Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Luty 08, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Dokąd odchodzą? (cz. II)

Od lewej: Michał Kobosko, Piotr Kościński, Tomasz Wróblewski, Konrad Niklewicz i Łukasz Starzewski (fot. fot. Tomasz Ozdoba, archiwum prywatne)

Sprawdzamy, gdzie i na jakich warunkach ludzie mediów mogą znaleźć pracę w polityce, służbie państwowej, think tankach czy fundacjach. Przypominamy tekst, który ukazał się w magazynie "Press" (11-12/2018).

Przechodzenie z dziennikarstwa do polityki nie jest niczym nowym – ani w Polsce, ani na świecie. W czasach PRL-u do wysokich stanowisk dochodzili zwykle redaktorzy naczelni partyjnych mediów – najbardziej znanym przykładem Mieczysław F. Rakowski, naczelny „Polityki”, który został premierem i ostatnim I sekretarzem KC PZPR.

Po 1989 roku, gdy potrzeba było nowych kadr, całe zastępy dziennikarzy wsparły polską politykę – m.in. premierem został Tadeusz Mazowiecki z „Tygodnika Solidarność” (wcześniej naczelny i publicysta „Więzi”), ministrem spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski z „Tygodnika Powszechnego”, do dyplomacji poszli m.in. Kazimierz Dziewanowski, Wojciech Adamiecki, Maciej Kozłowski, Jerzy Surdykowski, Krzysztof W. Kasprzyk.

Później również nie brakowało redaktorów, którzy porzucali profesję, kandydując w wyborach, bo – jak mówił w „Rzeczpospolitej” Marek Siwiec (kiedyś naczelny „Studenta” „itd” i „Trybuny”) – „być wybranym w wyborach to potężny afrodyzjak”. Sojusz Lewicy Demokratycznej, którego reputacja jako ugrupowania postkomunistów była kiepska, chciał się dowartościować, pozyskując do polityki znanych lewicowych dziennikarzy, m.in. Andrzeja Urbańczyka, Bronisława Cieślaka, Marka Siwca, Piotra Gadzinowskiego, Aleksandrę Jakubowską.

Dziennikarski bądź redaktorski epizod w życiorysie mają tak znani politycy, jak np. Aleksander Kwaśniewski, Donald Tusk, Jarosław Kaczyński, Jarosław Gowin, Ryszard Terlecki, Jarosław Sellin, Ryszard Czarnecki, Tomasz Arabski, Michał Kamiński, Michał Boni, Krzysztof Czabański. Swój czas w dyplomacji mieli też dziennikarze: Daniel Passent, Jarosław Gugała i Krzysztof Mroziewicz. Już trzecią kadencję europosłem jest były dziennikarz TVP Tadeusz Zwiefka.

Sprawdź, o czym piszemy
w najnowszym numerze

Okładka

NIE OPISUJĄ, LECZ KREUJĄ

Nic więc dziwnego, że gdy w redakcjach znikają etaty nawet dla doświadczonych, wszechstronnych dziennikarzy, część z nich wybiera politykę. Szczególnie gdy u władzy jest opcja, z którą sympatyzują.

Gdy w grudniu 2015 roku Bartosz Marczuk odszedł z funkcji wicenaczelnego „Wprost” i przyjął stanowisko wiceministra rodziny, pracy i polityki społecznej w rządzie PiS, nie wywołało to zaskoczenia wśród dziennikarzy. Przez lata – jako dziennikarz i kierownik działu w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, wicenaczelny „Rzeczpospolitej”, a potem „Wprost” – Marczuk specjalizował się właśnie w tej tematyce. Skończył studia doktoranckie w Instytucie Pracy i Spraw Socjalnych. Jako dziennikarz za pierwszych rządów PiS był społecznym doradcą ministra i współtwórcą Rządowego Programu Polityki Rodzinnej 2006–2007. Udzielał się jako ekspert z zakresu polityki społecznej w Instytucie Sobieskiego i w Związku Dużych Rodzin 3+.

– Dostałem szansę, żeby nie tylko opisywać rzeczywistość, ale też kreować politykę społeczną, działać na rzecz wspólnoty. Ważna jest dla mnie możliwość zobaczenia od środka, jak działa państwo – mówi Bartosz Marczuk. Zdaje sobie sprawę, że jako polityk łatwo może wpaść na minę, zwłaszcza że działania jego resortu dotyczą wrażliwej materii. Stara się wypowiadać tylko o tym, na czym się zna. – Jako urzędnik państwowy muszę też powściągać swoją duszę publicysty i komentatora – przyznaje.

Zdaniem Marczuka w polityce najłatwiej odnajdą się dziennikarze z dużą wiedzą specjalistyczną oraz funkcyjni, którzy, robiąc gazetę, nauczyli się pracować w dużym tempie, w stresie, pod presją czasu i reagować na zmiany. – A ponadto, w czasach postpolityki, nie wystarczy coś zrobić, lecz trzeba umieć także o tym opowiedzieć, opisać to czy wytłumaczyć. Tu umiejętności dziennikarza są nie do przecenienia – twierdzi Bartosz Marczuk.

– Moje doświadczenie dziennikarskie okazało się w polityce wręcz bezcenne – opowiada Joanna Kluzik-Rostkowska, obecnie posłanka PO, wcześniej PiS i partii Polska Jest Najważniejsza (była m.in. ministrem pracy i polityki społecznej, szefową resortu edukacji). Jako dziennikarka pracowała m.in. w „Tygodniku Solidarność”, „Expressie Wieczornym”, „Wprost”, „Nowym Państwie”, „Przyjaciółce”. – Przydały mi się zwłaszcza cechy, które powinien mieć dziennikarz: umieć słuchać ludzi i wiedzieć, gdzie szukać informacji. Nigdy nie miałam problemu z tym, żeby pytać o zdanie organizacje pozarządowe czy podległych mi urzędników, którzy znali szczegóły sprawy. A wiem, że niektórzy politycy mają z tym kłopoty – tłumaczy Kluzik-Rostkowska.

DYPLOMACJA DLA SWOICH

– Zawsze uważałem i pisałem, że polityka rodzinna jest polską racją stanu, a wydatki na nią nie są żadnymi wydatkami socjalnymi, tylko inwestycyjnymi. To samo mówię obecnie jako wiceminister, wcielając poglądy w życie – podkreśla Bartosz Marczuk.

