Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Lipiec 31, 2020

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Zabawa w głuchy telefon

Dziennikarzy, z którymi rozmawiamy, najbardziej bulwersuje to, że prawo do informacji publicznej łamią instytucje, które powinny go strzec (fot. Jakub Kaminski/East News)

Doszło do tego, że zadawanie pytań przez dziennikarza prokuratorowi bywa traktowane jak przestępstwo. W masowym łamaniu prawa do informacji publicznej prym wiodą państwowe instytucje, które powinny stać na jego straży.

Tekst pochodzi z magazynu "Press" 03-04/2020. Udostępniamy go bezpłatnie na tydzień.

Tak, wypycham pana, proszę wyjść! – zastępca prokuratora rejonowego w Nysie Sebastian Litwin wyrzuca z sekretariatu Marcina Miłkowskiego – dziennikarza, redaktora i dyrektora Regionalnej Telewizji Opolskie. Krótko potem inny prokurator rejonowy Sebastian Biegun żąda od filmującego, by opuścił także poczekalnię. Pustą. – Czyli nie wychodzi pan?! – Biegun dopytuje nerwowo, dodając, że dziennikarz „zakłóca czynności”. Wezwana policja nie usuwa Miłkowskiego, bo – jak przyznaje – w ogólnodostępnych pomieszczeniach każdy może przebywać. Materiał RTO z 24 września 2019 roku pt. „Dowody wpadły pod dywan” można zobaczyć na YouTube.

Ciekawie robi się później. Na wniosek prokuratora policja wszczęła postępowanie wobec dziennikarza z Kodeksu ds. wykroczeń z art. 51 par. 1 („karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny podlega, kto krzykiem, hałasem, alarmem lub innym wybrykiem zakłóca spokój, porządek publiczny”). Gdy zainterweniował rzecznik praw obywatelskich, okazało się, że prokurator Biegun złożył także zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez dziennikarza z art. 193 Kodeksu karnego, czyli naruszenie miru domowego. I wskazał sytuację, w której dziennikarz nie opuścił sekretariatu na wezwanie. Miłkowski dokładnie ma wyliczone w nagraniu, że przebywał tam 35 sekund po pierwszej prośbie Bieguna o opuszczenie. W tym czasie zadawał pytania.

Skąd ta reakcja prokuratorów? Dziennikarz zapytał, dlaczego odmówili wszczęcia dochodzenia wobec trzech ważnych lokalnych polityków mimo twardych dowodów w ich sprawie. Miłkowski opisał w RTO, że byli urzędnicy starostwa w Nysie bezpodstawnie pobrali po 758,3 zł diety każdy na wizytę w armeńskim Talinie w kwietniu 2018 roku.

W rozmowie z „Press” prokurator Biegun nie chciał ujawnić, dlaczego nie odpowiedział na pytania dziennikarza. Rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Opolu Stanisław Bar także odmówił udzielenia informacji, zasłaniając się postępowaniem. To prowadzone jest w tzw. sprawie. Na razie. Półtora miesiąca po interwencji prasowej RTO Sąd Rejonowy w Nysie nakazał prokuraturze wszczęcie umorzonego postępowania w sprawie bezpodstawnie pobranych diet.

„Działania prokuratury można odbierać jako próbę wywołania tzw. efektu mrożącego wśród dziennikarzy” – tak sytuację ocenił rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar. Dodał, że współpraca z mediami jest „obowiązkiem prokuratury jako organu władzy publicznej”.

W świetle zebranych przez „Press” faktów to ostatnie wydaje się nieaktualne.

DROGA PRZEZ MĘKĘ

Nieudzielanie odpowiedzi na pytania dziennikarzy, także w trybie dostępu do informacji publicznej, wysyłanie odpowiedzi wymijających lub długo po terminie to w tej chwili standardowe postępowanie. – Absolutna norma – podkreśla Bartosz Węglarczyk, redaktor naczelny Onetu.

– Z milczeniem mamy do czynienia bez przerwy – dodaje Vadim Makarenko, twórca i wydawca serwisu BIQdata zbierającego dane. – Wysyłamy pytania tylko pro forma, by wykazać to w sądzie. Już nie mamy nadziei, że dostaniemy odpowiedź – mówi Mariusz Gierszewski, ostatnio dziennikarz śledczy Radia Zet (z końcem lipca odszedł z dziennikarstwa - przyp.red.).

