Batman jest słaby. Naczelna Slawa.tv o wyzwaniach stojących przed mediami w Ukrainie
– W redakcji staramy się jeździć do Ukrainy, żeby nie przestać czuć naszego kraju. Jeździmy do naszych domów. Za każdym razem się zastanawiam, czy mam jechać tam z dziećmi, czy bez nich – mówi Maria Górska (fot. Simona Supino, screen: magazyn „Press”, nr 05-06/2026)
– Trzeba otworzyć furtkę i wpuścić do ukraińskich mediów trochę powietrza. My jesteśmy tą furtką. Wnosimy w ten informacyjny kocioł opinie europejskich, amerykańskich, polskich liderów i ekspertów – mówi Maria Górska, redaktorka naczelna Slawa.tv. W rozmowie z Mariuszem Kowalczykiem opowiada o swojej karierze i wyzwaniach stojących przed mediami w Ukrainie.
Dlaczego wybrała Pani pracę w telewizji?
Mój tata jest reżyserem i dyrektorem teatru, a mama całe życie pracowała w Operze Narodowej w Kijowie. Gdy zdecydowałam, że ja też chcę być aktorką, rodzice stwierdzili, że w rodzinie jest już wystarczająco wielu ludzi zajmujących się głupotami. Tata wysłał mnie na Uniwersytet im. Tarasa Szewczenki w Kijowie na wydział historii, co niezmiernie mnie unieszczęśliwiło. Jednak już kilka miesięcy później złapałam falę. Spodobało mi się, wybrałam historię współczesną i zajmowałam się procesami zachodzącymi w polityce międzynarodowej, zwłaszcza Europą Wschodnią, ale też np. Afryką, Bliskim Wschodem, Rosją i innymi regionami świata.
Po studiach najpierw pracowałam jako nauczycielka historii w szkole podstawowej dla dzieci z niepełnosprawnościami. Pensja starczała mi na dojazdy do pracy. Nie pochodzę z bogatej rodziny, więc musiałam zmienić pracę. Przeszłam do reklamy, co trwało dość krótko, ale zdążyłam zrobić studia marketingowe.
Czym się Pani zajmowała w reklamie?
Sprzedawałam powierzchnie reklamowe. Czułam się tam dość nie na miejscu, ale na szczęście przyszło lato i trafiłam do telewizji. Zostałam zaproszona przez znajomych podczas letniego urlopu w agencji. Z asystentki szybko awansowałam na dziennikarkę, a potem zaczęłam robić wywiady. Tak mi się spodobało, że już nie wróciłam do agencji. A po kilku latach zostałam redaktor naczelną.
Szło Pani świetnie w dużych telewizjach, takich jak STB, 1+1, TET czy w Nowym Kanale. Dlaczego zmieniła je Pani na pracę w kanałach informacyjnych? I to w czasach, gdy rządził skorumpowany prezydent Wiktor Janukowycz?
To właśnie przez niego. Pracowałam w firmie produkcyjnej, która robiła programy na zamówienie tych telewizji. W Ukrainie zaczęły zachodzić zmiany, które zapoczątkowały walkę o niepodległość. Zrozumiałam, że pracując w telewizji, mam wpływ na społeczeństwo. Tylko że opowiadałam tam o wszystkich, którzy wydają się ważni, ale ważni nie są. Istotne były przecież zmiana kraju i wybrnięcie z bagna, w którym tkwiliśmy od czasów radzieckich.
Zwolniłam się z pracy i przez trzy miesiące myślałam, co sensownego mogę zrobić. W ten sposób trafiłam na młodą telewizję TVi, która była jedyną opozycyjną stacją w Ukrainie.
Pamiętam TVi. Zbyt długo nie istniała, bo doszło tam do rejderstwa, czyli wrogiego przejęcia. Część zespołu poszła uruchamiać wtedy telewizję internetową Hromadske TV, a Pani z innymi zakładała Espreso TV. Studio mieliście w piwnicy, kanał nie mógł wejść do kablówek i na początku nadawał tylko w internecie. Nie bała się Pani?
Nie, bo miałam poczucie silnej więzi z ludźmi, z którymi współtworzyłam Espreso. Łączyły nas demokratyczne wartości. Od nich uczyłam się, jak się robi telewizję informacyjną.
Pamięta Pani Hromadske TV, internetową telewizję, która też wtedy startowała? W Polsce panuje przekonanie, że Kanał Zero to nowatorski projekt na skalę światową. A w Kijowie coś podobnego wymyślono dziesięć lat wcześniej.
Wyszliśmy z jednego gniazda, TVi. Jedni stworzyli nowatorski projekt telewizji internetowej, a inni poszli robić klasyczną telewizję newsową, ale w bardzo nietradycyjny dla ukraińskich mediów sposób. Jak Pan pewnie pamięta, przed pełnoskalową wojną ukraińskie media były robione na bogato – pieniędzy było mnóstwo. Płynęły nie tylko od oligarchów, ale też z Moskwy. A nasza telewizja była bardzo skromna.
Koniec telewizji Hromadske był smutny – część zespołu oskarżyła swojego szefa Romana Skrypina, że ukradł pieniądze.
Hromadske przekształciło się w kilka innych projektów. Wiele osób wychowanych w tej telewizji do dziś zajmuje się dziennikarstwem śledczym i tropią korupcję, niejasne, podejrzane powiązania na szczytach władzy. To jest niezwykle potrzebna praca w naszym kraju.