W innej sytuacji znalazł się Marek Magierowski, były dziennikarz m.in. „Gazety Wyborczej”, „Newsweek Polska”, „Forum” czy „Rzeczpospolitej”. Gdy – będąc rzecznikiem prezydenta Andrzeja Dudy – zachwalał inicjatywę PiS „500+”, przypominano mu, że jako publicysta pisał: „Nie chcę 500 zł jałmużny od prezesa Kaczyńskiego na drugie dziecko. Chcę, aby państwo obniżyło podatki o 500 zł”.

Przypadek Magierowskiego to najgłośniejszy w ostatnich latach transfer z mediów do polityki. W pierwszym kroku mało udany, pełen wpadek i niezręczności. Wielu dziwiło się, że ambitny, poważny dziennikarz, znający kilka języków, mający własne zdanie i dorobek oraz dużą wiedzę, zwłaszcza w kwestiach międzynarodowych, zdecydował się we wrześniu 2015 roku przejść do kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy. Najpierw był ekspertem ds. dyplomacji publicznej, potem dyrektorem biura prasowego i rzecznikiem prezydenta. Wytrwał do maja 2017 roku, po czym szybko został wiceministrem spraw zagranicznych. Od kilku miesięcy jest polskim ambasadorem w Izraelu.

I wygląda na to, że ten drugi etap politycznej kariery jest bardziej skrojony pod jego talenty i umiejętności. Na prośbę o rozmowę odpisuje w e-mailu: „Dziękuję za zainteresowanie moją ścieżką kariery, ale z racji pełnionej obecnie funkcji nie odpowiem niestety na pytania”.

– Marek Magierowski trafił na najtrudniejszy odcinek dla rozpoczynającego przygodę z polityką: nie mając wówczas jeszcze doświadczenia politycznego, został użyty jako zderzak do wymiany – ocenia Michał Kobosko, były naczelny kilku tygodników opinii. Według niego jako ambasador Magierowski się sprawdzi.

Dyplomacja to atrakcyjne miejsce pracy dla dziennikarzy – o ile zdają sobie sprawę z tego, że po zmianie władzy mogą stracić posadę.

Tak jak były dziennikarz „Gazety Wyborczej” Marcin Bosacki. Odszedł z „GW” w 2010 roku, najpierw na rzecznika prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a w 2013 został ambasadorem w Kanadzie. Lecz władza PiS w 2016 roku odwołała go z tej placówki, a Bosacki złożył rezygnację z pracy w służbie zagranicznej.

Jego następca na stanowisku rzecznika MSZ (2013–2015) Marcin Wojciechowski, który do dyplomacji także odszedł z „GW”, w sierpniu 2015 roku dostał od prezydenta Komorowskiego nominację na ambasadora w Kijowie – lecz nim zdążył wyjechać, nowy prezydent cofnął tę decyzję. Wojciechowski w końcu wylądował w ambasadzie w Mińsku, na stanowisku kierownika referatu ds. politycznych. Od lipca br. jest zastępcą ambasadora.

W miejsce odwołanych ekipa tzw. dobrej zmiany wysyła swoich ambasadorów, w tym również byłych dziennikarzy, m.in. na Ukrainę Jana Piekłę (zaczynał karierę w „Gazecie Krakowskiej”), do Szwajcarii i Lichtensteinu – Jakuba Kumocha (PAP, „Przekrój”, „Dziennik”), do Czarnogóry – Artura Dmochowskiego („Gazeta Polska”, TVP, PAP). Można przypuszczać, że gdy zmieni się władza, karuzela personalna znów ruszy.

– Przy obecnej pauperyzacji i tabloidyzacji mediów nie dziwią odejścia do innych zawodów, także do służby zagranicznej. Nie chodzi tylko o kwestie finansowe, ale też o satysfakcję z tego, co się robi – tłumaczy Marcin Bosacki. Bo gdy był korespondentem „GW” w USA, z powodu cięć budżetowych wydawcy w ostatnim roku pracy ani razu nie mógł wyjechać służbowo poza Waszyngton.

Zdaniem Bosackiego dziennikarze znający świat i języki obce są dobrymi kandydatami na dyplomatów: – Służbie zagranicznej przydają się cechy wykształcone w mediach: sprawność językowa, umiejętność rozmowy z ludźmi, nawyk szybkiej pracy w stresie.

W POLITYCE JAK W KORPORACJI

– Nie ma prostej reguły, że odchodząc z dziennikarstwa do sfery polityki, traci się niezależność. Można ją zachować, będąc nawet działaczem partyjnym. Z kolei dziennikarz może być partyjnym cynglem – uważa Jarosław Makowski, filozof i teolog, były dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, przez kilka lat organizator i szef Instytutu Obywatelskiego – think tanku Platformy Obywatelskiej. – Mimo zaangażowania w politykę i aktywność społeczną moja publicystyka się nie zmienia. Wciąż hołduję takim wartościom jak wolność, równość, tolerancja – podkreśla.

Makowski od 2014 roku jest radnym wojewódzkim na Śląsku, założycielem Stowarzyszenia BoMiasto, które zabiega o rozwój lokalny, a od listopada 2017 roku – szefem PO w Katowicach. W ostatniej kampanii samorządowej zdecydował się być kandydatem na prezydenta Katowic – z poparciem Koalicji Obywatelskiej PO i Nowoczesnej. Łączy politykę, działalność samorządową, stanowisko kierownika promocji Instytucji Filmowej Silesia-Film (w kampanii wziął urlop bezpłatny) i pisanie książek z uprawianiem publicystyki – m.in. w „Newsweek Polska”, „Polityce”, „GW”.

Następcą Makowskiego w think tanku PO jest Konrad Niklewicz, dawniej dziennikarz „GW” specjalizujący się w gospodarce i sprawach Unii Europejskiej, korespondent gazety w Paryżu i Brukseli. W 2011 roku został rzecznikiem polskiej prezydencji w UE. Doświadczenia z tej pracy zaowocowały doktoratem obronionym w 2013 roku na Uniwersytecie Warszawskim. Gdy polska prezydencja dobiegła końca, został w służbie państwowej. A od 2015 roku Niklewicz jest dyrektorem zarządzającym Instytutu Obywatelskiego.

– Nie odczuwam braku swobody myśli, bo na szczęście pracuję dla partii, która wyznaje taki sam jak mój liberalny światopogląd. Oczywiście są pewne zależności korporacyjne, ale tak samo jest w dużych firmach i redakcjach – stwierdza Niklewicz.

