Temat: Dziennikarz Roku

Wydanie: PRESS 01-02/2016

Z lekkim dystansem

Konrad Piasecki (fot. Marek Straszewski dla Press)

Rozmowa z Konradem Piaseckim - Dziennikarzem Roku 2015.

Nie było Pana na marszu Komitetu Obrony Demokracji.
Ostatnie demonstracje, w których uczestniczyłem jako pełnoprawny demonstrant, odbywały się gdzieś około 1989 roku.

Czyli na marszu organizowanym dzień później przez PiS też Pana zabrakło?
Tak, bo uważam, że dziennikarstwo, a już na pewno dziennikarstwo informacyjne, wymaga przynajmniej lekkiego dystansu. Angażowanie się w demonstracje temu nie służy.

Jak to? Dziennikarze na tych marszach robili sobie selfie, wrzucali do mediów społecznościowych i opisywali je hasłami wykrzykiwanymi na tych marszach. 
To ich decyzje i ich wybory. Rozumiem, że ostentacja ma być jasną deklaracją, po której stronie stoją… Są oczywiście sytuacje, które wymagają przekroczenia tego Rubikonu między utrzymywaniem dystansu a pozbyciem się go. Na przykład ciągoty państwa do rozwiązań autorytarnych czy totalitarnych albo konieczność walki o wolność słowa.

Co konkretnie musiałoby się stać, żeby Pan wyszedł na ulicę?
Gdyby ktoś chciał wprowadzić cenzurę albo gdyby zaczęto zamykać media krytyczne wobec władzy, a dziennikarzy w więzieniach za to, co piszą – wtedy trzeba krzyczeć.

To może już warto zacząć? Pan pracuje w RMF FM, radiu należącym do niemieckiego Bauera i w TVN 24, którego właścicielami są Amerykanie ze Scripps Networks. A PiS zapowiada repolonizację zagranicznych mediów. 
Ja już słyszałem wiele zapowiedzi od wielu rządzących i sporo z nich brzmiało niepokojąco. Na szczęście – wielokrotnie na mglistych zapowiedziach się kończyło. Nie ma co podnosić histerycznego krzyku, póki nie ma konkretów. Zapowiedzi repolonizacji mediów są na razie mocno mgławicowe. Dlatego obserwuję je z dystansem i nie podnoszę krzyku, który byłby jak z bajki o Piotrusiu i wilkach.

Nie wiem, czy to tylko bajki. W Rosji zaczął właśnie obowiązywać przepis, że cudzoziemcy nie mogą mieć więcej niż 20 procent udziałów w tamtejszych mediach. Nie obawia się Pan, że u nas może być podobnie?
Polska to jednak nie Rosja. Mamy władze wybrane w wolnych, demokratycznych wyborach. Mamy inne nastroje społeczne. Mamy inne przywiązanie do demokracji. Oczywiście mamy też przykład Węgier Orbána, który z mediami poczyna sobie bezkompromisowo. Ale poczekajmy, aż u nas pojawi się coś namacalnego w sprawie mediów, coś, do czego będziemy się mogli konkretnie odnosić.

No tak, jakby co, może przejdzie Pan do TVP, tak jak 10 lat temu, gdy PiS robił porządki w mediach publicznych? 
Po moich doświadczeniach pracy w TVP pomysł przejścia do telewizji publicznej raczej nie mieści mi się w głowie.

Ale teraz Telewizja Polska będzie lepsza – narodowa.
Pomijając już to, czy TVP jest narodowa czy publiczna – praca po moim króciutkim tam epizodzie wydawałaby mi się dość porażającą perspektywą.

Kto w pierwszej kolejności powinien wylecieć z mediów publicznych, gdy one się już zmienią w media narodowe, ma Pan jakieś propozycje?
Jestem i zawsze będę ostatnim, który tworzyłby listy proskrypcyjne. A nazwiska, które wymieniane są publicznie – Tomka Lisa, Piotrka Kraśki, Beaty Tadli czy kilku innych osób, wszyscy słyszymy.