Pani też musiała od razu skakać na głęboką wodę. Espreso startowało, gdy pod koniec 2013 roku Janukowycz pojechał do Wilna, gdzie miał podpisać umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, ale jej nie podpisał. W Kijowie zaczęły się protesty na Majdanie.
Byłam reporterką Espreso, która przeprowadziła pierwsze łączenie tej telewizji na żywo. Stałam na ulicy w Wilnie i opowiadałam o tym, co się dzieje w mieście, w którym za chwilę Janukowycz ma podpisać umowę stowarzyszeniową z Unią. Nie podpisał jej. Z Wilna wróciłam do kraju, w którym zaczęła się rewolucja. I był to dla mnie, dziennikarki, która dopiero uczyła się pracy w kanale newsowym, przełomowy moment. I jeden z najciekawszych w życiu. Na Majdanie były emocje, była śmierć, a my codziennie relacjonowaliśmy te wydarzenia na żywo, najpierw jako telewizja internetowa, a później dostaliśmy łotewską licencję satelitarną.
Dwaj nasi operatorzy mieli granatowe, opuchnięte twarze, bo funkcjonariusze oddziałów specjalnych policji Janukowycza Berkut pobili ich na Majdanie. Codziennie czekaliśmy na to, że wpadnie do nas Berkut i nas wszystkich aresztują albo gdzieś wywiozą, a może zabiją. Wszystko wtedy było możliwe. Z Majdanu wracaliśmy do studia i rozmawialiśmy z ludźmi, których ubrania śmierdziały, tak jak nasze, dymem z ognisk, które płonęły na placu.
Espreso się rozwijało. Oglądałem „Sobotni politklub”, program publicystyczny, który prowadziła Pani wówczas z jednym z najbardziej znanych ukraińskich publicystów Witalijem Portnikowem. Przed rosyjską inwazją realizowany był z udziałem publiczności, a Wasze role były rozpisane w ten sposób, że Pani była tłem dla Portnikowa i podrzucała mu tematy, a on odpowiadał, przedstawiając swoje politologiczne analizy.
Mogło to tak wyglądać. Ja się dopiero uczyłam dziennikarstwa informacyjno-publicystycznego, a Witalij był i jest geniuszem mediów, analityki i wspaniałym publicystą.
Nie za bardzo mu Pani słodzi?
Ja tak uważam. Cieszę się, że miałam możliwość z nim pracować i prowadzić program. Ale to ja cały ten program przygotowywałam. Miałam też swój własny, w którym rozmawiałam z gośćmi o polityce. Nazywał się „Tydzień z Marią Górską”.
Czyli Pani harowała, a Portnikow błyszczał?
Witalij też harował, ale podczas emisji. On nigdy nie wiedział, jakie zadam mu pytania. Nigdy z nim tego nie omawiałam.
Trudno uwierzyć, że działaliście bez jego kontroli.
Nie było takiej potrzeby, naprawdę. Witalij jest człowiekiem, który pracuje tu i teraz. On jest zawsze tak naładowany, pracuje jak karabin maszynowy. Ja wybierałam pięć tematów z tygodnia, które wydawały mi się najważniejsze, i szłam je skonsultować z redaktorem naczelnym kanału.
Podczas pierwszych „Sobotnich politklubów” bałam się otworzyć usta, bo gdy siedziałam obok tak doświadczonego dziennikarza i publicysty jak Witalij, wydawało mi się, że niewiele mogę powiedzieć o polityce światowej, ukraińskiej, jakiejkolwiek zresztą. Ale jednak chyba wyszłam w dziennikarstwie na ludzi?
A nie miała Pani problemu z tym, że pracuje w telewizji informacyjnej założonej przez ukraińskiego parlamentarzystę, a więc polityka Mykołę Kniażyckiego, który nadal ma na nią duży wpływ?
Mykoła Kniażycki był inspiratorem założenia tej telewizji, ale jednak Espreso zakładali dziennikarze: Witalij Portnikow, Wasyl Zyma, Mykoła Weresen, Anastasija Rawwa, Maria Górska, Wadym Denysenko, który był redaktorem naczelnym.
Który przestał być naczelnym, bo też został parlamentarzystą.
Został, ale to nie jest zabronione. Wadym dziś jest analitykiem zajmującym się Rosją, jednym z najlepszych ekspertów. Przez pewien czas był doradcą Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W Espreso pracował z nami jako dziennikarz, i to dość znany na rynku ukraińskich mediów, Wasyl Rabczuk, który później zresztą też zajmował się trochę polityką. Telewizja Espreso była tworzona przez dziennikarzy, którzy nie byli obojętni na to, co dzieje się w ich kraju, dla których wiedza o tym, po co ich naród wyszedł na Majdan, była główną inspiracją życia zawodowego i publicznego.
Gdy rosyjski specnaz lądował na lotnisku Hostomel pierwszego dnia pełnoskalowej wojny 24 lutego 2022 roku, wielu dziennikarzy uciekało z miasta i kraju. Pani była w ciąży, a jednak nie uciekała?
Byłam już świadoma tego, że jestem w ciąży, ale jeszcze nie było tego po mnie widać. Moja redakcja była stosunkowo małą telewizją, która nie miała środków, żeby utrzymywać ludzi w trudnej, wojennej sytuacji. Nie liczyłam więc na pomoc.
