Miecz obosieczny. Sądowy zakaz publikacji: zamach na wolność czy ochrona pomówionych?
– Z jednej strony mamy konstytucyjną wolność prasy, która jest ważną wartością. Z drugiej strony prasa utraciła, w dużej mierze własną działalnością, umiejętność autocenzury – uważa prof. Maciej Gutowski (fot. Sasun Bughdaryan/Unsplash.com)
Sądowy zakaz publikacji – zamach na wolność słowa czy ochrona pomówionych w mediach?
Autor: Michał Niedbalski
Sąd Okręgowy w Toruniu zakazał wydawcy lokalnego serwisu Grudziadz365.pl negatywnego pisania o prezydencie Grudziądza Macieju Glamowskim. „Postanowienie zabezpieczające zostało wydane na rok, w sprawie z powództwa prezydenta miasta. (...) W pozwie wnosi (...) o zakazanie pozwanemu – Jerzemu Różyckiemu, redaktorowi naczelnemu i wydawcy serwisu – publikowania informacji »zawierających nieprawdziwe i zniesławiające stwierdzenia«. Chodzi szczególnie o sugestie, że prezydent »dopuścił się przestępstwa oszustwa, wyłudzenia majątku lub poświadczenia nieprawdy«, że »działa na szkodę interesu publicznego« czy »wykazuje się brakiem kompetencji w zakresie zarządzania kryzysowego«” – informował Press.pl w maju.
Jerzy Różycki, redaktor naczelny i wydawca serwisu Grudziadz365.pl, mówi mi, że to zabezpieczenie jest na tyle ogólne, że ocenia je bardziej jako działanie zastraszające. – Prowadzimy wiele różnych spraw. Mamy też artykuły śledcze, w których na bazie zgłoszonych informacji od mieszkańców badamy różne tematy. Być może prezydent miał wiedzę, nad czym pracujemy, i złożył pozew do sądu z wnioskiem o zabezpieczenie, żeby uciszyć nas przynajmniej na rok – zastanawia się Różycki. Złożył już zażalenie. – Robimy swoje. Nie będziemy milczeć – zapowiada. Jego zdaniem np. potencjalne stwierdzenie, że to ratusz dopuścił się nieprawidłowości, a nie konkretnie prezydent, nie obejmuje wydanego zakazu.
Wojciechowi Czuchnowskiemu, dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”, zakazano publikacji w sprawie byłego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Sławomira Cenckiewicza. – To przykład najbardziej dotkliwego środka. Sąd orzekł, że musimy usunąć informacje i nie możemy pisać o jego poświadczeniu bezpieczeństwa, co jest absurdalne, bo niedawno sam Cenckiewicz wygrał w tej sprawie proces przed Naczelnym Sądem Administracyjnym. Gdybyśmy tego słuchali, to nie moglibyśmy odnotować takich newsów. Nasz prawnik zwrócił się do sądu o wykładnię, jak stosować ten zakaz. Na razie nie dostaliśmy jednak tych wyjaśnień – zaznacza Czuchnowski.
Sąd nakazał usunięcie fragmentów m.in. o lekach i zdrowiu Cenckiewicza, bo polecił wydawcy zanonimizowanie takich fragmentów w sposób uniemożliwiający odczytanie. Niewykonanie tego warunku było zagrożone karą dla wydawcy w wysokości 5 tys. zł płaconą na rzecz powoda. Zabezpieczenie obejmuje też zakaz publikacji przez Czuchnowskiego na jego profilu w serwisie X wpisów i udostępniania postów m.in. na temat zdrowia Cenckiewicza. Tu kara za złamanie to 1 tys. zł. Podobny zakaz ma Roman Imielski, pierwszy wicenaczelny „Gazety Wyborczej”.
