Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Luty 08, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Leszek Miller objaśnia świat

Od góry: Leszek Miller, Kazimierz Marcinkiewicz i Roman Giertych (fot. Youtube)

W mediach nie ma miejsca na nowe, nieznane twarze komentatorów, bo odbiorcy ich nie znają. A nie znają – bo nie ma ich w mediach. Przypominamy tekst, który ukazał się w magazynie "Press" (11-12/2018).

Czy ktoś już pisał o tym, kogo zaprosiła Pochanke TVN 24 do studia wyborczego? Że samych starych dziadów (...)? Ktoś to rozumie? Rokita? Znowu biją nas Niemcy? Dorn? O Giertychu nie wspomnę nawet, bo nie słyszałam, żeby założyciel wszechpolaków się pokajał z win?” – zapytała dzień po wyborach samorządowych dziennikarka Beata Chmiel na Facebooku.

To, że media rzadko sięgają po nowe nazwiska, nie jest nowe. Lecz zapraszanie w kółko tych samych osób, także już w polityce nieaktywnych, sięga właśnie granic absurdu.

– To jest niepoważne. W przestrzeni publicznej pojawili się nowi ludzie, na przykład aktywiści broniący Puszczy Białowieskiej, Obywatele RP, nowi liderzy Komitetu Obrony Demokracji. Ich jednak w mediach nie ma – mówi Marcin Antosiewicz, dziennikarz i wykładowca dziennikarstwa Akademii Finansów i Biznesu Vistula. – Zamiast nich polską rzeczywistość objaśniają mi między innymi Henryk Wujec i Zbigniew Janas, opozycjoniści czasów PRL. Ludzie wielkich zasług, ale w przeciwieństwie do obrońców Puszczy Białowieskiej czy Obywateli RP w tej chwili nieryzykujący z powodu swojej działalności procesu czy utraty pracy – stwierdza.

Sprawdź, o czym piszemy
w najnowszym numerze

Okładka

OD MYŚLENIA SĄ INNI

Do mediów nie jest zapraszany Arkadiusz Szczurek, działacz Obywateli RP, któremu za udział w protestach ulicznych wytoczono ok. 20 procesów, z których część się jeszcze nie zakończyła. – Na jesieni zeszłego roku pojawiłem się w jakimś reportażu TVN, półtora roku temu razem z kolegami w materiale Polsat News jako uczestnicy demonstracji. Jako komentator – nigdy – mówi Szczurek. Pogodził się z tym, że media go nie zapraszają. – Pomijają wiele osób, nie tylko mnie – stwierdza.

Paweł Kasprzak, działacz Obywateli RP, bywa proszony o komentarz. Kilka razy był gościem u Jacka Żakowskiego w „Poranku Tok FM” i w „Superstacji”. Incydentalnie gościł w Polsat News i w TVN 24. – Zwykle media zapraszają mnie tylko po to, bym powiedział o naszym ruchu obywatelskim. Nie chcą, bym komentował politykę. Na nasze demonstracje dziennikarze przychodzą z gotowymi setkami, żeby zilustrować swoje tezy, nikt nie chce dowiedzieć się od nas niczego nowego – mówi Kasprzak.

Często ma wrażenie bicia głową w ścianę. – W 2016 roku kilkakrotnie podczas miesięcznic smoleńskich Kaczyński wskazywał nas palcem, nazywając „oczadziałymi potomkami Palikota i KPP”. Raz nawet udało mi się stanąć pięć metrów od Kaczyńskiego, który na mnie wskazywał, mówiąc, że miałem niezły życiorys, ale pobłądziłem. Żadna telewizja łącznie z Polsatem i TVN 24 tego nie pokazała – opowiada Kasprzak. I dodaje: – Niektóre media relacjonują nasze działania jako akty bohaterstwa, ale nie jesteśmy dla nich partnerem do dyskusji. Od myślenia są inni.

– Wokół Kasprzaka była blokada, ale ja go kilka razy zaprosiłem i potem zaczęły zapraszać go inne media – zwraca jednak uwagę Jacek Żakowski. – Obywatele RP to jedno ze środowisk, które nie wpisuje się w prosty podział między PiS a PO. Te środowiska nie poddają się polaryzacji tych dwóch partii i dlatego media niezbyt chętnie je pokazują – tłumaczy Żakowski.

Bo np. nowe środowiska konserwatywne w mediach goszczą. – Otrzymujemy od mediów więcej zaproszeń, niż jesteśmy w stanie przyjąć. Dostajemy je począwszy od Radia Maryja, przez media publiczne, po Polsat i TVN 24 – zapewnia Piotr Trudnowski, członek zarządu Klubu Jagiellońskiego i redaktor naczelny Klubjagiellonski.pl. Jak mówi, zainteresowanie komentarzami ekspertów Klubu wzrosło kilkakrotnie od 2014 roku, kiedy organizacja otworzyła biuro w Warszawie.

TYLKO WYCINKA POMOŻE

W mediach niesłyszalny jest głos obrońców Puszczy Białowieskiej. Od czasu wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, który w kwietniu br. uznał wycinkę puszczy za niezgodną z prawem Unii Europejskiej, dziennikarze przestali się tematem interesować. Tymczasem wiele wskazuje na to, że wyrok Trybunału Sprawiedliwości nie jest wykonywany. Minister środowiska nie anulował bowiem dokumentów zezwalających na wycinkę drzew ze względu na „bezpieczeństwo publiczne”. – Obawiamy się, że Lasy Państwowe przygotowują kolejną wycinkę puszczy. Zagraża jej też sztuczne zalesianie, które zaburza naturalny charakter tego obszaru – mówi dr Michał Żmihorski z Instytutu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk.

