lat, jak wyjechałeś z Polski?

Dziewięć.

Masz polską rodzinę, czy jesteście z mniejszości niemieckiej w Polsce?

Mama jest z mniejszości niemieckiej, miała 15 lat, jak się polskiego nauczyła. Tata był „gorolem”, jak to się mówi na Śląsku, pochodził spod Krosna. Gdy mama za niego wyszła, jej rodzice przestali z nią rozmawiać, bo się wydała za Polaka. Zaczęli ponownie, dopiero jak się urodziła pierwsza wnuczka.

A kiedy wyjechaliście do Reichu?

My z mamą w 1985 roku, do Duisburga. Po dwóch tygodniach spytała mnie: „Tomek, co robimy? Wracamy do Polski, gdzie jest twój brat i siostra, czy zostajemy w Niemczech?”. Powiedziałem: zostańmy tutaj.

Dlaczego?

W mojej głowie były tylko sklepy ze stanu wojennego, puste regały, czasem pojawiający się na nich cukier, który w domu chomikowaliśmy pod tapczanem. Pamiętam, że kiedy się budziłem, mamy nie było w mieszkaniu, bo od czwartej rano stała w kolejce. Pomyślałem, że w Niemczech mama nie musi wstawać o czwartej rano, żeby stać w kolejce. Nie miałem pojęcia, że przez dwa lata nie zobaczę siostry i brata, którzy mogli dojechać do nas dopiero później.

Jaki masz dzisiaj stosunek do Polski? Lubisz Polskę?

Oczywiście, że lubię Polskę! Nie czuję się Polakiem, ale w piłce nożnej zawsze kibicuję polskiej reprezentacji, bo w Polsce nauczyłem się miłości do futbolu, szczególnie podczas mundialu w Hiszpanii, kiedy byłem przekonany, że Polska zostanie mistrzem świata.

Kibicujesz nam, nawet jak gramy z Niemcami?

Jasne, i to niezależnie od tego, w jakiej formie jest polska reprezentacja.

Thomas Dudek mieszka w Berlinie, pisze o Polsce, Rosji, polityce i sporcie, publikuje m.in. w „Der Spiegel”, „Zeit Online”, „Neue Zürcher Zeitung”

Marcin Antosiewicz

Pozostałe tematy weekendowe

Po zmianach w TVP słabnie pozycja Jacka Kurskiego
Radiowcy mają głos
* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter

Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Marzec 15, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Radiowcy mają głos

W przeciwieństwie do tych z telewizji nie wszyscy dziennikarze publicznego radia pozwalają się rozjechać walcowi dobrej zmiany. Przypominamy tekst, który ukazał się w magazynie "Press" (nr 01-02/2019).

Kilkudziesięciu słuchaczy protestowało na początku grudnia ub.r. pod siedzibą Radia Gdańsk przeciwko planom zwolnienia z rozgłośni dwojga dziennikarzy politycznych: Agnieszki Michajłow i Jacka Naliwajka. Słuchacze zbierali podpisy pod petycją skierowaną do premiera Mateusza Morawieckiego i Rady Mediów Narodowych. Na proteście pod radiem mówili m.in.: „zbieramy się po to, aby radio było radiem publicznym, a nie partyjnym”, „to, że Michajłow nie jest lubiana przez PiS, to dowód jej apolityczności”, „więcej niezależnych dziennikarzy, a mniej rzeczników prasowych”.

Michajłow i Naliwajka postanowił zwolnić prezes Radia Gdańsk Dariusz Wasielewski. Pod koniec listopada ub.r. o takim zamiarze powiadomiono związki zawodowe. Powód to utrata zaufania: nielojalność wobec pracodawcy, podważanie wiarygodności zarządu, kontestowanie uzgodnień kolegium redakcyjnego, a w przypadku Michajłow także odmowa współpracy.

Dla tych, którzy pracują do dziś w rozgłośniach publicznych i na co dzień widzą efekty dobrej zmiany w redakcjach i programie, takie zarzuty są wręcz pochwałą wobec ich kolegów – znakiem, że nie wszyscy godzą się na to, by radia publiczne stały się partyjne; że są jeszcze dziennikarze, którzy nie boją się podnosić głowę.