Pracuje dla polityków, ale za polityka się nie uważa. Nie startuje w wyborach. – Nie jestem ulepiony z tej gliny co politycy, którzy muszą umieć przekonywać, mieć wysoki poziom empatii, wypracowywać kompromisy. Lepiej wypadam w analizach niż w debacie politycznej – tłumaczy Niklewicz. Spotykając się ze studentami i licealistami, mówi im wprost, że choć dziennikarstwo jest świetnym zawodem, powinni ukończyć jednak także studia z innej branży, by mieć szerszą wiedzę i lepiej się odnaleźć na rynku, gdy rozczarują się pracą w mediach lub będą musieli z nich odejść.

KOMFORT PRACY

Dziennikarze specjaliści z jakiejś dziedziny są chętnie widziani w instytucjach publicznych i państwowej administracji. Na przykład świetna dziennikarka śledcza Anna Marszałek z „Rzeczpospolitej” i „Dziennika” oraz doskonały dziennikarz sądowy Bogdan Wróblewski z „Gazety Wyborczej” przeszli do Najwyższej Izby Kontroli. Znany i nagradzany sprawozdawca sądowy Polskiej Agencji Prasowej Łukasz Starzewski po 26 latach odszedł niedawno z agencji – na podobnych warunkach finansowych – do zespołu kontaktów z mediami i komunikacji społecznej Biura Rzecznika Praw Obywatelskich.

– Robię podobne rzeczy jak w agencji: opracowuję komunikaty na temat spraw sądowych, do których przyłączył się rzecznik praw obywatelskich; staram się, by były zrozumiałe dla przeciętnego obywatela. Pracuję jednak spokojniej, nad poważnymi tekstami o poważnych sprawach, nie kierując się tematycznymi priorytetami agencji i jej odbiorców – opowiada Starzewski.

Dziennikarski background ma też Marek Niechciał, w latach 2006–2007 i ponownie od 2016 roku prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W życiorysie na stronie UOKiK podano, że „był także dziennikarzem specjalizującym się w tematyce ekonomicznej” – ale przemilczając, że pracował w niemiłej obecnej władzy „Gazecie Wyborczej”.

Przechodzący na rządowe i partyjne pensje dziennikarze zazwyczaj tłumaczą, że finanse nie są jedynym powodem transferu. Liczy się prestiż, zaspokojenie ambicji lub komfort pracy. Biorąc jednak pod uwagę zarobki znanych dziennikarzy lub redaktorów, przynajmniej na początku mogą mieć oni mniejsze dochody na posadzie państwowej.

– W ostatnim moim miejscu pracy w mediach, jako zastępca naczelnej „Przyjaciółki”, zarabiałam w 2004 roku około 12 tysięcy złotych. Idąc najpierw do biura prasowego Urzędu Miasta Warszawy, dostałam 6700 złotych. A później tylko jako minister przekroczyłam pułap zarobków w „Przyjaciółce” – opowiada Joanna Kluzik-Rostkowska.

Zarobki polityków łatwo sprawdzić w ich oświadczeniach majątkowych. Nie czekając, aż napiszą o tym gazety, wiceminister Bartosz Marczuk ujawnił, że w 2016 roku zarabiał łącznie z nagrodami 8744 zł netto miesięcznie. Gdy był poza rządem, miał ponad dwa razy więcej: ok. 16,5 tys. zł netto miesięcznie. Z oświadczenia majątkowego za rok 2017 wynika, że jego miesięczne zarobki wzrosły do 10,4 tys. zł.

Jak wyliczył portal Gazeta.pl, wśród rządowych resortów najlepiej zatrudnić się w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, gdzie średnie zarobki wraz z dodatkami wynoszą ok. 9 tys. zł. W resorcie finansów pensje wynoszą 7358 zł, środowiska – 7234 zł, nauki – 7026 zł, kultury – 7010 zł, a cyfryzacji – 7101 zł. Najniższe wynagrodzenie otrzymują pracownicy Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej – 4983 zł.

– Irytują mnie ci, którzy płaczą, jak mało zarabiają, wchodząc do polityki. Mówię im: „To nie idź! Ale nie płacz! Będziesz zarabiał jak polityk na Zachodzie, jeśli pielęgniarka w Polsce dostanie tu tyle, co jej koleżanka w Niemczech” – argumentuje Jarosław Makowski.

BRONIĄ THINK TANKÓW

O Michale Kobosko i Tomaszu Wróblewskim krąży wśród dziennikarzy złośliwa anegdota, że musieli wyjść poza media do branży think tanków, bo zabrakło już dla nich w Polsce poważnych gazet, w których mogliby zostać naczelnymi.

Faktycznie, Kobosko był naczelnym (lub wice) w pismach: „Puls Biznesu”, „BusinessWeek”, „Forbes”, „Newsweek Polska”, „Dziennik”, „Dziennik Gazeta Prawna”, „Bloomberg Businessweek”, „Wprost”. A także wydawcą „Newsweek Polska” i „Forbesa”.

Tomasz Wróblewski ma w kolekcji tytuły: „Newsweek Polska”, „Profit”, „Dziennik Gazeta Prawna”, „Rzeczpospolita”, „Wprost”; był też dyrektorem programowym RMF FM, wicenaczelnym „Życia”, wiceprezesem Polskapresse.

Dla obu ostatnim przystankiem okazał się „Wprost”.
– Gdy rozchodziły się moje drogi z wydawcą tego tygodnika, pomyślałem, że to dobry moment na zastanowienie się, co dalej – opowiada Michał Kobosko. – Rozważałem kilka opcji: public relations, lobbing, treningi medialne, wystąpienia publiczne. W każdej z nich widziałem dla siebie rolę i wolne miejsce do zagospodarowania. Do przejścia w sferę think tanków namówił mnie Frederick Kempe, prezydent Atlantic Council, również były dziennikarz, między innymi redaktor naczelny „Wall Street Journal Europe” – wyjaśnia.

Od pięciu lat Kobosko reprezentuje ten amerykański think tank w Polsce. Nie ma on do dyspozycji żadnego zespołu, do prowadzonych projektów i organizacji konferencji (m.in. Wrocław Global Forum) zatrudniani są na umowy potrzebni specjaliści i agencje.

