Masz już "Presserwis"? To newsletter, który od poniedziałku do piątku dostaniesz rano na skrzynkę pocztową  |  Publikujemy tam kilkadziesiąt mniejszych i większych materiałów o mediach i reklamie – newsów i analiz  |  To tematy, o których potem mówią inni  |  Możesz zamówić "Presserwis" – kliknij tutaj  |  Od początku września w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa z Sofią Lebedievą, Leszek Kraskowski, problemy telewizji Biznes 24 i premier Tusk dla wybranych – polecamy!  | 

Masz już "Presserwis"? To newsletter, który od poniedziałku do piątku dostaniesz rano na skrzynkę pocztową  |  Publikujemy tam kilkadziesiąt mniejszych i większych materiałów o mediach i reklamie – newsów i analiz  |  To tematy, o których potem mówią inni  |  Możesz zamówić "Presserwis" – kliknij tutaj  |  Od początku września w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa z Sofią Lebedievą, Leszek Kraskowski, problemy telewizji Biznes 24 i premier Tusk dla wybranych – polecamy!  | 

Masz już "Presserwis"? To newsletter, który od poniedziałku do piątku dostaniesz rano na skrzynkę pocztową  |  Publikujemy tam kilkadziesiąt mniejszych i większych materiałów o mediach i reklamie – newsów i analiz  |  To tematy, o których potem mówią inni  |  Możesz zamówić "Presserwis" – kliknij tutaj  |  Od początku września w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa z Sofią Lebedievą, Leszek Kraskowski, problemy telewizji Biznes 24 i premier Tusk dla wybranych – polecamy!  | 

Temat: prasa

Dział: PRASA

Dodano: Wrzesień 13, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Matka reportażu. Małgorzata Szejnert wychowała najlepszych reporterów i reporterki

„Bez tamtej biedy na pewno byłabym mniej wrażliwa na ludzką krzywdę i nie napisałabym wielu reportaży” (fot. Andrzej Rybczyński/PAP)

Małgorzata Szejnert wychowała i uczyła najlepsze polskie reporterki i reporterów.

Autor: Stanisław Zasada

Ma z dziesięć lat. Pani od polskiego kazała napisać o wiośnie. „Idzie piękna, pachnąca, kwitnąca wiosna” – mnoży przymiotniki.

– Małgosiu: Idzie wiosna – odzywa się ojciec. – Wystarczy.

Małgorzata Szejnert opowiada czasem rodzinną anegdotkę na spotkaniach autorskich. To pierwsza lekcja pisania, jaką w życiu odebrała.

„Polegaj na rzeczownikach i czasownikach”. „Po napisaniu tekstu spróbuj go skrócić” – będzie potem dawała rady młodym reporterom.

CZY IKONA POWRÓCI

Z jej reportażu „Czy ikona powróci” (o ikonach ratowanych przez studentów z opuszczonych cerkwi):

„Oskarżeni – z krakowskiego środowiska studencko-artystycznego. Najstarszy – 26 lat. Najmłodszy – 20.

Pytanie obrony:

– Czy oskarżony, kiedy brał ikony, wiedział, że są one własnością państwa?

– Nie. Dowiedziałem się o tym dopiero w trakcie przesłuchania.

– Czy oskarżony zdawał sobie sprawę z tego, że okrada społeczeństwo z dzieł sztuki?

– Nie. W moim przekonaniu zwróciliśmy mu dzieła skazane na zagładę. Człowiek nie zabierze ikony do grobu. Ona zawsze do społeczeństwa wróci. To, cośmy wzięli, zostało ocalone”.

ŚLAMAZARNY, DROGI, KŁOPOTLIWY

„Reportaż jest właściwie nonsensem” – napisała.

Bo: „Jest ślamazarny. Reporter, który chce opisać głośne wydarzenie, śledzi z rozpaczą, jak telewizyjne wiadomości wieczorne i pierwsze strony dzienników powoli zjadają mu temat”.

Następnie: „Reporter jest nie tylko spóźniony, ale nieruchomy i ślepy, jeśli porównać go z tym, co potrafi żywy obraz telewizyjny przekazywany przez satelitę”.

Do tego: „Jest bardzo drogi. Wymaga delegacji, diet, noclegów i najrozmaitszych nieprzewidzianych wydatków, które trudno nieraz zaksięgować”.

No i: „Zajmuje bardzo dużo miejsca, które w gazecie jest na wagę złota”.

Wreszcie: „Bywa kłopotliwy moralnie”.

To po co się nim zajmować?

Bo: „Widocznie mówi więcej niż informacja, nawet obrazkowa, i inaczej niż publicystyka”.

I: „Może zaspokaja potrzebę obcowania z bohaterami (gdy obcowanie z ideami stało się męczące lub jałowe), potrzebę współczesnej fabuły, potrzebę współuczestnictwa w wydarzeniach za pośrednictwem tego bohatera, jakim w reportażu jest autor”.

Stąd: „Pielęgnowanie nonsensu, który jest tak bardzo potrzebny ludziom, to niezwykłe wyzwanie”.

UŚMIECH GIOCONDY

Z reportażu „Nie dla nas uśmiech Giocondy” o kolejce przed sklepem meblowym po jugosłowiański komplet wypoczynkowy.

„Punkt pierwszy porządku dziennego zbiórki – kontrola gotowości szeregów. Trzydzieści osób różnej płci i wieku skupia się wokół prezesa, tamując ruch pieszy na Waryńskiego.

– Numer jeden jest – mamrocze kierownik i stawia ptaszka, nie rozglądając się nawet po zgromadzeniu; on sam bowiem otwiera zaszczytnie listę członkowską. – Numer dwa!

– Jestem! – woła rosły blondyn w czerwonej koszuli, stały mieszkaniec Gdańska, który w obawie, iż złota Gioconda nie dotrze na Wybrzeże, wziął urlop, by ją dopaść w Warszawie.

– Numer trzy!

Chwila ciszy, ktoś się jednak przepycha przez tłumek.

– Nieobecny – tłumaczy – ale prosi o usprawiedliwienie. Żona urodziła mu dziecko. Pobiegł do kliniki, ale stawi się jutro”.

Z PORTRETEM STALINA

Tutaj ma dwa latka.

Urodziła się 28 kwietnia 1936 roku. Na czarno-białym zdjęciu zrobionym w Sieradzu siedzi w foteliku, po prawej stronie mama Regina, po lewej – tata Edmund, nauczyciel polskiego. Drzewa w ogrodzie pełne liści, pnie niedawno pobielone, Regina jest w sukience z krótkim rękawem. Więc wiosna albo wczesne lato trzydziestego ósmego.

– Tak, to musiało być wtedy – potwierdza Małgorzata Szejnert.