Zresztą wyglądało na to, że Rosjanie za chwilę wejdą do Kijowa. Mieszkam w samym centrum, przy prospekcie, przez który rosyjskie wojska mogły za chwilę wjechać i realizować ten plan, o którym pisały największe światowe media: wyłapywać ludzi patriotycznie nastawionych, w tym dziennikarzy, a potem ich zamykać w obozach, torturować, a nawet zabijać.
Co Pani robiła tego dnia?
Poprosiłam męża, żeby zatankował samochód do pełna. Przez kilka godzin siedziałam przy oknie i patrzyłam, jak wszyscy wyjeżdżają z Kijowa. Później miałam łączenie na żywo z polskim parlamentarzystą Pawłem Kowalem, który zadzwonił i poprosił, żebym opowiedziała jego audytorium na Facebooku i YouTubie, co się dzieje w Kijowie. Zaczął się mocny ostrzał, więc z sześcioletnią córką, mamą i mężem zeszliśmy do schronu. Zadzwonił Witalij Portnikow z pytaniem: „Maria, a gdzie ty jesteś?”. Odpowiedziałam, że jestem w Kijowie, idę do schronu. „Do jakiego schronu? Dlaczego ty jeszcze nie jesteś we Lwowie?”. To pytam go: „Ale kto tam na mnie czeka?”. A on mówi: „No ja na przykład”. Okazało się, że redakcja przenosi się do Lwowa i kilka osób już stamtąd nadaje. Wsiedliśmy do samochodu i wyjechaliśmy w trasę na Lwów, przejazd trwał 25 godzin, choć zazwyczaj jedzie się tam pięć–sześć godzin. Następnego dnia już prowadziłam programy na żywo, trwające po sześć godzin, bo nas w tym Lwowie było jeszcze mniej niż w Kijowie. Ktoś jeszcze nie dojechał, ktoś musiał zostać z rodziną. Brakowało ludzi do pracy.
Pamiętam, jak niemal całodobowo prowadziliście program informacyjny na żywo. A gdy ogłaszany był alarm powietrzny, przenosiliście się do pomieszczenia przypominającego schron. Co to było, garaż podziemny w biurowcu we Lwowie, gdzie zorganizowaliście studio?
Podczas alarmów w tym garażu zbierała się cała dzielnica: dzieci na hulajnogach, mamy z wózkami, krzyczące maluchy. A my musieliśmy stamtąd prowadzić programy. Zrobiliśmy więc taką budkę z drewna. Próbowaliśmy ją jakoś uszczelnić, żeby dźwięk z zewnątrz mniej trafiał do środka.
Jako pierwsza poprowadziłam program z tej skrzynki. Siedziałam w niej w grubej kurtce, bo w garażu było przeraźliwie zimno. Ale podczas alarmów nie przerywaliśmy emisji.
Słyszałem, że przyjeżdżała Pani z założycielem Espreso Mykołą Kniażyckim do Warszawy, do siedziby „Gazety Wyborczej”, żeby udostępnili pomieszczenia, w którym można byłoby zorganizować studio Espreso.
Cały czas przypina pan mnie do Mykoły Kniażyckiego. Rzeczywiście, oni znają się dobrze z Adamem Michnikiem, który wiele razy był gościem w programach Mykoły. Ale do Warszawy jeździłam sama, by sprawdzić, jakie są możliwości zorganizowania tutaj studia, gdyby rosyjskie rakiety zburzyły wieżowiec we Lwowie, gdzie mieliśmy siedzibę. Już z brzuszkiem przyjechałam do Warszawy, żeby zwiedzić kilka różnych biur. Obejrzałam wtedy też siedzibę „Gazety Wyborczej” i studia w sejmie, bo w polskiej polityce zawsze było wielu przyjaciół Ukrainy. Na szczęście do tej pory nie było konieczności przenoszenia Espreso do Warszawy.
W „Wyborczej” powiedzieli „Okej, jakby co, przyjeżdżajcie”?
W „Wyborczej” przyjęli mnie bardzo ciepło. Przyjemnie było uściskać Michnika, który w środowisku ukraińskich mediów jest człowiekiem legendą. Zresztą z tych kontaktów wzięła się moja kolejna praca w Sestry.eu, kiedy już przeprowadziłam się do Polski. Zrobiłam chyba dobre wrażenie na ludziach z „Wyborczej”, skoro później niektórzy z nich chcieli ze mną współpracować.
Tamten wyjazd do Warszawy był dla mnie bardzo ważny. Pamiętam do dziś to uczucie po przekroczeniu granicy, gdy uświadomiłam sobie, że jestem w bezpiecznym świecie, gdzie nic lecącego z nieba nie stanowi zagrożenia dla mojego życia. Mijałam domy, które nie znają rosyjskiej agresji, nikt tu nie chodził z bronią. Czułam się dziwnie i smutno. Poszłam do muzeum, do teatru i kina. W kinie chciałam się zrelaksować, miałam niedużo czasu, a późnym wieczorem w kinie grali „Batmana”, więc poszłam go obejrzeć. Oglądając ten film, pomyślałam: „Boże, jaki ten Batman jest słaby w porównaniu z ukraińskimi żołnierzami”. I w ogóle co to za zło, z którym Batman walczy, w tym Hollywood nie mają pojęcia, czym jest prawdziwe zło. Wynudziłam się wtedy okropnie.