ZASTRASZANIE

Agnieszka Michajłow przez 18 lat prowadziła poranne rozmowy w Radiu Gdańsk, kilka miesięcy temu została kierownikiem redakcji reportażu i edukacji, była też zastępcą sekretarza programu. Jacek Naliwajek w latach 2006–2011 pełnił funkcję wiceprezesa Radia Gdańsk, a ostatnio sekretarza programu. – Oboje głośno wyrażali swoje zdania na kolegiach. To mogło się nie podobać zarządowi – opowiada dziennikarz Radia Gdańsk, zastrzegając anonimowość. Agnieszka Michajłow prowadziła w listopadzie spotkanie autorskie Radosława Sikorskiego, byłego ministra obrony i spraw zagranicznych, który wydał książkę „Polska może być lepsza”. Nie zapytała o zgodę prezesa radia, co ponoć bardzo mu się nie spodobało.

Ale nie tylko ci dziennikarze gdańskiej rozgłośni nie bali się narazić władzom.

We wrześniu 2018 roku głośno było o liście otwartym, w którym pracownicy Radia Gdańsk odcięli się od decyzji prezesa Wasielewskiego, gdy ten zdecydował nie przyznać tradycyjnej nagrody tej stacji, Złotego Klakiera, dla najdłużej oklaskiwanego filmu na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Miał przypaść filmowi „Kler” Wojciecha Smarzowskiego, który zebrał największe owacje. Ale prezes Radia Gdańsk oświadczył, że w tym roku rozgłośnia Złotego Klakiera nie przyzna „w związku z zaistniałą sytuacją uniemożliwiającą obiektywną ocenę prawidłowości przeprowadzonych pomiarów”.

Dla sygnatariuszy listu było jasne, że „Kler” nie dostał nagrody z powodów politycznych. Film obnażający patologie polskiego Kościoła nie podobał się PiS-owi, więc prezes radia, nominat tej partii, nie mógł go uhonorować. – Na porannym kolegium prezes zakomunikował nam, że nie przyzna nagrody „Klerowi”. Wyjaśniał, że gdyby mu ją dał, mógłby się zacząć pakować. Część osób uczestniczących w zebraniu była zdania, że nie można mówić o narażaniu się władzy, skoro to nie redakcja oklaskuje film, tylko widzowie. Ale część uważała, że hejt ze strony publiczności niezadowolonej z powodu nieprzyznania nagrody „Klerowi” jest mniej groźny niż niezadowolenie istotnych dla radia środowisk politycznych. Po południu prezes wydał komunikat – opowiada jeden z dziennikarzy rozgłośni.

Pod listem podpisały się 52 osoby, także Michajłow i Naliwajek. – Ani Jacek, ani ja nie byliśmy inicjatorami tego listu. Jacek podpisał się pod nim zresztą dopiero po kilku dniach. Ale to my jesteśmy pierwszymi ofiarami podpisania listu. Chodzi też pewnie o zastraszenie reszty zespołu – mówi Agnieszka Michajłow.

Jacek Naliwajek przyznaje: – Od dłuższego czasu chodziły słuchy, że ja i Agnieszka musimy być zwolnieni.

Według jednego z dziennikarzy Radia Gdańsk atmosfera w zespole jest bardzo zła, a ludzie czują się zastraszeni.

NARODOWCY Z RACAMI, NIE POWSTAŃCY

W grudniu ub.r. Anna Rokicińska, do niedawna reporterka radiowej Trójki, pozwała Polskie Radio. Zrobiła to po tym, jak nie przedłużono jej umowy, która wygasła pod koniec października. Rokicińska domaga się przywrócenia do pracy i ustalenia stosunku pracy.

Jako powód nieprzedłużenia umowy podano jej, że jest „niekreatywna” i „konfliktowa”.