– W redakcji podlegało mi czasem po kilkuset pracowników i to do mnie przychodzili ludzie, by coś załatwić. W nowej rzeczywistości to ja musiałem nauczyć się na przykład fundraisingu, czyli wykorzystywania posiadanych kontaktów w świecie polityki i biznesu, by pozyskać sponsorów, darczyńców, załatwić fundusze na programy i konferencje – opowiada Kobosko. Czy to oznacza kompromisy z politykami lub biznesem? – Mam swoje poglądy, ale nigdy nie byłem żołnierzem żadnej partii. Uznaję się za człowieka kompromisu, nie postrzegam świata w kategoriach czarno-białych. A rolą think tanków jest właśnie wchodzenie w kontakty z politykami, biznesem, bycie pomostem i mediatorem w trudnych relacjach wewnątrzkrajowych i międzynarodowych, zwłaszcza kryzysowych – wyjaśnia Kobosko.

W nowej pracy znalazł psychiczny oddech. – To jasne, że na początku straciłem finansowo, lecz Atlantic Council daje mi swobodę, że obok pracy dla nich mogę, jeśli nie ma konfliktu interesów, występować jako ekspert, w ramach działalności gospodarczej być moderatorem na konferencjach i kongresach, co robię i lubię, oraz pisać książki czy teksty do mediów – wyjaśnia Kobosko.

Czy myśli o powrocie na redakcyjne stanowisko? – Śmieszą mnie ci, którzy kategorycznie zapewniają publicznie, że „już nigdy w życiu” – a potem grawitacyjnie wracają do mediów. Ja takich kategorycznych deklaracji nie składałem, co nie znaczy, że czekam nerwowo, aż otworzy się jakaś możliwość w mediach. Lubię to, co robię. Działalność w think tankach daje możliwość udziału w wydarzeniach, które dziennikarze mogą tylko obserwować z zewnątrz, albo nawet nic o nich nie wiedzą – tłumaczy Kobosko.

Podobnie deklaruje Tomasz Wróblewski, od trzech lat prezes Warsaw Enterprise Institute: – Nigdzie się nie wybieram. To jest dziś moje miejsce. Każdemu życzę czegoś takiego po intensywnej pracy w mediach. Jestem zachwycony.

WEI to fundacja będąca zapleczem eksperckim i intelektualnym Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Wróblewski, odchodząc z „Wprost”, po prostu objął funkcję prezesa fundacji, której był współzałożycielem w 2013 roku. Miał zgodę zatrudniających go wydawców, żeby równolegle być dyrektorem WEI ds. relacji publicznych.

Oprócz Wróblewskiego WEI kierują cztery osoby, a do konkretnych projektów zatrudniani są na umowy eksperci, w tym także wywodzący się z mediów: Andrzej Talaga, Aleksandra Fandrejewska-Tomczyk, Artur Kiełbasiński, Sławomir Jastrzębowski, Dariusz Matuszak, Jerzy Wysocki i Marek Budzisz. – Szukamy ludzi z konserwatywnym systemem wartości, którzy gotowi są do pracy długoterminowej, wgłębiania się w temat, mozolnej pracy, bo nasze raporty powstają w ciągu kilku miesięcy. Mieliśmy dziennikarzy, którzy nie nadawali się do tej pracy ze względu na powierzchowność tak typową dla obecnych mediów – wyjaśnia Tomasz Wróblewski.

W FUNDACJI SPOKÓJ I POKÓJ

Za najlepsze – finansowane z budżetu państwa – instytucje analityczne uchodzą Ośrodek Studiów Wschodnich i Polski Instytut Spraw Międzynarodowych. Do tego drugiego trafił w 2012 roku dziennikarz „Rzeczpospolitej” Wojciech Lorenz. – Jest to miejsce, gdzie można inwestować w siebie, pogłębić wiedzę i wspierać polską politykę zagraniczną, ale też mieć poczucie, że dobra analiza jest w cenie – opowiada. – Jako analityk mam lepszy komfort pracy, mogę zbierać informacje, analizować i pisać nie w tak szalonym tempie jak w dzienniku – dodaje Lorenz, który specjalizuje się w bezpieczeństwie międzynarodowym. Pracując już w PISM, zaczął pisać pracę doktorską; dostał urlop, by przez pół roku uczestniczyć w misji ISAF w Afganistanie na stanowisku cywilnego specjalisty, co dało mu nowe doświadczenia. – Przyjmując, że nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze, mogę powiedzieć, że zyskałem, przechodząc do tego think tanku – zapewnia Lorenz.

Analitykiem w PISM w latach 2013–2017 był także Piotr Kościński, wcześniej długoletni dziennikarz „Rzeczpospolitej”, znawca problematyki wschodniej i korespondent tej gazety w Kijowie. – Musiałem pozbyć się publicystycznej maniery, lecz wiele się tu nauczyłem. Zdobyłem wiedzę, która pozwoliła mi obronić pracę doktorską o historii prasy polskojęzycznej w Związku Radzieckim w latach 1925–1936. No i jeszcze jeden plus: nie musiałem już pracować w newsroomie, tylko miałem osobny pokój – opowiada Kościński.

Gdy jednak w PISM pojawił się nowy dyrektor, rozstał się m.in. z nim. Od marca 2017 roku Kościński wykłada przedmioty z dziennikarstwa i stosunków międzynarodowych w Akademii Finansów i Biznesu Vistula. Współpracuje z pismem diecezji warszawsko-praskiej „Idziemy”, pisze w „Tygodniku do Rzeczy”, wkrótce ma się ukazać jego kolejna książka „Jak sfałszować wybory?” oparta m.in. na doświadczeniach ukraińskich i białoruskich.

Lecz Kościński jest jednocześnie społecznym prezesem założonej wiele lat temu Fundacji Lelewela zajmującej się głównie pomocą dla Polaków na Wschodzie. Stara się pozyskiwać granty i dofinansowania.

Tomasz Prusek, były wieloletni dziennikarz „Gazety Wyborczej”, jest od półtora roku prezesem Fundacji Przyjazny Kraj, założonej przez trzech prywatnych fundatorów ze środowiska rynku kapitałowego. – Staram się tu wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie analityczne dziennikarza finansowego, na co nie ma już dziś miejsca w mediach – tłumaczy Prusek. Organizuje i prowadzi panele dyskusyjne, opracowuje raporty i analizy. Planuje przemodelować fundację w think tank zajmujący się analizą rynku kapitałowego, energetyki i rynku pracy. Dziennikarsko Prusek realizuje się jeszcze, pisząc bloga na stronie fundacji. – Finansowo nie straciłem, a mam wiele swobody w wyborze tematów, o jakich chcę pisać i które chcę badać – zapewnia.