Te nazwiska dziennikarze zaczęli powtarzać za politykami i pisać, kogo należy wywalić z Telewizji Polskiej. 
To jest straszne. Przyłączanie się dziennikarzy do nagonek na kolegów po fachu – o ile akurat określenie „dziennikarz” jest tu adekwatne – mrozi mi krew w żyłach. Jeżeli są jeszcze jakieś resztki solidarności zawodowej, to niech one się ograniczą do tego, że dziennikarze nie będą sekundowali politykom w wywalaniu kolegów z mediów publicznych. Zawłaszczanie mediów publicznych przez polityków nie jest czymś, co nigdy się do tej pory nie zdarzało. Korzystała z tego PO, a wcześniej SLD. Ale wycieranie sobie gęby nazwiskami dziennikarzy i stawianie ich w pierwszym szeregu wrogów, których nowa władza powinna odstrzelić, jest ponurym doświadczeniem.

Na razie to Telewizja Republika odstrzeliła ekipę Polsatu, która pod ich siedzibą czekała na Jarosława Kaczyńskiego, nasyłając na nią policję. O jakiej solidarności dziennikarzy Pan jeszcze mówi?
Smutny był zwłaszcza film z tego zajścia nakręcony przez jednego z dziennikarzy Telewizji Republika. Dziennikarz w roli przepędzacza, który nasyła na kolegów policję, budzi we mnie najgorsze skojarzenia.

Kolejny przykład solidarności zawodowej pokazał Cezary Gmyz. W TV Republika udzielił rady tym, którzy obawiają się zwolnienia z mediów publicznych: „Mogę tylko powiedzieć klasykiem: emigracja to nie dramat. Weźcie kredyt, zmieńcie pracę”. Dobra rada?
Bardzo zabawne... Zachęcam kolegów do refleksji i zastanowienia się trzy razy, zanim przyłączą się do nagonki polityków na dziennikarzy.

Wkrótce pojawią się jeszcze męczennicy – dziennikarze, których politycy wyrzucą z mediów publicznych. Tak głębokie rowy da się kiedyś zasypać?
Mam coraz mniej nadziei na to. Dziennikarze coraz bardziej identyfikują się i dzielą według podziałów partyjnych, a nie – co byłoby znacznie naturalniejsze i bardziej oczywiste – ideologicznych.

Dlaczego Pan i inni dziennikarze z wielkich mediów nie odpytujecie i nie rozliczacie polityków z zapowiedzi ingerowania w media?
Czekam, aż zapowiedzi przekują się w coś konkretnego, w jakieś projekty.

Już same zapowiedzi są dosyć konkretne. 
Tak, ale czekam na projekty ustaw, żeby w nie spojrzeć, i mieć coś, na bazie czego będzie można dyskutować. Zapowiedzi być może nigdy nie przekują się w rzeczywistość.

Projekty polityków ostatnio stają się rzeczywistością w jedną noc. Może się więc okazać, że nagle będzie za późno na dyskusje. 
Nie mam wielkich złudzeń. Rządzący mają plan bardzo silnego przestawienia rzeczywistości na nowe tory. I nie wierzę w to, że dyskusje medialne będą im w tym przeszkadzać. Widzimy to na przykładzie dyskusji o Trybunale Konstytucyjnym.

Polityczne interwencje w mediach to jest niszczenie jednego z filarów demokracji, którym one są. Kto ma o to pytać polityków, jak nie dziennikarze?
Nikomu nie zabraniam się tym zajmować, czekam na konkretne projekty. Inna sprawa to, jak takie medium jak RMF FM powinno się zachować, gdy ktoś powie: będziemy repolonizować RMF. Czy wtedy akurat to medium ma być głównym polemistą w tej sprawie, czy lepiej uznać, że o sprawach jego dotyczących nie powinno się w nim dyskutować? Mam zawsze problem z odpowiedzią na pytanie, czy i na ile media powinny zajmować się same sobą.

Właśnie nie chodzi tu o zajmowanie się przez media samymi sobą, tylko porządkiem demokratycznym, którego media są istotnym składnikiem. 
Przyznaję, na razie zajmuję się tym głównie na Twitterze. Na antenie nie jest to teraz temat, którym trzeba byłoby się zajmować w pierwszej kolejności, bo jest nawał innych pilnych spraw.

I dlatego media pójdą pod nóż polityków po cichu.
Myślę, że jeszcze nie jest tak źle z mediami, że ich ewentualne kastrowanie przebiegnie cicho i bezboleśnie. Liczę też na to, że rewolucyjne zapędy mają jednak jakieś granice.

