Wabienie do studia. Wydawcy programów są mistrzami sztuki zapraszania gości
W Polsat News Bogdan Rymanowski prowadzi program "Śniadanie Rymanowskiego" (screen: YouTube.com/Polsatnews.pl)
Dziś, jutro ani pojutrze nie da rady? Odezwiemy się za miesiąc albo dwa. Wydawcy programów są mistrzami sztuki zapraszania gości.
Namówienie kogoś do przyjazdu do studia to nie zwięzłe wyłuszczenie faktów. Interlokutora uwodzić należy delikatnie, przyjaźnie, okazując życzliwość. Nawiązać nić porozumienia w neutralnej kwestii – porozmawiać o tym wstrętnym deszczu, że co to za wiosna taka zachmurzona. Innymi słowy, starać się zrobić dobre wrażenie. Fajnie, gdy się uda pogadać na jakiś wspólny temat. „Wiem, że ma pan pieska, ja też mam pieska, choruje mi ostatnio, ale ten pana to się chyba dobrze trzyma?”. Potem, jak rozmówca się rozkręci, pozostaje tylko omówienie szczegółów. Gdy nadawanie na wspólnych falach nie jest jednak możliwe, to argumentem staje się waga i znaczenie samego programu. Małgorzata Słomkowka-Liberska, która umawia gości do programu „Śniadanie Rymanowskiego” w Polsat News, przekonuje, że przybycie do studia daje gościowi możliwość zaistnienia w poważnej stacji telewizyjnej z bardzo dużym zasięgiem, w poważnym i znanym programie, a to niesamowita okazja do przemówienia do szerokiej rzeszy widzów, no i dobra reklama w gratisie.
– Najważniejsze, co powinna zrozumieć osoba, z którą będzie rozmawiał prowadzący, to że nie zostanie przez niego spoliczkowana – mówi Słomkowka-Liberska. – Nie zapraszam gości po to, żeby na antenie ich zgnoić, pognębić, podeptać – i goście muszą to wiedzieć. Trzeba ich przekonać, że zapraszam ich dlatego, aby widz miał szansę poznać ich opinię w danej sprawie. Pewnie, że Bogdan będzie chciał podyskutować, wypytać o szczegóły, zmierzyć się na argumenty, ale nigdy nie jest jego celem iść z gościem na noże. Jeśli osoba zapraszana o tym wie, to jest spokojna o przebieg programu.
– Jakie są moje tajemne sztuczki skutecznego zapraszania, nawet wtedy, gdy osoba mówi „nie”? – zastanawia się Małgorzata Słomkowska-Liberska. – Kluczowa jest dla mnie pierwsza rozmowa.
Przed nią zawsze wysyłam mail albo SMS, opisuję w nim temat rozmowy, kontekst, podaję proponowany termin i godzinę oraz zaznaczam, czy program będzie nadawany na żywo. Następny krok to telefon. I tu bardzo staram się nawiązać z rozmówcą taki lekki flirt.
DZIECI PROSZĘ ZABRAĆ Z SOBĄ
Trzeba jednak wiedzieć, że przyjęcie zaproszenia przez gościa to dopiero połowa sukcesu. Bo gościa trzeba jeszcze do studia dostarczyć. Zdarza się, że ktoś zachoruje, a ktoś inny musi zająć się dziećmi. – Nie ma problemu – odpowiada Małgorzata Słomkowka-Liberska na takie dictum. – Proszę dzieci zabrać z sobą, a ja się nimi zaopiekuję. Pokażę telewizję od środka, dam kredki i kartki, porysujemy albo zagramy w jakąś ciekawą grę. Innym razem ktoś krótko przed programem przypomina sobie, że właśnie dziś musi zrobić bardzo ważne zakupy. – Chętnie pomogę – deklaruje Słomkowka-Liberska. Wówczas argumenty na „nie” lecą gościowi z rąk i już wiadomo, że do programu przyjedzie. – Pomocą służę w wyjątkowych sytuacjach, głównie takich, które zagrażają bezpośrednio programowi – podkreśla. – Po prostu uważam, że na tym polega bycie dobrym wydawcą. Jego rola to zrobić wszystko, żeby audycja pojawiła się na antenie na czas.