Ma trzy lata, gdy Hitler napada na Polskę. Szejnertowie wyjeżdżają do Białej Podlaskiej – rodzinnego miasta Reginy. W samym środku wojny urodzi się młodszy brat Małgorzaty – Jędrzej, będzie głuchoniemy. Szejnert do dziś go wspiera.

Pierwsza trauma: śmierć ojca, chorował na gruźlicę. Małgosia ma wtedy dwanaście lat.

Gdy ojciec umiera, mieszka w Inowrocławiu – wysłano ją do wujostwa, żeby się nie zaraziła. Potem sanatorium w Kiekrzu pod Poznaniem, półsierociniec elżbietanek w Otwocku.

Press

Małgorzata Szejnert z Romanem Kurkiewiczem na wieczorze promocji książki „Wyspa klucz” (fot. Andrzej Rybczyński/PAP, screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)

Panuje stalinizm, gdy chodzi do liceum w Białej Podlaskiej. Patronką szkoły jest Emilia Plater: w powstaniu listopadowym walczyła z zaborcą. Małgorzata na pochodach pierwszomajowych paraduje z portretem Stalina, z koleżankami recytuje rewolucyjne wiersze Majakowskiego.

O otaczającym świecie, na przykład o zbrodniach stalinowskich, wie mało. Ten temat do niej wróci.

WSTAJE, GOLI SIĘ, UBIERA

Z reportażu „Codziennie” (o ludziach pracujących w Ursusie):

„O godzinie 3.50 wstaje Sławomir Fiutkowski.

O 5.00 wstaje Krystyna Jarota.

O 5.00 wstaje Jerzy Mikulski.

O 5.20 wstaje Bolesław Przybylski.

O 5.50 wstaje Wojciech Stachura.

Sławomir Fiutkowski uchyla okno. Przypomina sobie, że trzeba by założyć dublety. Uspokaja się jednak, że nie ma już po co, bo idzie wiosna. Pogoda jest rowerowa, więc Fiutkowski ma czas na golenie. O 4.15 wsiada na rower przed drewnianym domem w Naborowie, w którym mieszka. Po 15 minutach jest na stacji w Bednarach. Zostawia rower u kobiety, która bierze za przysługę 20 złotych miesięcznie. Łapie pociąg o 4.31 i po godzinie i dziesięciu minutach wysiada w Ursusie.

Krystyna Jarota wstaje dopiero wtedy, kiedy Sławomir Fiutkowski jedzie już kolejką pół godziny i kiedy śpi na nowo skulony. Jarota nie zapala światła, bo nie chce obudzić bliźniaków i męża idącego do pracy na drugą zmianę. (…)

Jerzy Mikulski po przebudzeniu się stawia na gaz mleko dla dziecka. (…)

Bolesław Przybylski wstaje cicho, żeby nie budzić żony, goli się dokładnie w łazience i 20 minut później opuszcza dom na Osiedlu ZOR w Ursusie. Idzie spacerem. (…).

Wojciech Stachura z przyjemnością myje się w łazience, dopiero od miesiąca ma nowe mieszkanie. (…)

Wszyscy z wyjątkiem Stachury, bo on zaczyna pracę o siódmej, wtapiają się przed szóstą w tłum płynący do fabryki główną portiernią. Mijają strażników i gabloty ze zdjęciami ludzi dobrej roboty z drugiej odlewni żeliwa”.

KARALUCH I POMIDORÓWKA

Wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego był na Krakowskim Przedmieściu. Przed Kościołem Świętego Krzyża stała już odnowiona figura Chrystusa dźwigającego krzyż, którą zniszczono w powstaniu warszawskim.

– Ale część miasta była jeszcze w gruzach – wspomina Szejnert.

Kierunek studiów wybrała świadomie – chciała być dziennikarką sportową. Na roku jest Juliusz Rawicz – spotkają się potem w „Gazecie Wyborczej”. Studiuje z Hanną Krall – ich reporterskie drogi przetną się jeszcze nie raz.

Na obiady chodzi do „Karalucha”. Bogatsi studenci nazywają tak tani bar mleczny przy uniwersyteckiej bramie. Małgorzata należy do tych biedniejszych. Zajada się pomidorówką. Mieszka u ciotki w Otrębusach. Dwa kilometry do kolejki, zamiast lampy elektrycznej – naftowa.

Dziś uważa, że to było cenne doświadczenie.

– Bez tamtej biedy na pewno byłabym mniej wrażliwa na ludzką krzywdę i nie napisałabym wielu reportaży – powie mi. Nie napisałaby o robotniczych stołówkach, marzeniach zaharowanych robotnic. Ani słynnego reportażu „Jeśli się znajdziemy, to cudownie” o społecznym eksperymencie: wychowankowie domów dziecka sami wybierali sobie rodziców adopcyjnych.

Roman Załuski zrobi z tego film obyczajowy z Krzysztofem Kolbergerem.

– Małgosia kojarzy mi się z dziewiętnastowiecznym społecznikiem. Siłaczką czy doktorem Judymem – mówi Anna Fostakowska, była reporterka „Gazety Wyborczej”. Przypomina, że Szejnert osiemset tysięcy złotych z akcji Agory przekazała Fundacji Batorego.

– Takich ludzi dziś już prawie nie ma – dodaje Fostakowska.

PHOSZĘ PANI

Z reportażu „Mitra pod kapeluszem” (o tym, jak dawnym arystokratom żyje się w powojennej Polsce):

„Teresa Lubomirska, z domu Radziwiłłówna, córka księżnej Biszety, która to Biszeta »miała przed wojną legendarną fortunę, opętane hektary Dwigródzkiej ziemi, a do tego do papieża mogła wchodzić o każdej porze, nie prosząc o audiencję«, przeszlifowywała się w powstańczej Warszawie. Jest już bardzo stara, mieszka Za Żelazną Bramą w Warszawie, w mieszkaniu numer 928. Siedzi w fotelu, trzymając w pogotowiu kule, bo nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Zaczesana do tyłu w kukiełkę, wygląda jak wiejska kobiecina, która przyjechała do Warszawy odwiedzić dzieci. Zachowała jednak ze świetnych czasów gardłowe francuskie »r«.

– Phoszę pani, dla mnie piehwsza czy dhuga wojna to już wszystko sałata”.

KONWOJENT PRZEMÓWIŁ

Czerwona winieta zrobiona stylizowanym liternictwem wyróżnia się wśród sztywnego kroju czcionek innych gazet. Na jedynce poważne tytuły mieszają się z lekkimi: jest o kolejnym plenum partii, rocznicy rewolucji październikowej, a obok kradzieże, zabójstwa. Oprócz newsów publicystyka i dział kulturalny. Reportaże kryminalne pisze Krzysztof Kąkolewski.

„Kurier Polski” to jedna z dwóch stołecznych popołudniówek. Drugą jest „Express Wieczorny”. Obie rywalizują na sensacyjne newsy. Małgorzata Szejnert trafia do „Kuriera” po studiach. Na redakcyjnych dyżurach obdzwania straż, milicję i pogotowie ratunkowe, żeby dowiedzieć się o nagłych zdarzeniach.