O tym, że dziennikarze OKO.press na każdym kroku spotykają się z łamaniem przepisów Ustawy o dostępie do informacji publicznej (UDiP), już w 2016 roku pisała wicenaczelna portalu Bianka Mikołajewska.

Mateusz Ratajczak z Money.pl szacuje, że aż w 80 proc. przypadków nie dostaje w ogóle odpowiedzi na pytania. Podobnie skalę zjawiska oceniają Izabela Kacprzak i Grażyna Zawadka – dziennikarki „Rzeczpospolitej”, które ujawniły ostatnio aferę mafii VAT w Ministerstwie Finansów.

Ewa Ivanova z „Gazety Wyborczej” i Vadim Makarenko uważają, że aż 90–95 proc. wysłanych pytań pozostaje bez odpowiedzi. – Urzędy udają, że nie było pytania – mówi szef BIQdata.

NA BERDYCZÓW

To, że te szacunki nie są przesadzone, potwierdzają wyliczenia Wojciecha Cieśli. W jego Fundacji Reporterów przygotowują raport na temat wydatków władzy na media, m.in. w Polsce. Wysłali identyczne pytania do 18 ministerstw i kancelarii premiera. Trzy instytucje odpowiedziały w miarę szybko, choć po ustawowych dwóch tygodniach. Pozostałe 16 – ok. 84 proc. – wysłało e-mail z odpowiedzią nie na temat lub frazą „brak interesu społecznego”. – Jeśli uważają cię za opozycyjne media, to pisz na Berdyczów – komentuje Cieśla.

Jeśli po wielu monitach i miesiącach dziennikarz wyprosi odpowiedź, to jest to kilkuzdaniowa, ogólnikowa wrzutka. – Wyciągnięcie istotnych informacji oficjalną ścieżką to obecnie droga przez mękę – stwierdza Mateusz Ratajczak z Money.pl. Nie przypomina sobie, aby w 2019 roku od jakiejkolwiek instytucji otrzymał odpowiedź na wszystkie pytania.

Rozmówcy „Press” są zgodni, że sytuacja po dobrej zmianie pogorszyła się. – Różnica jest jak dzień do nocy– uważa Ivanova. – Kiedyś instytucje dbały o ustawowe terminy. Nie przypominam sobie, by ktoś nam wtedy odmówił, spóźnił się z odpowiedzią bądź przemilczał pytania – twierdzi Izabela Kacprzak. Nawet w przypadku pytań niewygodnych odpowiedzi nadchodziły.

Bartosz Wilk, prawnik i członek zarządu Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska, zaznacza, że za rządów PO–PSL mieli masę spraw, ale nie były one tak jaskrawe jak obecnie.

– W ostatnich czterech latach regres jest zdecydowany – potwierdza zjawisko Wojciech Klicki, prawnik Fundacji Panoptykon, która specjalizuje się w pozyskiwaniu informacji publicznych od policji i służb specjalnych.

Instytucje tak często nie odpowiadają na wnioski w trybie dostępu do informacji publicznej, że Watchdog Polska mógłby złożyć w sądach aż 1,5 tys. skarg.

OMIJANIE PRAWA

Dziennikarzy, z którymi rozmawiamy, najbardziej bulwersuje to, że prawo do informacji publicznej łamią instytucje, które powinny go strzec. – Prokuratura dewastuje swoimi decyzjami prawa obywateli i mediów – uważa Ivanova. Wśród trzech najgorszych instytucji pod względem dostępu do informacji publicznej prym wiedzie Prokuratura Krajowa. – Arogancko ignorują prawo do informacji – uważa Ivanova. Odmawiają podania, kim jest prokurator prowadzący, ujawnienia umów z firmami, najmu budynków, zlecenia z wykonawcami, prawomocnych orzeczeń poddanych anonimizacji... – To są informacje publiczne, jest na to orzecznictwo sądowe – przekonuje dziennikarka „GW”.