Co wpłynęło w końcu na Pani decyzję, żeby wyjechać wraz z Pani mężem, Polakiem, do naszego kraju?
Narodziny córki. Do ostatniego dnia prowadziłam programy na żywo. I w dniu, kiedy urodziłam dziecko we Lwowie, też miałam mieć program. Trzymałam w rękach jego scenariusz, planowałam rozmawiać o Trumpie i o tym, jak amerykańska polityka wpłynie na Ukrainę.
Miałam już nawet nałożony make-up. I nagle poczułam, że muszę szybko jechać do szpitala. Na szczęście był po sąsiedzku z budynkiem, w którym mieściła się nasza telewizja. Przyszłam tam i mówię: „Załatwcie mnie tu szybciutko, bo dziś muszę jeszcze być w pracy”. Odparli: „Pani dziś nigdzie już nie idzie. Oglądamy pani program z Witalijem Portnikowem, ale dziś będzie musiał poprowadzić go sam lub z kimś innym”.
Poprowadził?
Tak, a niedługo po tym, jak urodziłam, zawyły syreny alarmowe. Moje dziecko pierwszy mój pokarm otrzymało w schronie.
Po porodzie nie mogłam pracować, myślałam, żeby wrócić do Kijowa. Zadzwoniłam do naszego byłego naczelnego Wadyma Denysenki, który wtedy był rzecznikiem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i wiedział więcej niż dziennikarze. Spytałam go, czy w Kijowie jest bezpiecznie. Odpowiedział, że nie, że Kijów jest blisko północnej granicy z Białorusią, że sytuacja jest napięta i żebym na razie nie wracała. Spakowaliśmy się i wyjechaliśmy do Warszawy.
(fot. Simona Supino, screen: magazyn „Press”, nr 05-06/2026)
Z mężem poznaliście się w Kijowie?
W Szkole Polskiej. Mąż jest synem dyplomatów, jego mama pracowała jako pierwszy sekretarz ambasady polskiej w Kijowie. Chodziłam do tej szkoły, bo mój tata przyjechał do Krakowa na zaproszenie Piotra Skrzyneckiego i został tam na jakieś 15 lat, aż do pomarańczowej rewolucji w 2004 roku.
W Ukrainie była Pani już rozpoznawalną dziennikarką, dyrektorką programową telewizji Espreso, a w Polsce musiała Pani zaczynać od zera.
W ogóle nie zakładałam, że będę tu coś robić zawodowo. Przyjechałam do Polski z dzieckiem na rękach. To moje drugie dziecko, ale w Ukrainie mamy dużą rodzinę i tata oraz mama bardzo mi pomagali, zawsze byli przy nas. Po pierwszej ciąży wróciłam do pracy po ośmiu tygodniach. Przyjeżdżałam do domu nakarmić dziecko i z powrotem do roboty. A tu zostałam z dzieckiem na wsi, bo mieszkamy pod Warszawą. Bez rodziny i bez przyjaciół. Mąż cały dzień jest w pracy, bo musi jakoś to wszystko finansowo ogarnąć. A mnie zawsze praca napędzała. Jeszcze niedawno prowadziłam maratony telewizyjne, po sześć godzin na żywo. A tu nie ma pracy i mam tylko jedno zadanie: dziecko.
Miało być spokojnie, a mnie budził dźwięk aplikacji informującej o alarmach w Ukrainie. Dzwoniłam wtedy do rodziców, przyjaciół i pytałam, czy u nich wszystko w porządku. Jeszcze z pół roku po przyjeździe do Polski miałam ustawione w telefonie te alarmy na maksymalną głośność. Prawdę mówiąc, był to chyba jeden z najtrudniejszych okresów w moim życiu.
Ale ten okres się skończył, bo została Pani naczelną serwisu dla Ukrainek w Polsce Sestry.eu.
Jerzy Wójcik, Joanna Mosiej i Ola Klich chcieli uruchomić jakościowe medium, które wspierałoby Ukrainę podczas wojny. Dominika Kulczyk początkowo zainwestowała w ten projekt. Szukali kogoś z Ukrainy, kto mógłby to pociągnąć. Zadzwoniła do mnie Joanna, Jerzego jeszcze nie znałam. Zapytała, czy mogę kogoś polecić. Powiedziałam, że oczywiście i że jestem w Polsce, a w ogóle to mam mnóstwo czasu. Spotkaliśmy się w knajpie koło „Gazety Wyborczej”. Ich pomysł mi się spodobał, tyle że ja chciałam dodać do niego trochę więcej tematyki politycznej, żeby to nie było tylko o edukacji, psychologii prawach człowieka czy projektach biznesowych, ale też o polityce.
Trudno było się Pani przestawić z dziennikarstwa telewizyjnego na pracę w medium, gdzie pracuje się głównie z tekstami pisanymi?
Zawsze dużo pisałam i lubię pisać. Od dzieciństwa piszę pamiętnik. Pisałam też scenariusze wszystkich programów, za które odpowiadałam przez sześć lat, które były nadawane w największych ukraińskich telewizjach. Nikt nie pisze mi tekstów do moich programów, zawsze to robię sama. Nie wiedziałam tylko, jak się pracuje w CMS-ie, ale to nie jest fizyka kwantowa.