Prawnik Konrad Siemaszko z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka zwraca z kolei uwagę na publikacje OKO.press na temat Mirosława Koźlakiewicza, nazywanego królem drobiu. „Jeszcze zanim Koźlakiewicz złożył pozew o ochronę dóbr osobistych, wystąpił do Sądu Okręgowego w Warszawie o zabezpieczenie przyszłego roszczenia. Domagał się, by sąd nakazał nam usunięcie artykułu z portalu. 22 maja 2018 roku sąd przychylił się do jego żądania. A w lipcu nadał postanowieniu klauzulę wykonalności” – czytamy na OKO.press. Redakcja usunęła artykuł. „W październiku 2018 ponownie go przywróciliśmy – zgodnie z decyzją Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który przychylił się do argumentów zawartych w naszym odwołaniu” – podano. W listopadzie 2021 roku informowano z kolei: „Nie musimy spełniać żadnego z żądań Mirosława Koźlakiewicza, byłego posła PO, który wraz z rodziną stworzył na Mazowszu drobiarskie imperium. Sąd apelacyjny potwierdził, że wszystko, co o nim napisaliśmy w artykule śledczym z 2018 roku, było prawdą. (...) Proces dotyczył przede wszystkim artykułu »Śmierdzący biznes za unijne pieniądze«, który opublikowaliśmy 24 kwietnia 2018 roku. Był on częścią śledztwa dziennikarzy z ośmiu państw UE, którzy chcieli sprawdzić, czy unijne dopłaty zapewniają racjonalny rozwój produkcji rolnej i poprawiają poziom ochrony środowiska. Okazało się, że jest odwrotnie”.
– To dowód na to, że teksty, które są przykładem najwyższej staranności dziennikarskiej, również nieraz bywają przedmiotem zabezpieczenia – podkreśla Konrad Siemaszko.
ZABEZPIECZENIA PO PUBLIKACJI
Paragraf 2 art. 755 Kodeksu postępowania cywilnego w sprawie zabezpieczenia roszczeń niepieniężnych stwierdza: „W sprawach o ochronę dóbr osobistych zabezpieczenie polegające na zakazie publikacji może być udzielone tylko wtedy, gdy nie sprzeciwia się temu ważny interes publiczny. Udzielając zabezpieczenia, sąd określa czas trwania zakazu, który nie może być dłuższy niż rok. Jeżeli postępowanie w sprawie jest w toku, uprawniony może przed upływem okresu, na który orzeczono zakaz publikacji, żądać dalszego zabezpieczenia /…/”.
Najczęściej sądy wydają zabezpieczenie już po publikacji. – Kilka razy w „Raporcie specjalnym” mieliśmy obawy, że negatywny bohater naszego materiału zablokuje jego emisję, bo był bardzo aktywny przed emisją. Od prawników usłyszeliśmy jednak, że to mało realne, by ktoś w ciągu paru dni mógł dokonać takiej blokady. To raczej działa po fakcie, czyli dopiero po emisji ktoś domaga się zdjęcia materiału z VOD i YouTube’a – mówi Bianka Mikołajewska, była wicenaczelna i szefowa działu śledczego OKO.press, a obecnie szefowa redakcji „Raportu specjalnego” TVP Info.
Jarosław Jabrzyk, szef „Superwizjera” TVN, też przyznaje, że nie ma przypadków zabezpieczeń sądowych przed emisją. – Mamy jednak sprawę dotyczącą usunięcia materiału z sieci i wstrzymania emisji. Chodzi o reportaż „Ksiądz rektor i pani Emilia” – informuje Jabrzyk.
„Rektor katolickiego uniwersytetu w niejasnych okolicznościach został właścicielem mieszkania starszej, schorowanej kobiety, które może być warte nawet półtora miliona złotych. Mimo tego że ksiądz rektor zobowiązał się do domowej opieki nad kobietą, ta od ponad roku przebywa w miejskim ośrodku opiekuńczym, który opłacany jest z jej własnej emerytury” – podano w opisie reportażu.
– Sąd nie wskazał, co dokładnie ma być zablokowane – stwierdza Jabrzyk. Cytuje też jednego z prawników stacji: „Postanowienie nie tylko jest daleko idące, ale wydane z rażącym naruszeniem prawa, bo: Zakaz publikacji nie dotyczy konkretnego materiału prasowego (...), Nakaz usunięcia treści już opublikowanych – według brzmienia – nie dotyczy nawet powoda; literalnie powinniśmy zaniechać publikowania czegokolwiek (...). Zakaz publikacji nie został ograniczony żadnym terminem; wg przepisów musi być termin, maksymalnie roczny”.
Pod materiałem na stronie Tvn24.pl znajduje się informacja: „Informujemy, że w związku z treścią materiału pod tytułem »Ksiądz rektor i pani Emilia« ks. Ryszard Czekalski wystąpił z powództwem o ochronę dóbr osobistych”. Taka sama informacja jest na Player.pl.