Michał Kobosko uważa, że organizacje typu analitycznego, jakimi są think tanki, mogą być wyjściem dla tych byłych dziennikarzy, którzy mają trudności w odnalezieniu się w działalności komercyjnej, jako specjaliści od PR, marketingu, promocji. – Think tanki pozwalają zachować prestiż; dają poczucie, że robi się rzeczy ważne, a nie tylko komercyjne – podkreśla Kobosko. Dziennikarze sprawdzają się w takiej robocie, bo mają w sobie ciekawość świata, pewną wiedzę, łatwość nawiązywania kontaktów, umiejętność pisania. – Tylko muszą powściągać swoje talenty literackie, bo nie tego się tam od nich oczekuje – podkreśla Kobosko.

Problemem jest jednak wciąż mała liczba think tanków w Polsce.

Jerzy Sadecki

Pozostałe tematy weekendowe

Jak o PR mówią media? Najczęściej negatywnie
W... mnie Twoja szminka
Leszek Miller objaśnia świat
* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Luty 08, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

W... mnie Twoja szminka

By walczyć z hejterami w sieci, dziennikarze zorganizowali wieczór czytania internetowych komentarzy. Przeznaczony był tylko dla dorosłych o silnych nerwach. Przypominamy tekst, który ukazał się w magazynie "Press" (05-06/2018).

Dla Jasia Kapeli z „Krytyki Politycznej” nie był to pierwszy raz. Scena, publiczność – z nimi miał już do czynienia. Tylko tekst do recytowania nietypowy. Zamiast wierszy – poezja hejtu. „Jaś Kapela, czy bywasz czasami w Warszawie wariacie? Jeśli tak, to proponuję torbę ze sobą nosić, bo jak cię gdzieś spotkam, ty zlewaczona spierdolino, to ci ząbki z tej spedalonej mordy powybijam. A ząbki gdzieś schować musisz...”. Albo: „Gościu już po tobie. To twój koniec. Już mamy cię na oku od dawna, lecz przelałeś ostatnią kroplę goryczy i zapłacisz za wszystko”.

Na początku lutego 2018 roku pięcioro dziennikarzy warszawskich redakcji wzięło udział w spektaklu „Poezja hejtu” w Resorcie Komedii. Przeznaczony był tylko dla dorosłych i – jak napisano w zaproszeniu – tylko tych o nerwach ze stali. Dziennikarze ze sceny czytali hejterskie komentarze na swój temat, jakie znajdują w sieci.

– Chodziło o złamanie żelaznej zasady: nigdy nie czytać komentarzy na swój temat – mówi Philipp Fritz, niemiecki dziennikarz m.in. „Berliner Zeitung” i „Die Zeit” piszący o Polsce i Europie Wschodniej, pomysłodawca spektaklu. – Chcieliśmy powiedzieć do tych, którzy nas obrażają: słuchajcie, możecie pisać i wysyłać, co chcecie, a my się z tego będziemy śmiać. I publiczność się śmiała, choć były też momenty, gdy śmiech ustępował miejsca ciszy i refleksji, jak groźnym zjawiskiem jest hejt – opowiada Fritz.

Decyzją publiczności Złotego Krasnala za najlepszy hejt dostał Jaś Kapela. Przyznaje, że kolekcjonuje najciekawsze komentarze na swój temat. Choćby takie: „Ty kurwo padalska, twoje marne dni dobiegają końca, twój dom spłonie, do 3 sierpnia będziesz załatwiony”; „Oby Ci jakaś muslim rodzinę zgwałcił. Cwelu, zgiń rychło” [pisownia oryginalna – red.]. – Bywają wulgarne, ale i komiczne. Takie, które można tylko wyśmiewać. Dla mnie to podstawowa metoda walki z hejtem – mówi Kapela.

Justyna Suchecka, dziennikarka „Gazety Wyborczej”, czytała na scenie taki wpis na swój temat: „Niech mi ktoś jeszcze raz powie, że feministki są normalne. Za ten cyrk, który odstawiają, jedyne, na co zasługują, to strzał w pysk i kuchnia. Dożywotnio. Durne pizdy. A w ogóle to wkurwia mnie twoja szminka”. Suchecka tłumaczy, że w projekcie „Poezja hejtu” chodziło też o to, by uzmysłowić hejterom, że za obrażanymi imionami, nazwiskami i krytykowanymi tekstami stoją konkretni ludzie. – Ci, którzy nas obrażają, wyzywają czy grożą, robią to nam, a nie jakimś wirtualnym postaciom – mówi Suchecka.

OŚMIESZANIE

Z hejtem na swój temat Justyna Suchecka zetknęła się po raz pierwszy przed pięcioma laty, gdy poznańską redakcję „Gazety Wyborczej” zamieniła na warszawską i zaczęła pisać o budzących emocje tematach dotyczących reformy edukacji. W jej przypadku hejt dotyczy głównie płci i wieku. – Nie obrażam się, jak ktoś pisze, że jestem młoda i głupia. Gorzej, gdy za takimi określeniami idą groźby – podkreśla Suchecka.

Wydawcy internetowi walczą z lawiną hejtu

Metoda walki poprzez wyśmiewanie autorów hejtu odpowiada także Bartoszowi Wielińskiemu z „Gazety Wyborczej”, który na scenie recytował np.: „Ten Goebbels Wieliński uskarża się, że TVP zrobiła z niego zbrodniarza. Sam się swoim szczuciem w niemieckich mediach zrobił zdrajcą. Powinien mieć zakaz przebywania na terytorium RP”.

– Hejt jest dla mnie dowodem, że to, co napisałem, jest trafione – mówi Wieliński, który dowiaduje się z sieci, że jest „szmalcownikiem i antypolską mendą” lub po prostu „zwykłą szują”. – Czasami osoby, które to piszą, blokuję. Czasami staram się dowiedzieć, kto ukrywa się pod anonimowym kontem – opowiada Wieliński.

Joanna Grabarczyk, działaczka akcji „HejtStop”, tłumaczy, że oprócz ośmieszania autorów hejtów są jeszcze co najmniej trzy metody walki z nimi. Pierwsza: nie karmić trolli i udawać, że to nas nie obchodzi. Innym rozwiązaniem jest ujawnianie wizerunku i danych hejterów, choć Grabarczyk zaleca w tym wypadku ostrożność. – Narażamy wtedy hejterów na publiczny lincz. Musimy zdawać sobie z tego sprawę, nawet jeśli to my jesteśmy pokrzywdzeni – podkreśla.