Zapytam wprost: podobno nie mogła się Pani pozbyć przyzwyczajenia dziennikarzy telewizyjnych grania na swoją popularność?
Nie sądzę. Oczekiwano ode mnie, że będę liderką tego projektu. Nie wiem, czy wszystkim się to podobało, ale trudno jest zarzucać szefowi projektu, że nim kieruje i ustawia pracę innych.
To dlaczego, gdy dostała Pani propozycję z TVP kierowania redakcją Slawa TV, szybko porzuciła Pani Sestry?
Bo moja wizja rozwoju tego serwisu była odmienna od tego, jak widziała to druga część kierownictwa redakcji.
W zdobyciu stanowiska naczelnej Slawa TV pomógł Pani Michał Broniatowski, dyrektor Ośrodka Mediów dla Zagranicy Telewizji Polskiej, który uczestniczył w uruchamianiu Espreso TV?
Jestem wieloletnią dziennikarką telewizyjną, to jest moja pasja. Gdy dostałam możliwość uruchomienia kanału w Telewizji Polskiej, z zadowoleniem przyjęłam taką propozycję. Ciekawie było pracować w mediach digitalowych, współtworzyłam to małe, choć ważne medium dialogu, ale chciałam iść dalej. Michał Broniatowski zaprosił mnie na rozmowę kwalifikacyjną. W Kijowie, kiedy pracował w Espreso, widziałam go może dwa razy. Pewnie nawet kawy razem nie wypiliśmy. Na rozmowę kwalifikacyjną przyniosłam swoje CV i opowiedziałam, że zajmuję się polsko-ukraińskim dialogiem. Zresztą robiłam to jeszcze w Kijowie. Oprócz Espreso równolegle pracowałam w organizacji Ogólnoukraińskie Forum Demokratyczne. Jako menedżerka kultury organizowałam na przykład wystawy na temat obrony Kijowa przez wojska polskie i ukraińskie Petlury. Pomagałam też w organizacji wystawy „Twarze Ukrainy” w Krynicy na Forum Ekonomicznym. Były też projekty poświęcone Stanisławowi Vincenzowi, polskiemu pisarzowi, którego część twórczości dotyczyła ukraińskich Karpat.
Przy starcie Slawa TV w marcu 2025 roku TVP tłumaczyła, że zadaniem Slawa TV „jest przekazywanie polskiego i europejskiego punktu widzenia na temat procesów zachodzących w Ukrainie i na świecie”. To nie jest zadanie propagandowe?
To nie jest telewizja propagandowa, tylko kanał, który informuje Ukraińców o tym, co się dzieje w Polsce i Europie i jak wyglądają ukraińskie sprawy z perspektywy europejskiej. To jest potrzebne, ale nieobecne w dostatecznej mierze w ukraińskich mediach. Ukraiński rynek medialny się skurczył. Z powodu wojny biznes ma mniej pieniędzy, co wpływa na mniejsze możliwości mediów. Inny problem jest taki, że ukraińskie media zamknięte są w swojej bańce. Od lat widać w nich te same twarze, które wszystko komentują w podobny sposób. Trzeba otworzyć furtkę i wpuścić do ukraińskich mediów trochę powietrza. My jesteśmy tą furtką. Wnosimy w ten informacyjny kocioł opinie europejskich, amerykańskich, polskich liderów i ekspertów, ludzi kultury czy nauki.
Nie chodzi nam o newsy dotyczące walki politycznej w Ukrainie. Chcemy ukraińskiemu widzowi pokazywać i tłumaczyć na przykład polską politykę. Widz ukraiński przez wiele lat był przekonywany, że powinien wszystko wiedzieć tylko o polityce i celebrytach rosyjskich. To też mój grzech, bo na początku kariery sama takie treści dostarczałam, bo widownia tego oczekiwała. Dziś otrzymałam szansę, żeby ostatecznie zająć miejsce zwolnione przez media finansowane przez Rosję i wypełnić je opinią europejską dotyczącą rozwoju, demokracji, praw człowieka i informacji ze świata.
Śledzę ukraińskie media i nie mam wrażenia, żeby brakowało w nich informacji i komentarzy dotyczących Europy, w tym Polski.
Ale nikt w Ukrainie nie przekazuje tych informacji i opinii tak szybko jak my. W ukraińskich mediach nie ma też tylu polskich i europejskich ekspertów co u nas. Politycy, dyplomaci, eksperci z Polski, Unii Europejskiej i Zachodu w naszych programach stają się bliscy ukraińskiemu widzowi poprzez komentowanie w naszym studiu wspólnej walki z Rosją i wyzwań. Razem z nami komentują ukraińską i europejską teraźniejszość i przyszłość. W taki sposób realizujemy eurointegrację Ukrainy w informacyjnej przestrzeni, a z drugiej strony zwalczamy propagandę Rosji i jej partnerów z osi zła. Czy słyszał pan w ukraińskich mediach tylu polskich i europejskich polityków lub ekspertów co u nas?
Pojawiają się na przykład w radiu informacyjnym NV. Serwis Ukraińska Pravda ma cały, stały dział Europejska Pravda.