W 1959 roku miała dyżur, gdy był napad na pocztę niedaleko Marszałkowskiej. Bandyci zabili konwojenta, drugiego postrzelili w krtań. W szpitalu lekarz odprawia młodą reporterkę: mówi, że postrzelony nie może mówić. Szejnert wraca do redakcji: czytelnicy „Kuriera” dowiadują się z jej tekstu, że ranny strażnik stracił głos.

Tymczasem „Express Wieczorny” pod wielkim tytułem daje na pierwszej stronie, co ranny opowiada o szczegółach napadu. Małgorzata musi odejść z „Kuriera”.

– To mnie nauczyło, że się nie nadaję do dziennikarstwa informacyjnego, które wymaga szybkiej reakcji – mówi. – Zaczęłam zajmować się reportażem, który pozwala na szczere, głębsze spojrzenie. To była „dobra” wpadka.

Dostała pracę w „Tygodniku Demokratycznym” – pismo wydaje Stronnictwo Demokratyczne, polityczny satelita Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Takie nijakie. Czasem udaje jej się wyrwać w teren – często opisuje wielkie budowy socjalizmu.

Nastała dekada Edwarda Gierka, pojawia się tygodnik „Literatura”. Pismem kieruje Jerzy Putrament.

Felietony pisze Jerzy Andrzejewski, reportaże: Marta Miklaszewska, Krystyna Jagiełło, Wojciech Adamiecki, no i Szejnert. Opisują, jak Polacy żyją, mieszkają, pracują, podróżują. Podobnymi sprawami zajmują się wówczas Hanna Krall, a także debiutujący reporterzy: Barbara Łopieńska, Ewa Szymańska-Wierzyńska, Mariusz Ziomecki. Jedynie Ryszard Kapuściński opisuje świat.

– My, młodzi, byliśmy zapatrzeni wtedy w Hannę Krall, która potrafiła pisać językiem swoich bohaterów. Małgosia pisała tradycyjnie – wspomina dziś Ewa Szymańska-Wierzyńska.

Press

– Reportaż musi być o tym, o czym jest, i o czymś jeszcze. Musi mieć nadwyżkę – tłumaczyła Mariuszowi Szczygłowi (fot. Tomasz Gzell/PAP, screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)

Jest cenzura, jednak reporterzy umieją sobie radzić z zakazami. Nikt nie napisze przecież, że w sklepach brakuje towarów – godziłoby to w ustrój. Ale o tym, że ludzie zakładają społeczne kolejki przed sklepami i wystają całymi dniami po upragniony mebel – można. Reporterzy nazywają to małym realizmem.

W połowie lat siedemdziesiątych Szejnert zostaje szefową działu reportażu w „Literaturze”. – Pracowali tam doświadczeni reporterzy, więc nie musiałam redagować ich tekstów. Byłam taką porządkową, która na kolegium zgłaszała tematy z naszego działu – opowiada. Ma czas na pisanie.

Ale wcześniej dzwoni do niej Jerzy Urban z „Polityki” – ceniony wtedy reporter. Chce, żeby napisała, jak w Polsce Ludowej żyje się dawnym arystokratom. I tak: Jan Zamoyski pracuje w szwajcarskich liniach lotniczych, Ignacy Potocki (już emeryt) szył plecaki, był kierowcą, prowadził uzdrowiska na Dolnym Śląsku, a Teresa Lubomirska zatrudniła się w fabryce w Milanówku.

Zamoyski mówi: „Wojna nas przeszlifowała. Zmienił się charakter kontaktów »panów« i »ludu«”.

Dziennikarsko reportaż był znakomity. Politycznie – wywołał burzę. „Nieodpowiedzialny i bałamutny tekst” – grzmiała „Trybuna Ludu”. Mieczysław Rakowski, ówczesny szef Urbana, obawiał się przez chwilę, że straci za to fotel naczelnego „Polityki”.

AMERYKANIE SĄ CIEMNIAKI

Z książki „Borowiki przy ternpajku” (o amerykańskiej Polonii):

„– Ty wiesz, Małgosiu, cztery lata temu mieliśmy tu taki urodzaj na prawdziwki, że zamarynowałam 25 słoików. Samych wybieranych. Ten prawdziwek tutejszy ma trochę inny korzeń, ciemniejszy niż popularny prawdziwek polski. Za to kapelusik młodego jest zupełnie biały pod spodem. Kiedy grzyb się starzeje, pokazują się na spodzie żółte plameczki…

– A Amerykanie grzybów nie jedzą?

– Amerykanie – oświadcza z pełnymi ustami sąsiad Grzelak – są, trzeba sąsiadce wiedzieć, ciemniaki”.

WIDOK JAK Z WAŃKOWICZA

Brzozy mają już żółte liście, klony poczerwieniały, akacje trzymają twardo zieleń. Na wprost i po lewej rzeka otoczona skarpami, na drugim brzegu ruiny wielkiego zamku w Janowcu.

„Najbardziej polski i najpiękniejszy krajobraz to łuk Wisły między Janowcem a Kazimierzem” – opisywał to miejsce Melchior Wańkowicz.

Na Małopolski Przełom Wisły patrzę przez okno drewnianego domu w Mięćmierzu – kiedyś rybacka wieś blisko Kazimierza Dolnego, została zamieniona w skansen chłopskich chat przeniesionych z Lubelszczyzny. Takich jak ta, w której teraz piję kawę.

– Od zawsze spędzałem tu wakacje – mówi gospodarz. Nazywa się Piotr Pietrzak, jest synem Małgorzaty Szejnert.

Po raz pierwszy przyjechała tu w latach sześćdziesiątych: dziennikarz Lech Pietrzak z „Kuriera Polskiego” namówił ją, żeby kupiła maleńką działkę. Lech, starszy o przeszło dwadzieścia lat, miał w Kazimierzu dom po rodzicach. Z ich związku urodzi się Piotr.

Szejnert kupuje pod Puławami drewnianą chałupę, która miała iść na spalenie. Cieśle ją rozebrali, przenieśli do Mięćmierza, złożyli. Reporterka spędza tu coraz więcej czasu.

– To było wspaniałe miejsce pracy. Mogłam pisać w ciszy i patrzeć na Wisłę, słuchać szumu wiatru i przyglądać się motylkom – rozrzewnia się. Napisała tu wszystkie swoje książki.

Gdy kolejne władze chcą zmodernizować Kazimierz, broni jego zabytkowego charakteru. Jak w latach osiemdziesiątych, gdy brukowany szlak nad Wisłą chciano wyasfaltować. „Skoro są asfalciarze, niech będzie asfalt – wołają mieszkańcy. Zwłaszcza że asfalt i wygodniejszy, i prestiżowy” – Szejnert pisze ironicznie w „Literaturze”.