Materiał nadal jest dostępny w internecie. Rozstrzygnięcie bowiem nie jest prawomocne.
TOTALNY ANACHRONIZM
Piotr Rogowski, który od ponad 30 lat jest prawnikiem „Gazety Wyborczej”, orzeczenia sądu, które prowadzą do zakazu publikacji lub usunięcia artykułu z internetu, nazywa niepokojącym zjawiskiem. – To coś, co wydawało się, że odeszło już w przeszłość. W latach 90. ub. wieku były często orzekane tzw. zakazy publikacji – przypomina. Jego zdaniem orzeczenia, które w ramach zabezpieczania zakazują pisania o danej osobie, są absurdalne. – To jest totalny anachronizm i są to rozstrzygnięcia sprzeczne z rozumieniem demokratycznego państwa prawa – stwierdza.
Podobnie uważa Andrzej Andrysiak, wydawca „Gazety Radomszczańskiej”: – Gdy sąd zakazuje danemu medium publikacji, to czytelnik myśli, że to już jest wyrok. To działanie antydziennikarskie, podważające zaufanie odbiorców do dziennikarzy, a bardzo często później sąd stwierdza, że jednak dziennikarze napisali prawdę – podkreśla z kolei.
(screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)
Pod koniec kwietnia br. Onet złamał wydany na rok sądowy zakaz, publikując artykuł Magdaleny Rigamonti o reżyserce Joannie Kos-Krauze. W pewnym momencie na głównej stronie Onetu były jednocześnie cztery teksty o reżyserce.
Tymczasem prawniczka Dominika Bychawska-Siniarska z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego stwierdza, że w sprawach o ochronę dóbr osobistych coraz częściej zdarza się, że zabezpieczenie ma na celu uciszenie niewygodnego głosu, a jej zdaniem nie o to ustawodawcy chodziło. Zamierzeniem miało być ograniczenie zasięgu materiału, gdyby groził on nieodwracalnymi skutkami dla czci i reputacji powoda. – I tak też do zabezpieczeń podchodzi m.in. Europejski Trybunał Praw Człowieka, który wskazuje, że powinny być one stosowane w wyjątkowych przypadkach i po szczegółowym uzasadnieniu – podkreśla Bychawska-Siniarska.
Pod koniec kwietnia br. Onet złamał wydany na rok sądowy zakaz, publikując artykuł Magdaleny Rigamonti o reżyserce Joannie Kos-Krauze. W seriach tekstów publikowanych jeden za drugim Rigamonti opisała sytuacje zaistniałe w czasie przygotowywania filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”, podczas których Joanna Kos-Krauze miała się zdaniem autorki dopuszczać przemocy psychicznej i fizycznej. W pewnym momencie na głównej stronie Onetu były jednocześnie cztery teksty o reżyserce, której ostatni film powstał przed kilkunastu laty, opatrzone wspólnym tytułem „Ujawniamy. Sprawa Joanny Kos-Krauze”: „Co się nie zgadza w życiorysie reżyserki. »Środowisko wiedziało«”, „Sąd chciał zablokować ten tekst. Ujawniamy zachowania reżyserki”, „Dług Joanny Kos-Krauze. Znana reżyserka i pieniądze” oraz „Córka Krzysztofa Krauzego: mówię o tym publicznie pierwszy raz w życiu”.
W sobotę 2 maja Andrzej Skworz, redaktor naczelny „Press”, napisał komentarz pt. „Przerwijmy ten lincz. Andrzej Skworz komentuje nagonkę Onetu na Joannę Kos-Krauze”, w którym pisał między innymi: „Sąd – wbrew temu, co sugerował Onet – nie zakazał publikacji tekstu, którego nie znał. Zareagował po zapoznaniu się z wypowiedzią wideo, w której Magdalena Rigamonti bardzo ostro wypowiadała się o bohaterce planowanej publikacji. To zasadnicza różnica”.
I dalej: „Nie mamy tu do czynienia z sytuacją, w której władza próbuje zablokować ważny materiał, zanim opinia publiczna pozna niewygodne fakty. Mamy do czynienia z zabezpieczeniem sądowym wydanym po tym, jak osoba prywatna uznała, że jej dobra osobiste zostały naruszone lub realnie zagrożone. Można się z tym zabezpieczeniem nie zgadzać. Można je krytykować. Można je zaskarżać. Ale nie należy udawać, że jest to prosta opowieść o bohaterskiej redakcji walczącej z cenzurą”.