Youtuberka SexMasterka wygrała w sądzie sprawę o hejt

Trzecia metoda walki to kierowanie spraw na policję czy do prokuratury. – Wystarczy zrzut z ekranu, który jest dowodem na zniesławienie czy kierowanie pod naszym adresem gróźb. Każda kara jest na tyle odczuwalna, że najczęściej taka osoba z hejtu rezygnuje – mówi Joanna Grabarczyk. Przy czym zastrzega, że nie każdy negatywny, nawet chamski komentarz jest hejtem.

Jej zdaniem z hejtem mamy do czynienia wtedy, gdy czyjaś negatywna opinia dotyka naszego pochodzenia, koloru skóry, orientacji seksualnej, niepełnosprawności, wiary czy płci. – Odróżnienie tego, co jest hejtem, a co nie, jest niezwykle ważne. W przeciwnym wypadku sytuacje naprawdę ekstremalne gdzieś umykają – dodaje Grabarczyk.

Pomysł walki z hejtem poprzez wyśmiewanie takich treści na scenie jest dość ekstrawagancki w porównaniu z powyższymi metodami, ale i te część dziennikarzy zaczęła już stosować, by nie oddawać pola hejterom.

Press

Justyna Suchecka, "Gazeta Wyborcza" (screen Youtube.com/Krytyka Polityczna)

UJAWNIANIE

Wojnę internetowym hejterom wypowiedział Filip Chajzer. W czerwcu 2017 roku w sieci pojawił się mem, którego autor żartował ze śmierci syna dziennikarza. Chajzer poprosił internautów o namiary na autora memu. Po kilku godzinach dziennikarz zamieścił na FB zdjęcia przedstawiające dane osoby, która miała być odpowiedzialna za grafikę. „Panie i Panowie przedstawiam to bydle i czekam na dokładny adres”. Moderatorzy strony Satyra Polityczna, na której pojawiła się grafika, skasowali wpis i wydali oświadczenie z przeprosinami.

Dziennikarka Polsatu Agnieszka Gozdyra także stosuje metodę polegającą na ujawnianiu hejterów. W lutym br. autorka programu „Skandaliści” zaprosiła do studia europosłankę Różę Thun. Jeden z użytkowników Twittera zareagował: „O, Gozdyra, zaprosiła do siebie swoją koleżankę z burdelu. Dobrały się w parę dwie tanie dziwki”. Dziennikarka odpisała na TT: „Myślę, że ten pan niebawem zmieni ton. Ustalenie danych nie zajmie zbyt dużo czasu”. Choć wpis pochodził z fałszywego konta, dziennikarka dzięki zamieszczonemu zdjęciu autora wpisu błyskawicznie go odnalazła, opublikowała jego dane na TT i zażądała przeprosin. Po dwóch dniach autor wpisu usunął profil, z którego wysyłał wulgarne wpisy. „Proszę przyjąć moje przeprosiny. Po przemyśleniu gwarantuję, że już nigdy nie padnie z mojej strony tak wulgarny komentarz” – napisał.

Hejter przeprosił za grożenie śmiercią synowi Krzysztofa Stanowskiego

Do upubliczniania postów bądź tweetów zawierających wulgarne treści zachęca także Karolina Korwin Piotrowska. – Nie dyskutuję z hejterami. Nie interesuje mnie, co mają do powiedzenia. Mówię im won – mówi dziennikarka, która znalazła się w ścisłej czołówce najbardziej hejtowanych osób publicznych w ub.r. w zestawieniu „Super Expressu”. Tak postąpiła w przypadku kilku nienawistnych wpisów, które pojawiły się w styczniu br. na jej koncie na Instagramie. Korwin Piotrowska zablokowała autorkę komentarzy, po czym opublikowała zrzut ekranu zdradzający konto hejterki. „Po wielokrotnych prośbach o przestanie wypisywania bredni pani ta została zablokowana” – napisała dziennikarka we wpisie obok opublikowanej grafiki. – Hejterzy mimo wszystko boją się ostracyzmu. Że pracodawca się dowie, że rodzina się dowie… Kiedyś jakiś pracodawca przepraszał mnie, że nie miał pojęcia o tym, że jego pracownik ma tak antysemickie poglądy – mówi Korwin Piotrowska.

ZGŁASZANIE

Anna Dryjańska z portalu Tokfm.pl: – Z hejtem skierowanym wobec mnie prawie już nie walczę. Chronię się przed negatywnymi komentarzami. Na Twitterze wyciszam osoby, które mnie hejtują, obrażają, wyzywają.

Na Facebooku wybrała ustawienie, które sprawia, że odbiera wiadomości tylko od znajomych. W poczcie e-mailowej uruchomiła filtr w skrzynce, dzięki któremu wiadomość ze wskazanego adresu jest automatycznie kierowana do kosza. – Te metody sprawiają, że hejt w zasadzie do mnie nie trafia – przyznaje Dryjańska.

Ale to ona już udowodniła, że walka z hejterami ma sens. Przed dwoma laty dziennikarze portalu NaTemat.pl, gdzie wówczas pracowała, zaczęli dostawać wyzwiska od radcy prawnego z Cieszyna, który – co ciekawe – występował pod własnym nazwiskiem. – Byłam jego ulubienicą. Pan radca wysyłał kilkadziesiąt wiadomości tygodniowo – opowiada Dryjańska. Przykłady? „A wiecie, dryjańska /specjalnie z małej/ czym się różnicie od tej wspaniałej kobiety? Ona nie ma deformacji. Mózgu. A mieliście, dryjańska /specjalnie z małej/ ten nic nie znaczący, kosmetyczny w swej istocie zabieg zwany przerywaniem ciąży? Jak nie to zamilczta…”; „a na kiedy masz wyznaczoną operację usunięcia zaćmy mózgu? Mogę przyspieszyć termin. Będzie lepsze powietrze…”; „spróbuj głupku iść na marsz – dostaniesz…” [pisownia oryginalna].

Press

Bartosz T. Wieliński, "Gazeta Wyborcza" (screen Youtube.com/Krytyka Polityczna)

– Śledził wszystko, co działo się na portalu – kontynuuje Dryjańska. – Wykazywał się kreatywnością pod względem języka. Dziennikarki nazywał prostytutkami, a dziennikarzy tytułował mianem prostytutów – dodaje. Sprawa radcy trafiła do Okręgowej Izby Radców Prawnych w Katowicach. W kwietniu 2017 roku Zbigniew K. usłyszał wyrok. Musiał zapłacić 10 tys. zł kary i dostał zakaz na pięć lat bycia patronem przyszłych radców.