Fakt, radio NV i Ukraińska Pravda działają w tej niszy. Ale mają skromniejszą grupę odbiorców. Z badania Nielsena wynika, że w lutym nasze materiały w ukraińskich sieciach telewizyjnych zostały obejrzane 10,8 miliona razy, a w marcu już 22 miliony razy. To dzięki naszym partnerstwom, zwłaszcza z kanałem Espreso, który emituje nasze produkcje. Nasz poranny program ma 1,65 procent udziału w ukraińskim rynku telewizyjnym. To sporo jak na kanał informacyjny. Docieramy do ludzi też poprzez Facebook, Instagram i YouTube. Na YouTubie przez rok działalności, od marca 2025 roku, mieliśmy 144,8 miliona wyświetleń, na Instagramie 31,8 miliona, a łączne zasięgi to 318,7 miliona obejrzeń, z wyłączeniem oglądalności za pośrednictwem satelity.
Codziennie w Espreso nadawane są całe pasma Slawy. Czy to jest w porządku, że programy, które są produkowane za pieniądze polskiej telewizji publicznej i polskiego MSZ, trafiają na antenę ukraińskiej prywatnej telewizji?
Espreso otrzymuje nasz content dopiero po tym, jak zostanie najpierw wyemitowany u nas. Dzięki temu nasz produkt otrzymuje drugie życie. My nie tworzymy produktu komercyjnego ani nie zarabiamy na tym. Espreso też nie może na nim zarabiać, bo w umowie jest napisane, że nie mogą pokazywać reklam przy naszym programie. Najpierw zgłosiliśmy się do grupy ukraińskich telewizji, które po wybuchu pełnoskalowej wojny zaczęły prowadzić wspólny maraton telewizyjny. To, co jest tam nadawane, kontrolują ukraińskie władze. Po tym, jak dostaliśmy odmowę, w zasadzie nieformalną, bo nie było potwierdzenia możliwości współpracy z nami, zwróciliśmy się do Espreso, które zainteresowało się naszą propozycją. To jest układ win-win, bo oni dostają od nas content, a nam zapewniają swoją widownię, którą zdobywali przez lata. Dają kino, a my wyświetlamy w nim film. Kończymy właśnie negocjacje z inną telewizją informacyjną, 5 Kanałem.
(fot. Simona Supino, screen: magazyn „Press”, nr 05-06/2026)
To telewizja założona przez poprzedniego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenkę.
Przez pewien czas ta telewizja dostawała dotacje od Poroszenki, a teraz jest utrzymywana przez dziennikarzy i redaktorów tego kanału. To jest telewizja kojarzona z pomarańczową rewolucją z 2003 i 2004 roku po sfałszowanych przez Wiktora Janukowycza wyborach prezydenckich. Tak jak Espreso jest telewizją Rewolucji Godności, tak dziennikarze 5 Kanału byli pierwszymi i jedynymi, którzy mówili wtedy prawdę o sytuacji w Ukrainie. I transmitowali wszystko z Majdanu. Byli bici, prześladowani, były zamachy na ich życie. Wydaje mi się, że ta telewizja jest dostatecznie wartościowa, żeby z nią współpracować.
Prowadzimy też negocjacje z mniejszą, lwowską regionalną telewizją Telefakt, która jest obecna u operatorów sieci kablowych w Ukrainie. Współpracujemy z dziennikarzami serwisu „Kyiv Post”, łączymy też siły z publicznym nadawcą Suspilne. Oni biorą relacje naszych dziennikarzy, którzy opowiadają widzom Suspilne o tym, co się dzieje w polskiej polityce, w Sejmie, z miejsc najważniejszych wydarzeń, a dziennikarze Suspilne łączą się z naszymi programami i opowiadają o tym, co się dzieje w Ukrainie.
Slawa TV jest współfinansowane przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. To dlatego nie słychać u Was najmniejszej krytyki działań polskiego MSZ dotyczących chociażby Ukrainy?
Przekazujemy informacje, co się dzieje, na przykład ze wsparciem dla Ukraińców w Polsce i co dostanie ukraiński migrant po zmianie ustawy. Przedstawiamy sytuację w taki sposób, jak ona wygląda, niczego nie ukrywamy. Widz ma możliwość ocenić wszystko samodzielnie. Krytykowaniem polskiego MSZ muszą się zajmować polskie media.
Czyli kto płaci, ten zamawia muzykę?
Nie zgadzam się z tym sformułowaniem w naszym przypadku. Mamy inne cele i inne zadania. Polska dyplomacja mocno wspiera Ukrainę w walce z Rosją i Putinem. Każdego można krytykować, ale ja tu nie jestem po to. To jest jednak zadanie dla polskich mediów. Ja jako przedstawicielka ukraińskich mediów po wojnie będę krytykować ukraińskich polityków. To będzie moje zadanie. A na razie naszymi zadaniami jest walka z rosyjską propagandą i dezinformacją, europejska i euroatlantycka integracja Ukrainy, relacjonowanie tego, co się odbywa w tym kierunku.
Za to jest program „Blisko polityki, blisko świata”, w którym co tydzień miło Pani rozmawia z politykiem partii rządzącej Pawłem Kowalem.