Drugie w antyrankingu jest Ministerstwo Obrony Narodowej, które jeśli w ogóle, to odsyła bezimienne odpowiedzi często podpisywane: Centrum Operacyjne MON. W latach 2016–2019 złożono dziewięć skarg na odmowę udostępnienia informacji publicznej przez MON, nie licząc skarg na bezczynność.

Ostatnią pozycję na podium ma Trybunał Konstytucyjny. Dziennikarze „GW” mówią, że wysyłając pytania, mają pewność, że nie będzie odpowiedzi. – Do nas czasem przychodzi, ale na przykład po półtora miesiąca, a więc nieaktualna, niepotrzebna, w dodatku ogólna – dodaje z kolei Izabela Kacprzak z „Rzeczpospolitej”.

W gronie liderów jest też Polska Fundacja Narodowa. – Zatrudnili dobrych prawników, by sprawy o udostępnienie informacji przedłużać – twierdzi Bartosz Wilk. Gdy Maciej Kunert z Konkret24.pl zapytał PFN o to, ile komu i za co płaci fundacja, ta odmówiła, twierdząc, że jest podmiotem prywatnym i niczego nie musi ujawniać. PFN powstała z inicjatywy i za pieniądze rządu i 17 spółek skarbu państwa. Jak wyliczył Konkret24.pl, PFN przegrała w sądzie 9 z 10 spraw dotyczących jawności, dwa razy nałożono nań grzywny 1–2 tys. zł za bezczynność z rażącym naruszeniem prawa.

Według naszych rozmówców rzadko odpowiadają także: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, Kancelaria Sejmu, rzecznicy dyscyplinarni sędziów i spółki skarbu państwa. – To państwo w państwie. Nie ma szans na uzyskanie od nich informacji, na co wydają pieniądze – o tych ostatnich mówi Wojciech Cieśla. Do czołówki należy też Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego („nie możemy, nie będziemy komentować”). Ta agencja, jak mówi Klicki, za „zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa” uznaje nawet podanie statystyk dotyczących podsłuchiwania obcokrajowców. Sądy już orzekały, że to informacja publiczna.

Jedynym dziennikarzem, któremu w rozmowach z „Press” zdarza się pochwalić za odpowiedzi „dosyć szybkie, choć nie zawsze precyzyjne i często niepełne”, jest Wojciech Czuchnowski, dziennikarz śledczy „Gazety Wyborczej”. Chwali na przykład Stanisława Żaryna – rzecznika ministra-koordynatora służb specjalnych. Jak to możliwe? Czuchnowski szacuje, że na 10 wysłanych zapytań dostaje osiem odpowiedzi: trzy precyzyjne, trzy nie na temat, a dwie z lakonicznym: „Nie możemy odpowiedzieć na pytania”. Skuteczność wynosi więc... 30 proc. – Dwa lata temu było jeszcze gorzej, bo stosowano wobec mnie taktykę głuchego telefonu, brak jakichkolwiek reakcji – opisuje.

Redakcja „Press” także wysłała zapytania w trybie dostępu do informacji publicznej do ABW, MON, Kancelarii Sejmu czy kancelarii premiera. Pytaliśmy m.in. o to, czy nie odpowiadają na wnioski o dostęp do informacji publicznej, czy w ciągu ostatnich czterech lat ktoś wytoczył im proces z powodu łamania dostępu do informacji publicznej i czy ktoś poniósł za to odpowiedzialność. Z ośmiu instytucji w ustawowym terminie odpisało nam aż sześć. Ale zazwyczaj nie udzielają żadnych informacji. Prokuratura Krajowa odpowiedziała na jedno, mało istotne pytanie i uznała, że odpowiedź na resztę jest „bezprzedmiotowa”. ABW najpierw wezwała nas do „wykazania interesu publicznego w uzyskaniu wnioskowanych odpowiedzi” – to jedna z częstszych wymówek. Wykazaliśmy go, wskazując na interes społeczny. Mimo to ABW odmówiła udostępnienia informacji, załączając trzy strony prawniczej argumentacji. Kancelaria Sejmu przysłała dwuzdaniową, szczątkową odpowiedź na dwa z siedmiu pytań. Resztę zignorowała. Jedynie MON i Ministerstwo Zdrowia odpowiedziały na większość pytań. Choć zazwyczaj ogólnikowo. MZ przyznało, że w ciągu czterech lat z tytułu ustawy o dostępnie do informacji publicznej wytoczono im 31 spraw, ale już nie chciało napisać, ile z tego przegrało. Skuteczność? Uzyskaliśmy mało konkretne odpowiedzi na ok. 15–20 proc. zadanych pytań.

Press

Operatorzy filmują specjalne 9. posiedzenie Sejmu IX kadencji (Fot. Jakub Kaminski/East News)

ZWŁOKA

Instytucje stosują całą litanię wymówek i trików, które mają utrudnić pracę dziennikarzom, jak choćby: informacja złożona, wymaga pracy, proszę zaczekać dwa miesiące. Potem proszą o kolejne dwa, a na koniec odmawiają lub milkną. – W ten sposób Kancelaria Sejmu zwlekała z odpowiedzią na pytania dotyczące, kto i za ile wykonuje dla nich ekspertyzy prawne. Odpowiedź dostałem dopiero po pięciu miesiącach – podaje przykład Mateusz Ratajczak z Money.pl.

Prokuratura Krajowa odmówiła Ewie Ivanovej dostępu do akt prawomocnie zakończonego postępowania, czyli już jawnego, ws. prokuratora Krzysztofa Parchimowicza. Bo – jak uzasadniali – „w każdej chwili śledztwo może zostać wszczęte”.

Gdy BIQdata chciała uzyskać raport o Airbnb przygotowany na zlecenie Urzędu Miasta Warszawy, usłyszała: „Nie możemy udostępnić, bo nie wiadomo, jakie wnioski wyciągnie dziennikarz”. Kiedy w lipcu 2016 roku OKO.press zapytało MON o zadośćuczynienia dla ofiar katastrofy smoleńskiej, zamiast odpowiedzi dostało zawoalowaną groźbę: „Jesteśmy w trakcie sprawdzania statusu prawnego Państwa instytucji”. Fundacja Lux Veritatis odmówiła odpowiedzi Watchdog Polska o tym, jak wydatkowała uzyskane fundusze publiczne, bo według nich ta organizacja ma powiązania z podmiotami międzynarodowymi „o nie w pełni transparentnej proweniencji”.

Dziennikarzom krakowskiego dodatku „GW” wiceprezesi Sądu Okręgowego zamknęli aż na 70 lat dostęp do akt sprawy, która toczyła się między Marianem Banasiem, szefem Najwyższej Izby Kontroli, a jego wspólniczką o pieniądze za kamienicę, która stała się po latach powodem jego kłopotów. Prezesi sądu mianowani przez Zbigniewa Ziobrę powołali się na ustawę o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach. Ta dotyczy akt, które są źródłem informacji o wartości historycznej. Sprawa kamienicy Banasia była banalna, cywilna, zakończona przed kilku laty.

Polska Żegluga Morska przebiła wszystkich. Anita Wirwicka z Onetu wysłała pytania o dwie jednostki, które spółka podległa PŻM po wyremontowaniu za kilka milionów złotych przekazała innej firmie. W grę wchodził też nepotyzm lokalnych polityków PiS. „Ma Pani doskonałą wiedzę o naszej firmie, więc dalszych informacji nie będziemy już udzielać” – odpisał dziennikarce Krzysztof Gogol, rzecznik Grupy PŻM.

SPALENI TEMATEM

Inny sposób to odmawianie odpowiedzi na pytania i reakcja po publikacji. Instytucje wtedy twierdzą, że to kłamstwo, że dostały mało czasu na odpowiedź. – Piszą, że tekst jest niemerytoryczny, nierzetelny, nieobiektywny i że nie zapytaliśmy o ich stanowisko – opisuje Piotr Kozanecki, szef działu wiadomości w Onecie. Izabela Kacprzak dodaje, że odmawiający liczą, iż tekst się nie ukaże, a jeśli już, to z jakimś błędem i wtedy będzie można ośmieszyć redakcję.

Groźniejszą taktyką jest „palenie tematu”. Informator „Newsweek Polska” opisywał to tak: „Kiedy do ministerstwa lub spółki skarbu państwa trafiają niewygodne pytania, siada się przy biurku i ustala strategię. Gdy rzecz może okazać się duża, a pytania dziennikarzy trafione, idzie się do zaprzyjaźnionych mediów, żeby rozbroić temat”. Jeszcze przed publikacją tego, który zadawał pytania. – To także węgierska taktyka – zauważa Wojciech Cieśla, który razem z Jakubem Korusem opisał to zjawisko w „Newsweeku”. Podali m.in. trzy przypadki palenia tematów przez „Super Express”. Kiedy „GW” przygotowywała artykuł o tym, że Daniel Obajtek, ówczesny szef PKN Orlen i działacz PiS, został właścicielem zabytkowego pałacyku, a Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przyznało mu dotację na zrujnowany dworek, w „SE” ukazał się tekst o dobroczynnej działalności Obajtka. Tłumaczono, że kupił budynek, by tam leczyć dzieci.

Kiedy „Gazeta Wyborcza” przed publikacją listów Jakuba Rudnickiego – głównego oskarżonego w aferze reprywatyzacyjnej – wysłała pytania do szefów służb specjalnych: Michała Kamińskiego, Macieja Wąsika i Ernesta Bejdy. Zamiast odpowiedzi następnego dnia w portalu Wpolityce.pl ukazał się tekst, który ujawnił, iż „Wyborcza” przygotowuje materiał na podstawie „insynuacji Rudnickiego”. W artykule wypowiada się rzecznik Kamińskiego Stanisław Żaryn, do którego także trafiły pytania, a który kiedyś pracował właśnie w portalu Jacka i Michała Karnowskich. – Ja pytań jednych dziennikarzy nie przekazuję innym, bo to jest wbrew etyce zawodowej – zarzeka się Żaryn w rozmowie z „Press”. Nie potrafił wytłumaczyć, jak to się stało, że pytania z „GW” wysłane do niego poznała redakcja Wpolityce.pl.

Nazwisko Żaryna przewija się w kilku innych przypadkach palenia tematu. Marcin Wyrwał opisywał kwestię zatrzymania Ihora Mazura – ukraińskiego aktywisty – przez polskich pograniczników. W sobotę 9 listopada ub.r. o godz. 18:14 skontaktował się z Żarynem z prośbą o komentarz w tej kwestii. Odpowiedzi nie otrzymał, za to pół godziny później na stronie internetowej TVP Info pojawiła się informacja, iż zatrzymany Mazur był „członkiem radykalnej banderowskiej organizacji”. Onetowi częściej zdarzało się, że od wysłania pytań do kontrpublikacji w prorządowym medium – Wpolityce.pl, TVP, PAP – mijały ledwo godziny.

Dlaczego to groźna metoda? – Pierwsza publikacja narzuca retorykę i to my musimy zareagować na ich narrację – tłumaczy Bartosz Węglarczyk. Wojciechowi Cieśli takie spalenie tematu zablokowało publikację materiału o nieruchomościach Obajtka.

Jeden z redaktorów dużego medium poważnie zastanawia się, czy niektórym instytucjom nie przestać zadawać pytań przed publikacją. – Sytuacja jest na tyle absurdalna, że może trzeba zawiesić normalne procedury – tłumaczy. Czuchnowski doskonale to rozumie. Po historii z Rudnickim ujawnionej w portalu Karnowskich „GW” zadawała już dalsze pytania ale… na łamach gazety.

Press

Screen Wyborcza.pl

RÓWNI I RÓWNIEJSI

„Elementem pisowskiej dobrej zmiany (...) jest odcięcie od informacji dziennikarzy, którzy nie są związani z mediami przychylnymi rządowi” – już w 2016 roku nie miała wątpliwości Bianka Mikołajewska.

Ewa Ivanova, która pracowała kiedyś w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, dopiero gdy przeszła do „Gazety Wyborczej”, odczuła, jak bardzo instytucje państwowe ignorują dziennikarzy. – Nie wykluczam, że jest czarna lista mediów, które nie dostają informacji – uważa.

OKO.press dotarło do wewnętrznej korespondencji Joanny Stempień-Rogalińskiej z Centrum Informacji TVP do dziennikarzy TVP z zaleceniami, co zrobić z pytaniami od Jakuba Stachowiaka z OKO.press: „w tym przypadku nie możemy pozwolić sobie na nadmierną szczerość. To nie jest życzliwy dziennikarz”. – To znaczy, że instytucje oceniają nadawców pytań. Są równi i równiejsi – komentuje Bartosz Wilk.

Gdy Mariusz Gierszewski w październiku 2019 roku pisał o wynajmowaniu trzech pięter apartamentowca przez Ministerstwo Zdrowia za 18 mln zł, mimo iż wyremontowany budynek resortu stoi pusty, na wysłane pytania nie dostał odpowiedzi. – Informator uprzedził, że biuro prasowe dostało dyspozycję, by mi nie odpowiadać – twierdzi Gierszewski. Ostatecznie odpisali, ale już po wyborach. Już wcześniej informatorzy Gierszewskiego mówili o odgórnych wytycznych dla biur prasowych – mają opóźniać odpowiedzi. – Ten mechanizm jest przyjęty jako sposób działania – przekonuje dziennikarz Zetki.

Informator Bartosza Chyża także twierdził, że w Ministerstwie Zdrowia przed wyborami urzędnicy dostali ustne dyspozycje maksymalnego wydłużania terminów na udzielenie odpowiedzi. Standardowe dwa tygodnie mieli przeciągać do 60 dni, a potem odmawiać. – Miał tego dokonać wiceminister Janusz Cieszyński. Nie udało mi się tej informacji potwierdzić w innym źródle – zaznacza Chyż. – Ja takich decyzji nie wydawałem – w rozmowie z „Press” zaprzecza wiceminister Janusz Cieszyński.

Zapytaliśmy też szefa „Wiadomości” TVP Jarosława Olechowskiego, czy jego dziennikarzom instytucje publiczne odmawiają dostępu do informacji publicznej. Nie wiedział. Obiecał zapytać. Prosił, by oddzwonić. I już nie odebrał telefonu.

Do Watchdog Polska, który pomaga mediom w sądowych bataliach o dostęp do informacji publicznej, nigdy w ostatnich latach nie zgłosiły się media prorządowe. Za to one same mają wielki problem z udzielaniem informacji publicznej. Watchdog wytoczył im wiele spraw – Polskiemu Radiu choćby o praktyki nagradzania pracowników. Najwięcej jednak spraw dotyczy TVP. Bartosz Wilk wysyła listę pięciu przypadków, w których organizacja wygrała z publiczną TV o udostępnienie informacji publicznej i mimo to nie uzyskał odpowiedzi. To były wnioski m.in. o koszty produkcji „Korony królów”, organizacji sylwestra TVP, skład i koszty delegacji na mundial w Rosji, raporty Netii dowodzące, iż oglądalność TVP rośnie. Centrum Informacji TVP odpisało „Press”, że wszystkie te wyroki zostały wykonane. – Po skargach o „bezczynność” TVP zajęła się tymi sprawami, wysyłając na nasze wnioski decyzje odmowne – Bartosz Wilk precyzuje, jak TVP wykonała wyroki.

TRIKI

– Skala traktowania nas per noga jest tak duża, że nie jesteśmy w stanie z tym walczyć – uważa Ivanova. A jednak dziennikarze znajdują sposoby i siły. Kierując pytania, w „GW” proszą o odpowiedzi do konkretnej godziny określonego dnia. Zaznaczają, że w razie ich nieudzielenia „państwa stanowisko opublikujemy w dalszej części materiału”. – Sądy uznają, że ze strony redakcji nastąpiło dopełnienie obowiązków – mówi Czuchnowski. „GW” podaje też datę przygotowywanej publikacji, tak więc pytani mają świadomość, że brak ich odpowiedzi nie zablokuje publikacji materiału. Gdy redakcja nie dostaje odpowiedzi, pytania publikuje w ramce przy tekście. Często po publikacji odpowiedzi nagle się znajdują. Skutecznym trikiem jest też powoływanie się w pytaniach na dokumenty, które są w posiadaniu redakcji. Przez lata spółka Srebrna – pośrednio kontrolowana przez PiS – nie odpowiadała na pytania „Gazety Wyborczej”. W październiku 2018 roku przed publikacją tekstu „Deweloper Kaczyński”, który ujawniał plany budowy dwóch wież, „GW” zapytała o nie Srebrną, powołując się na dokumenty i sygnatury. Srebrna odpowiedziała szybko i szczegółowo. Pierwszy raz.

Dziennikarze mówią, że warto też pójść do sądu, choć sprawy potrafią się ciągnąć latami. W połowie 2018 roku Watchdog Polska opublikował ranking najdłużej trwających spraw, które prowadzi – miały wtedy po trzy–cztery lata. Do teraz od 2015 roku ciągnie się sprawa z Kancelarią Prezydenta, która nie chce ujawnić ekspertyz prawnych w kwestii sporu wokół TK. Panoptykon od stycznia 2014 do listopada 2019 roku walczył ze Służbą Kontrwywiadu Wojskowego, która nie chciała podać, ile razy pobierała billingi Polaków w 2013 roku. Organizacja pozarządowa przegrała.

– Ostatnio orzecznictwo sądów poszło w kierunku ograniczenia jawności – alarmuje Klicki z Panoptykonu. Wojewódzki Sąd Administracyjny np. akceptuje stanowisko służb mundurowych, że ze względu na „wojnę na Ukrainie” lub inną sytuację międzynarodową prawo do informacji publicznej podlega ograniczeniu. Panoptykon ma już trzy takie wyroki. Naczelny Sąd Administracyjny je podtrzymał. Nic dziwnego więc, że wielu doświadczonych dziennikarzy (np. Czuchnowski, Cieśla, Kacprzak, Zawadka), a czasami całe redakcje (np. Onet) nie chodzą do sądu w sprawach łamania prawa dostępu do informacji publicznej. – Nie mamy na to czasu – mówią.

NAGRADZANI

Łamanie tego prawa uchodzi płazem niemal zawsze. Ivanova: – Czują się bezkarni, są bezczelni, aroganccy.

Żaden z dziennikarzy, z którymi rozmawialiśmy, nie przypomina sobie, żeby jakikolwiek urzędnik poniósł odpowiedzialność za łamanie prawa do informacji publicznej. Bywa dokładnie odwrotnie. Kancelaria Sejmu złamała ustawę o dostępie do informacji publicznej i zignorowała prawomocne wyroki nakazujące ujawnienie nagrań z obrad Sejmu w Sali Kolumnowej w nocy z 16 na 17 grudnia 2016 roku czy list poparcia dla sędziów w nowej Krajowej Radzie Sądownictwa. Mimo to Agnieszka Kaczmarska, szefowa Kancelarii, tylko w pierwszej połowie 2019 roku otrzymała 31 tys. zł premii. Dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka, który wielokrotnie okłamywał dziennikarzy w sprawie lotów Kuchcińskiego, pozostał na stanowisku. Przez 11 miesięcy 2019 roku Kancelaria wypłaciła pracownikom 3,5 mln zł premii.

GORSZY SORT

Politycy rządzący idą dalej – pozbawiają nieprzychylne sobie media możliwości uzyskiwania informacji także na wydarzeniach publicznych. W maju 2018 roku na konferencji prasowej premierów Mateusza Morawieckiego i Viktora Orbána pytania mogli zadawać tylko dziennikarze mediów rządowych. W listopadzie 2019 roku TVN i „GW” wyrzucono z konferencji z udziałem arcybiskupów Sławoja Leszka Głódzia i Marka Jędraszewskiego. Wydarzenie było realizowane z funduszy publicznych i dotyczyło... godności człowieka.

Ivanova: – Oni dają nam odczuć, że jesteśmy gorszym sortem dziennikarzy.

Zauważa, że dyskryminowanie jednego z mediów jest rażącym złamaniem prawa prasowego. Przyszłość? Kacprzak: – Będzie tak samo źle. Rząd i ich instytucje zobaczyli, że nie ponoszą konsekwencji.

Gierszewski: – Będzie jeszcze gorzej, bo stosowana przez nich taktyka się sprawdza.

Krzysztof Boczek

Pozostałe tematy weekendowe

Twórcy „Roju” zbierają i chcą się dzielić
Zbigniew Parafianowicz - Czytam, słucham, oglądam
„Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę"
* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.