Joanna Pawluśkiewicz, obrończyni Puszczy Białowieskiej: – O obrońcach Puszczy było głośno w ubiegłym roku, ale nigdy nie byliśmy obecni w mediach prawicowych i w TVP Info. Teraz oprócz portalu OKO.press, „Gazety Wyborczej” i Tok FM media temat w ogóle odpuściły. Nie mówią też nic o innych zagrożonych obszarach, jak na przykład Magurski Park Narodowy czy Puszcza Bukowa, ani o rosnącym w siłę ruchu przeciwko myśliwym.

Kilka tygodni temu UNESCO przeprowadziło kontrolę w Puszczy Białowieskiej. Obrońcy Puszczy rozesłali do dziennikarzy informację o tej kontroli – zainteresowali się nieliczni.

Pawluśkiewicz jest przekonana, że gdyby nie media społecznościowe o aktywnej obronie przyrody mało by się mówiło. Widzi też inny problem: – Media nie rozmawiają z naukowcami, a to oni wiedzą najwięcej o zagrożeniach przyrody.

Michał Żmihorski z Polskiej Akademii Nauk podziela jej zdanie. – Nawet w gorącym czasie obrony Puszczy Białowieskiej byliśmy mało obecni w mediach. Sporadycznie byli do nich zapraszani doktor Przemysław Chylarecki z Instytutu Zoologii Uniwersytetu Warszawskiego i profesor Rafał Kowalczyk z Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży – mówi Żmihorski. On sam zaproszeń od mediów nie dostawał.

Niektóre media wolą, by zamiast naukowców na temat puszczy wypowiadali się celebryci. 9 sierpnia ub.r. o konflikcie wokół Puszczy Białowieskiej w programie „Minęła dwudziesta” TVP Info, który tego dnia prowadził Michał Rachoń, obszernie wypowiadał się Adam Kraśko, gwiazdor pierwszej edycji formatu „Rolnik szuka żony” TVP, mieszkaniec wsi położonej w pobliżu puszczy.

Wojciech Fusek, były redaktor „Gazety Wyborczej”, działacz Obywateli RP, jest przekonany, że temat Puszczy Białowieskiej jest ważny nie tylko ze względu na jej przyszły los. – To także problem wrażliwości tego kraju na ekologię, poszanowania prawa i demokracji. Powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jesteśmy częścią Europy i czy możemy zwrócić się do niej o pomoc – zauważa.

KIM JEST MAGDALENA FILIKS?

Komitet Obrony Demokracji po aferze z fakturami Mateusza Kijowskiego jest rzadko zapraszany do największych mediów. – Najlepszy kontakt mamy z „Gazetą Wyborczą” i Polsatem. Często bywamy też w Superstacji. We wrześniu w programie „Fakty po Faktach” TVN 24 wystąpił Radomir Szumełda z KOD-u, ale ta stacja rzadko nas zaprasza. TVP od 2016 roku nigdy, a stacje radiowe sporadycznie – opowiada Jarosław Marciniak, jeden z liderów KOD. Sądzi, że dziennikarze wolą rozmawiać ze znanymi osobami, które dają ich mediom oglądalność. – Przedstawiciele ruchów społecznych nie są zapraszani. A to obniża jakość debaty publicznej – podkreśla.

Dlaczego dziennikarze nie zapraszają do swoich programów nieznanych przedstawicieli ruchów społecznych? Robert Mazurek prowadzący poranny wywiad z politykami w RMF FM próbuje mi wytrącić argument z ręki. – Nie szukam na siłę nieznanych twarzy, bo to rozmowa z liderami politycznymi, a nie talent show. Radny z Lubartowa, choćby najciekawszy, jest kompletnie nieznany i obawiam się, że w starciu z wicepremierem w konkurencyjnej stacji mógłby się nie przebić. Ale z drugiej strony, ja też chciałbym, żeby przebili się inni, nowi politycy i czasem takich próbuję – mówi Mazurek.

Dalej idzie Beata Michniewicz prowadząca „Salon polityczny Trójki” w Programie III Polskiego Radia, która wyjaśnia, jak działa mechanizm powodujący, że ona też nie zamierza gościć osób spoza głównego nurtu: – Nie zaproszę osoby no name, bo nikt jej nie będzie cytować. Żadne medium nie będzie narażać swojej cytowalności i opiniotwórczości dla nikomu nieznanych ludzi – mówi Michniewicz.

– Czy takie ograniczenia są dobre dla widzów i słuchaczy? – pytam. – Nie wiem, bo takie badania nie zostały przeprowadzone – odpowiada.

Grzegorz Kajdanowicz, prowadzący „Fakty po Faktach” w TVN 24, nie ma wątpliwości, że priorytet wśród zapraszanych do jego programu gości mają przedstawiciele koalicji i opozycji parlamentarnej. – Dlaczego nie zaprasza pan przedstawicieli ruchów społecznych? – pytam.

– Znaczenie Obywateli RP i KOD jest obecnie niewielkie. Kogo zresztą mógłbym z KOD zaprosić oprócz jego przewodniczącego Krzysztofa Łozińskiego? – odpowiada pytaniem na pytanie.

– Może Magdalenę Filiks? – podpowiadam. Magdalena Filiks jest wiceprzewodniczącą KOD, była jedną ze współprowadzących demonstracje pod Sejmem w 2017 roku, a w tym roku współorganizatorką akcji koszulkowej, czyli ubierania pomników w koszulki z napisem „Konstytucja”. „Dziewczyna prowadząca mityng pod Sejmem to Magdalena Filiks, liderka KOD ze Szczecina. Zapamiętajcie, znakomita” – napisał o niej na Twitterze Zbigniew Hołdys.