Pan nawołuje do trzymania w ryzach emocji. Ale chyba dziennikarze powinni zacząć nazywać rzeczy po imieniu? Bo nowa władza w Polsce ma za nic prawo.
Nie jestem przekonany, że to media powinny wywoływać histerię. Uważam, że dziennikarstwo ma do dyspozycji subtelniejsze i bardziej precyzyjne narzędzia niż cep i kilof. Jeżeli ktoś ma ambicje publicystyczne, czy wręcz publicystyczno-polityczne, i chce się kreować na człowieka, który ustawia się absolutnie po jednej stronie barykady sporu politycznego, albo na takiego, który nazywa rzeczy ostro, po imieniu, to niech tak robi. Ale ja przeprowadzam rozmowy. Jeżeli mówiłbym komuś: jesteście totalitarystami, niewiele wnosiłoby to do tych rozmów. Niekoniecznie na tej płaszczyźnie należy rozmawiać i dziennikarz w rozmowie niekoniecznie powinien się posługiwać takimi narzędziami.

Tych narzędzi używają już, mówiąc i pisząc o Polsce, na przykład „The New York Times”, „The Economist”, „Financial Times”, „The Washington Post”, CNN, „Süddeutsche Zeitung”, „Stern”. Uważa Pan, że jesteśmy lepszymi dziennikarzami od nich, bo tego unikamy?
A pan uważa, że Polska zmierza do autorytaryzmu albo totalitaryzmu?

Mam takie obawy.
Obawy, ale czy jest pan tego pewny? Ja nie mam takiego przekonania, a już na pewno – pewności. A pan jeszcze wymaga ode mnie, żebym to zarzucał swoim rozmówcom. Trzeba spierać się na argumenty, a nie na przeczucia.

Sama obawa o prowadzenie kraju przez polityków w kierunku autorytaryzmu to jest już dużo. Tym bardziej że te obawy coraz bardziej się potwierdzają.
Pana obawy są związane ze sprawą Trybunału Konstytucyjnego?

Trybunał jest instytucją zabezpieczającą konstytucję. Ale jest też kwestia grożenia mediom.
Nie podoba mi się to, co się dzieje wokół trybunału. Ale uważam też, że znacznie lepiej jest porozmawiać z politykiem, wykazując mu błędy, niekonsekwencję i niekonstytucyjność w działaniu, niż zarzucać go hasłami: wy autorytaryści. To tylko izoluje polityków od mediów i uodparnia ich na argumenty, które w mediach się pojawiają. Rozmawianie na zasadzie, że jedni stwierdzą: jesteście zamordystami, a drudzy odpowiedzą: jesteście lewackimi mainstreamowcami, nie doprowadzi nas nawet do próby zrozumienia. A ja raczej próbuję rozumieć, przyglądać się i dyskutować, niż przyklejać na czołach etykietki.

Nie za późno pytamy polityków o Trybunał Konstytucyjny? Gdy w czerwcu PO dokonała skoku na trybunał – jak się później okazało z pogwałceniem konstytucji – to jedna Ewa Siedlecka z „Gazety Wyborczej” podniosła alarm. Nie przypominam sobie, żeby Pan wtedy pytał polityków o tę sprawę.
Przyznaję się do grzechu zaniechania. To był gorący czas: kampania prezydencka, kampania parlamentarna. Zbyt łatwo dałem się zwieść przekonaniu, że czerwcowa zmiana ustawy o trybunale ma na celu uporządkowanie kwestii wyboru sędziów. Nie zająłem się tym na tyle intensywnie, żeby rzeczywiście tę sprawę prześwietlić i mieć poczucie, że dzieje się coś złego, co za chwilę zaowocuje jeszcze czymś gorszym.