Adwokat Jerzy Naumann przyznaje: – Prawo nie przewidziało ostrej reakcji na akt nieposłuszeństwa sądowego. Nie przypominam sobie, żebyśmy mieli podobny przypadek w ostatnich latach. Może dlatego zabrakło takiego bezpiecznika. Przy złamaniu zabezpieczenia ewentualna szkoda i tak już nastąpi i w dużej części mogłaby być nieodwracalna.
Naumann jednocześnie negatywnie ocenia wypowiedź redaktora naczelnego Onetu Bartosza Węglarczyka dla Wirtualnych Mediów, że rozważano, iż tekst mógł zostać opublikowany pod pseudonimem. – W moim odczuciu jest głęboko sprzeczna z etyką dziennikarską. W poważnych redakcjach tak się nie postępuje – podkreśla adwokat.
Marcin Wojewódka, radca prawny z Wojewódka i Wspólnicy, przyznaje, że zabezpieczenie sądowe potencjalnie może być narzędziem blokowania publikacji i ograniczenia wolności słowa. – Sąd na etapie rozpatrywania wniosku o zabezpieczenie nie bada całości sprawy, ale jedynie przesłanki wymagane do udzielenia zabezpieczenia, a do tego wystarczające jest jedynie uprawdopodobnienie roszczenia, a nie udowodnienie okoliczności uzasadniających wniosek. W toku postępowania może się okazać, że roszczenie faktycznie nie było zasadne, a w wyroku sąd może nawet oddalić powództwo, uznając roszczenia za nieuzasadnione – tłumaczy Wojewódka. Dodaje, że nie zmienia to jednak skutków, jakie niesie z sobą zakaz publikacji. – W praktyce może dojść do sytuacji, w której publikacja zostanie zablokowana nawet na kilka lat. Perspektywa wieloletnich sporów sądowych oraz kosztów sądowych może w efekcie zniechęcać do podejmowania pewnych tematów, w szczególności dotyczących osób wpływowych – przyznaje Wojewódka.
PATODZIENNIKARZE
Prawnicy niezwiązani z mediami zauważają, że sądy raczej rzadko i niechętnie sięgają po zabezpieczenia. – Zabezpieczenia nowacyjne mają przesądzający charakter. Normalne zabezpieczenie, np. zajęcie konta na czas procesu, nie ma charakteru ostatecznego. W przypadku zdjęcia publikacji lub jej zakazu następuje mocna ingerencja w wolność prasy lub samą publikację. To są instrumenty, które pod pozorem tymczasowości de facto wywołują podobny efekt do ostatecznych rozstrzygnięć – podkreśla prof. Maciej Gutowski z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Zastępca przewodniczącego Trybunału Stanu Jacek Dubois też uważa, że instytucja zabezpieczenia jest stosowana w sposób wyważony i raczej zgodnie z zamiarem ustawodawcy. – Ona też nie jest nadużywana przez pełnomocników, bo zabezpieczenie łączy się z wpływaniem na wolność prasy, naruszeniem pewnych wartości konstytucyjnych. Jako prawnicy nie nadużywamy tego narzędzia, żeby nie godzić w dobra konstytucyjne, ale też nie spotkać się z odmową. Gdy rozpoczyna się proces i występuje się o zabezpieczenie, w którym jest bardzo mała szansa na jego otrzymanie, to odmowa jest informacją medialną niekorzystną dla klienta – stwierdza Dubois.
Prof. Maciej Gutowski uważa, że zabezpieczenie to narzędzie, po które powinno sięgać się w ostateczności, zachowując jednak proporcje. – Z jednej strony mamy konstytucyjną wolność prasy, która jest ważną wartością. Z drugiej strony prasa utraciła, w dużej mierze własną działalnością, umiejętność autocenzury, bo publikuje się wszystko i wszędzie, nawet bez zastanowienia się nad konsekwencjami. Obserwujemy więc duże pogorszenie jakości prasy. Każdy może być dziennikarzem, a poza tym dotarcie jest szybkie, sieć zwielokrotnia efekt. Nieprawdziwa informacja może kogoś zupełnie zniszczyć. Przeprosiny za kilka lat nie mają już żadnego znaczenia, bo efekt niszczący został wywołany, a zatem nie przekreślałbym instytucji zabezpieczenia – podkreśla Gutowski.