Ten program istniał na początku jako podcast, który nagrywałam, jeszcze nie pracując w TVP. Paweł Kowal występuje w nim jako szef Rady ds. Współpracy z Ukrainą. Jeżeli mamy dostęp co tydzień do polskiego polityka, który działa na rzecz odbudowy Ukrainy, to spotykamy się z nim i pytamy, co się dzieje w sprawie odbudowy. Bo to jest dla nas ważne. Próbujemy rozmawiać też z politykami z opozycji. Spotykałam się w Brukseli z Arkadiuszem Mularczykiem z PiS. Rozmawialiśmy o wojnie i kwestiach reparacji od Rosji. Gdyby chciał do nas przychodzić co tydzień jako poseł do Europarlamentu, to chętnie poświęcilibyśmy mu nasz czas antenowy. Nie udostępniamy trybuny jedynie politykom antyukraińskim i antypolskim, a także tym, którzy chcą grać na emocjach i bolesnych kwestiach w sposób, który jest sprzeczny z budowaniem polsko-ukraińskiego dialogu.
Grzegorza Brauna nie zaprosicie?
Myślę, że Grzegorz Braun nie przyszedłby do naszego programu. Prawdę mówiąc, nie sprawdzaliśmy tego. Chociaż kiedyś prosiliśmy w jego biurze poselskim o komentarz dotyczący rosyjskiej propagandy, ale nie dostaliśmy odpowiedzi.
(fot. Simona Supino, screen: magazyn „Press”, nr 05-06/2026)
MARIA GÓRSKA – Pochodzi z Kijowa. W dzieciństwie czasowo mieszkała w Polsce. W latach 90. wystąpiła w filmie dokumentalnym swojego ojca „Częstochowa miasto miłości” o pielgrzymce do Częstochowy, w którym pytała pątników i duchownych, czym jest miłość. Zagrała też w filmie obyczajowym „Córy szczęścia” (premiera w 1999 roku) w reżyserii Márty Mészáros. W 2005 roku ukończyła studia historyczne na Kijowskim Uniwersytecie Narodowym im. Tarasa Szewczenki. W latach 2006–2007 była związana z kijowską agencją reklamową Media Region. Od kwietnia 2007 roku pracowała w domu produkcyjnym Studio Pilot – najpierw jako asystentka, później autorka i dziennikarka, a od 2009 roku – redaktorka naczelna programów telewizyjnych. W latach 2012–2013 była związana z kanałem TVi (asystentka reżysera, redaktorka naczelna programu porannego i dyrektorka programowa). Od października 2013 roku była dziennikarką ukraińskiej telewizji informacyjnej Espreso TV, gdzie prowadziła programy i objęła stanowisko dyrektorki programowej. Na początku 2023 roku została redaktorką naczelną serwisu Sestry.eu. We wrześniu 2024 roku rozpoczęła pracę przy przygotowywaniu ukraińskojęzycznego pasma Slawa TV, działającego w ramach Ośrodka Mediów dla Zagranicy Telewizji Polskiej.
W Slawa TV prowadzi Pani też program publicystyczny „Centrum Europy z Marią Górską i Witalijem Portnikowem”, podobny do tego, który robiliście w Espreso w „Sobotnim Politklubie”. Nie za dużo tego Portnikowa u Was?
Gdy zaczęłam tworzyć tę redakcję, zaprosiłam Witalija do współpracy, bo ma olbrzymią wiedzę o Polsce i Europie. Wspólnie wymyśliliśmy ten program, żeby przedstawiać sprawy polsko-ukraińskie i to, jak widzimy miejsce naszych krajów w Europie i na ile jest ważne nasze partnerstwo. Program jest nadawany raz w tygodniu.
Ile osób pracuje w Espreso, a ile w Slawa TV?
Ile jest teraz osób w Espreso, nie wiem. Gdy tam pracowałam, było ich więcej niż sto. Natomiast w Slawie pracuje około 45 osób, razem z montażystami i polskimi specjalistami od spraw technicznych.
Czym ukraińscy dziennikarze różnią się od polskich?
Prawdę mówiąc, ostatnio mało myślę o takich rzeczach. Muszę dbać o swoją redakcję i pracujących w niej ludzi. Na przykład jest u nas dziennikarka, która wywiozła dziecko spod ostrzału rakietowego. Z powodu traumy jej dziecko ma problemy z rozwojem, a ona musi codziennie chodzić do pracy i dobrze ją wykonywać. Od początku pełnoskalowej wojny ja i moi koledzy przestaliśmy dbać o wolny czas, myśleć o weekendach. Nawet śmialiśmy się, że co mielibyśmy robić, jak nie jesteśmy w pracy, iść na salę gimnastyczną, gdy do twojego domu przyszła wojna? Z drugiej strony ta wojna trwa już piąty rok i można zwariować, jeżeli tylko siedzi się w pracy.
Gdy jest ciepło, przed knajpami w centrum Kijowa trudno znaleźć wolne miejsce. Do wojny można się przyzwyczaić?
Czasami wydaje się, że jest normalnie, a potem jest alarm i atak. Wiele zależy od osobowości i psychiki indywidualnego człowieka. Ludzie reagują w ten sposób, że skupiają się na niebezpieczeństwie, gdy ono staje się większe.