A teraz znów Pan przekonuje, że mamy uważać ze słowami, być ostrożni z emocjami, bo skończy się z nimi rozmowa. Ale tej rozmowy już nie ma. Politycy PiS nie odpowiedzieli na pytania dziennikarzy „NYT”. Była dziennikarka Joanna Lichocka, teraz już też z PiS, nie udzieliła wypowiedzi Karolinie Lewickiej z TVP, bo uważa ją za propagandystkę.
Prawo i Sprawiedliwość po dojściu do władzy prowadzi dość szczególną politykę medialną. Mam potężne problemy z zapraszaniem polityków PiS do audycji. Niektórzy nawet chcieliby przychodzić, ale przyznają, że dostali zakaz występowania publicznie. Tak unikającej mediów ekipy rządzącej nie przypominam sobie, kompletnie tego nie rozumiem. Mamy jeszcze taki problem, że wielu polityków partii rządzącej nie chce świecić oczami za to, co się dzieje wokół Trybunału Konstytucyjnego. Uważają, że to nie jest dobry moment na pojawianie się w mediach, bo nie chcą bronić linii partyjnej w tej sprawie.

Jak możemy przypomnieć politykom, że pytamy ich w imieniu ludzi, za pieniądze których oni żyją, więc powinni odpowiadać każdemu dziennikarzowi?
Ja zaczynam prowadzić politykę przypominania na Twitterze politykom partii rządzącej, że ci, którzy ich wybrali, ale też tacy, którzy ich nie wybierali, a są obywatelami tego kraju, mają ochotę usłyszeć od nich odpowiedzi na pytania. Ale w poprzednim rządzie też mieliśmy ministrów, którzy konsekwentnie unikali mediów. Uważam, że trzeba głośno publicznie o tym mówić, bo potem ludzie są przekonani, że to media prowadzą jakąś politykę zapraszania lub niezapraszania gości.

Pan może osobiście im to tłumaczyć. Z większą liczbą polityków z prawej czy lewej strony jest Pan na ty?
Z niewieloma politykami jestem na ty. Ale oczywiście są tacy i mniej więcej rozkładają się równo na prawą i lewą stronę. Policzyć ich mogę na palcach dwóch rąk. Gdy przechodziłem na ty, niektórzy z nich byli dziennikarzami. A niektórzy należeli do innej partii niż ta, do której należą dzisiaj.

Dziennikarz, zwłaszcza zajmujący się polityką, nie powinien unikać bliskich relacji z politykami?
Powinien, dlatego ja nie wchodzę w bliższe relacje, unikam salonowo-politycznego życia. Ale cóż robić, gdy są politycy, z którymi na przykład studiowałem.

A jak się przeprowadza wywiad z kolegą i udaje, że to nie jest kolega? Jak się Panu rozmawiało z Pawłem Poncyljuszem? 
Z Pawłem Poncyljuszem przeprowadziłem kilka rozmów i sądzę, że nikt ze słuchaczy się nie zorientował, że znamy się od 26 lat. Na antenie byliśmy na pan. Przeprowadzanie takich rozmów nie sprawia mi większych trudności. Jak człowiek wchodzi na antenę, i wie, że słucha go trzy miliony ludzi, to zapomina o relacjach towarzyskich łączących prowadzącego z rozmówcą. W studiu jesteśmy dyskutantami, a nawet przeciwnikami.

Zagotowało się w Panu, gdy Stanisław Piotrowicz, dziś szef sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, pytany przez Pana w „Piaskiem po oczach” w TVN 24 o karierę prokuratora w czasach komuny odpowiedział, że czynił dobro?
To była szczególna odpowiedź. Ale ja nie jestem znawcą życiorysu pana Piotrowicza, więc nie będę tym, który pierwszy rzuci w niego kamieniem. Mogę sobie nawet wyobrazić, że prokurator PRL mógł się zachowywać przyzwoicie. Wyjaśnienie tego wymagałoby porozmawiania z osobami, które z Piotrowiczem miały kontakt w okresie PRL. Chociaż jest dla mnie ironią losu, że człowiek z taką przeszłością ma walczyć z miazmatami postkomunizmu – jak mówi Jarosław Kaczyński. Chciałbym, żeby Stanisław Piotrowicz solidnie rozliczył się z tego, co robił.

Przygotowując się do tej rozmowy, Pan, historyk z wykształcenia, chyba studiował kodeksy, żeby pouczać prawnika Piotrowicza: „Skoro przyjęto inne uregulowania w ustawie, to ta ustawa jest ważniejsza niż regulamin Sejmu, bo regulamin Sejmu ma moc uchwały Sejmu, a nie ustawy”?
Czytałem opinie i ekspertyzy dotyczące sprawy Trybunału Konstytucyjnego. Z racji tego, jak dużo czasu na to poświęciłem, do tej rozmowy – mimo braku wykształcenia prawniczego – byłem, mam wrażenie, dość solidnie przygotowany.