Z równym szacunkiem pisze e-mail do profesor Ewy Łętowskiej i do Ralpha Kamińskiego. Zawsze wyczerpująco odpowiada potem na pytania. Pisze, kto będzie w studiu. Jeśli trzeba, podpowiada, jak się ubrać, przypomina dzień i godzinę. – Czy ktoś mi kiedyś stanowczo odmówił? – zastanawia się Słomkowska-Liberska. – Tak wprost to nie, szczególnie ze „Śniadaniem Rymanowskiego” nie mam problemów. Ludzie Bogdana zwyczajnie lubią. On jest otwarty, ciekawy świata, grzeczny – takim prowadzącym rzadko się odmawia. A jeśli wiem, że ktoś nie przyjdzie, choć się umówił, a robi tak nie po raz pierwszy, to przestaję go brać pod uwagę, układając grafik na kolejne odcinki. Nie to, że się unoszę gniewem, strzelam focha, tylko racjonalnie patrzę na to, jak przygotować program bezpiecznie i skutecznie. Do niefajnych ludzi po prostu nie dzwonię, bo po co?
Sytuacje bez wyjścia? Nie ma takich. Są chwile trudne i zwariowane – bo trzeba stanąć na rzęsach, żeby jakiś gość pojawił się w programie prawie z minuty na minutę, choćby w sytuacji nagłej katastrofy lub śmierci arcyważnego człowieka. Wtedy Słomkowska-Liberska wytacza najcięższe działa. Odwołuje się do uczuć – litości, dobroci. Prosi o pomoc, powołuje się na wieloletnią współpracę lub na siły wyższe.
Przy czym dobór gości w takich sytuacjach to nie jest prosta rzecz – prowadzący chciałby mieć u siebie kogoś, kto nie wystąpi po pięciu minutach w konkurencyjnej stacji.
– Wieloletnie doświadczenie, umiejętność szybkiej reakcji, brak zahamowań w rodzaju: „nie wypada, co on sobie o mnie pomyśli”, pomagają wyjść zwycięsko z programowej opresji – wyjawia Słomkowska-Liberska.
Według Bogdana Rymanowskiego sztukę zapraszania gości określają dwa słowa. Po pierwsze, odwaga, konieczna w pracy dziennikarza przede wszystkim. – Nie jest banałem powiedzenie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Dowodem na to jest fakt, iż udało nam się kiedyś umówić spotkanie w jednym programie z prezydentem Andrzejem Dudą i Władimirem Zełenskim. Wymagało to wielomiesięcznych starań, cierpliwości, celowania wysoko bez obaw, że nie da rady. Drugie słowo to upierdliwość. Nie ma, że boli, że przyszły gość był przez telefon niemiły albo w ogóle nie chce rozmawiać. Dzisiaj nie da rady – w porządku, jutro próbujemy dalej. I tak do skutku. Do momentu, w którym na widok dzwoniącego numeru nasz bohater, skręcony ze złości, dla świętego spokoju w końcu odbierze – mówi Bogdan Rymanowski.
MEDIA NASZE I WASZE
Jeśli chodzi o płeć gościa, to dobrze jest pamiętać słowa profesor Magdaleny Środy, która stwierdziła kiedyś, że zapraszana do rozmowy kobieta zwykle pyta: „Na pewno ja? Ale cóż ja mam takiego ciekawego do powiedzenia w tej sprawie?”.
Za to mężczyźni zaproszenie przyjmują bez mrugnięcia okiem, pewni tego, że ich opinii ciekawy jest cały świat. Oni też szybciej poczują się urażeni, gdy program nagle spadnie z anteny. Szczególnie politycy mają z tym kłopot. Konieczną zmianę scenariusza audycji traktują często osobiście, reagują oburzeniem. Inaczej jest z ekspertami. Nauczeni doświadczeniem częstego bywania w różnych studiach telewizji czy radia, reagują w takiej sytuacji spokojniej.