Kajdanowicz : – Nie słyszałem o niej. A jeśli ja nie słyszałem, moi widzowie też nie słyszeli. Jednocześnie zapewnia, że TVN 24 nieustannie szuka nowych twarzy. – Ale one powinny najpierw pojawić się w poranku lub w programach emitowanych w ciągu dnia, a nie od razu w prestiżowych „Faktach po Faktach” – uważa Grzegorz Kajdanowicz.

SEJM BEZ POLITYKI

Piotr Witwicki, prowadzący w Polsat News program publicystyczny „Graffiti”, nie przyjmuje zarzutu, że w jego programie pojawiają się tylko politycy głównego nurtu. – Jeśli chodzi na przykład o lewicę, to Adrian Zandberg z Razem był moim gościem, jeszcze zanim zabłysnął w przedwyborczej debacie telewizyjnej w 2015 roku. Bywały u mnie Marcelina Zawisza i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z Razem, także Jan Śpiewak i działacze ruchów miejskich – zapewnia Witwicki. Jednak przedstawiciele opozycji pozaparlamentarnej i ruchów społecznych nie goszczą często w „Graffiti”. W ostatnim analizowanym przeze mnie miesiącu w programie pojawiali się niemal wyłącznie politycy bywający w mediach na okrągło, m.in. Bronisław Komorowski, Tomasz Siemoniak, Jacek Sasin, Włodzimierz Czarzasty.

Bo zdaniem dziennikarzy eksperci sami powinni się wypromować. – O wielu świetnych ekspertach media nie wiedzą, że istnieją. To duży problem, bo uczelnie nie potrafią wykreować swoich ekspertów – mówi Marek Kacprzak z Wirtualnej Polski, prowadzący w portalu program publicystyczny „Tłit”.

Krzysztof Ziemiec z TVP 1: – Bywa, że zależy nam na fajnym rozmówcy, ale partyjny sztab się na niego nie zgadza. A potem do programu zostaje pięć minut i trzeba zdecydować: brać tego, którego wyznaczył sztab, czy nie? W moim programie goszczą tylko znani politycy. Czy to dobrze, czy źle? Nie ja ustalam reguły gry.

Te same doświadczenia ma Marek Kacprzak: – Biura prasowe nie puszczają ludzi do mediów. Bywa tak, że jakaś posłanka entuzjastycznie zgadza się na udział w programie, a potem jej biuro prasowe informuje, że niestety pani poseł nie będzie mogła wziąć w nim udziału.

– Gdy paleta nazwisk jest ograniczona, pojawia się ryzyko banalizacji polityki. Są politycy, którzy dzień po dniu są w stanie wypowiedzieć się na każdy temat: o konstytucji, Unii Europejskiej, prawie łowieckim i melioracji stawów hodowlanych – przyznaje Marcin Zaborski, prowadzący popołudniowy wywiad w RMF FM. – Problem w tym, że nie wszyscy politycy chcą przyjść do programów, a są też odbiorcy, którzy po prostu chcą oglądać te same twarze – dodaje.

EKSPOLITYCY MAJĄ SIĘ DOBRZE

– Dwudziestominutowa rozmowa z kimś niesprawdzonym jest ryzykowna. Podejmowałem takie próby i często nie były one udane – zdradza Konrad Piasecki z TVN 24.

Jacek Żakowski: – Trzeba sobie brutalnie powiedzieć, że niektóre osoby odgrywające dużą rolę w polityce są w mediach nie do wytrzymania. Na przykład Partia Zieloni ma fantastyczny program, ale nie ma szczęścia do swoich medialnych liderów.

Media zapraszają więc tych, którzy „przechodzą przez ekran”, np. byłego premiera Leszka Millera. I nie przeszkadza im, że Miller nie odgrywa już żadnej roli ani w polityce, ani nawet we własnej partii będącej obecnie poza parlamentem. Niedawno Miller wypowiadał się w Radiu Zet na temat ruchów antyszczepionkowych – jego wypowiedź powtórzyły inne media, mimo że Miller żadnym ekspertem w tej dziedzinie nie jest.

– Zapraszam Leszka Millera, bo jest byłym premierem, który wprowadzał Polskę do Unii Europejskiej. To już postać historyczna, a w dodatku potrafi ciekawie się wypowiedzieć – wyjaśnia Beata Michniewicz z Trójki.

Jacek Żakowski wprawdzie Leszka Millera od dawna nie zaprasza, ale rozumie innych dziennikarzy: – Leszek Miller ma atrakcyjny sposób obrazowania i nawet kiedy mówi niemądrze, ludzie lubią go oglądać – tłumaczy.

A Konrad Piasecki po prostu ceni wypowiedzi ekspolityków: – Często są ciekawsze niż wypowiedzi aktywnych polityków, bo osobom, które wycofały się z polityki, łatwiej zdobyć się na szczerość.

Może dlatego jednym z ulubionych komentatorów TVN 24 jest były premier Kazimierz Marcinkiewicz, który od dawna nie ma już nic z polityką wspólnego. – Zapraszanie byłych premierów to dobry standard w mediach i wszyscy ich zapraszają. To zrozumiałe, bo byli politycy mają dystans do bieżącej polityki, a zarazem doświadczenie – mówi Piotr Marciniak, jeden z prowadzących „Fakty po Faktach”. Tego samego dnia, gdy rozmawiamy, Marcinkiewicz gości w jego programie.

Z LENISTWA

Argumenty dziennikarzy prowadzących programy stają się zrozumiałe, gdy przypomnimy sobie inicjatywę z witryną Ekspertki.org. zawierającą wykaz ekspertek gotowych do wypowiadania się w mediach. Uruchomiła ją trzy lata temu „Krytyka Polityczna” we współpracy z Fundacją Kobiety Nauki i Stowarzyszeniem Kobiet Konsola. Serwis miał pomóc w tym, by do mediów częściej zapraszano kobiety.