Rokicińska jest członkiem zarządu Związku Zawodowego Dziennikarzy i Pracowników Programu III i II. W Polskim Radiu przepracowała 11 lat, z czego zaledwie niecałe dwa na umowę o pracę. Ale zakres jej obowiązków zawsze był ten sam. Dlatego gdy już po nieprzedłużeniu umowy w Trójce dostała propozycję przejścia do radiowej Czwórki, ale znów na czas nieokreślony, nie zgodziła się.
– Do sądu idę z potrzeby szukania sprawiedliwości. Nie do pomyślenia jest, żeby ludzie pracujący w instytucjach nadzorowanych przez instytucje państwa pracowali na umowach śmieciowych. W XXI wieku walkę o tak podstawowe prawa już dawno powinniśmy mieć za sobą – mówi Rokicińska.

Spodziewała się jednak nieprzedłużenia umowy. Jako tzw. mąż zaufania związku zawodowego brała udział w rozmowach pracodawcy z pracownikami, co mogło się nie podobać zarządowi. Tomasz Ławnicki, były dziennikarz Trójki, napisał w NaTemat.pl, że Rokicińska naraziła się zarządowi m.in. relacją z rocznicy powstania warszawskiego. Opowiadała w niej o bohaterskich powstańcach, ale nie wspomniała o narodowcach palących race w centrum stolicy. Zamiast jak zwykle z Powązek, szefowie Trójki zdecydowali, że relacja tuż przed godziną W ma być z centrum miasta. – Latami mówiono mi, że w godzinę W mam skłaniać do refleksji, chyba że jest już po godzinie W, wtedy opisuję rzeczywistość. Nikt tych zasad nie zmienił – tłumaczy Rokicińska.
Łukaszowi Kurtz-Królikiewiczowi, kierownikowi redakcji aktualności Trójki, relacja dziennikarki się jednak nie spodobała. – Zdaniem kierownika powinnam mówić o płonących racach – wyjaśnia Rokicińska.

Szefostwu nie spodobało się też, gdy w „Zapraszamy do Trójki” Rokicińska zacytowała Wojciecha Manna, który na pogrzebie Kory powiedział, że piosenkarka „żyła w czasach komunizmu, potem demokracji i wreszcie parodii demokracji”. – Kierownik redakcji aktualności stwierdził, że mój materiał był groteskowy i że podczas pogrzebu nie należy mówić o poglądach politycznych zmarłej. Jeśli jednak miałam zrobić uczciwą relację z pogrzebu, nie mogłam pominąć słów Wojciecha Manna. Cytowała je większość portali, także tych prawicowych. Gdybyśmy o tym nie wspomnieli, wyszlibyśmy na idiotów – mówi Rokicińska.

ZDEGRADOWANA SIĘ BRONI

Z kolei w kwietniu ub.r. dziennikarka Informacyjnej Agencji Radiowej Dorota Nygren pozwała Polskie Radio o dyskryminację przez jej pracodawcę ze względu na narodowość.

We wrześniu 2017 roku Nygren, wówczas edytorka i przygotowująca serwisy dla radiowej Dwójki, podała informację o mężczyźnie, który próbował obrabować na północy Włoch 97-letniego księdza. Zdecydowała się nie podawać narodowości napastnika, uznając, że nie ma to znaczenia dla opisywanej sprawy. Dyrektor IAR Paweł Piszczek zagroził Nygren zwolnieniem i zażądał, by publikowała narodowość w każdej sprawie, która będzie dotyczyć przestępczości. Dziennikarka odmówiła – i została przeniesiona do działu dokumentacji IAR.

Dlaczego poszła do sądu? – Przywiązuję wagę do standardów dziennikarskich i dobra Polskiego Radia. To, że nie podałam narodowości osoby, która napadła na księdza, wynikało z kodeksów dziennikarskich. Zostałam niesprawiedliwie potraktowana. Odsunięto mnie od moich zadań, co uważam za degradację.

I nadal naraża się zarządowi. W październiku ub.r. zarząd Stowarzyszenia Dziennikarzy i Twórców Radia Publicznego (tworzą go Wojciech Dorosz, Dorota Nygren i Marcin Majchrowski) zaprotestował przeciwko nazwaniu prof. Władysława Bartoszewskiego „bydlakiem” przez gościa audycji Trójki, muzyka Pawła Piekarczyka. Prowadzący program Wojciech Reszczyński nie zareagował. W wydanym oświadczeniu związek zaprotestował przeciwko „drastycznemu obniżaniu standardów pracy dziennikarskiej” i prosi władze Polskiego Radia o „zajęcie jednoznacznego stanowiska” w tej sprawie.