Wydawca powinien uprzedzać o takiej możliwości za każdym razem aż do znudzenia. Bo nieprzewidziane sytuacje to dziennikarski chleb powszedni. Ma to na uwadze Agnieszka Laskowska, dziennikarka radiowej „Trójki”, wydawca wielu programów, w tym „Bez uników” Renaty Grochal. – Czym się kieruję, zapraszając gości? – zastanawia się. – Głównie tym, co wyniosłam z rodzinnego domu, czyli kindersztubą, szacunkiem wobec rozmówcy i ogładą. Uważam, że dziennikarz powinien być grzeczny, cierpliwy i przede wszystkim bardzo dobrze przygotowany, zwłaszcza do pierwszej, często strategicznej rozmowy. Jeśli zna dorobek swojego rozmówcy, jego poglądy, ale też temperament, to zwiększa swoje szanse na przekonanie gościa do wizyty w programie. – Jeśli to się uda, to wydawca powinien koniecznie pilnować kontaktu z umawianą osobą, przypominać jej o zbliżającym się terminie programu, upewniać, że nic się nie zmieniło. – W przypadku gości, którym wpisujemy się w kalendarze z dużym wyprzedzeniem, jest o wiele mniejsze ryzyko odwołania ich udziału w programie – tłumaczy Laskowska. – Za to w przypadku zaproszeń „na jutro” lub „pojutrze”, a nie daj Boże „na dziś”, odmowa zdarza się o wiele częściej. Wyjątkowo dziś mi się zdarzyło, że dawno zapowiadany pan odwołał przyjazd do studia, ale rzeczywiście miał poważne rodzinne powody. Cóż w takiej sytuacji robię? Zapraszam kogoś innego, wiedząc, że nie będzie on zachwycony polowaniem na gościa na ostatnią chwilę. Jednak to nie nagłe pościgi za rozmówcą są bolączką wydawców programów publicystycznych. Najgorsza jest odmowa od ludzi, których jedynym argumentem jest podział na media nasze i wasze. Takie osoby programowo nie przyjmują zaproszenia do stacji, która postrzegana jest jako rządowa albo odwrotnie. Trudno się z nimi negocjuje, gdy wszystko sprowadzane jest do jednego pytania – skąd pani dzwoni? Próbować jednak trzeba. Sztuka zapraszania gości polega także na tym, żeby się nie zniechęcać, nie obrażać, nie stroić fochów.
– Muszę przyznać, że zaprosić gości do programu Renaty Grochal to zwykle żaden problem – stwierdza Agnieszka Laskowska. – Ona cieszy się uznaniem, z takim prowadzącym pracuje się świetnie. Ale bywa, że odbijam się od ściany, zapraszając gości do jakiejś audycji, i wtedy muszę się porządnie nagimnastykować. Często stosowana wymówka, zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety, to ta, że oto nadszedł właśnie jej/jego tydzień odwożenia dzieci do szkoły. Ale radzę sobie i z tym. Zresztą znam większość naszej sceny politycznej i wiem, kto wpadnie do radia na ostatnią chwilę, kto będzie miał przy sobie szczegółowe notatki, a kto będzie zerkał w czasie rozmowy do tabletu. Czego się nasi goście nauczyli na przestrzeni wielu lat udzielania wywiadów, to robienia sobie samemu makijażu. Nasze radiowe programy są też dostępne w wersji wideo na YouTubie, więc ludzie obyci z telewizją, mężczyźni także, noszą z sobą pudry i podkłady, żeby się nie świecić.
Kiedyś wszyscy pytali z przestrachem: przepraszam, ale będzie u pani ktoś od make-upu? Ja ich z kolei pytam: ale nie będzie pan prosto od nas biegł do konkurencyjnej stacji? Bo czego tygrysy nie lubią najbardziej, to jak gość robi maraton przez wszystkie programy w ciągu jednego dnia.
DO SKUTKU
Tomasz Terlikowski, dziennikarz, publicysta, onegdaj związany z Republiką, dziś prowadzący „Poranną rozmowę” w RMF FM, ma swoje poglądy, ale też wrażliwość i zasady. Nie stał się nagle zdeklarowanym lewicowcem, ale to nie znaczy, że nie może prowadzić interesujących, a czasem ostrych rozmów z politykami każdej frakcji. – I tak właśnie ma być – zapewnia Krzysztof Berenda, dyrektor warszawskiego oddziału RMF FM. – Bo sztuka zapraszania gości to między innymi różnorodność oferty dla słuchacza. Ma on znaleźć dla siebie audycję odpowiadającą jego oczekiwaniom. Dlatego RMF FM zatrudnia prowadzących o różnych poglądach i temperamencie.