Ale pomysł nie wypalił. – Z konferencji prasowej promującej platformę Ekspertki.org przyniosłem całą listę nazwisk komentatorek. Inicjatywa bardzo mi się spodobała – opowiada Marek Kacprzak (wówczas w Polsat News). – Szybko się jednak okazało, że ekspertki nie odbierają telefonów, trudno więc było skorzystać z ich wiedzy. Po miesiącu wszyscy w stacji o nich zapomnieli – opowiada. Dziennikarze skarżą się na długi czas oczekiwania na odpowiedź komentatorek i konieczność rejestrowania się w serwisie.

Agnieszka Wiśniewska, redaktor naczelna Krytykapolityczna.pl i koordynatorka projektu Ekspertki.org, tłumaczy, że ochrona danych osobowych ekspertek wymaga obowiązku rejestracji, a poza tym Ekspertki.org to projekt długofalowy i na jego efekty trzeba jeszcze poczekać.

Wojciech Fusek, działacz Obywateli RP, rozumie obawy dziennikarzy przed zapraszaniem do programów nowych osób, ale ich nie usprawiedliwia. – Mam pretensje, że media nie ryzykują, pokazując nowe twarze. W opozycji pozaparlamentarnej wiele się dzieje, a one snują tę samą nieprawdziwą i nudną opowieść.

Jacek Rakowiecki uważa, że dziennikarze są po prostu leniwi. – Kiedy zostałem redaktorem naczelnym „Filmu”, wskoczyłem na pozycję etatowego komentatora w sprawach śmierci gwiazd i premier filmowych. W 2011 roku przestałem być naczelnym, ale dziennikarze wydzwaniali do mnie jeszcze przez pięć lat. Nie chciało im się sprawdzić, co tak naprawdę teraz robię – opowiada Rakowiecki.

Małgorzata Wyszyńska

Pozostałe tematy weekendowe

Jak o PR mówią media? Najczęściej negatywnie
Dokąd odchodzą? (cz. II)
W... mnie Twoja szminka
* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Luty 08, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Dokąd odchodzą? (cz. II)

Od lewej: Michał Kobosko, Piotr Kościński, Tomasz Wróblewski, Konrad Niklewicz i Łukasz Starzewski (fot. fot. Tomasz Ozdoba, archiwum prywatne)

Sprawdzamy, gdzie i na jakich warunkach ludzie mediów mogą znaleźć pracę w polityce, służbie państwowej, think tankach czy fundacjach. Przypominamy tekst, który ukazał się w magazynie "Press" (11-12/2018).

Przechodzenie z dziennikarstwa do polityki nie jest niczym nowym – ani w Polsce, ani na świecie. W czasach PRL-u do wysokich stanowisk dochodzili zwykle redaktorzy naczelni partyjnych mediów – najbardziej znanym przykładem Mieczysław F. Rakowski, naczelny „Polityki”, który został premierem i ostatnim I sekretarzem KC PZPR.

Po 1989 roku, gdy potrzeba było nowych kadr, całe zastępy dziennikarzy wsparły polską politykę – m.in. premierem został Tadeusz Mazowiecki z „Tygodnika Solidarność” (wcześniej naczelny i publicysta „Więzi”), ministrem spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski z „Tygodnika Powszechnego”, do dyplomacji poszli m.in. Kazimierz Dziewanowski, Wojciech Adamiecki, Maciej Kozłowski, Jerzy Surdykowski, Krzysztof W. Kasprzyk.

Później również nie brakowało redaktorów, którzy porzucali profesję, kandydując w wyborach, bo – jak mówił w „Rzeczpospolitej” Marek Siwiec (kiedyś naczelny „Studenta” „itd” i „Trybuny”) – „być wybranym w wyborach to potężny afrodyzjak”. Sojusz Lewicy Demokratycznej, którego reputacja jako ugrupowania postkomunistów była kiepska, chciał się dowartościować, pozyskując do polityki znanych lewicowych dziennikarzy, m.in. Andrzeja Urbańczyka, Bronisława Cieślaka, Marka Siwca, Piotra Gadzinowskiego, Aleksandrę Jakubowską.

Dziennikarski bądź redaktorski epizod w życiorysie mają tak znani politycy, jak np. Aleksander Kwaśniewski, Donald Tusk, Jarosław Kaczyński, Jarosław Gowin, Ryszard Terlecki, Jarosław Sellin, Ryszard Czarnecki, Tomasz Arabski, Michał Kamiński, Michał Boni, Krzysztof Czabański. Swój czas w dyplomacji mieli też dziennikarze: Daniel Passent, Jarosław Gugała i Krzysztof Mroziewicz. Już trzecią kadencję europosłem jest były dziennikarz TVP Tadeusz Zwiefka.

Sprawdź, o czym piszemy
w najnowszym numerze

Okładka

NIE OPISUJĄ, LECZ KREUJĄ

Nic więc dziwnego, że gdy w redakcjach znikają etaty nawet dla doświadczonych, wszechstronnych dziennikarzy, część z nich wybiera politykę. Szczególnie gdy u władzy jest opcja, z którą sympatyzują.

Gdy w grudniu 2015 roku Bartosz Marczuk odszedł z funkcji wicenaczelnego „Wprost” i przyjął stanowisko wiceministra rodziny, pracy i polityki społecznej w rządzie PiS, nie wywołało to zaskoczenia wśród dziennikarzy. Przez lata – jako dziennikarz i kierownik działu w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, wicenaczelny „Rzeczpospolitej”, a potem „Wprost” – Marczuk specjalizował się właśnie w tej tematyce. Skończył studia doktoranckie w Instytucie Pracy i Spraw Socjalnych. Jako dziennikarz za pierwszych rządów PiS był społecznym doradcą ministra i współtwórcą Rządowego Programu Polityki Rodzinnej 2006–2007. Udzielał się jako ekspert z zakresu polityki społecznej w Instytucie Sobieskiego i w Związku Dużych Rodzin 3+.