Piotr oprowadza mnie po domu, pokazuje kaflowy piec, który ogrzewa wszystkie pomieszczenia. W podręcznej biblioteczce reporterskie książki. Wśród nich trzy ciężkie tomy „Antologii polskiego reportażu XX wieku” Mariusza Szczygła. Jest tam reportaż „Mitra pod kapeluszem” – ten, który u Szejnert zamówił Urban.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych zacznie zapraszać do Mięćmierza reporterów „Gazety Wyborczej” na Świętojanki – reporterski zjazd, który odbywał się w okolicach 24 czerwca. Koczują u niej w domu i w ogrodzie, pływają statkiem, puszczają wianki na Wiśle i gadają, gadają, gadają. Sensownie o nonsensie reportażu.

Impreza przetrwała do pandemii. – Dzisiaj nie mam już na to sił – żałuje.

Pod koniec kwietnia skończyła 90 lat.

JESTEŚMY Z PRASY

Z książki (wspólnie z Tomaszem Zalewskim) „Szczecin: Grudzień–Sierpień–Grudzień”:

„– Z jakiego jesteście zakładu? Pomożemy wam zanieść plecaki.

I już pomocne ręce sięgają po nasze torby. Niestety, musimy wyjaśnić nieporozumienie. Nie jesteśmy tymi, za których nas biorą.

– Jesteśmy z prasy – przyznajemy się w końcu.

Twarze trzech życzliwych tężeją”.

BESTSELLER PODZIEMIA

Zamknięta brama wygląda jak ołtarz na Boże Ciało: kwiaty, obraz Matki Boskiej, portret papieża.

Jest dwudziesty drugi dzień sierpnia 1980 roku, piątek. Małgorzata Szejnert z redakcyjnym kolegą Tomaszem Zalewskim (od lat piszącym i żyjącym w Stanach) pojechali do Szczecina. Stoją przed bramą stoczni. Mężczyźni w kaskach i z opaskami biorą ich za delegację z kolejnego zakładu, który przyłączył się do strajku. Gdy Szejnert i Zalewski mówią, że są dziennikarzami, sprawa się komplikuje: partyjnej prasie nikt nie wierzy.

Szef komitetu strajkowego Marian Jurczyk pyta delegatów, czy dopuścić dziennikarzy. Ktoś krzyczy, że nie ma zaufania do prasy. Ktoś inny: że nie powinno się stosować cenzury. Pozwolili im zostać. Ale każą im schować długopisy i magnetofony – Szejnert nagrywa po kryjomu.

Przełamią nieufność. Pomagają robić biuletyn strajkowy: wychodzi z tego fachowo redagowane pismo, złożony wielkimi literami tytuł „Jedność” rzuca się w oczy. Po strajkach powstanie z tego solidarnościowy tygodnik, który będzie można kupić w całej Polsce. Redagowany przez Tadeusza Mazowieckiego słynny „Tygodnik Solidarność” powstanie pół roku później.

Rok po strajkach Szejnert i Zalewski wracają do Szczecina. Piętnastu uczestników strajku dopytują o solidarnościową rewolucję. Powstanie z tego książka „Szczecin: Grudzień–Sierpień–Grudzień”: o strzelaniu w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu, dekadzie Gierka, sierpniowych strajkach z 1980 i czasach pierwszej „Solidarności”. Reporterska opowieść kończy się stanem wojennym.

W 1984 roku książkę wyda podziemna oficyna Nowa, a po niej londyński Aneks. Dostanie Nagrodę Kulturalną „Solidarności”. Wiele lat później Narodowe Centrum Kultury wyda ją w serii Reporterzy Dużego Formatu – Klasyka.

„Książka Małgorzaty Szejnert i Tomasza Zalewskiego była bestsellerem w podziemiu” – napisze Adam Michnik.

LISTY ZNIKNĘŁY

Z książki „Śród żywych duchów” (o poszukiwaniu grobów ofiar stalinowskiego terroru):

„1 listopada 1988 r. po południu

Na każdym z pięciu grobów kładę krótki list tej samej treści i przyciskam go zniczem. Skoro bliscy zrobili porządki, a nie zapalili jeszcze świateł zadusznych, na pewno przyjdą wieczorem.

czwartek 3 listopada

Pół dnia na Powązkach. Cztery listy pozostawione na »łączce« zniknęły. Nie zabrano tylko jednego – z grobu Jętkiewiczów. Ktoś, kto postawił na płycie chryzantemę koloru lila, nie przyszedł wieczorem w dniu Wszystkich Świętych”.

BEZ CENZURY

Z okna na Manhattanie widzi wieżę Empire State Building. Z wielkim słownikiem tłumaczy depesze Reutera i artykuły z „New York Timesa”.

Jest w Nowym Jorku, w redakcji „Nowego Dziennika” – największej polonijnej gazety codziennej w Stanach Zjednoczonych.

Przyjechała tutaj w 1984 roku. Mówi, że chciała lepszej przyszłości dla syna. Po wprowadzeniu stanu wojennego nie poddała się weryfikacji dziennikarzy, zresztą jej „Literatura” i tak przestała się ukazywać. Żeby zarobić na utrzymanie, pisze sprawozdania w Instytucie Psychoneurologicznym.

W końcu wystarała się o amerykańską wizę i paszport. W Stanach była już drugi raz. Kilkanaście lat wcześniej przypłynęła Batorym, korzystała z pomocy krewnych, przywiozła stamtąd pierwszą książkę: „Borowiki przy ternpajku”, pokazującą życie Polonii.

Teraz musi sobie radzić sama: utrzymać siebie i syna. Po przyjeździe sprząta mieszkania, ale szybko przyjęli ją do polonijnej gazety. Zarabia niewiele, ale umie oszczędnie żyć. W weekendy zwiedza z Piotrkiem Nowy Jork, jadą zobaczyć Wielki Kanion.

– Po raz pierwszy pracowałam bez cenzury, która tłumiła odwagę i samodzielność. To była dobra szkoła przed „Gazetą Wyborczą”.

Press

Jurorka konkursu na Książkę Reporterską Roku Grand Press wraz z Beatą Stasińską (też jurorką, u góry) (fot. Bruno Fidrych/PLASTERSTUDIO/Archiwum „Press”, screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)

Z emigracji wraca w 1986 roku. PRL jeszcze trwa, ale Jaruzelski wypuszcza ostatnich więźniów politycznych. Za dwa lata zaczną się przygotowania do Okrągłego Stołu.

A Małgorzata Szejnert szuka tajnych grobów więźniów politycznych straconych w latach stalinowskich w więzieniu na Rakowieckiej.

PIERŚ JEST MOJA

Chwali się, że uratowała „Gazetę Wyborczą”. Chodzi o nazwę.