Jak skutecznie zaprosić do ich programów gości? – Są dwie podstawowe ścieżki – tłumaczy Berenda. – Pierwszą stosuje się wobec prezydentów, premierów, ministrów, czyli tych gości, których w programie chce mieć każdy, ale na których czeka się najdłużej. Zapraszamy ich z uwzględnieniem ich kalendarza, nie wskazując początkowo tematu rozmowy. Temat pojawi się, jak przyjdzie czas. Druga ścieżka to goście, których chcemy mieć ze względu na dane wydarzenie. Nad tym pracuje cała ekipa. Robimy wtedy burzę mózgów. Kto kogo lepiej zna? Kto ma lepsze dojście nie tylko do rzecznika, ale czasem i do kogoś z najbliższych współpracowników, a może do rodziny pilnie pożądanego gościa? Dlatego trzeba utrzymywać stały kontakt z osobami, które mogą nam ułatwić owo zaproszenie. Tu nie ma miejsca na strach przed zadzwonieniem do kogokolwiek. Mamy za zdanie mieć najlepszego możliwego gościa w programie. Nawet jeśli nasz rozmówca nie odbiera telefonu, odmawia albo nie ma czasu, próbujemy tak długo, aż ten czas znajdzie. I tu pierwsza porada dla młodych dziennikarzy: nie ma żadnego znaczenia, z jak dużej redakcji dzwonisz, z jakiego miasta czy miasteczka. Każda rozmowa jest najważniejsza i jej słuchacze są najważniejsi. Nie ma co się obawiać, że ktoś się obrazi za zapraszanie go, bo uzna, że jesteśmy zbyt mali. Trzeba próbować. Pamiętajmy, że zaproszenie to dla gościa też korzyść.
Zupełnie inaczej sprawy się mają, gdy do programu trzeba zaprosić naturszczyka – uczestnika lub świadka jakiegoś ważnego wydarzenia. To zwykle ludzie nieobyci z mediami, nieprzyzwyczajeni do mikrofonów i kamer, tym ważniejsze jest umiejętne ich traktowanie. Nierzadko świetnie odnajdują się przy mikrofonie. – Przykładem może być polski maszynista, który niedawno zablokował pociąg, ratując go przed pewnym wysadzeniem w powietrze – opowiada Berenda. – Pamiętamy słynną już sprawę zaminowanych torów kolejowych. To właśnie Tomek Terlikowski namówił go na wywiad i wyszła z tego bardzo dobra rozmowa.
Zdarza się, że gość programu wyjdzie w trakcie? – Kiedyś minister Piotr Gliński wyszedł ze studia, bo nie spodobało mu się pytanie Roberta Mazurka. To są niecodzienne przypadki, ale zawsze trzeba je brać pod uwagę, podobnie jak nagłe pogorszenie stanu zdrowia rozmówcy. Niektórzy goście przepraszają i rozmowa jest kończona, inni – jak Michał Kołodziejczyk – konsekwentnie udzielają wywiadu, nawet zaraz po dostaniu gazem po oczach.
CICHY BOHATER
Zdaniem Terlikowskiego dobry wydawca to więcej niż połowa udanego programu. Prowadzący spija śmietankę, to jego rozpoznaje się na ulicach, to jemu kłaniają się w sklepie. A wydawca? To dla widza nieznajomy o nieznanej twarzy i nazwisku. A dla redakcji ktoś bardzo ważny. – Bez udanego zespołu, współpracy z wydawcą na poziomie rozumienia się w lot nie zdecydowałbym się na żadne audycje ani w radiu, ani w telewizji – podkreśla Terlikowski. – Muszą to być ludzie o stalowych nerwach, spokojni i uśmiechnięci, gotowi na wszystko, podający „na uchu” prowadzącemu celne podpowiedzi w trakcie trwania programu, umiejący rozładować nabrzmiałą sytuację.
– Jako szefowa redakcji publicystyki w RMF FM bardzo dbam o to, żeby odbiorca miał pełen przekrój poglądowy tego, co się wydarzyło w ostatnim tygodniu. Ma mieć szansę wysłuchania racji każdej ze stron – mówi Natalia Nadolczak. – Uważam, że parytet rozmówców musi być zachowany. Choć jest jeden wyjątek. Nie zaprosiłabym obecnie do studia Grzegorza Brauna.
Radio ma swoje plusy, można złapać gościa jadącego samochodem, stojącego na dworze czy będącego akurat w domu. – Połączymy się w prawie każdym miejscu, bo dla nas liczy się przede wszystkim dźwięk. Obraz też jest ważny i gdy tylko jest na to szansa, zapraszamy gości do studia albo na łączenie internetowe. Działam raczej standardowo, podobnie jak koleżanki i koledzy. Dzwonię, piszę, SMS-uję, znowu dzwonię i piszę. Nie odpuszczam, nie gniewam się też, że gość znowu odmówił, nie pasują mu data, temat czy inne okoliczności. Jestem spokojna i wyluzowana. Wiem, że niebawem uderzę ponownie – mówi Nadolczak.
Podobnego zdania jest Łukasz Aftański, wydawca programu „Trzy pytania na koniec dnia” w Radiu Zet. – Trzeba być bardzo cierpliwym. Pokornym. Nie myśleć o swoich preferencjach ani poglądach. Jeśli chodzi o rozmówców, to tak samo ważne są ich przekonania polityczne jak charakter i sposób wyrażania myśli – zdradza Aftański. Sztuka zapraszania gości polega jego zdaniem na umiejętności zaciekawienia ich tematem rozmowy, przekonania, że właśnie ich zdanie na dany temat będzie interesujące dla słuchacza.
– Z zapraszanych gości polityk zgodzi się najszybciej – zapewnia Aftański. – Chyba że prezentuje szkołę występowania tylko u swoich.
Aftański bierze to pod uwagę po latach pracy w charakterze wydawcy. Samą zabawę w stratega przy umawianiu rozmówców uznaje zaś za wielce finezyjną. To sztuka wymagająca pokory, doświadczenia, ale też taktu i wyrozumiałości. A to przychodzi z czasem, choć nie każdy dziennikarz potrafi skutecznie się nauczyć, jak podchodzić gości. Wiedza o tym, czym zaproszony gość się zajmuje, co i gdzie publikuje, w czym się specjalizuje, jest niezbędna.
– Najtrudniejsze jest zapraszanie gości na ostatnią chwilę – przyznaje Aftański. – Ściąganie naprędce do studia polityka czy eksperta, o którym wiadomo, że pomruczy coś gniewnie w słuchawkę, ale jednak pomoże, przyjedzie, wypowie się w audycji. – Ja wtedy mówię, że sytuacja jest wyjątkowa i niezbyt przyjemna, proszę o pomoc.
O czym jeszcze powinni się pamiętać? O tym, że warto mieć plan B, czyli pomysły na inne osoby, które będą mogły wziąć udział w audycji w zastępstwie głównego gościa. I że czasami protokół dyplomatyczny lepiej jest schować do szuflady. Nie być sztywniakiem i mrukiem, bo premier czy minister, rektor czy profesor – każdy jest tylko człowiekiem, ma czasem muchy w nosie, gorsze chwile, ale to ty, dziennikarzu, masz zrobić tak, żeby zamieniły się one w udany udział w zaplanowanym przez ciebie programie.
KU PRZESTRODZE!
Inaczej zaprasza się kogoś, kto widzi w swoim udziale w programie konkretny cel, a inaczej człowieka, którego trzeba namówić do podzielenia się swoją, często trudną historią czy doświadczeniem – mówi Piotr Zieliński, były wydawca programu „Dzień Dobry TVN”. – Do skomentowania bieżących wydarzeń wystarczy zaprosić eksperta, znacznie trudniej zaprosić do studia osobę spoza świata mediów. Zapraszaliśmy ludzi zwyczajnych, ale niezwykłych poprzez swoje przeżycia – bohaterów jednego dnia, ofiary nieszczęść, pasjonatów i propagatorów idei lub misji. Każde takie zaproszenie wymagało gruntownego przygotowania. Im więcej wiedzieliśmy o danej osobie, tym skuteczniej potrafiliśmy ją przekonać do przyjazdu do Warszawy. Potrzeba dużej empatii, by rozmawiać delikatnie, a zarazem konkretnie z kimś, kto się mierzy z dramatycznymi skutkami wypadku, na przykład czeka na rekonstrukcję twarzy po wybuchu pieca. Jak takiej osobie taktownie wyjaśnić, że chcemy pokazać możliwości przeprowadzenia takiej operacji w naszym kraju? Że zależy nam również na omówieniu przyczyn zdarzenia ku przestrodze? – mówi Piotr Zieliński. – To rozmowy trudne nie tylko dla gościa, ale także dla wydawcy. Wymagają wyczucia chwili i dużej sprawności w prowadzeniu dialogu: umiejętności zadawania właściwych pytań, reagowania na emocje rozmówcy i prowadzenia rozmowy tak, by nie przekroczyć granicy jego komfortu, a jednocześnie nie zgubić jej sensu.