– Jeśli standardy są przekraczane, dziennikarze mają obowiązek reagować. To zawód, który wymaga trudnych decyzji. Dyrekcja Trójki też miała zastrzeżenia do audycji Reszczyńskiego, bo zawiesiła go w obowiązkach – mówi Nygren.

Zarząd Stowarzyszenia Dziennikarzy i Twórców Radia Publicznego wypowiedział się publicznie po raz drugi, gdy po ujawnieniu w październiku przez Onet, że z akt śledztwa w sprawie afery podsłuchowej wynika, iż na jednej z taśm obecny premier Mateusz Morawiecki miał dyskutować o zakupie nieruchomości na tzw. słupy – wypowiedziała się rzeczniczka rządu Beata Mazurek.

„Niemiecki Onet kolejny raz insynuuje. (...) Mafie VAT, mafie paliwowe, mafie tytoniowe, mafie alkoholowe pozbawione miliardów dochodów szukają sojuszników” – napisała na Twitterze.

„Stanowczo sprzeciwiamy się sugestiom jakoby dziennikarze mieli związek ze światem przestępczym, bez podania dowodów na poparcie tego” – napisał zarząd stowarzyszenia dziennikarzy z Polskiego Radia. „Nasz sprzeciw budzi także używanie określeń typu »niemiecki Onet«, co może wywoływać nastroje nienawistne na tle narodowościowym” – uważa.

JEDNAK NIE NĘKALI ZARZĄDU

Co ciekawe, członkowie zarządu stowarzyszenia Wojciech Dorosz i Marcin Majchrowski pracują w Polskim Radiu – ale wrócili po przerwie. W 2016 roku, będąc dziennikarzami Trójki i członkami zarządu Związku Zawodowego Dziennikarzy i Pracowników Programów III i II Polskiego Radia, zostali zwolnieni dyscyplinarnie. Wraz z nimi Paweł Sołtys.

Powodem był m.in. list otwarty w obronie dziennikarek Małgorzaty Spór i Anny Zaleśnej odsuniętych od przygotowywania serwisów dla Trójki oraz związana z tym akcja w mediach społecznościowych. Związkowcom zarzucono „wywieranie presji psychicznej” na zarząd Polskiego Radia, „destabilizację” jego pracy i spółki poprzez „publiczne nękanie”, m.in. „żądaniami przystąpienia do mediacji” i stosowanie czarnego PR.

Dorosz, Majchrowski i Sołtys oddali sprawę do sądu. W czerwcu 2017 roku radio podpisało z Sołtysem ugodę, a niedługo potem z Majchrowskim i Doroszem. Sołtys współpracował z radiem krótko, ale ostatecznie wybrał posadę w Bonnier Business Polska, za to Dorosz i Majchrowski pracują w Trójce do dziś. – Idąc do sądu, miałem świadomość, że zarzuty wobec nas są bezpodstawne, a radio, podpisując ugodę, przyznało nam rację – mówi Majchrowski.

Dlaczego znowu ryzykuje, podpisując kolejne oświadczenia związku zawodowego? – Przyzwoitość to przyzwoitość. Należy zabierać głos, kiedy ktoś zachowuje się nieprzyzwoicie – odpowiada Majchrowski.

AUDYCJA NIEODPOWIEDNIA

W maju ub.r. dziennikarka Radia Lublin Agnieszka Czyżewska-Jacquemet skończyła pracę nad reportażem na Dzień Flagi. Na kilka godzin przed emisją redaktor naczelna radia Małgorzata Piasecka zdjęła audycję z anteny, uznając ją za nieodpowiednią.

Reportaż na Dzień Flagi był jedną z obowiązkowych audycji rocznicowych. Autorka pokazała w nim przywiązanie Polaków do barw narodowych, ale też jak różnie rozumieją patriotyzm i na czym go opierają. Według tych, którzy słyszeli ów reportaż, jest to bardzo dobry materiał dziennikarski, godny nagrody. Obnażał brak wiedzy historycznej Polaków i ideową pustkę stojącą za patriotycznymi sloganami, ale w sposób nieobrażający nikogo. Bohaterami byli m.in. właściciel studia tatuażu patriotycznego czy właściciel lokalu z „patriotycznymi kebabami”.

– Redaktor naczelna nie podała nam konkretnych przyczyn zdjęcia reportażu z anteny. W rozmowie ze mną powiedziała, że audycja nie nadaje się na Dzień Flagi – opowiada Katarzyna Michalak, wówczas szefowa redakcji reportażu. – Poprosiłam Radę Programową Radia Lublin o ocenę reportażu, ale też o mediację, tak, żeby mógł się on w końcu ukazać na antenie. Rada wezwała redaktor naczelną i nas do kompromisu. O tym fakcie dowiedziałam się z mediów; nie otrzymałam żadnej odpowiedzi na piśmie. Na czym ten kompromis miałby polegać, nie wiem – kończy Michalak. Wkrótce po wydarzeniu zrezygnowała ze stanowiska kierownika redakcji.

Obie dziennikarki mówią, że nie doświadczyły formalnych kar ze strony władz rozgłośni. – Trudno się jednak pracuje ze świadomością, że wszystkie twoje gesty, zachowania czy wypowiedzi są uważnie obserwowane i mogą być zinterpretowane na twoją niekorzyść – mówi Agnieszka Czyżewska-Jacquemet. Odnosząc się zaś do artykułów na temat zdjęcia z anteny jej audycji, podkreśla, że ani ona, ani Katarzyna Michalak nie poszły z tym do prasy. – Dziennikarze już znali sprawę i zwrócili się do nas z prośbą o zajęcie stanowiska. Jednak to na nas spadło oskarżenie, że zszargałyśmy dobre imię rozgłośni – dodaje.

JAK KTOŚ ROBI KRZYWDĘ, TRZEBA SIĘ ODGRYŹĆ

W przeciwieństwie do telewizji publicznej wielu ze zwolnionych dziennikarzy radia publicznego poszło do sądu. I wygrywają.

Tomasz Ławnicki, który opisał sprawę Rokicińskiej z Trójki, dobrze ją znał, bo był serwisantem i zastępcą kierownika redakcji aktualności Programu III. Powodem wręczonego mu w maju 2016 roku wypowiedzenia miała być likwidacja jego stanowiska, lecz na miejsce Ławnickiego zatrudniono nowego serwisanta i kierownika, tyle że nazwano go koordynatorem.

Decyzję o wytoczeniu sprawy pracodawcy Ławnicki musiał podjąć w ciągu siedmiu dni. – Nie wiedziałem wtedy, jak sobie ułożę życie. Ale powód zwolnienia był nieprawdziwy, więc zdecydowałem się iść do sądu – wyjaśnia. Wygrał przed sądem sprawę o odszkodowanie za bezprawne zwolnienie z pracy; sąd zasądził na jego rzecz trzykrotność wynagrodzenia. Dziś Ławnicki jest wydawcą w NaTemat.pl.

Również inny dziennikarz Trójki, kierownik publicystyki Jerzy Sosnowski, wygrał na sali sądowej z Polskim Radiem. W maju 2018 roku Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że zwolnienie go z pracy było bezprawne. Sosnowski otrzymał odszkodowanie w wysokości trzymiesięcznego wynagrodzenia. O przywrócenie do pracy nie występował. Znalazł pracę w Tok FM (po roku odszedł z tej stacji). – Nie miałem ani przez chwilę wątpliwości, czy powinienem pójść do sądu. Jak ktoś robi mi krzywdę, uważam, że trzeba się odgryźć. Tekst mojego wypowiedzenia był absurdalny. Nie zostało wyjaśnione, dlaczego zarząd stracił do mnie zaufanie – mówi dziś Sosnowski.

Tę wiedzę mógł mieć Tomasz Zimoch, dziennikarz sportowy Polskiego Radia, który w maju 2016 roku w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” skrytykował sytuację polityczną w Polsce i pomysł weryfikacji dziennikarzy w mediach narodowych. „To jest gorzej niż w stanie wojennym, gorzej niż za komuny. To jest poniżanie dziennikarzy, wydawców. Ludzie są upokorzeni, zmęczeni” – mówił Zimoch.

Ówczesna prezes Polskiego Radia Barbara Stanisławczyk wezwała go na rozmowę i powiedziała, że obraził cały naród polski. I poinformowała, że został zawieszony. W czerwcu dziennikarz rozwiązał umowę o pracę w radiu bez wypowiedzenia, z winy pracodawcy.

– Dziennikarz ma prawo wypowiedzieć się na każdy temat. Nie zrobiłem nic złego – mówi dziś Zimoch o swoim wywiadzie dla „DGP”. Helsińska Fundacja Praw Człowieka wydała w jego sprawie opinię przyjaciela sądu. Zwróciła uwagę, że zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dziennikarze mają nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek komentowania spraw o znaczeniu publicznym, do których należą kwestie dotyczące funkcjonowania mediów publicznych, w szczególności ich polityka programowa i kadrowa oraz niezależność redakcyjna.

W lipcu ub.r. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Żoliborza uznał, że zawieszenie Tomasza Zimocha w obowiązkach służbowych było bezprawne. Po odwołaniu Polskiego Radia sprawa rozpatrywana jest przez sąd drugiej instancji.

Zimoch współpracuje teraz z „Angorą” i innymi mediami. – Nie żałuję wytoczenia procesu Polskiemu Radiu i nie rozważam powrotu – stwierdza.

RADIO ZWALNIA – I PŁACI

Wygranych procesów byłych pracowników z Polskim Radiem jest coraz więcej.

Zwolniony dyscyplinarnie Kamil Dąbrowa, dyrektor Programu I, za „ciężkie naruszenie obowiązków pracowniczych poprzez podjęcie decyzji o emisji hymnów na antenie, wygrał już w czerwcu 2016 roku w pierwszej instancji: Sąd Rejonowy dla Miasta Stołecznego Warszawy orzekł, że zwolnienie było bezprawne. Przyznał mu odszkodowanie w wysokości trzykrotnej pensji. Po apelacji Polskiego Radia w kwietniu 2017 roku Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy przez sąd pierwszej instancji. Wyrok jeszcze nie zapadł.

Dąbrowa chce walczyć do końca: – Jeśli będzie konieczne, zamierzam odwoływać się aż do Trybunału w Strasburgu. Chodzi o sprawiedliwość – zapowiada. Dziś jest dyrektorem Meloradia.

Ugodę z Radiem Poznań w sprawie zwolnienia z pracy zawarł w 2016 roku Wojciech Biedak, publicysta stacji i były wiceprezes Radia Merkury. – Nowy prezes Filip Rdesiński wezwał mnie do gabinetu i powiedział, że musimy się rozstać – opowiada Biedak. – Dodał, że powód mojego wypowiedzenia wyjaśniony jest w piśmie. Nie znalazłem tam konkretów, oprócz ogólnikowego wskazania na przyczyny leżące po stronie pracodawcy: ekonomiczne i organizacyjne. Oddałem więc sprawę do sądu o bezprawne zwolnienie z pracy – kończy.

Do ugody doszło już na drugiej rozprawie. – Stacja przyjęła mój warunek: półtorakrotność miesięcznego wynagrodzenia. Była to niewielka kwota, ale już wcześniej dostałem odszkodowanie za odejście z radia i za skrócenie okresu wypowiedzenia – wyjaśnia dziennikarz. Dziś Wojciech Biedak jest rzecznikiem Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Poznaniu. Powrót do radia wyklucza.

Za Rdesińskiego z Radia Poznań odeszło kilkanaście osób – sześć wytoczyło rozgłośni procesy za bezprawne zwolnienie z pracy. Jedną z pierwszych decyzji personalnych nowego prezesa było zwolnienie Agnieszki Gulczyńskiej należącej do najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy tej rozgłośni. Poszła do sądu. W październiku ub.r. Radio Poznań przegrało już prawomocnie ten proces – sąd uznał, że zwolnienie Gulczyńskiej po zmianie prezesa było nieuzasadnione. Rozgłośnia musi wypłacić jej trzymiesięczną odprawę. Sama Gulczyńska odeszła z zawodu i o sprawie nie chce już rozmawiać.

Wśród zwolnionych był też m.in. Mariusz Kwaśniewski, który przez 21 lat razem z Arkadiuszem Kozłowskim prowadził muzyczny program „Radio Yesterday”. W 2014 roku audycja zniknęła z anteny. – Program zaczął się przeistaczać w kampanię propisowską Arka. Nasz duet się rozleciał, a kierownictwo zdecydowało o zakończeniu emisji audycji – opowiada Kwaśniewski. – Arek nie był pracownikiem radia, miał tylko ten jeden program, więc źródła swojego nieszczęścia upatrywał we mnie. Gdy po wyborach w 2015 roku przyszedł do radia jako dyrektor programowy, osobiście wręczył mi wypowiedzenie – dodaje.

Kwaśniewski oskarżył pracodawcę o bezprawne zwolnienie. Nie domagał się przywrócenia do pracy, tylko zadośćuczynienia. Sprawa zakończyła się ugodą, wypłacono mu równowartość półtoramiesięcznego wynagrodzenia. Dziś pracuje w studenckim Radiu Afera. – Świadomie nie zdecydowałem się na pracę rzecznika prasowego, żeby nie tracić kontaktu z zawodem – mówi Kwaśniewski.

W lutym 2018 roku minister kultury i dziedzictwa narodowego, odpowiadając na interpelację posłanki Platformy Obywatelskiej Katarzyny Osos, poinformował, że od początku 2016 roku do kwietnia 2018 roku Polskie Radio, regionalne rozgłośnie publiczne i Polska Agencja Prasowa wypłaciły bezprawnie zwolnionym 14 pracownikom łącznie już 280,1 tys. zł odszkodowań z tego tytułu, z czego odszkodowanie dostał tylko jeden pracownik PAP. Nam ministerstwo odmówiło podania aktualnej informacji na ten temat.

DO KOMERCYJNYCH MEDIÓW NIE PASUJĄ

Agnieszka Michajłow z Radia Gdańsk nie wyklucza wytoczenia spółce procesu sądowego. – Po prawie 25 latach wyrzuca się mnie z pracy na podstawie utraty zaufania, co moim zdaniem jest śmieszne, lecz intencją jest zapewne upokorzenie mnie – mówi.

Możliwe, że do sądu pójdzie też Jacek Naliwajek: – Jeśli prezes chce mnie zwolnić, niech to zrobi. Ale nie godzę się na kłamliwe uzasadnienie mojego odejścia.

Zwolnionym dziennikarzom publicznego radia nie jest łatwo znaleźć nową pracę. – Rozgłośnie komercyjne mają inną stylistykę. Jesteśmy ludźmi, którzy do komercyjnych mediów nie pasują. Ofert dopasowanych do naszych możliwości nie ma specjalnie dużo – mówi Jerzy Sosnowski.
Dlaczego to zatem głównie radiowcy, a nie byli dziennikarze TVP biją się o sprawiedliwość? Anna Rokicińska: – W publicznym radiu zawsze było więcej misji i mniej polityki niż w telewizji. Jeśli ktoś jest przekonany, że to jego miejsce na ziemi i to, co robił, robił dobrze, wtedy walczy – mówi była dziennikarka Trójki.

Albo koledzy walczą wraz z nim – jak w grudniu ub.r. w Radiu Rzeszów. Prezes tej rozgłośni Przemysław Tejkowski doniósł do prokuratury na własną dziennikarkę Grażynę Bochenek – za to, że w jej audycji słuchacz nazwał prezydenta Andrzeja Dudę „figurantem” (prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa). Bochenek otrzymała również naganę i została odsunięta od prowadzenia programów. Zespół stanął w jej obronie. „Wszelkiego rodzaju polityczne naciski (nakazujące podawanie danej informacji albo zabraniające podawania innej) uważamy za łamanie wolności słowa i tłumienie uczciwości i rzetelności dziennikarskiej” – pod tymi słowami listu otwartego podpisało się 29 odważnych radiowców.

Małgorzata Wyszyńska

Pozostałe tematy weekendowe

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.