Stanowczo stara się walczyć z hejtem Dominika Wielowieyska z „Gazety Wyborczej”. „Nawet jeśli PiS padnie dla Polaków pozostaniesz tylko śmieciem. Nie dodawaj sobie za dużo, brzytwa czeka” – napisał 22 lipca ub.r. na Twitterze użytkownik konta @KazimierzMatus2. Wielowieyska złożyła zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Została przesłuchana przez policję. – Sprawa została umorzona, zbyt szybko moim zdaniem, ale hejter się wystraszył i zniknął z Twittera – mówi Dominika Wielowieyska.

Z falą hejtu mierzy się od dłuższego czasu. „Sama jesteś pasożytem, a może pasożydem?” – mogła przeczytać latem 2016 roku na swoich profilach na Facebooku i Twitterze. A wszystko po tym, jak w sieci pojawił się obrazek ze zdjęciem i fałszywą wypowiedzią dziennikarki. Miała powiedzieć, że „górnicy to pasożyci” i że „na PiS głosowała sama patologia i może jeszcze same stare, tępe babcie”. – Rozsyłają to trolle, żeby nakręcić wzajemną nienawiść. Na ile jest to możliwe, staram się prostować. Niestety, nie brakuje pożytecznych idiotów, którzy to kolportują w sieci mimo sprostowań – stwierdza Wielowieyska.

EDUKOWANIE

Marcin Kącki z „Gazety Wyborczej” żartuje, że jak rano nie widzi pod swoimi tekstami czy wpisami na portalach społecznościowych hejterskich wpisów, to zastanawia się, czy jeszcze żyje. A najczęściej widzi wpisy typu: „wypad z mojego miasta ty żenujący pajacyku z Wybiórczej” lub „ty żydoparchu… Odjebaj się od tego kraju” (cytaty z profilu Kąckiego na Facebooku). – Jestem na pierwszej linii frontu. Piszę o sprawach, które ludzi nurtują. To wywołuje reakcje – mówi Kącki, który hejterów dzieli na dwie grupy. Do pierwszej zalicza ludzi, który robią to dla zabawy. – To zwykłe trolle, kreują swoje ego przez wyżywanie się na innych, przez opluwanie i obrzucanie wulgaryzmami – opisuje. Nimi Marcin Kącki się nie zajmuje.

Wirtualna Polska namawia użytkowników do walki z hejtem

Do drugiej grupy należą frustraci, których do hejtu pcha pozycja społeczna czy rodzina. – Tymi staram się zaopiekować – mówi Kącki. – Rozmawiam z nimi, spędzam długie nocne godziny na próbie ich zrozumienia, a nierzadko i uratowania. Wyciągam rękę. Staram się tworzyć mały szpital zrozumienia – opowiada. Choć nie zawsze o to zrozumienie łatwo, o czym świadczy przykład takiej „rozmowy” [pisownia oryginalna]:

„– Hej gosciu znowu szkalujesz Polskę. Po co ci to zydowski pomiocie
– Panie Żak przepraszam Pana, ale nie mogę teraz rozmawiać. Zapraszam jutro w nocy.
– Bo co? piszesz nową zakłamana ksaizzke hehehe.
– Bo siedzę w Tworkach, kaftan krępuje mi ruchy.
– Fajnie ze się gościu przyznajesz .
– Panie Żak, ale my tu jesteśmy razem przecież. Słyszę Pana za ścianą. Poznaję po sapaniu. Niech pan na znak zapuka głową w ścianę
– Kacki wal się kurwa na ten swoj jebany łeb”.

Kącki nie składa doniesień na policję. Nie blokuje. Zdarza się, że upublicznia dane hejterów i wizerunek. Jako przykład podaje młodego chłopaka z Podlasia, który obrażał go, korzystając z anonimowego konta na Facebooku. – Szybko go namierzyłem. Okazało się, że chłopak ma problem, bo zdobył stanowisko urzędnika wbrew swojemu wykształceniu. I jest mu z tym źle – opowiada Kącki. – Znalazłem jego zdjęcie z rodziną. Wycofał się. Nie wiem, może nadal anonimowo hejtuje, a może to poczucie wstydu coś w nim zmieniło – zastanawia się dziennikarz.

Press

Jaś Kapela, "Krytyka Polityczna" (screen Youtube.com/Krytyka Polityczna)

Metodę walki z hejtem polegającą na edukowaniu i rozmawianiu propaguje też Beata Tadla. Apogeum tej walki nastąpiło w maju 2017 roku, gdy w sieci pojawiły się memy ze zdjęciem dziennikarki opatrzone cytatem: „Jako Polka i Żydówka chciałabym, żeby Polacy zrekompensowali żydom to, co im zrobili. Moi dziadkowie mieli piekło przez polski naród”. – Oczywiście był to cytat nieprawdziwy. Nigdy nie powiedziałam nic takiego – mówi dziennikarka Nowej TV. „Ktoś dorobił mi cytat i puścił w świat, a kretyni idą jak w masło, oceniają mnie przez pryzmat słów, których nigdy nie wypowiedziałam. Sprawdzajcie źródła, zanim rzucicie w kogoś oszczerstwem. Debilny obrazek nie jest źródłem informacji” – skomentowała wtedy całą sprawę na Facebooku. A do niemal wszystkich, którzy opublikowali w sieci hejterski komentarz, postanowiła napisać wyjaśnienie. – Ot, taka praca pozytywistyczna. Ale często skuteczna – przyznaje Beata Tadla. – Otrzymałam dziesiątki przeprosin. Z jednej strony to pocieszające, że kogoś stać na refleksję, z drugiej smutne, że ludzie są zdolni do takiego chamstwa bez sprawdzenia, czy informacja jest wiarygodna – dodaje.

BLOKOWANIE

Odpowiadanie autorom hejtów czy wchodzenie z nimi w dyskusję jest złym pomysłem – uważa z kolei Vadim Makarenko z „Gazety Wyborczej”. – Nawiązywanie z nimi kontaktu uwiarygadnia te osoby – tłumaczy. Jego pomysł na walkę z hejtem? Podobny jak Dryjańskiej: odgradzanie się. – Z jednej strony, blokuję osoby, które coś na mnie wypisują; z drugiej, wyciszam te, które na Twitterze są anonimowe – wyjaśnia Makarenko. Według niego to skuteczna metoda. – Skala hejtowego chamstwa zmniejszyła się wyraźnie – podkreśla.