W redakcji staramy się jeździć do Ukrainy, żeby nie przestać czuć naszego kraju. Jeździmy do naszych domów. Za każdym razem się zastanawiam, czy mam jechać tam z dziećmi, czy bez nich. Ostatnio próbowałam zostawiać dzieci z mężem, ale to nie był najlepszy pomysł. W Kijowie, gdy zaczyna się alarm, moja trzyletnia córeczka biega po mieszkaniu, załamując rączki, i krzyczy: „O Boże, Boże!”. Nigdy wcześniej nie mówiła takich słów. Serce rozrywa mi się wtedy na kawałki. Jednak i tak wracamy na tę wojnę.
Ciekawy jestem, jak ocenia Pani postawę ukraińskich polityków po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji.
Najważniejsze, że w Ukrainie nastąpiło oczyszczenie zarówno mediów, jak i polityki od agentów rosyjskich. Ja zawsze byłam krytyczna wobec władzy. Kiedyś na konferencji prasowej prezydenta Zełenskiego zapytałam go o czystość procesu wyborczego w obwodzie iwanofrankowskim. Moje pytanie wywołało ostrą reakcję Zełenskiego, co pokazały wszystkie ukraińskie telewizje. Skutki tego pytania odczuwam do dziś. W ubiegłym roku nie dostałam akredytacji na konferencję w Rzymie z udziałem naszego prezydenta na temat odbudowy Ukrainy. Przyjechałam do Rzymu, bo trudno mi było sobie wyobrazić, że nie wpuszczą szefowej redakcji ukraińskiej TVP na wydarzenie dotyczące odbudowy Ukrainy, czyli temat, którym często się zajmujemy w Slawa TV. Później ukraińscy dyplomaci tłumaczyli mi, że problem z akredytacją powstał z powodu jakiegoś zamieszania i bałaganu. Ale trudno mi uwierzyć w takie przypadki. Jednak w sytuacji, gdy nasze państwo walczy o swoje istnienie, w Ukrainie obowiązuje nieoficjalne porozumienie między dziennikarzami, że nie krytykuje się prezydenta, bo podczas wojny lepszego nie mamy. Mamy takiego, jakiego mamy. On reprezentuje Ukrainę na arenie międzynarodowej i dość dobrze mu to idzie.
Spodziewała się Pani tak ogromnej popularności wśród „polskich patriotów”? Gdy zobaczyli Pani zdjęcia, na których widać było czarno-czerwone flagi, skrajnie prawicowe serwisy pisały: „Skandal w TVP »Slawa TV«. Dyrektor kanału propaguje banderyzm”.
Byłam oskarżana o coś, co nie odpowiada moim poglądom ani temu, co robię. Zdjęcia zostały zrobione na akcji wsparcia Petra Poroszenki pod Sądem Peczerskim w Kijowie, a ja relacjonowałam, co się tam dzieje. Były tam różne flagi. Te flagi dziś stoją na wszystkich ukraińskich cmentarzach wojskowych, bo pod nimi walczą i umierają ukraińscy żołnierze, myśląc o historycznej ciągłości walki z Rosją, a nie o antypolskich sprawach.
Pani znajomi i znajome z Sestry.eu czy Slawa TV często spotykają się w Polsce z niechęcią tylko z tego powodu, że pochodzą z Ukrainy?
Wie pan, żyjemy tu w bańce i częściej komunikujemy się z ludźmi z mediów, kultury, poważnej polityki. Z większością z nich mamy wspólne wartości i się dobrze rozumiemy. Kiedyś z koleżanką, z którą razem wymyślamy programy, poszłyśmy coś zjeść do centrum handlowego. Jechałyśmy ruchomymi schodami i rozmawiałyśmy po ukraińsku. Nagle facet wykrzyknął „Czy panie są z Ukrainy?”. Trochę się spięłyśmy, bo słychać o różnych historiach, że kogoś nie wpuszczono do autobusu, że ludzie reagują na nas w różny sposób. Odpowiedziałyśmy, że tak, jesteśmy z Ukrainy, i już byłyśmy gotowe do walki. A ten pan zaczął krzyczeć: „Putin chujło!” i „Witamy w Polsce!”. To centrum handlowe jest blisko dworca kolejowego i on chciał nas przywitać, bo myślał, że dopiero co przyjechałyśmy.
Jak i kiedy skończy się ta wojna?
Nikt tego nie wie, bo to zależy od decyzji przywódców kraju, który jest kierowany przez służby specjalne i ma broń atomową. My możemy tylko walczyć i spodziewać się przełomu, który może nastąpić pod pewnymi warunkami. Pierwszy to wsparcie od naszych partnerów, większe niż obecnie. Drugi to działania ukraińskiej armii i specjalistów od technologii dronowych na polu walki. Ten drugi warunek wypełniamy.
A gdy wreszcie wojna się skończy, wróci Pani do Kijowa czy zostanie z nami?
Przed wojną mieszkaliśmy w Kijowie i byliśmy szczęśliwi. Mąż narzeka, że trzeba będzie wrócić do domu. Tylko że ja nie do końca już wiem, gdzie jest nasz dom. I Kijów, i Warszawa są dla nas domem. Może więc tak już zostanie na zawsze, że będziemy mieszkali między dwoma krajami. Byle tylko były wolne.
***
Ta rozmowa Mariusza Kowalczyka z Marią Górską pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 05-06/2026. Teraz udostępniliśmy ją do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Poczobutem, zmiany w Tok FM i odzyskiwanie mediów na Węgrzech
Mariusz Kowalczyk