Gdy „Solidarność” wygrała w wyborach 4 czerwca 1989 roku wszystko, co było do wygrania, a Mazowiecki został premierem, redakcja zastanawiała się nad zmianą tytułu „Wyborczej”. Uznano, że tamten był doraźny, na wybory. Wśród czytelników rozpisano konkurs na nowy.

Szejnert broniła dotychczasowej nazwy, by została także po wyborach.

Do „Wyborczej” ściągnął ją Juliusz Rawicz. W zespole są Danuta Zagrodzka i Ernest Skalski – zastępca Adama Michnika. Obok doświadczonych dziennikarzy są opozycjoniści związani z prasą podziemną. Wśród nich Helena Łuczywo – zastępczyni Michnika, która robiła podziemny „Tygodnik Mazowsze”.

– Miałam obawy, jak przyjmą dziennikarkę z PRL-u – mówi Szejnert. Przyjęli dobrze.

Ktoś zrobił wywiad z kandydatką, która przypięła znaczek „Solidarności” na biuście. Nie wszystkim taka manifestacja przypadła do gustu.

Szejnert daje tytuł: „Ta pierś jest moja”. Męska część redakcji uznaje go za frywolny.

„ATRAKCYJNA” JEST MĘŻCZYZNĄ

Hanna Krall, która opiekowała się reporterami, odchodzi z „Wyborczej”. Reportaż przejmuje na krótko Teresa Bogucka, a po niej Szejnert.

W dziale pracują już doświadczeni reporterzy: Anna Bikont, Włodzimierz Kalicki, Irena Morawska, Lidia Ostałowska, Paweł Smoleński, Maria Wiernikowska.

Jest grono młodych, zdolnych autorów: Wojciech Górecki, Beata Pawlak, Katarzyna Surmiak-Domańska, wkrótce dołączy Anna Fostakowska. No i dwaj utalentowani dwudziestokilkulatkowie: Mariusz Szczygieł i Wojciech Tochman.

Szczygieł nawet z najnudniejszego tematu umie zrobić reporterski diament. Na przykład gdy czyta prasowe ogłoszenia i dociera do ich autorów.

„Atrakcyjna bezrobotna, lat 25, szuka pracy” – znalazł anons. Dowiedział się, że: „»Atrakcyjna« jest wysoka, ma szpakowate włosy i wąsik. Jest mężczyzną, mieszka w Kędzierzynie-Koźlu. Dał on kilka ogłoszeń typu: »Trzydziestopięcioletni, solidny, z prawem jazdy…«, ale nie otrzymał żadnej ciekawej oferty pracy. Chciał sprawdzić, co traci, nie będąc atrakcyjną dziewczyną”. Tracił między innymi: „nagie pozowanie w Niemczech”, „pracę barmanki w Belgii”, „pracę w agencji towarzyskiej w Holandii”, „wolne od troski życie w luksusie” za ślub z bogatym Niemcem.

Tochman z dociekliwością i empatią pisze o zaginionej w Himalajach alpinistce Wandzie Rutkiewicz i jej matce; o zatłuczonym przez milicjantów maturzyście Grzegorzu Przemyku; o młodziutkim polskim franciszkaninie, który zginie w czasie trzęsienia ziemi w Asyżu.

Młodzi reporterzy – jak kiedyś Ewa Szymańska – zapatrzeni są w pisarstwo Hanny Krall. – Małgosia bardziej dbała o to, żebyśmy rozwijali własny styl – wspomina Wojciech Górecki.

Szejnert zaprasza zdolnych dziennikarzy z lokalnych oddziałów „Gazety” na trzymiesięczne staże do warszawskiej centrali pisma. Najzdolniejszych reporterów z terenu ściąga do swojego działu. Z Gdańska – Magdalenę Grzebałkowską, z Krakowa – Monikę Piątkowską, z Gorzowa Wielkopolskiego – Włodzimierza Nowaka. A z „Życia Warszawy” pozyskuje Magdalenę Grochowską.

– No i wszyscy poszukiwaliśmy tematów dla działu i rozmawialiśmy o napisanych tekstach – mówi Bożena Dudko, redaktorka w dziale reportażu. – Był taki czas w latach dziewięćdziesiątych, że w wydaniu codziennym publikowaliśmy po dwa reportaże. Z badań wiedzieliśmy, że czytelnicy najchętniej sięgali w „Gazecie” po reportaż.

W 1996 roku „Gazeta” z radiową „Trójką” organizują plebiscyt na reportaż miesiąca i roku. Czytelnicy i radiosłuchacze głosują na reportaże pisane i dźwiękowe z „Wyborczej” i z „Trójki”. Plebiscyt trwa kilka lat. Po każdej edycji ukazuje się książka ze zwycięskimi materiałami.

Reporterzy Szejnert wygrywają nieprzerwanie kategorię na reportaż roku w konkursie Grand Press. Monopol przełamie dopiero w 2007 roku Edyta Gietka z „Polityki”.

Ernest Skalski jako wicenaczelny „Gazety” wspomina ówczesne kolegia. – Omawialiśmy teksty z najnowszego numeru. Reportaż był zawsze chwalony – mówi.

W 1993 roku „Gazeta” wydaje książkę „Kraj raj” – kilkadziesiąt reportaży, które ukazały się na łamach dziennika.

„Czemuż tedy nie umiemy wyobrazić sobie »Gazety Wyborczej« bez reportażu?” – pyta we wstępie Adam Michnik.

I odpowiada: „Reportaż rejestruje to, co jednostkowe, niepowtarzalne, intymnie przeżyte. Gdy wszyscy badają świat Wielkich Liczb roczników statystycznych, »wojen na górze«, reporter pochyla się nad każdym z indywidualnych marzeń i dramatów”.

Anna Fostakowska: – Małgosia nas ukształtowała. Mieliśmy jakieś talenty, ale przy niej się rozwinęliśmy. Bez niej te znakomite reportaże by nie powstały.

Agentka literacka, współtwórczyni wydawnictwa W.A.B. Beata Stasińska znaczenie reportażu w „Gazecie” tłumaczy tak: – Fenomen polegał na tym, że Małgosia opiekowała się reporterami w czasach, gdy nie było już szkół redaktorskich. Dzisiaj wielu autorom wydaje się, że nie potrzebują mistrza, że nie muszą się uczyć od bardziej doświadczonych autorów. I piszą tak, jak potrafią, a potem to wydają.

ZOSTAŁO 40 GROSZY

– Opisywaliśmy społeczne skutki polityki – mówi Szejnert.

Hugo-Bader przebiera się z córką za bezdomnych. Chodzą po ekskluzywnych lokalach: chcą zobaczyć, jak zostaną potraktowani. W jednym miejscu kelnerzy wynoszą im deser, z innego przeganiają ochroniarze.