Adwokat Jerzy Naumann za przypadki skrajne, w których zabezpieczenie powinno być utrzymane, uważa publikacje patodziennikarskie. – Wiemy, że są redakcje, które posługują się zwykłym oszczerstwem – zaznacza. – Środowisko dziennikarskie samo wskazuje, że są takie przypadki powoływania się na status dziennikarza, które są jawnym nadużyciem, bo mamy do czynienia nie z dziennikarzami, ale z propagandystami – dodaje.
– Jeśli dziennikarz wykorzystuje prasę jako element osobistej rozgrywki albo działa na zlecenie, nie zachowując standardów, to zabezpieczenie jest obroną przed nieuczciwym wykonywaniem takiego zawodu – stwierdza Jacek Dubois. – Wyobraźmy sobie, że dziennikarz zmienia się w stalkera i codziennie pisze na czyjś temat artykuły, które naruszałyby jego dobra osobiste. Jeśli ktoś pozwie go do sądu, to wyrok będzie miał za pięć lat. Ma więc możliwość o wystąpienie o zabezpieczenie w postaci zakazu publikacji nieprawdziwych informacji na dany temat – dodaje. Zaznacza jednak, że uczciwi dziennikarze nie mogą być powstrzymywani w ujawnianiu prawdy, dlatego że ktoś powie, że to narusza jego dobra osobiste.
MNIEJSZE ZŁO
Piotr Rogowski, prawnik „Gazety Wyborczej”, uważa, że za jedynie dopuszczalne – w ramach zabezpieczenia – można przyjąć umieszczenie przy materiale wzmianki o toczącym się postępowaniu. – Jeśli oczywiście sam proces jest zasadny i roszczenie uprawdopodobnione – dodaje.
Bianka Mikołajewska przyznaje, że to lepsze wyjście niż zakaz publikacji lub usunięcie materiału, np. z platformy VOD. – To mniej dolegliwe. Jedna strona nadal ma prawo pokazywać materiał filmowy czy udostępniać artykuł, a druga w ten sposób może poinformować, że ma do niego jakieś zastrzeżenia. Nie widzę tutaj wielkiego problemu. Prawdopodobnie daje to odbiorcy sygnał, że do takiego materiału trzeba podejść bardziej krytycznie – uważa Mikołajewska.
Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej” ma przypadek takiego zabezpieczenia. – Syndyk Marcin Kubiczek wywalczył, że w archiwum jest informacja, że toczy się postępowanie, i podana jest jego argumentacja – informuje. – To jeszcze nie jest mocno dotkliwe – przyznaje.
Na Wyborcza.pl pod tytułem „Zamknięty układ syndyka Getin Banku. Kancelarie zarabiają miliony” znajduje się ramka z informacją, że artykuł może zawierać krzywdzące zarzuty i nieprawdziwe informacje mogące naruszać dobra osobiste Marcina Kubiczka. „Jest on przedmiotem procesu o ochronę dóbr osobistych, które toczy się przed Sądem Okręgowym w Warszawie i wzmianka ta jest publikowana jako zabezpieczenie udzielone przez Sąd na czas procesu” – podano.
Z kolei nad tytułem jest podobna ramka, ale dotycząca Pawła Małolepszego.
Jednak zdaniem Jarosława Jabrzyka, szefa „Superwizjera”, nawet taka wzmianka jest już nacechowana pejoratywnie. – W tekście ma być zawarta np. informacja, że treści mogą być nieprawdziwe. To piętnuje pracę dziennikarza i nie powinno mieć miejsca, bo sąd nie ocenił jeszcze, czy w trakcie pracy nad materiałem dochowano szczególnej staranności i rzetelności dziennikarskiej. To kopiowanie praktyk dotyczących sprostowania. Wystarczy spełnić przesłanki formalne i musi być opublikowane – dodaje.
Jarosław Jabrzyk zwraca też uwagę na to, że sądy kopiują kryteria publikacji zabezpieczenia z tekstów prasowych dla materiałów telewizyjnych. Nie ma ich dostosowania do specyfiki danego medium. – Sądy często uznają zabezpieczenia, nie znając się na sprawach technicznych. A nam dochodzi problem przemontowania materiału. To kosztowne, bo tu nie wystarczy doklejenie pięciozdaniowej formułki ponad tekstem – wyjaśnia Jabrzyk.