Swoich przeciwników w sieci blokuje również Łukasz Warzecha, publicysta „Tygodnika do Rzeczy”. – Nie dowartościowuję ich tropieniem, pisaniem do nich, publikowaniem ich danych – wyjaśnia. Choć raz zrobił wyjątek. W marcu 2017 roku zaproponował jednemu z ostro krytykujących go internautów spotkanie w cztery oczy. Stało się to po tym, jak ów internauta, oceniając krytyczną wypowiedź Łukasza Warzechy dotyczącą nastawienia części wyborców PiS do Donalda Tuska, nazwał na Twitterze dziennikarza „parówą”, która „odsłania swoją prawdziwą twarz czyli skurwysyna…”. – To był rodzaj doświadczenia. Chciałem zobaczyć, czy ktoś, kto jest agresywny w sieci, będzie mówił takim samym językiem podczas bezpośredniej rozmowy – opowiada Warzecha.

Do spotkania doszło 7 marca 2017 roku przed siedzibą Radia dla Ciebie. Internauta powtórzył swoje obelgi wobec dziennikarza. „Jest pan parówą i skurwysynem” – miał powiedzieć. „ A pan jest złamanym chujem o małym móżdżku” – odpowiedział publicysta „Do Rzeczy”.

– Słowa niecenzuralne padały z obu stron, ale, co ciekawe, cały czas zwracaliśmy się do siebie na „pan” – odnotowuje dziś, śmiejąc się z tego Łukasz Warzecha. Więcej takich spotkań już nie było. – Okazało się, że internauta równie agresywny i chamski był i w sieci, i w realu. Z reguły bywa inaczej – zauważa dziennikarz. Nie zgłosił sprawy na policję, mimo że w jednym z wpisów na Twitterze ów hejter groził pobiciem. – Gdybym miał przekonanie, że jest to groźba realna, na pewno bym sprawę przekazał policji – wyjaśnia Warzecha.

Press

Sylwia Czubkowska, "Gazeta Wyborcza" (screen Youtube.com/Krytyka Polityczna)

NIEHEJTOWANIE

Jednym z najbardziej hejtowanych w ostatnim czasie dziennikarzy jest Krzysztof Ziemiec z TVP. Niemal każdy jego wpis na fanpage’u na Facebooku czy na Twitterze komentowany jest wulgarnymi komentarzami. „Ziemiec, zdrajca i śmieć, który nie docenił, że uszedł cało z pożaru”, „sprzedawczyk na judaszowe 30 srebrników”, „to nie dziennikarz, to tylko tuba, tubka, tubeczka, szczekaczka”, „czy nie wstyd panu, że jest Pan lizusem i pachołkiem prawicowego debilizmu”, „Ziemiec – to szmata a nie dziennikarz” – to tylko kilka cytatów z ostatnich tygodni.
– Na początku to był dla mnie szok, że ludzie mogą coś takiego napisać, że mogą być tak bezwzględni. Tym bardziej że nigdy wcześniej nic podobnego mnie nie spotykało. Coś tawk wulgarnego, a nawet szatańskiego! – mówi Ziemiec.

To wzburzenie dziennikarza TVP jest zrozumiałe, gdy czyta się np. komentarz niejakiego Witolda, który na Facebooku napisał: „Ja bym się jednak przejął Panie Krzysztofie, bo fakt ze się Pan jeszcze sam nie powiesił i jest Pan w stanie w swą gębę patrzeć w lustrze znaczy nie tyle jakim potwornym zerem Pan jest ale bardziej to ze stwórca ma dla Pana inny plan. Czy to będzie czerniak z metastazami do kości, co osobiście Panu życzę czy może jakąś jeszcze potworniejszą a i bolesną okropność, którą Pan Stwórca swym największym szmatławym produktom gotuje, tego się już Pan niedługo sam dowie”.

Krzysztof Ziemiec stara się nie uchylać od dyskusji, choć – jak napisał przy jednym takim komentarzu na Facebooku – „z zionącymi ogniem nie mam zamiaru podejmować polemiki bo to bez sensu”.

– Nie blokuję, nie banuję, nie obrażam się i nie obrażam innych. Moja metoda walki z hejtem to nieodpowiadanie hejtem na hejt – deklaruje prowadzący „Wiadomości”. Nigdy nie zgłosił sprawy na policję, choć przyznaje, że raz miał taką ochotę. – Gdy zaatakował mnie w oskarżający sposób pewien dziennikarski tuz, znajomy prawnik radził, żeby złożyć pozew, który bym pewnie wygrał. Tylko po co? – kwituje Ziemiec.

Interia.pl w kampanii zachęca do walki z mową nienawiści

KTO, JEŚLI NIE MY

– Walka z hejtem jest jak walka z wiatrakami, ale trzeba ją podjąć – uważa Joanna Grabarczyk z akcji „HejtStop”. – Na ulicy nigdy byśmy nie pozwolili, żeby ktoś nam groził czy ubliżał. Tak samo nie powinniśmy pozwalać na to w sieci – podkreśla.

I dodaje: – Powinniśmy to robić dla siebie, ale także dla tych, którzy nie są osobami publicznymi i nie mają dostępu do mediów. Jeśli my zaczniemy walkę z mową nienawiści, może wtedy inne znieważane osoby poczują się bardziej odważne.

Press

Wojtek Karpieszuk, dziennikarz (screen Youtube.com/Krytyka Polityczna)

Walka może przybrać formę edukacji, co stara się wdrażać Dominika Wielowieyska. – Czasami występuję w roli nauczycielki strofującej ucznia. Uzmysławiam ludziom, że chamstwo i agresja niczemu nie służą, że możemy mieć inne poglądy na rozmaite sprawy, ale to nie zmienia faktu, że normalna rozmowa bez nienawiści jest możliwa – opowiada. A jeśli akcja edukacyjna nie przynosi rezultatu? Wtedy Wielowieyska agresywnych hejterów banuje. – Banuję antysemitów i ludzi, którzy posługują się wyłącznie wulgaryzmami. Nie banuję ludzi, którzy złośliwie ze mnie żartują – zaznacza.

Philipp Fritz, pomysłodawca przedstawienia „Poezja hejtu”, w marcu planował już kolejny spektakl, podczas którego dziennikarze będą czytali hejty na swój temat. Marzy mu się, by kiedyś na jednej scenie stanęli dziennikarze i „Gazety Wyborczej”, i „Gazety Polskiej”, bo przecież hejt nie ma barw politycznych. Choć, jak po chwili dodaje, z tymi drugimi miałby na razie problem, bo to dziennikarze prawicowi – jego zdaniem – otwierają sferę hejtu, choć bywają też jego ofiarami.

Grzegorz Sajór

Pozostałe tematy weekendowe

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.