Włodek Nowak opisuje popegeerowskie wsie na Pomorzu. W 2001 roku jedzie do Debrzna w powiecie człuchowskim – jest tam wtedy największe w kraju bezrobocie. Pisze reportaż „My tu wszyscy na wymarcie”. „W Debrznie ludzie opowiadają, jak to na zebraniu z posłem Królem z gdańskiej Unii Wolności wstał jakiś chłopina: »Panie pośle, pożyczyłem 10 złotych od kolegi na bilet do Człuchowa, bo u nas w opiece powiedzieli, że nie dadzą zasiłku, jak nie przywiozę z powiatu zaświadczenia, że jestem bezrobotny. Bilet tam i z powrotem kosztuje 9,60 zł, z opieki dostałem 10 zł, zostało mi 40 groszy«. I się chłop rozpłakał. Co na to poseł Król? Ludzie nie pamiętają”.

Anna Fostakowska pokazuje życie wiejskich dzieci, które nie jeżdżą nigdzie na wakacje, bo pomagają rodzicom w polu albo zbierają w lesie jagody, żeby sprzedawać je przy drodze tym z miasta, którym się powiodło.

Szejnert żałuje jednak, że reporterzy odpuścili politykę. – Skupienie się na społecznych skutkach polityki przejęliśmy z „małego realizmu”. Ale trzeba też pokazywać, co doprowadza do biedy, wykluczenia. Za peerelu nie mogliśmy tego robić, a teraz może nie za bardzo chcieliśmy.

REPORTER IDZIE NA WESELE

„ – Świnie już zabite?

– No skąd! Jest catering z Łowicza.

– A jak się poznaliście? Na studiach?

– Nie, na czacie. Przez internet.

– Głosować będziecie?

– A musimy?!”.

Tak zaczyna się słynny reportaż „Wesele. Reaktywacja”.

Jest czerwiec 2003 roku. Polacy głosują w referendum, czy chcą przystąpić do Unii Europejskiej. A Szejnert wysyła ekipę swoich reporterów na… wesele.

Pomysł z najwyższej literackiej półki. Sto lat wcześniej Stanisław Wyspiański opisał w słynnym dramacie wesele poety Lucjana Rydla z chłopką Jadwigą Mikołajczykówną w podkrakowskich Bronowicach – a przy okazji obnażył nasze narodowe wady, które utrudniały odzyskanie niepodległości. Teraz moment też był dziejowy.

Marcin Fabjański, Anna Fostakowska, Jacek Hugo-Bader, Włodzimierz Nowak, Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman i Teresa Torańska pojechali na typowe polskie wesele do wsi Wyborowo pod Łowiczem. Wcześniej podzielili się rolami.

– Ja miałam pannę młodą – opowiada Fostakowska. Zazdrościła Szczygłowi (miał pana młodego), którego wszyscy znali z telewizji i każdy chciał z nim gadać. Ona miała trudniej.

Przed kościołem, przy remizie, przy rosole, przy flaczkach, przy żeberkach reporterzy Szejnert przysłuchują się rozmowom i toastom weselników.

„Głosy z końca sali: …jak nie wejdziemy do Unii, to będziemy panami. Panowie, zdrowie!”.

Dziadek panny młodej (wstaje): Jak wejdziemy do Unii, to za sto lat wszyscy będziemy niewolnikami, będziemy na kolanach pracować u bauera.

Przyjezdna (łapie się za głowę): Co pan mówi? No mówiłam, nie lać im więcej.

Ciotka panny młodej: Byłam niedawno we Włoszech. Nie powiem – pięknie! Ale nasz kraj jest bogatszy. Oni mają tam same góry, zboże prawie się u nich nie rodzi. A u nas same łany!”.

Wesele skończyło się w niedzielę nad ranem. – Przespaliśmy się trochę i zaczęliśmy pisać – wspomina Fostakowska. Reportaż ukazał się kilka dni później – chcieli zdążyć na wyniki referendum.

MATKA WYMAGAJĄCA

Dorota Karaś i Marek Sterlingow w wywiadzie rzece z Małgorzatą Szejnert cytują zdanie z prywatnego dziennika Mariusza Szczygła.

„Małgorzata Szejnert, chłodniejsza i mniej pewna siebie niż pani Hania, ale może dlatego, że nowa” – zapisał Szczygieł w styczniu 1991 roku, gdy Szejnert zastąpiła Krall w kierowaniu działem reportażu.

– Była chłodna – potwierdza Anna Fostakowska, która do „Gazety” przyszła w 1997 roku. – Budziła respekt, często się jej bałam. Taka wymagająca matka.

W dziale doczeka się przydomka „Królowa Śniegu”.

– Czasem ten śnieg tajał – mówi Wojciech Górecki. Do Warszawy dojeżdżał z rodzinnej Łodzi i wieczorem wracał. – Zaproponowała mi, że w razie potrzeby mogę nocować u niej. Raz skorzystałem. Pamiętam, jak mi, dwudziestoletniemu smarkaczowi, rozstawiła rozkładane łóżko w małym, blokowym saloniku – wspomina. Wiedział, że może na nią liczyć.

Górecki odszedł z „Gazety”, zajął się analityką, doktoratem. Miał przygodę z dyplomacją. Ale z Szejnert do dziś ma kontakt i wciąż pisze reportaże.

Karaś i Sterlingow zatytułowali swoją książkę „Chłodnia, czyli grzejnia”.

– Bo mimo chłodu jednocześnie nas broniła, żeby nikt w „Gazecie” nie odebrał nam tego komfortowego sposobu pracy, jaki mieliśmy. Była taka matczyna – tłumaczy Fostakowska.

Bożena Dudko: – Pojawiały się pomysły, żeby reporterom dodać obowiązków, na przykład zlecać im redakcyjne dyżury w dziale krajowym. Małgosia stała po stronie reporterów, o czym wielu nawet nie wiedziało.

– A warsztatowo czego was nauczyła? – dopytuję.

– Wyrzucała sentymentalizm, dbała o szczegół, humor i była bardzo uważna – wylicza Fostakowska.

Przyznaje, że ma problem z określaniem takich wartości, jak ciężar albo odległość. Zdarzyło się jej na przykład napisać, że byk był dziesięciotonowy. Gdy o biedaszybach w Wałbrzychu napisała, że otwory miały głębokość kilkunastu metrów, a w rzeczywistości były dużo płytsze, usłyszała od szefowej: – To zabieraj ze sobą miarę i zacznij mierzyć.

Włodzimierz Nowak lubi opowiadać anegdotkę, jak Szejnert wymyśliła mu tytuł.

Pisał o poznańskiej rodzinie Witaszków. Po zajęciu Poznania przez Niemców lekarz Franciszek Witaszek działał w antynazistowskim podziemiu: miał produkować truciznę, którą uśmiercano hitlerowskich dygnitarzy. Niemcy wykryli spisek: Witaszkowi zaproponowali kolaborację, gdy odmówił – skazali na śmierć. Zgilotynowaną głowę lekarza umieszczono w słoju z formaliną. „Głowa inteligentnego polskiego masowego mordercy” – opisano po niemiecku słój.