TECHNIKALIA I ZASADY
Część prawników zwraca uwagę na błędne ich zdaniem procedury w rozpatrywaniu spraw o zabezpieczenia. Ich zdaniem w sprawach o ochronę dóbr osobistych postanowienia nie powinny zapadać na posiedzeniach niejawnych, bez możliwości wysłuchania drugiej strony.
Piotr Rogowski z „Gazety Wyborczej” mówi: – Te postanowienia nawet w 97 proc. przypadków zapadają na posiedzeniach niejawnych bez udziału zainteresowanego, np. pozwanego medium. Dopiero z postanowienia dowiadujemy się, że jest jakiś proces i w jego ramach orzeczono o zabezpieczeniu. Sąd wcześniej nie wyznacza posiedzenia jawnego, na którym media mogłyby się wypowiedzieć i wykazać, że nie ma podstaw do zabezpieczenia, bo roszczenie nie jest uprawdopodobnione bądź mamy do czynienia ze zmrażającym pozwem typu SLAPP. To powinno ulec zmianie, dlatego, że chodzi z reguły o bardzo poważne sprawy, gdzie na szali leżą wielkie wartości, np. prawo do swobody wypowiedzi czy wolności prasy – stwierdza Rogowski.
Zdaniem Andrzeja Andrysiaka, wydawcy „Gazety Radomszczańskiej”, polskie sądy nie rozumieją spraw związanych z wolnością słowa. Jego zdaniem nie ma specjalistów od tego tematu, zwłaszcza w sądach okręgowych. – Z mojej obserwacji wynika, że nie ma też zrozumienia dla tego, jaką funkcję pełnią dziennikarze i prasa – uważa Andrysiak.
Według Wojciecha Czuchnowskiego niezbędna jest nowelizacja przepisów, żeby druga strona była powiadamiana i miała szansę się wypowiedzieć. – Nie może być usankcjonowanego prawem sądu kapturowego – uważa. – Każdy ma prawo walczyć o dobre imię, ale powinna być równość stron – dodaje.
Jerzego Naumanna nie dziwi jednak, że zabezpieczenie jest wydawane bez udziału drugiej strony. – Na tym polega instytucja zabezpieczenia. Jeżeli druga strona dowie się o uruchomieniu tego rodzaju procedury, to zmieni swoje postępowanie i może ewentualną szkodę wyrządzić w inny sposób. To trochę tak, jak wykonuje się nagłe czynności procesowe typu przeszukanie. O nim też się nie uprzedza, bo dana osoba pozbyłaby się trefnych fantów – stwierdza.
Piotr Rogowski zaznacza, że postanowienie o zabezpieczeniu nie jest od razu prawomocne, ale jest od razu wykonalne. – Jeśli sąd nakaże usunięcie artykułu, to powinniśmy tego dokonać praktycznie z chwilą otrzymania postanowienia, i to bez względu na to, czy wniesiemy zażalenie – mówi. Przyznaje jednak, że są sędziowie wstrzymujący wykonanie orzeczenia do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia. Zdarza się to jednak rzadko.
Samo zabezpieczenie można otrzymać stosunkowo szybko, nieco gorzej jest z rozpatrzeniem zażalenia. – Zdarzają się sytuacje, gdzie rozpoznawanie zażalenia na zabezpieczenie trwa nawet ponad rok. Sąd później może przyznać nam rację, ale kto będzie chciał czytać taki artykuł po roku – zauważa prof. Maciej Gutowski.
Piotr Rogowski zwraca uwagę, że w praktyce sądowej ostatnio pojawiło się – jego zdaniem skandaliczne, a często stosowane – rozwiązanie dotyczące wydawanych zabezpieczeń. – Kiedy sąd wydaje postanowienie o zabezpieczeniu i uznaje rację powoda, może odstąpić od pisemnego uzasadnienia i po prostu uznać, że w pełni podziela argumenty wnoszącego o zabezpieczenie. Przepisy procedury cywilnej dopuszczają taką możliwość – podkreśla. Jak dodaje, sędziowie w Polsce są bardzo obciążeni – w sądach okręgowych mają po 600–800 spraw w referacie. – I jeśli przepis prawa umożliwia wydanie im orzeczenia bez pisemnego uzasadnienia, które w skomplikowanych sprawach musi liczyć wiele stron, to idą na łatwiznę. To jednak jest nieakceptowalne i godzące w sferę działalności mediów. Gdy odwołujemy się, nie wiemy, na co się żalić, bo sąd na piśmie niczego nie uzasadnił – zaznacza Rogowski.