– Dostałem szansę, żeby nie tylko opisywać rzeczywistość, ale też kreować politykę społeczną, działać na rzecz wspólnoty. Ważna jest dla mnie możliwość zobaczenia od środka, jak działa państwo – mówi Bartosz Marczuk. Zdaje sobie sprawę, że jako polityk łatwo może wpaść na minę, zwłaszcza że działania jego resortu dotyczą wrażliwej materii. Stara się wypowiadać tylko o tym, na czym się zna. – Jako urzędnik państwowy muszę też powściągać swoją duszę publicysty i komentatora – przyznaje.

Zdaniem Marczuka w polityce najłatwiej odnajdą się dziennikarze z dużą wiedzą specjalistyczną oraz funkcyjni, którzy, robiąc gazetę, nauczyli się pracować w dużym tempie, w stresie, pod presją czasu i reagować na zmiany. – A ponadto, w czasach postpolityki, nie wystarczy coś zrobić, lecz trzeba umieć także o tym opowiedzieć, opisać to czy wytłumaczyć. Tu umiejętności dziennikarza są nie do przecenienia – twierdzi Bartosz Marczuk.

– Moje doświadczenie dziennikarskie okazało się w polityce wręcz bezcenne – opowiada Joanna Kluzik-Rostkowska, obecnie posłanka PO, wcześniej PiS i partii Polska Jest Najważniejsza (była m.in. ministrem pracy i polityki społecznej, szefową resortu edukacji). Jako dziennikarka pracowała m.in. w „Tygodniku Solidarność”, „Expressie Wieczornym”, „Wprost”, „Nowym Państwie”, „Przyjaciółce”. – Przydały mi się zwłaszcza cechy, które powinien mieć dziennikarz: umieć słuchać ludzi i wiedzieć, gdzie szukać informacji. Nigdy nie miałam problemu z tym, żeby pytać o zdanie organizacje pozarządowe czy podległych mi urzędników, którzy znali szczegóły sprawy. A wiem, że niektórzy politycy mają z tym kłopoty – tłumaczy Kluzik-Rostkowska.

DYPLOMACJA DLA SWOICH

– Zawsze uważałem i pisałem, że polityka rodzinna jest polską racją stanu, a wydatki na nią nie są żadnymi wydatkami socjalnymi, tylko inwestycyjnymi. To samo mówię obecnie jako wiceminister, wcielając poglądy w życie – podkreśla Bartosz Marczuk.

W innej sytuacji znalazł się Marek Magierowski, były dziennikarz m.in. „Gazety Wyborczej”, „Newsweek Polska”, „Forum” czy „Rzeczpospolitej”. Gdy – będąc rzecznikiem prezydenta Andrzeja Dudy – zachwalał inicjatywę PiS „500+”, przypominano mu, że jako publicysta pisał: „Nie chcę 500 zł jałmużny od prezesa Kaczyńskiego na drugie dziecko. Chcę, aby państwo obniżyło podatki o 500 zł”.

Przypadek Magierowskiego to najgłośniejszy w ostatnich latach transfer z mediów do polityki. W pierwszym kroku mało udany, pełen wpadek i niezręczności. Wielu dziwiło się, że ambitny, poważny dziennikarz, znający kilka języków, mający własne zdanie i dorobek oraz dużą wiedzę, zwłaszcza w kwestiach międzynarodowych, zdecydował się we wrześniu 2015 roku przejść do kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy. Najpierw był ekspertem ds. dyplomacji publicznej, potem dyrektorem biura prasowego i rzecznikiem prezydenta. Wytrwał do maja 2017 roku, po czym szybko został wiceministrem spraw zagranicznych. Od kilku miesięcy jest polskim ambasadorem w Izraelu.

I wygląda na to, że ten drugi etap politycznej kariery jest bardziej skrojony pod jego talenty i umiejętności. Na prośbę o rozmowę odpisuje w e-mailu: „Dziękuję za zainteresowanie moją ścieżką kariery, ale z racji pełnionej obecnie funkcji nie odpowiem niestety na pytania”.

– Marek Magierowski trafił na najtrudniejszy odcinek dla rozpoczynającego przygodę z polityką: nie mając wówczas jeszcze doświadczenia politycznego, został użyty jako zderzak do wymiany – ocenia Michał Kobosko, były naczelny kilku tygodników opinii. Według niego jako ambasador Magierowski się sprawdzi.

Dyplomacja to atrakcyjne miejsce pracy dla dziennikarzy – o ile zdają sobie sprawę z tego, że po zmianie władzy mogą stracić posadę.

Tak jak były dziennikarz „Gazety Wyborczej” Marcin Bosacki. Odszedł z „GW” w 2010 roku, najpierw na rzecznika prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a w 2013 został ambasadorem w Kanadzie. Lecz władza PiS w 2016 roku odwołała go z tej placówki, a Bosacki złożył rezygnację z pracy w służbie zagranicznej.

Jego następca na stanowisku rzecznika MSZ (2013–2015) Marcin Wojciechowski, który do dyplomacji także odszedł z „GW”, w sierpniu 2015 roku dostał od prezydenta Komorowskiego nominację na ambasadora w Kijowie – lecz nim zdążył wyjechać, nowy prezydent cofnął tę decyzję. Wojciechowski w końcu wylądował w ambasadzie w Mińsku, na stanowisku kierownika referatu ds. politycznych. Od lipca br. jest zastępcą ambasadora.