Żonę Witaszka wysłano do obozu, a córki Darię i Alodię po skutecznej germanizacji oddano do adopcji niemieckim rodzinom. Wcześniej Halina Witaszek przeszła badania antropologiczne. „Nie przypuszczała, że jej jasne włosy, obwód głowy, rozstaw oczu i kształt nosa przesądzą o losie dzieci” – pisze Nowak.

– Małgosia w nawiązaniu do tych badań dała tytuł „Obwód głowy” – wspomina reporter. – Wtedy mój tekst jakby jeszcze bardziej się uniósł.

Gdy kilka lat później reportaż ukazał się razem z innymi jego tekstami w książce, Nowak dał całości tytuł „Obwód głowy”.

Bywał czasem zły na jej redakcyjne skróty. Reportaże z „Wyborczej” zaniósł do wydawnictwa w swojej wersji, tej dłuższej. Był pewien, że zostawią, jak pierwotnie napisał. Wyrzucili to samo.

Fostakowska przyjechała do Poznania, żeby napisać o piosenkarce Eleni, która przebaczyła mordercy córki. Artystka opowiadała dużo o Grecji i że przebaczenie jest ważne. – Tekst był poprawny, ale dość mdły, za mało konkretny, poszedłby pewnie w magazynie kobiecym – wspomina reporterka. A Szejnert wyrzuciła tekst do kosza.

Na jej dziewięćdziesiąte urodziny Szczygieł znowu opisał na Facebooku, jak przyszedł do niej z tematem, że żona zabiła męża.

„ – Małgosiu – mówiłem – mam temat: pani zabiła pana!

– A o czym będzie ten tekst?

– No, że żona otruła męża.

– To jeszcze nie jest temat – upierała się. – Owszem, nadaje się do tabloidu, ale nie na reportaż dla nas. Reportaż musi być o tym, o czym jest, i o czymś jeszcze. Musi mieć nadwyżkę, inaczej: musi mieć drugie lub siódme dno. Zastanów się, co chcesz tym tekstem powiedzieć. Czy to będzie opowieść o miłości, o samotności, o zemście, a może bezrobociu”.

Wojciech Górecki opowiada, jak dostał temat o upadających zakładach włókienniczych w Łodzi.

– Ale ja nie znam się na przemyśle – odpowiedział.

– A na rolnictwie się znasz? – spytała.

– Też nie.

– To o czym chcesz pisać w kraju rolniczo-przemysłowym?

Górecki napisał tekst o upadającym zakładzie.

Dorota Karaś i Marek Sterlingow jako początkujący reporterzy też mieli do czynienia z Szejnert.

Sterlingow napisał reportaż o katastrofie polskiego statku – wyszło mu ckliwie. Szejnert miała ciężko westchnąć i kazała poprawić tekst doświadczonej dziennikarce. Karaś przywiozła z Podhala reportaż o dotkniętej nieszczęściami kobiecie z biednej wsi. Po publikacji do redakcji przyszedł list: kobieta była oszustką, tragedie zmyśliła. Szejnert wysłała na miejsce Lidię Ostałowską.

Po latach wrócili do niej, żeby zrobić biograficzną rozmowę rzekę. Tamte wpadki komentują tak: „Małgorzata Szejnert zawsze powtarzała reporterom, że niepowodzenia budują autora”.

– Tak, byłam dla nich surowa – potwierdza Szejnert. – Byłam starsza o pokolenie, miałam początkujących reporterów. Nie zawsze mogłam współpracować z nimi na zasadzie przyjacielskiej.

Press

(fot. Andrzej Rybczyński/PAP, screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)

Że powinna odejść z „Gazety”, usłyszała od Heleny Łuczywo. „Miałam chwilę zdziwienia. Ale też czułam, że powinnam zająć się sobą, własnym pisaniem”.

Na Świętojankach w Mięćmierzu była na luzie, bezpośrednia i otwarta, wychodziła z roli mentora. – Jakby chciała nam rekompensować cały ten ziąb z redakcji – mówi Fostakowska.

CHWILA ZDZIWIENIA

Że powinna odejść z „Gazety”, usłyszała od Heleny Łuczywo. Wicenaczelna tłumaczyła, że trzeba zrobić miejsce dla młodych.

Był 2005 rok, Szejnert miała „dopiero” 69 lat. Jak to przyjęła?

– Miałam chwilę zdziwienia. Ale też czułam, że powinnam zająć się sobą, własnym pisaniem – mówi dziś. Przez piętnaście lat nie pisała.

Bożena Dudko przypomina rolę Szejnert w Nagrodzie Kapuścińskiego za Reportaż Literacki: w tym roku odbyła się siedemnasta edycja.

– Małgosia przez cztery kadencje była przewodniczącą jury, które wypracowało wysokie standardy nagrody, co dzisiaj wydaje się oczywiste, ale wtedy wcale oczywiste nie było – mówi Dudko, gdy siedzimy w klubokawiarni Wrzenie Świata; założyli ją reporterzy i redaktorzy z dawnego działu Szejnert.

Bożena Dudko (opiekowała się archiwum Ryszarda Kapuścińskiego i sekretarzowała w kapitule nagrody) tłumaczy, dlaczego właśnie Szejnert została pierwszą przewodniczącą jury: – Bo była bezsprzecznym autorytetem dla wszystkich reporterów.

Jest przekonana, że Szejnert stworzyła warunki do rozwoju reportażu i poszerzania jego granic: najpierw przez piętnaście lat szefowania działem w „Gazecie Wyborczej”, a potem pracą w jury Nagrody Kapuścińskiego. A teraz jest jurorką konkursu na Książkę Reporterską Roku Grand Press.

ADAM GIESCHE

Początek książki „Czarny ogród”:

„Idzie albo jedzie pod Presslaw. Tak nazywa się Wrocław, stolica Śląska, w cesarstwie Habsburgów. Mija rok 1651, Adam Giesche jest już na progu starości, ma trzydzieści sześć lat, kawaler, bez rodziny, bez dzieci.

Nie mamy pojęcia, jak wygląda. Ma na sobie zbroję czy łachmany?”.

KWIATY I OGRODY

– Szukam „Czarnego ogrodu”. Małgorzaty Szejnert – zdesperowany zwracam się do sprzedawczyni w wielkiej sieci księgarni. Przeszukałem regał z działem „Reportaż” – nie znalazłem. Dziewczyna prowadzi mnie do półki „Kwiaty i ogrody” – tu leży książka Szejnert.

Pół tysiąca stron o górniczych osiedlach Giszowiec i Nikiszowiec w Katowicach. I dwieście lat historii Niemiec, Polski i Śląska. Żeby czytelnik się nie zgubił, opisała kilka rodów.

„Daj nam Boże taką energię po sześćdziesiątce!” – napisze reżyser Kazimierz Kutz, Ślązak.

A Szejnert pisze kolejne książki.

„Wyspę klucz” – o biurze przyjmowania imigrantów na nowojorskiej Ellis Island.

„Dom żółwia. Zanzibar” – o wyspie na Oceanie Indyjskim.

„Wyspę Węży” – o obozie odosobnienia u wybrzeży Szkocji dla polskich oficerów sanacyjnych, których zesłał tam emigracyjny rząd Władysława Sikorskiego. Był wśród nich krewny reporterki.

„Usypać góry” – o Polesiu, skąd pochodził Ryszard Kapuściński.

Wszystkiego razem ponad dwa tysiące stron. Ustawione na półce zajmują grubość solidnego muru.

Za „Wyspę klucz” dostała Nagrodę Literacką „Gdynia”. Pozostałe tytuły były nominowane a to do Nagrody Literackiej „Nike”, a to do Nagrody Ryszarda Kapuścińskiego za najlepszy reportaż literacki, a to do „Angelusa” – Literackiej Nagrody Europy Środkowej.

Przyznaje, że przy pisaniu miała „komfort socjalny” (dostawała emeryturę, miała akcje Agory). – Miałam tę swobodę, że nie musiałam myśleć o pieniądzach – mówi wprost. Nawet umów z wydawcą nie podpisywała wcześniej, nie brała zaliczek. – Nie musiałam się więc spieszyć ani ze zbieraniem materiału, ani z pisaniem.

Przydało się redaktorskie doświadczenie, gdy po latach wróciła do pisania reportaży. Na przykład wyrzucała to, co wydawało jej się przydługie bądź niepotrzebne. Jak kiedyś reporterom w „Gazecie”.

SŁÓJ Z FASOLKĄ

Z książki „Wyspa klucz”:

„Siedemnastego kwietnia 1907 roku do portu nowojorskiego przybija jedenaście tysięcy siedmiuset czterdziestu siedmiu imigrantów. Jak to pokazać sto lat później szkolnym wycieczkom na Ellis Island, by poruszyć ich wyobraźnię? Specjaliści od edukacji zaproponowali, by wypełnić wielki słój drobną fasolką w wielu kolorach i zawiesić nad nim pytanie: Jak sądzisz, czy było ich tylu?”.

NALEWKI LEGENDARNE

– Dla mnie jest uosobieniem mądrego, dobrego i godnego życia – tak o Małgorzacie Szejnert mówi Beata Stasińska, też jurorka Książki Reporterskiej Roku.

– Małgosia ma czytelne oczekiwania co do gatunku: książka reporterska musi być dobrze napisana i związana z czasami, w których żyjemy – Stasińska opowiada o Szejnert–jurorce. – Taką samą uwagę przykłada do każdego tematu. Czy to będzie los kobiet w Afryce, czy topniejące lodowce, czy coś, co się wydarzyło na polsko-białoruskiej granicy.

Poznały się kilkanaście lat temu w Mięćmierzu.

– Małgosia lubi biesiadować w dawnym, dobrym stylu: ludzie się spotykają i dyskutują, sztuka opowiadania anegdot i ton zabawy mają znaczenie – opowiada Stasińska. – I ma poczucie humoru – dodaje.

Opowiada, jak Szejnert ułożyła odę do marynarki znanej osoby publicznej. (Śmieje się).

– Czyjej? – ciekawi mnie.

– Nie powiem. Ale dobrze go pan zna.

Pytam jeszcze o czerwone wino: słyszałem, że świetnie im się przy nim rozmawia.

– Mam słabość do legendarnych nalewek Małgosi – śmieje się znowu Beata Stasińska.

NAGIE DZIEWCZYNY I SIENKIEWICZ

Z książki „Dom żółwia. Zanzibar”:

„Sienkiewicz wychodzi na nocne spacery i pewnej nocy w zaroślach koło Mnazi Moja otacza go grupa nagich czarnych dziewcząt, które wybiegły właśnie z morskiej kąpieli, są rozbawione i uciekają przed cudzoziemcem, lecz on podejrzewa, że po to – aby je gonił”.

BO SIĘ MIGA

Redaktorską rękę Małgorzaty Szejnert poczułem na sobie.

Jesienią „Gazeta Wyborcza” wysłała mnie do Kazimierza Dolnego: pisowski marszałek województwa lubelskiego wymyślił, żeby Kazimierz z Janowcem połączyć kładką na Wiśle. Społecznicy, architekci i historycy sztuki uważają, że przeprawa zeszpeci unikatowy krajobraz i nie pasuje do zabytkowego miasta.

Reportaż współredagowała Szejnert – związana jest z Kazimierzem od sześćdziesięciu lat, sama pisała interwencyjne teksty, gdy komunistyczne władze chciały na siłę unowocześniać miasteczko.

Pierwszą wersję odesłała na czerwono. Napisała, że za dużo tła historycznego, a za mało o konflikcie o kładkę. „Myślę, że będzie fajny materiał” – dodawała odwagi.

Po drugiej wersji było jeszcze kilka pytań i zadań do odrobienia. A to tego powinienem jeszcze dopytać, a to tamtego („bo się miga”).

Gdy rozmawialiśmy do tego tekstu, spytałem o tamten mój reportaż.

– To połączenie reportażu z tekstem interwencyjnym – usłyszałem. – Reportaż musi mieć bohatera.

POWINNIŚMY ZABRAĆ ZIEMIĘ

Z książki „Wyspa Węży”:

„Zeszliśmy na ląd w Rothesay, jedynym miasteczku na wyspie. Wiosną upomniałam się u mego syna Piotra i synowej Kingi o prezent na osiemdziesiąte urodziny. Poprosiłam, by syn towarzyszył mi w podróży na Bute.

Powinniśmy przywieźć ze sobą ziemię. Siostra mojego ojca Dziunia Raczkowska pomyślałaby o tym na pewno.

Nie bardzo jednak wiedziałam, gdzie należy zagłębić łopatkę pożyczoną od wnuczki”.

MOŻE NAS ZASKOCZYĆ

Na stoliku, przy którym rozmawiamy, stosik książek historycznych. Jest też jurorką Nagrody Historycznej imienia Kazimierza Moczarskiego – musi je wszystkie przeczytać.

Ciekawi mnie, czy sama napisze coś jeszcze. Uśmiecha się.

Beata Stasińska: – Jeśli trafi na nowy temat, może nas jeszcze zaskoczyć.

***

Ten tekst Stanisława Zasady pochodzi z magazynu Press wydanie nr 07-08/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Sofią Lebedievą, Leszek Kraskowski i premier Tusk dla wybranych

Press

Stanisław Zasada

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.