W „Biblii dziennikarstwa” podzielił Pan wywiady na informacyjne, polemiczne i human story. Do której kategorii należała rozmowa z Piotrowiczem?
To był wywiad polemiczny z elementami polemicznego human story. Do dziś – jak pan widzi – trzymam się tej klasyfikacji.

A w której kategorii czuje się Pan najgorzej?
Human story, bo rozmowom o historii ludzi towarzyszą zupełnie inne emocje i z reguły inne tempo. To są trudne rozmowy, często o intymnych sprawach. Takie rozmowy rzadko mi się zdarzają. Była nią na przykład rozmowa z Anetą Krawczyk, ofiarą molestowania seksualnego w Samoobronie. To jest trudniejsze niż rozmowa z politykiem.

Pisał Pan też, że w wywiadach polemicznych ustawia się Pan w roli oponenta rozmówcy i czasami naprawdę Pan nim jest, a niekiedy Pan udaje. Częściej Pan udaje, rozmawiając z politykami z PiS czy PO?
Ale ja ich nie dzielę partyjnie. Staram się dobierać temat rozmowy w ten sposób, żeby w naturalny sposób być oponentem. Dziś w „Kontrwywiadzie” rozmawiałem z Małgorzatą Kidawą-Błońską z PO i główny zarzut uczyniłem z tego, że gdy była marszałkiem Sejmu, dopuściła do uchwalenia ustawy, która okazała się niekonstytucyjna. Wczoraj rozmawiałem z Patrykiem Jakim ze Zjednoczonej Prawicy i zarzuciłem mu, że PiS zgłasza nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, która zawiera zapis już na pierwszy rzut oka wyglądający na niekonstytucyjny.

Pamięta Pan swój wywiad z Antonim Macierewiczem z 2008 roku? Pan go wtedy przerwał. Obraził się Pan na swojego gościa?
Jestem człowiekiem, który niespecjalnie często i intensywnie obraża się na innych. Wtedy Macierewicz użył argumentu, że ja służę agenturze. Po takim czymś traci się ochotę na dalszą rozmowę. Jeżeli w rozmowie pojawiają się tak ostre i bezpodstawne zarzuty, to nie ma ona sensu. Dlatego pozwoliłem sobie przerwać ten wywiad, co jest rzadkością w mojej pracy.

Przerwał Pan też rozmowę w „Kontrwywiadzie” RMF FM ze Zbigniewem Ziobrą, gdy ten zamiast odpowiadać na pytania o uchodźców, zaczął Pana atakować, że jest Pan dziennikarzem liberalnych mediów. 
Po tej rozmowie nikt nie żywił do nikogo urazy. Wtedy problem był taki, że kończył mi się czas antenowy, a Zbigniew Ziobro uporczywie nie odpowiadał na moje pytanie. Trzeba było więc kończyć. Z reguły zresztą rozmowa z człowiekiem, który nie odpowiada na pytanie, tylko peroruje na tematy, które sam sobie wyznacza, jest ciężkostrawna.

Przerwanie lub skrócenie rozmowy to nie jest porażka prowadzącego?
Gość, który chce rozmowę zepsuć albo zrobić sobie z anteny trybunę polityczną, jest nie do opanowania. Wtedy są dwa wyjścia: albo to się przeradza w pyskówkę, albo trzeba skończyć, bo dalsze mówienie nie ma sensu.

Karolina Lewicka powinna była raczej zakończyć słynną niedawną rozmowę z Piotrem Glińskim w „Minęła 20” w TVP Info?
Najłatwiej się mówi, co by się zrobiło, już po fakcie i to z perspektywy człowieka, który nie był w tym studiu. Ja chyba jednak pozwoliłbym Glińskiemu wypowiedzieć do końca choć jedną kwestię z tych, które chciał wygłosić. Ta rozmowa zaczęła się od materiału filmowego, potem było długie pytanie prowadzącej. To sprawiło, że gość w studiu chciał od razu odpowiedzieć na wszystkie kwestie, które we wstępie się pojawiły. Dlatego ja stosuję metodę zadawania krótkich i zamkniętych pytań, bo to skłania gościa do odpowiedzi na to jedno pytanie. Jednak gdyby gość zaczął obrażać stację, w której pracuję, poczułbym się uprawniony do tego, żeby ją przerwać. Nad rozmową Karoliny Lewickiej z Piotrem Glińskim coś zaciążyło. Ta rozmowa od początku leciała w przepaść. Sam miewałem takie rozmowy.