W miejsce odwołanych ekipa tzw. dobrej zmiany wysyła swoich ambasadorów, w tym również byłych dziennikarzy, m.in. na Ukrainę Jana Piekłę (zaczynał karierę w „Gazecie Krakowskiej”), do Szwajcarii i Lichtensteinu – Jakuba Kumocha (PAP, „Przekrój”, „Dziennik”), do Czarnogóry – Artura Dmochowskiego („Gazeta Polska”, TVP, PAP). Można przypuszczać, że gdy zmieni się władza, karuzela personalna znów ruszy.

– Przy obecnej pauperyzacji i tabloidyzacji mediów nie dziwią odejścia do innych zawodów, także do służby zagranicznej. Nie chodzi tylko o kwestie finansowe, ale też o satysfakcję z tego, co się robi – tłumaczy Marcin Bosacki. Bo gdy był korespondentem „GW” w USA, z powodu cięć budżetowych wydawcy w ostatnim roku pracy ani razu nie mógł wyjechać służbowo poza Waszyngton.

Zdaniem Bosackiego dziennikarze znający świat i języki obce są dobrymi kandydatami na dyplomatów: – Służbie zagranicznej przydają się cechy wykształcone w mediach: sprawność językowa, umiejętność rozmowy z ludźmi, nawyk szybkiej pracy w stresie.

W POLITYCE JAK W KORPORACJI

– Nie ma prostej reguły, że odchodząc z dziennikarstwa do sfery polityki, traci się niezależność. Można ją zachować, będąc nawet działaczem partyjnym. Z kolei dziennikarz może być partyjnym cynglem – uważa Jarosław Makowski, filozof i teolog, były dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, przez kilka lat organizator i szef Instytutu Obywatelskiego – think tanku Platformy Obywatelskiej. – Mimo zaangażowania w politykę i aktywność społeczną moja publicystyka się nie zmienia. Wciąż hołduję takim wartościom jak wolność, równość, tolerancja – podkreśla.

Makowski od 2014 roku jest radnym wojewódzkim na Śląsku, założycielem Stowarzyszenia BoMiasto, które zabiega o rozwój lokalny, a od listopada 2017 roku – szefem PO w Katowicach. W ostatniej kampanii samorządowej zdecydował się być kandydatem na prezydenta Katowic – z poparciem Koalicji Obywatelskiej PO i Nowoczesnej. Łączy politykę, działalność samorządową, stanowisko kierownika promocji Instytucji Filmowej Silesia-Film (w kampanii wziął urlop bezpłatny) i pisanie książek z uprawianiem publicystyki – m.in. w „Newsweek Polska”, „Polityce”, „GW”.

Następcą Makowskiego w think tanku PO jest Konrad Niklewicz, dawniej dziennikarz „GW” specjalizujący się w gospodarce i sprawach Unii Europejskiej, korespondent gazety w Paryżu i Brukseli. W 2011 roku został rzecznikiem polskiej prezydencji w UE. Doświadczenia z tej pracy zaowocowały doktoratem obronionym w 2013 roku na Uniwersytecie Warszawskim. Gdy polska prezydencja dobiegła końca, został w służbie państwowej. A od 2015 roku Niklewicz jest dyrektorem zarządzającym Instytutu Obywatelskiego.

– Nie odczuwam braku swobody myśli, bo na szczęście pracuję dla partii, która wyznaje taki sam jak mój liberalny światopogląd. Oczywiście są pewne zależności korporacyjne, ale tak samo jest w dużych firmach i redakcjach – stwierdza Niklewicz.

Pracuje dla polityków, ale za polityka się nie uważa. Nie startuje w wyborach. – Nie jestem ulepiony z tej gliny co politycy, którzy muszą umieć przekonywać, mieć wysoki poziom empatii, wypracowywać kompromisy. Lepiej wypadam w analizach niż w debacie politycznej – tłumaczy Niklewicz. Spotykając się ze studentami i licealistami, mówi im wprost, że choć dziennikarstwo jest świetnym zawodem, powinni ukończyć jednak także studia z innej branży, by mieć szerszą wiedzę i lepiej się odnaleźć na rynku, gdy rozczarują się pracą w mediach lub będą musieli z nich odejść.

KOMFORT PRACY

Dziennikarze specjaliści z jakiejś dziedziny są chętnie widziani w instytucjach publicznych i państwowej administracji. Na przykład świetna dziennikarka śledcza Anna Marszałek z „Rzeczpospolitej” i „Dziennika” oraz doskonały dziennikarz sądowy Bogdan Wróblewski z „Gazety Wyborczej” przeszli do Najwyższej Izby Kontroli. Znany i nagradzany sprawozdawca sądowy Polskiej Agencji Prasowej Łukasz Starzewski po 26 latach odszedł niedawno z agencji – na podobnych warunkach finansowych – do zespołu kontaktów z mediami i komunikacji społecznej Biura Rzecznika Praw Obywatelskich.

– Robię podobne rzeczy jak w agencji: opracowuję komunikaty na temat spraw sądowych, do których przyłączył się rzecznik praw obywatelskich; staram się, by były zrozumiałe dla przeciętnego obywatela. Pracuję jednak spokojniej, nad poważnymi tekstami o poważnych sprawach, nie kierując się tematycznymi priorytetami agencji i jej odbiorców – opowiada Starzewski.

Dziennikarski background ma też Marek Niechciał, w latach 2006–2007 i ponownie od 2016 roku prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W życiorysie na stronie UOKiK podano, że „był także dziennikarzem specjalizującym się w tematyce ekonomicznej” – ale przemilczając, że pracował w niemiłej obecnej władzy „Gazecie Wyborczej”.

Przechodzący na rządowe i partyjne pensje dziennikarze zazwyczaj tłumaczą, że finanse nie są jedynym powodem transferu. Liczy się prestiż, zaspokojenie ambicji lub komfort pracy. Biorąc jednak pod uwagę zarobki znanych dziennikarzy lub redaktorów, przynajmniej na początku mogą mieć oni mniejsze dochody na posadzie państwowej.

– W ostatnim moim miejscu pracy w mediach, jako zastępca naczelnej „Przyjaciółki”, zarabiałam w 2004 roku około 12 tysięcy złotych. Idąc najpierw do biura prasowego Urzędu Miasta Warszawy, dostałam 6700 złotych. A później tylko jako minister przekroczyłam pułap zarobków w „Przyjaciółce” – opowiada Joanna Kluzik-Rostkowska.

Zarobki polityków łatwo sprawdzić w ich oświadczeniach majątkowych. Nie czekając, aż napiszą o tym gazety, wiceminister Bartosz Marczuk ujawnił, że w 2016 roku zarabiał łącznie z nagrodami 8744 zł netto miesięcznie. Gdy był poza rządem, miał ponad dwa razy więcej: ok. 16,5 tys. zł netto miesięcznie. Z oświadczenia majątkowego za rok 2017 wynika, że jego miesięczne zarobki wzrosły do 10,4 tys. zł.

Jak wyliczył portal Gazeta.pl, wśród rządowych resortów najlepiej zatrudnić się w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, gdzie średnie zarobki wraz z dodatkami wynoszą ok. 9 tys. zł. W resorcie finansów pensje wynoszą 7358 zł, środowiska – 7234 zł, nauki – 7026 zł, kultury – 7010 zł, a cyfryzacji – 7101 zł. Najniższe wynagrodzenie otrzymują pracownicy Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej – 4983 zł.

– Irytują mnie ci, którzy płaczą, jak mało zarabiają, wchodząc do polityki. Mówię im: „To nie idź! Ale nie płacz! Będziesz zarabiał jak polityk na Zachodzie, jeśli pielęgniarka w Polsce dostanie tu tyle, co jej koleżanka w Niemczech” – argumentuje Jarosław Makowski.

BRONIĄ THINK TANKÓW

O Michale Kobosko i Tomaszu Wróblewskim krąży wśród dziennikarzy złośliwa anegdota, że musieli wyjść poza media do branży think tanków, bo zabrakło już dla nich w Polsce poważnych gazet, w których mogliby zostać naczelnymi.

Faktycznie, Kobosko był naczelnym (lub wice) w pismach: „Puls Biznesu”, „BusinessWeek”, „Forbes”, „Newsweek Polska”, „Dziennik”, „Dziennik Gazeta Prawna”, „Bloomberg Businessweek”, „Wprost”. A także wydawcą „Newsweek Polska” i „Forbesa”.

Tomasz Wróblewski ma w kolekcji tytuły: „Newsweek Polska”, „Profit”, „Dziennik Gazeta Prawna”, „Rzeczpospolita”, „Wprost”; był też dyrektorem programowym RMF FM, wicenaczelnym „Życia”, wiceprezesem Polskapresse.

Dla obu ostatnim przystankiem okazał się „Wprost”.
– Gdy rozchodziły się moje drogi z wydawcą tego tygodnika, pomyślałem, że to dobry moment na zastanowienie się, co dalej – opowiada Michał Kobosko. – Rozważałem kilka opcji: public relations, lobbing, treningi medialne, wystąpienia publiczne. W każdej z nich widziałem dla siebie rolę i wolne miejsce do zagospodarowania. Do przejścia w sferę think tanków namówił mnie Frederick Kempe, prezydent Atlantic Council, również były dziennikarz, między innymi redaktor naczelny „Wall Street Journal Europe” – wyjaśnia.

Od pięciu lat Kobosko reprezentuje ten amerykański think tank w Polsce. Nie ma on do dyspozycji żadnego zespołu, do prowadzonych projektów i organizacji konferencji (m.in. Wrocław Global Forum) zatrudniani są na umowy potrzebni specjaliści i agencje.

– W redakcji podlegało mi czasem po kilkuset pracowników i to do mnie przychodzili ludzie, by coś załatwić. W nowej rzeczywistości to ja musiałem nauczyć się na przykład fundraisingu, czyli wykorzystywania posiadanych kontaktów w świecie polityki i biznesu, by pozyskać sponsorów, darczyńców, załatwić fundusze na programy i konferencje – opowiada Kobosko. Czy to oznacza kompromisy z politykami lub biznesem? – Mam swoje poglądy, ale nigdy nie byłem żołnierzem żadnej partii. Uznaję się za człowieka kompromisu, nie postrzegam świata w kategoriach czarno-białych. A rolą think tanków jest właśnie wchodzenie w kontakty z politykami, biznesem, bycie pomostem i mediatorem w trudnych relacjach wewnątrzkrajowych i międzynarodowych, zwłaszcza kryzysowych – wyjaśnia Kobosko.

W nowej pracy znalazł psychiczny oddech. – To jasne, że na początku straciłem finansowo, lecz Atlantic Council daje mi swobodę, że obok pracy dla nich mogę, jeśli nie ma konfliktu interesów, występować jako ekspert, w ramach działalności gospodarczej być moderatorem na konferencjach i kongresach, co robię i lubię, oraz pisać książki czy teksty do mediów – wyjaśnia Kobosko.

Czy myśli o powrocie na redakcyjne stanowisko? – Śmieszą mnie ci, którzy kategorycznie zapewniają publicznie, że „już nigdy w życiu” – a potem grawitacyjnie wracają do mediów. Ja takich kategorycznych deklaracji nie składałem, co nie znaczy, że czekam nerwowo, aż otworzy się jakaś możliwość w mediach. Lubię to, co robię. Działalność w think tankach daje możliwość udziału w wydarzeniach, które dziennikarze mogą tylko obserwować z zewnątrz, albo nawet nic o nich nie wiedzą – tłumaczy Kobosko.

Podobnie deklaruje Tomasz Wróblewski, od trzech lat prezes Warsaw Enterprise Institute: – Nigdzie się nie wybieram. To jest dziś moje miejsce. Każdemu życzę czegoś takiego po intensywnej pracy w mediach. Jestem zachwycony.

WEI to fundacja będąca zapleczem eksperckim i intelektualnym Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Wróblewski, odchodząc z „Wprost”, po prostu objął funkcję prezesa fundacji, której był współzałożycielem w 2013 roku. Miał zgodę zatrudniających go wydawców, żeby równolegle być dyrektorem WEI ds. relacji publicznych.

Oprócz Wróblewskiego WEI kierują cztery osoby, a do konkretnych projektów zatrudniani są na umowy eksperci, w tym także wywodzący się z mediów: Andrzej Talaga, Aleksandra Fandrejewska-Tomczyk, Artur Kiełbasiński, Sławomir Jastrzębowski, Dariusz Matuszak, Jerzy Wysocki i Marek Budzisz. – Szukamy ludzi z konserwatywnym systemem wartości, którzy gotowi są do pracy długoterminowej, wgłębiania się w temat, mozolnej pracy, bo nasze raporty powstają w ciągu kilku miesięcy. Mieliśmy dziennikarzy, którzy nie nadawali się do tej pracy ze względu na powierzchowność tak typową dla obecnych mediów – wyjaśnia Tomasz Wróblewski.

W FUNDACJI SPOKÓJ I POKÓJ

Za najlepsze – finansowane z budżetu państwa – instytucje analityczne uchodzą Ośrodek Studiów Wschodnich i Polski Instytut Spraw Międzynarodowych. Do tego drugiego trafił w 2012 roku dziennikarz „Rzeczpospolitej” Wojciech Lorenz. – Jest to miejsce, gdzie można inwestować w siebie, pogłębić wiedzę i wspierać polską politykę zagraniczną, ale też mieć poczucie, że dobra analiza jest w cenie – opowiada. – Jako analityk mam lepszy komfort pracy, mogę zbierać informacje, analizować i pisać nie w tak szalonym tempie jak w dzienniku – dodaje Lorenz, który specjalizuje się w bezpieczeństwie międzynarodowym. Pracując już w PISM, zaczął pisać pracę doktorską; dostał urlop, by przez pół roku uczestniczyć w misji ISAF w Afganistanie na stanowisku cywilnego specjalisty, co dało mu nowe doświadczenia. – Przyjmując, że nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze, mogę powiedzieć, że zyskałem, przechodząc do tego think tanku – zapewnia Lorenz.

Analitykiem w PISM w latach 2013–2017 był także Piotr Kościński, wcześniej długoletni dziennikarz „Rzeczpospolitej”, znawca problematyki wschodniej i korespondent tej gazety w Kijowie. – Musiałem pozbyć się publicystycznej maniery, lecz wiele się tu nauczyłem. Zdobyłem wiedzę, która pozwoliła mi obronić pracę doktorską o historii prasy polskojęzycznej w Związku Radzieckim w latach 1925–1936. No i jeszcze jeden plus: nie musiałem już pracować w newsroomie, tylko miałem osobny pokój – opowiada Kościński.

Gdy jednak w PISM pojawił się nowy dyrektor, rozstał się m.in. z nim. Od marca 2017 roku Kościński wykłada przedmioty z dziennikarstwa i stosunków międzynarodowych w Akademii Finansów i Biznesu Vistula. Współpracuje z pismem diecezji warszawsko-praskiej „Idziemy”, pisze w „Tygodniku do Rzeczy”, wkrótce ma się ukazać jego kolejna książka „Jak sfałszować wybory?” oparta m.in. na doświadczeniach ukraińskich i białoruskich.

Lecz Kościński jest jednocześnie społecznym prezesem założonej wiele lat temu Fundacji Lelewela zajmującej się głównie pomocą dla Polaków na Wschodzie. Stara się pozyskiwać granty i dofinansowania.

Tomasz Prusek, były wieloletni dziennikarz „Gazety Wyborczej”, jest od półtora roku prezesem Fundacji Przyjazny Kraj, założonej przez trzech prywatnych fundatorów ze środowiska rynku kapitałowego. – Staram się tu wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie analityczne dziennikarza finansowego, na co nie ma już dziś miejsca w mediach – tłumaczy Prusek. Organizuje i prowadzi panele dyskusyjne, opracowuje raporty i analizy. Planuje przemodelować fundację w think tank zajmujący się analizą rynku kapitałowego, energetyki i rynku pracy. Dziennikarsko Prusek realizuje się jeszcze, pisząc bloga na stronie fundacji. – Finansowo nie straciłem, a mam wiele swobody w wyborze tematów, o jakich chcę pisać i które chcę badać – zapewnia.

Michał Kobosko uważa, że organizacje typu analitycznego, jakimi są think tanki, mogą być wyjściem dla tych byłych dziennikarzy, którzy mają trudności w odnalezieniu się w działalności komercyjnej, jako specjaliści od PR, marketingu, promocji. – Think tanki pozwalają zachować prestiż; dają poczucie, że robi się rzeczy ważne, a nie tylko komercyjne – podkreśla Kobosko. Dziennikarze sprawdzają się w takiej robocie, bo mają w sobie ciekawość świata, pewną wiedzę, łatwość nawiązywania kontaktów, umiejętność pisania. – Tylko muszą powściągać swoje talenty literackie, bo nie tego się tam od nich oczekuje – podkreśla Kobosko.

Problemem jest jednak wciąż mała liczba think tanków w Polsce.

Jerzy Sadecki

Pozostałe tematy weekendowe

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.