Nie zawsze jednak namówienie gościa do rozmowy jest takie trudne. Są ludzie, dla których już sama wizyta w Warszawie, opłacony nocleg w hotelu, zwrot kosztów podróży to wystarczająca zachęta do przyjęcia oferty wystąpienia w programie. Czasem pada pytanie: Czy mogę przyjechać z małżonką? „Dzień Dobry TVN” nie odmawia. Za występ jednak nigdy nie płaciło. – Częstym problemem wydawców jest chęć wycofania się gościa w przededniu nagrania – wspomina Zieliński. – Byliśmy z zespołem przygotowani na taką ewentualność. Pomagała długa, spokojna rozmowa, uważne wysłuchanie obaw i cierpliwe tłumaczenie, jak będzie wyglądało spotkanie w studiu. To zwykle wystarczało, by rozwiać część lęków.
Zapraszanie takich gości z często dramatycznymi historiami Zieliński uważa za najtrudniejsze. Dla celebrytów światła, kamery, ruch na planie pełnym obcych osób są czymś znajomym i oczywistym. Dla kobiety, której za kilka dni grozi deportacja wraz z dzieckiem wskutek błędu w dokumentach, to sytuacja skrajnie trudna. Zbudowanie zaufania między nią czy bohaterami w równie skrajnych sytuacjach życiowych a zespołem redakcyjnym wymagało ogromnej uważności i czasu.
KAWA NA ŁAWIE
Zdaniem Konrada Piaseckiego zapraszanie gości do programów publicystycznych stało się w ciągu kilku ostatnich lat wyraźnie trudniejsze. – Szeroka dostępność do mediów społecznościowych i fakt, że tam każdy może wypowiedzieć się bezkarnie w sposób obraźliwy, nieraz wulgarny, dzięki czemu będzie miał niezły zasięg, prowadzą do wszechobecnej samowolki. To często owocuje brutalnymi filmikami i wypowiedziami pełnymi agresji – wylicza Piasecki. Zapraszanie potem takich gości do programu staje się problemem. Rodzi się obawa, czy w audycji na żywo będą umieli zachować się kulturalnie i wypowiedzieć z szacunkiem do widza i słuchacza. Dlatego wybierając gości, trzeba się poważnie zastanowić, kto na pewno nie spali programu ani nie będzie wszczynać awantur.
Programy na żywo i wydania newsowe, komentujące bieżące wydarzenia, to sztandarowe pozycje telewizji TVN 24. Kolegia odbywają się co najmniej dwa razy dziennie, wydawcy przygotowują programy na bieżąco, w jednej chwili zmienić się może wszystko. Profesjonalizm oznacza tu pełną gotowość do zmian w grafiku w każdej chwili. – Dajmy na to: Izrael wraz z USA późną nocą uderzają w Iran – daje przykład Mateusz Rębecki, wydawca w TVN 24. – Niby wszyscy wiedzieli, że tak się stanie, bo prezydent Donald Trump to zapowiadał, ale tylko nieliczni wiedzieli kiedy. Co robimy? Jak najszybciej zmieniamy ramówkę, wcześniej przygotowane wydania spadają. Wychodzi nowy, na szybko zbudowany program specjalny. Tu kłaniają się wydawcom lata pracy i doświadczenia – mówi Rębecki. – Dla nas sztuka zapraszania gości to ciągły proces. Przez cały czas śledzimy wydarzenia, scenę polityczną, obserwujemy inne media, w tym te społecznościowe. Bardzo dużo czytamy, oglądamy i słuchamy, szukamy ciekawych przyszłych rozmówców. I gdy ta przyszłość staje się teraźniejszością, nie jest dla nas dramatem ustawienie wydania na nowo – mówi Rębecki.
***
To tekst Aleksandry Miedziejko z numeru „Press” 5-6/2026
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Pawłem Płuską, Newsmax w Polsce i prawnik "Gazety Wyborczej"
Aleksandra Miedziejko