Które Pana rozmowy poleciały w przepaść?
Choćby niedawno z Joachimem Brudzińskim, w której chciał przywołać do porządku wszystkie media. Jego zdaniem powinny się zajmować taśmami, które poprzedniego wieczoru ujawniła Telewizja Republika. Ta rozmowa została zakończona poprawnie, choć spadała w przepaść, w której prawie się znalazła.

Trochę Panu współczuję. Polscy politycy są bardzo przewidywalni. A Pan musi codziennie rano wstawać i zadawać im pytania, wiedząc, co odpowiedzą. To nie nuży?
Czasami mam smętne wrażenie, że te wywiady toczą się według scenariusza, który jest zbyt łatwy do przewidzenia. Dlatego staram się zadawać mniej standardowe pytania lub operować tak językiem, by przynajmniej językowo rozmowa była ciekawsza. Ale tak, niewielu jest polityków, którzy potrafią naprawdę zaskoczyć.

Ile razy zaspał Pan na wywiad?
Tak, żeby zawieść kompletnie, to ani razu.

To Panu przypomnę: w 1994 roku, gdy miał Pan rano pojechać do mieszkania dystrybutora kontrowersyjnego filmu „Ksiądz”? Był Pan już na antenie, gdy dopiero biegł po schodach do jego mieszkania.
To było tak dawno, że chyba to wyparłem z pamięci. Rzeczywiście, choć wtedy wywiady nie były tak precyzyjnie umiejscawiane w ramówkach jak dziś. Ale zaspałem haniebnie i potem musiałem nadrabiać to, co już było nie do nadrobienia. Zaliczyłem wpadkę.

Mocno Pan wtedy oberwał od szefów?
Rozmowa z Edwardem Miszczakiem, którą odbyliśmy, nie należy do moich ulubionych wspomnień. Ale mi się należało, więc przyjąłem to z pokorą.

Nie nastawił Pan budzika na odpowiednio wczesną godzinę?
Może zadzwonił, tylko ja go wyłączyłem i dalej spałem… To mi się do dziś zdarza, ale teraz mam sposoby awaryjne. Żona ma nastawiony drugi budzik, który dzwoni, gdy jest już źle, ale ja jeszcze będę w stanie dotrzeć na czas do studia.

W zestawieniu firmy H+K Strategies i serwisu Twiangulate okazało się, że w trakcie kampanii wyborczej był Pan najliczniej obserwowanym dziennikarzem przez kandydatów startujących z pierwszych miejsc na listach. Ta twitterowa popularność wśród polityków bardziej pomaga czy przeszkadza Panu w pracy?
Polityk przed wywiadem z łatwością może mnie rozpracować i dowiedzieć się, czym się ostatnio zajmowałem i emocjonowałem na Twitterze. W ten sposób uda mu się przewidzieć, jakimi ścieżkami może pójść rozmowa. Ale Twitter to dla mnie ciekawe środowisko wyrażania swoich opinii podszytych subiektywizmem i zderzania się z innymi opiniami, niekiedy umiarkowanie grzecznie wyrażanymi. Ale dzięki temu mogę poznać ścieżki, po których błądzą ludzkie myśli, jest tam sporo szumu, ale są też perełki.

Za co Pan ostatnio zablokował komuś dostęp do swojego konta?
Banuję często. W gorącym dniu zdarza mi się zablokować nawet 30–40 osób. Im bardziej kontrowersyjną opinię wyrazi się na Twitterze, tym większy odzew hejterski ona powoduje. Odnoszę wrażenie, że ludzie nie panują tam nad językiem. Jeżeli ktoś w komunikacji ze mną używa słów powszechnie uznanych za obelżywe, to go banuję, bo nie chce mi się ścierać ze złymi emocjami ludzi. Banuję, bo zbyt często czytam też – niekoniecznie na swój temat – rzeczy straszne i haniebne. Co ciekawe, gdy spotykam ludzi, których zablokowałem, okazuje się często, że w bezpośredniej rozmowie prezentują ostrożniejsze stanowisko i nawet mnie przepraszają.