Jerzy Naumann stwierdza, że sprawa jest bardzo delikatna, bo zahacza o groźbę cenzury. – Sąd powinien bardzo, bardzo wnikliwie, wszechstronnie zbadać sprawę. Jeśli zabezpieczenie jest wydawane, to musi się samo bardzo mocno bronić. Nie może być podejrzenia, że sąd poszedł na skróty i w ten sposób wpadł w sidła niebezpieczeństwa postępku cenzorskiego – podkreśla Naumann.
BO SĄDY DZIAŁAJĄ ZA WOLNO
Ostatnio Sejmowi udało się uchwalić ustawę antySLAPP – przeciw pozwom uderzającym w wolność słowa. – Teraz, gdy będzie można wykazać, że pozew służy tłumieniu debaty, a nie rzeczywistej ochronie dóbr osobistych, sąd będzie musiał wziąć to pod uwagę. Myślę, że uznanie czegoś za SLAPP będzie potężniejszym narzędziem z punktu widzenia ochrony praw osób, które są pokrzywdzone, niż nawet zabezpieczenie powództwa. Dodatkowo trwają jeszcze prace nad ograniczeniem możliwości stosowania art. 212 Kodeksu karnego dotyczącego zniesławienia – stwierdza senator i prawnik Adam Bodnar.
Pozostaje jeszcze kwestia konsekwencji finansowych. Piotr Rogowski przyznaje, że sąd czasem nakazuje tylko zabezpieczenie, ale nawet bez określania konsekwencji. – Wszystko zależy od pomysłowości prawników, którzy reprezentują powoda. Można żądać opatrzenia artykułu wzmianką o toczącym się procesie lub np. jego usunięcia, ale przepisy umożliwiają też domaganie się zapłaty stosownej kwoty na rzecz powoda za nierespektowanie orzeczenia, co jest wyjątkowo dotkliwe dla mediów.
Marcin Wojewódka wyjaśnia, że już w razie naruszenia zakazu publikacji sąd może, na wniosek strony, która uzyskała zabezpieczenie, nałożyć na obowiązanego grzywnę. – Grzywny mogą być ponawiane do momentu zastosowania się do postanowienia sądu. Dodatkowo sąd może zagrozić zasądzeniem określonej sumy pieniężnej od obowiązanego na rzecz uprawnionego, a jeżeli obowiązany nadal nie respektuje obowiązku zaniechania, zasądzić taką sumę na rzecz uprawnionego. Co istotne, w sytuacji, gdy obowiązany nie uiści nałożonej grzywny, sąd może zamienić grzywnę na areszt – tłumaczy.
Jacek Dubois dodaje: – Kwota może być za każdy dzień braku wykonania zobowiązania sądu. W zakresie ustalenia wysokości stawki dziennej sąd powinien uwzględnić interesy stron. Obowiązany może płacić grzywny i nie wykonywać obowiązku albo wykonać zobowiązanie i wtedy licznik kar przestaje bić. Ponadto często są też negocjacje między stronami i są zawierane ugody – dodaje.
W przypadku powolnego rozpatrywania spraw przez sądy zabezpieczenie jest czasem jedynym narzędziem dla szybkiej ochrony dóbr osobistych. – Ranga zabezpieczenia rośnie wraz z opóźnianiem się spraw w sądach – przyznaje Jacek Dubois. Jak dodaje, obywatel poza zabezpieczeniem pozbawiony jest realnej pomocy sądowej, a w sprawie karnej o zniesławienie karalność ustaje zasadniczo po upływie sześciu lat. – Coraz częściej zdarza się, że sądy nie zdążają wydać wyroku i sprawy są umarzane. Z kolei sprawy cywilne mają często wyznaczony pierwszy termin po roku lub dwóch latach, gdy w przestrzeni publicznej sprawa jest już rozstrzygnięta – mówi Jacek Dubois. I dodaje: – Sąd przestał działać jako instytucja, która w rozsądnym czasie rozstrzyga spory.
***
Ten tekst Michała Niedbalskiego pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 07-08/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Sofią Lebedievą, Leszek Kraskowski i premier Tusk dla wybranych
Michał Niedbalski











