Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Listopad 29, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

O krok za fejkiem

Jak się okazuje, pieniądze na uruchomienie serwisu fact-checkingowego nie są takim problemem jak jego stworzenie i utrzymanie.

Dzieci od urodzenia do czwartego roku życia będą miały się bawić w lekarza. Dla starszych, do szóstego roku, przewidziana jest »masturbacja w dzieciństwie«. Potem, do czasu aż dziecko stanie się dziewięciolatkiem: »antykoncepcja, seks w internecie, autostymulacja, język seksualny, zrozumienie akceptowalnego współżycia«” – przestrzegał na Twitterze prezes Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski. Paweł Kukiz straszył „masturbacją zamiast leżakowania w przedszkolach”, a prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński ostrzegał 9 marca na konwencji partii, że w niektórych miejscach w Polsce jest już stosowana specyficzna socjotechnika, w której centrum jest „bardzo wczesna seksualizacja dzieci”.

To niektóre reakcje na to, że w lutym prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podpisał kartę LGBT+. Wszystkie te przekazy zawierały zmanipulowaną, wprowadzającą w błąd treść, która jednocześnie była chwytliwa i zapewne dająca do myślenia wielu rodzicom. Klasyczny fake news.

Im bliżej wyborów, tym politycy mają mniejsze skrupuły w głoszeniu absurdalnych teorii. Wydawałoby się więc, że nadszedł czas żniw dla serwisów fact-checkingowych – to one mają demaskować, ujawniać i unieszkodliwiać fake newsy. W polskim internecie jest ich kilka, lecz mają problem w przekonaniu internautów, że warto, a nawet trzeba je śledzić.

Ba! Nawet wśród dziennikarzy nie ma poczucia, że to dziś przydatna lektura. Gdy zapytałem kilkanaście osób z różnych mediów ogólnopolskich i regionalnych, czy korzystają z pracy serwisów fact-checkingowych, żadna nie potwierdziła. Jeden z redaktorów „Gazety Wyborczej” tłumaczy: – Serwisy te mają problem, bo regularnie muszą coś czekować. Robią to więc często na siłę i jest to nudne. Nie jestem ich wielkim fanem.

PRAWDA ZOSTAJE W TYLE

Pewnym wyjaśnieniem, dlaczego witryny fact-checkingowe w polskim internecie nie zdobyły szerokich grup odbiorców, może być czas ich reakcji na fake newsy. Na rozbrajanie rewelacji o „seksualizacji dzieci” potrzebowały od kilku do kilkunastu dni. Politycy grali tym tematem od końca lutego, ale dopiero 11 marca OKO.press przygotował „ściągę, w której tłumaczymy m.in., że deklaracja nikomu nie każe bawić się w lekarza”.

Sonar (należący do „Gazety Wyborczej”) również dopiero 11 marca w punktach tłumaczył, co zawiera podpisana przez prezydenta Warszawy karta LGBT+ i jakie są wskazówki WHO dotyczące wychowania seksualnego dzieci. „To dwie odrębne sprawy. Kojarzenie ich, wzbudzanie w odbiorcach przekonania, że to jedno i to samo, jest manipulacją, która służy do uderzenia w społeczność LGBT” – tłumaczył Jarosław Kopeć z Sonaru.

W ostatnich tygodniach mnóstwo nieprawdziwych informacji pojawiło się wokół przegłosowanej 26 marca przez Parlament Europejski dyrektywy o prawach autorskich. Nazywano ją „Acta2”, straszono, że oznacza cenzurę w internecie i wprowadza zakaz robienia oraz przesyłania memów. Serwis Konkret24 (należący do TVN 24) potrzebował pięciu dni, zanim wytłumaczył, o co chodzi w dyrektywie. Sonar tym razem nie zajął się sprawą – pisał o niej we wrześniu 2018 roku, ale pod kątem politycznym: „Czy uda się przykleić PO łatkę wrogów cyfrowej wolności?”. W serwisie Demagog.org.pl, który 18 marca wznowił działalność po półrocznej przerwie, na początku kwietnia nie można było znaleźć nic na temat dyrektywy. – Nie nazywamy siebie dziennikarzami. Jesteśmy analitykami, fact-checkerami – zastrzega Małgorzata Kilian, założycielka stowarzyszenia Demagog, które uruchomiło serwis.

Natomiast w serwisie Trudat (należącym do NaTemat.pl) na początku kwietnia najnowsze materiały pochodziły z 19 marca. Pytany o tak duże poślizgi co do aktualności tematów, Michał Mańkowski, redaktor naczelny NaTemat.pl, odpowiada: – Kilkakrotnie pisaliśmy już o tym, w jaki sposób ministerstwa czy instytucje przedłużają lub ignorują pytania dziennikarzy o dostęp do informacji publicznej. Czasami uzyskanie odpowiedzi, zamiast ustawowych dwóch tygodni, trwa nawet dwa–trzy miesiące.

To rzeczywiście jeden z powodów, dla którego witryny fact-checkingowe nie mogą działać tak jak newsowe. – Fejki niosą się bardzo szybko, ale ich weryfikacja wymaga czasu. Dlatego serwisy fact-checkingowe są zawsze o krok za tymi, którzy głoszą kłamstwa lub produkują i dystrybuują nieprawdziwe informacje – mówi Jakub Górnicki, założyciel serwisu storytellingowego Outride.rs.

W dodatku kłamstwa zwykle zwracają na siebie zainteresowanie już samą sensacyjnością, a nierzadko produkowane są w formie wiralowej, tak by użytkownicy internetu je sobie podawali. Zaś materiały na stronach fact-checkingowych to często długie teksty, naszpikowane danymi i odwołaniami, np. do ustaw lub innych aktów prawnych. – Sprawdzenie faktów, sięgnięcie do dokumentów i opisanie spraw w rzetelny sposób zajmuje czas – przyznaje Dominik Uhlig, szef działu danych „Gazety Wyborczej”.

No i trzeba konkurować z wieloma kanałami przekazu, w których fake news rozchodzi się momentalnie. – Politycy danego ugrupowania ustalają nieprawdziwy przekaz, a potem zwielokrotniają go, chodząc jednocześnie do różnych mediów – zauważa Agata Szczęśniak, redaktorka OKO.press.

– To jednak trochę walka z wiatrakami, bo co z tego, że platforma fact-checkingowa zdemaskuje kłamstwo, skoro większość ludzi, do których ono dotarło, o tym się nie dowie – stwierdza Krzysztof Wiejak, redaktor naczelny „Dziennika Wschodniego”.

KŁAMSTWA POLITYKÓW DAJĄ ZASIĘG

Tylko OKO.press.pl zdobył już na tyle dużo użytkowników, że załapuje się do badania Gemius/PBI – w 2018 roku miał średnio 619 400 użytkowników.

– Demagog.org.pl średnio odwiedza około 10 tysięcy użytkowników – zapewnia Małgorzata Kilian. Inni wolą nie podawać liczb. – Trudat jest częścią ekosystemu NaTemat.pl i włącza się do wyników NaTemat. Zrobienie z niego kompletnie oddzielnego podmiotu byłoby kanibalizowaniem tej samej tematyki w ramach jednego newsroomu – tłumaczy Michał Mańkowski.

Dominik Uhlig z Sonaru: – Nasz serwis jest za paywallem, jego zasięg zależy od ekspozycji na Wyborcza.pl, a ta się zmienia. Skupiamy się na polityce krajowej, dlatego w miesiącach, w których niewiele się dzieje i nasze materiały nie są wystawiane przez Wyborcza.pl, zainteresowanie czytelników Sonarem spada. A gdy polityka staje się najważniejszym tematem debaty publicznej, zwłaszcza w okresie przedwyborczym, liczba odwiedzających serwis rośnie.

Warto zauważyć, że OKO.press zaczął zyskiwać zasięg po tym, jak fact-checking obudował dziennikarstwem, w tym śledczym. W dodatku wybiera takie tematy, które są właśnie aktualne i atrakcyjne dla czytelników i mediów. – Na początku byliśmy kojarzeni głównie z fact-checkingiem, ale gdy dołączali do nas kolejni dziennikarze, okazało się, że jesteśmy w stanie robić też inne rzeczy, na przykład pisać pogłębione teksty dziennikarskie – wyjaśnia Agata Szczęśniak z OKO.press. – Poza tym my najczęściej sprawdzamy polityków. Inne serwisy fact-checkingowe zajmują się szerszą tematyką – dodaje.

Punktowanie polityków to zawsze chwytliwy temat. Robi to też Demagog, lecz na razie ogranicza się do klasycznego fact-checkingu. – Ale chcemy też pisać głębsze analizy – zapowiada Małgorzata Kilian.

Sonar z kolei sprawdza nie tylko, co politycy mówią w mediach lub na konferencjach, ale poluje też na ich wpisy w mediach społecznościowych. – Ciekawym przykładem jest obecny wiceminister cyfryzacji Adam Andruszkiewicz, który w grudniu 2018 roku opublikował filmik pokazujący wyburzanie kościoła. W opisie komentował, że „Europa wyparła się Boga. Buduje meczety, a burzy kościoły”. Okazało się, że kościół został zburzony, ponieważ likwidowano wioskę, w której zaplanowano budowę kopalni odkrywkowej, a lokalnej społeczności zbudowano nowy kościół – opowiada Dominik Uhlig.

Konkret24 nie ogranicza się do polskiej polityki, można w nim sprawdzić też doniesienia z zagranicy – np. „Czy po zajęciu Krymu bito medale z Putinem w wieńcu laurowym?”. Lecz oczywiście ujawnione kłamstwo polskiego polityka daje zwykle większy zasięg – niedawno sporą popularnością w mediach społecznościowych cieszył się materiał z Konkret24, w którym zdemaskowano kłamstwo premiera Mateusza Morawieckiego: twierdził, że aby się dostać z miejscowości Błonie do Warszawy na godzinę ósmą rano, trzeba wstawać o piątej. Konkret24 udowodnił, że akurat z tej miejscowości są szybkie połączenia kolejowe z Warszawą.

NIE REKLAMA, TYLKO SOCIAL MEDIA

Każdy z serwisów fact-checkingowych szuka własnego sposobu na zainteresowanie internautów. – Mamy specjalistów, którzy potrafią pokazać dane w oryginalny sposób i zaprogramować w tym celu odpowiednie narzędzia. Pokazując pensję lekarza rezydenta, mogliśmy zadać czytelnikowi kilka pytań, które pozwoliły mu postawić się w sytuacji mieszkającego w Warszawie młodego lekarza – opowiada Dominik Uhlig. – Oryginalny sposób prezentacji faktów zastosowaliśmy też w materiale „Zabaw się w Sąd Najwyższy”. Zamiast pisać na temat kompetencji Sądu Najwyższego, zaproponowaliśmy czytelnikom zabawę: sami mogli zdecydować, jakie rozstrzygnięcie podjęliby w konkretnych sprawach, a później wyjaśnialiśmy, co konkretnie orzekł Sąd Najwyższy – podaje kolejny przykład.

Trudat podzielił natomiast tematy na poważne i takie z przymrużeniem oka. Publikuje je w sekcjach: Twardo i Lekko. – Od początku nie chcieliśmy weryfikować tylko rzeczy stricte politycznych, ale także te lżejsze, popularne mity, które pojawiają się na co dzień w internecie i rozchodzą się równie szybko – tłumaczy Michał Mańkowski.

Redaktorzy zajmujący się fact-checkingiem zdają sobie sprawę, że głównym ich kanałem dotarcia do użytkowników są media społecznościowe i tam są aktywni. Największe zasięgi w mediach społecznościowych ma OKO.press.pl – w drugiej połowie kwietnia na Twitterze 30,7 tys. obserwujących, a na Facebooku – 257,2 tys.

Profil serwisu Demagog.org.pl na Facebooku obserwuje ponad 12 tys. użytkowników, a na Twitterze – ponad 5 tys.

Sonar na Facebooku i Instagramie działa jako Wyborcza.raporter – na Facebooku w połowie kwietnia miał zaledwie 456 obserwujących. – Na Twitterze promujemy Sonar i BIQdata kontem „Gazety Wyborczej” i kontami dziennikarzy „Gazety Wyborczej” – wyjaśnia Dominik Uhlig.

Konkret24 silniejszy jest natomiast na Twitterze (5,9 tys. obserwujących) niż na Facebooku (ponad 4,1 tys. obserwujących). Redakcja tego serwisu na ciekawy pomysł zdobywania użytkowników i ich sympatii w mediach społecznościowych wpadła przy okazji Międzynarodowego Dnia Fact-Checkingu 2 kwietnia. Na Twitterze wysłali np. zdjęcie ze zwykłego sklepu, na którym widać ladę, za nią drzwi, coś wisi na ścianie, ale trudno rozpoznać, co to jest. Konkret24 zapytał użytkowników, jak ma na imię właścicielka sklepu. „Ida” – odpowiedział użytkownik GDarekGD. Skąd wiedział? Powiększył zdjęcie i zobaczył na obrazku wiszącym na ścianie w sklepie napis „Norråkers Handel”. Doszedł do wniosku, że to jest nazwa sklepu. Znalazł ją na Facebooku. „Na facebooku mają adres email ida@… Poszukałem Norråkers Handel + Ida i potwierdziło się” – tłumaczył. Konkret24 przez cały dzień dawał podobne zadania twitterowiczom. W ten sposób budował zainteresowanie i zasięg nie tylko wśród dziennikarzy i liderów opinii, którzy są najaktywniejsi na Twitterze.

Niektóre serwisy wysyłają odbiorcom e-mailem newslettery, w których przypominają o opublikowanych materiałach. Ale tylko OKO.press ma ich na tyle dużo, by codziennie polecać przynajmniej trzy teksty. Demagog co tydzień wysyła po kilka zweryfikowanych wypowiedzi i link do tematu tygodnia, który jest większą analizą.

KORZYSTAJĄ DZIENNIKARZE, KORZYSTAJĄ POLITYCY

Aktywność w mediach społecznościowych najbardziej procentuje w przypadku OKO.press i Konkret24. Z danych Instytutu Monitorowania Mediów wynika, że w marcu br. media najczęściej powoływały się na informacje OKO.press (137 cytowań) i Konkret24 (126 cytowań). Serwis Demagog był cytowany cztery razy, a Trudat i Sonar – po trzy razy.

Press

Fact-checkerzy pytani, dla kogo pracują, odpowiadają podobnie. – Tworzymy serwis dla osób interesujących się polityką i sprawami publicznymi. Z naszej pracy korzystają na przykład dziennikarze, ale też studenci – mówi Małgorzata Kilian z Demagog.org.pl.

– Kiedy zakładaliśmy Sonar, wyobrażaliśmy sobie naszego czytelnika jako młodą osobę, zainteresowaną tym, co ważnego dzieje się w kraju; aktywną, której zależy na demokracji, równości, ochronie środowiska, standardach w polityce. Osobę, która chce poznać fakty, ale nie lubi być pouczana opiniami i komentarzami – objaśnia Dominik Uhlig z Sonaru. Nie ukrywa jednak, że ponieważ wielu użytkowników trafia na Sonar za pośrednictwem Wyborcza.pl, muszą myśleć nie tylko o młodzieży.

Agata Szczęśniak zauważyła, że z pracy OKO.press korzystają nawet politycy. – W interpelacjach wykorzystują nasze ustalenia – mówi Szczęśniak.

Żadnej odpowiedzi, pomimo kilkukrotnych próśb, nie udzieliła nam Beata Biel, koordynatorka Konkret24.

FUNDUSZE SĄ, LUDZI NIE MA

Przeciwko wielkiej machinie kłamstwa i manipulacji stają niewielkie zespoły. W serwisie Demagog pracuje 15 osób. – To są wolontariusze, którzy mieszkają w różnych częściach Polski i pracują zdalnie – mówi Małgorzata Kilian.

– Dla Sonaru piszą na stałe cztery osoby, czasem korzystamy z pomocy dziennikarzy z innych działów „Gazety Wyborczej” – ujawnia Dominik Uhlig.

Szczupłość zespołów zajmujących się fact-checkingiem wynika nie tylko z ograniczonych budżetów, ale też z braku odpowiednich pracowników. Do takiej roboty trzeba mieć określone predyspozycje i umiejętności. Nie ma wielu kandydatów, którzy mają rozwinięte zdolności analityczne oraz doświadczenie dziennikarskie i lekkie pióro, by w atrakcyjnej formie przedstawić wyniki fact-checkingu. Nieoficjalnie słyszymy, że redakcje po prostu mają kłopot ze znalezieniem fact-checkerów

– W pracy dziennikarza, który zajmuje się fact-checkingiem, przydają się dodatkowe zdolności, których nie musi mieć przeprowadzający świetne wywiady. Pożądane są choćby podstawowe umiejętności w zakresie wizualizacji danych, bo tekst jest bardziej przekonywający, jeśli zawiera tabele czy wykresy. Wskazana jest również znajomość cyfrowych narzędzi, podobnie jak umiejętność sprawdzenia prawdziwości zdjęcia czy wypowiedzi, dotarcia do archiwalnej wersji witryny internetowej itp. Warto też wiedzieć, gdzie szukać danych i jak wyegzekwować ich udostępnienie od odpowiednich instytucji – wymienia Dominik Uhlig.

Skąd więc wysyp serwisów fact-checkingowych, skoro nie ma zaplecza? Warto prześledzić ich finansowanie: powstają i działają głównie dzięki wsparciu donatorów i grantom. Sonar, Trudat, Konkret24 zostały sfinansowane z funduszu Google Digital News Initiative. Demagog działa dzięki m.in. dotacji Fundacji im. Stefana Batorego – w 2018 roku dostał grant w kwocie 141, 4 tys. zł.

– Wydawcy biorą pieniądze na założenie tych serwisów, uruchamiają je, ale potem jakoś już w nie nie inwestują – zauważa Krzysztof Wiejak, naczelny „Dziennika Wschodniego”.

Jakub Górnicki z Outride.rs, który zajmuje się pozyskiwaniem grantów na działalność swoich projektów, zauważył, że fact-checking w ostatnich latach stał się modnym pojęciem wśród ludzi decydujących o przyznawaniu pieniędzy na projekty medialne. – Oni mówią, że zasypią pieniędzmi tego, kto podjąłby się stworzenia rozwiązania weryfikującego fake newsy, ale w czasie rzeczywistym, a nie dopiero po jakimś czasie. Tylko na razie nikomu nie udało się wymyślić takiego skutecznego mechanizmu. To jest marzenie – stwierdza Górnicki.

Tekst ukazał się w magazynie „Press” nr 05-06/2019

Mariusz Kowalczyk

Pozostałe tematy weekendowe

„Wiedźmin”, „Wataha”, „Polityka” - premiery...
Bez Pieczyńskiego, bez rewolucji
* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.