Na konto na Twitterze lub Facebooku jeszcze nikt się Panu nie włamał, żeby w Pana imieniu obrażać innych. Ale sam Pan zauważył, że do tych rzekomych włamań zwykle dochodzi wieczorami i w nocy, nigdy rano. Pan jest abstynentem czy po alkoholu nie dotyka Pan mediów społecznościowych? 
Twitter i alkohol oraz w ogóle wystąpienia publiczne i alkohol powinno się oddzielać bardzo grubą linią. Nie jestem abstynentem, ale powiem, że we mnie alkohol budzi pozytywne emocje i miłość do całego świata. Po alkoholu raczej wyznawałbym swoim followersom miłość, a nie pisał rzeczy ponure i obraźliwe.

Po tym, jak ogłoszono Pana Dziennikarzem Roku 2015, pisał Pan: „Mam poczucie, że ta nagroda to także efekt siły tt i Was, Drodzy Followersi”. Napisał Pan to jeszcze przed toastem?
Tego wieczoru w ogóle nie wznosiłem alkoholowych toastów! A Twitter w mojej pracy jest ważnym narzędziem, bo dużo mi daje. Tu jestem sam ze sobą i swoimi followersami, poznaję ich opinie, one pomagają mi w pracy. Twitter pomaga też budować wizerunek. To jest fajne miejsce wymiany poglądów i stąd to moje podziękowanie.

Którego miejsca się Pan spodziewał w konkursie na Dziennikarza Roku?
Piątego, w najlepszym razie czwartego.

Gdy znane już było drugie miejsce dla Katarzyny Janowskiej, pomyślał Pan, że wypadł z czołówki, czy wiedział, że za chwilę padnie Pana nazwisko?
Uznałem, że wypadłem.

A tak bez udawania?
Nie udaję. Pomyślałem, że Dziennikarzem Roku zostanie jakaś ikona, na przykład Wojtek Jagielski, który znów napisał dobrą książkę. Zawsze namawiam swoją redakcję, żeby głosowała na niego.

Podobno zamęcza Pan swoich szefów w RMF FM, żeby dali Panu więcej czasu antenowego i kolejny program?
RMF FM wyznacza mi ściśle określone ramy, w których mój wywiad ma się zmieścić. Ja i tak przekraczam te ramy i często muszę posypywać głowę popiołem, że mój wywiad trwał dłużej niż wyznaczony czas. Z drugiej strony określone ramy na wywiad wymuszają odpowiednie tempo rozmowy. Dlatego proszę, żądam i błagam, żeby za bardzo nie narzekali, gdy – mówiąc językiem radiowym – przewalam, czyli przedłużam którąś rozmowę.

Co by Pan chciał jeszcze robić – kolejne rozmowy z politykami? 
Mam sporo różnych dziennikarskich ciągot związanych choćby z moją pasją historyczną. Uważam, że tu jest jeszcze sporo do obgadania i pokazania, zwłaszcza o latach PRL. Historia to od zawsze, obok dziennikarstwa i polityki, moja fascynacja.

Chciałby Pan mieć kolejny program w radiu lub telewizji?
Wychodzę z założenia, że mówienie o swoich marzeniach jest naigrawaniem się z losu, zgodnie z powiedzeniem: „Jeżeli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach”.

Konrad Piasecki

Urodził się w 1970 roku w Warszawie. Absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1992–1994 pracował jako reporter Radia Kolor. Od 1994 roku dziennikarz RMF FM. Prowadzi codzienne poranne rozmowy „Kontrwywiad RMF FM”. Od 2008 roku jest też gospodarzem cotygodniowego programu „Piaskiem po oczach” w TVN 24. Wcześniej prowadził nadawany w Polsacie i RMF FM program „Polityczne graffiti”, a w TVP 1 i RMF FM – wywiady w programie „Krakowskie Przedmieście 27”. Był też krótko reporterem „Panoramy” w TVP 2. Prowadzi blogi w portalu Interia.pl i w serwisie RMF24.pl

Mariusz Kowalczyk

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo