Temat: książki

Dział: PRASA

Dodano: Kwiecień 07, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Egzemplarz nierecenzyjny. Handlem książkami zajmują się nawet najsłynniejsi

Bartosz Węglarczyk: – To było bardzo, bardzo, bardzo dawno. Pracowałem wtedy w „Gazecie Wyborczej”. Przeprowadzałem się, zdecydowałem się na wyprzedaż książek. Były to głównie rzeczy, które przywiozłem z Ameryki (fot. Andrzej Jackowski/PAP)

Handlem książkami w drugim obiegu zajmują się i zajmowali nawet najsłynniejsi dziennikarze.

Konta na Allegro „Wszot1986” nie powstydziłaby się profesjonalna firma księgarska. Figuruje na nim przeszło sto ofert sprzedaży książek. Wśród wydawców oferowanych pozycji odnajdujemy firmy relatywnie niewielkie: Nisza, ArtRage, Pauza czy Lokator. Można jednak tu też kupić pozycje czołowych polskich wydawców, takich jak: Agora, Prószyński i S-ka, Znak, Rebis i Wydawnictwo Literackie.

Nie brakuje pozycji popularnych, np. „Kim jest pierwsza dama Ukrainy” Aliny Makarczuk, wydana przez Wydawnictwo Harde, należące do Grupy ZPR Media.

Ceny oferowanych na Allegro pozycji są przystępne, nierzadko koszt wysyłki stanowi połowę ceny książki. Niemal wszystkie tytuły mają najwyższe, pięciogwiazdkowe oceny.

Gdy dodaję produkt do koszyka, dowiaduję się, że sprzedawcą jest osoba prywatna, która nie wystawia faktur.

POKĄTNA SPRZEDAŻ

Właścicielem konta sprzedażowego na Allegro jest Wojciech Szot, dziennikarz działu Kultura „Gazety Wyborczej”. Na swojej stronie internetowej „Zdaniem Szota” przedstawia się jako „pracownik rynku książki od 15 lat” oraz „współtwórca księgarni internetowej i dwóch wydawnictw”.

O sprawie poinformował nas anonimowy wydawca, który w temacie maila napisał: „Prośba o interwencję. Nieetyczne zachowanie dziennikarza”. A dalej: „Mam na myśli sprzedaż przez pana Szota egzemplarzy recenzenckich książek na platformie Allegro – często niemal od razu po premierze, a w wielu przypadkach bez uprzedniego ich zrecenzowania czy jakiejkolwiek publicznej wzmianki o danym tytule. Tego rodzaju działania godzą nie tylko w zaufanie, jakim obdarza się recenzentów literackich, ale również w etos dziennikarski oraz zaufanie wydawnictw i czytelników. Traktowanie książek wyłącznie jako przedmiotów do obrotu, bez wykonania pracy recenzenckiej, jest – w mojej opinii – sprzeczne z misją i etyką zawodu, który pan Szot reprezentuje”.

Poszliśmy tym tropem. Wydawcy pytani przez nas też sugerują, że książki wystawione na sprzedaż na koncie Wojciecha Szota to często egzemplarze promocyjne i recenzenckie, rozsyłane za darmo przez wydawców do redakcji, krytyków literackich, dziennikarzy i blogerów książkowych.

Poproszona o sprawdzenie wskazanego konta na Allegro Anita Musioł, właścicielka Wydawnictwa Pauza, zauważyła książkę swojego wydawnictwa „Za otrzymane łaski” Valerii Parrelli. – Nie wiem, skąd właściciel tego konta ma książki, które sprzedaje w sieci – mówi Musioł. – Oczywiście nie mogę wykluczyć, że pochodzą z puli, którą wysyłam recenzentom, natomiast być może ktoś się po prostu pozbywa części prywatnego księgozbioru, sama tak czasem robiłam – dodaje.

– Ze względu na stale rosnące koszty i relatywnie niski poziom czytelnictwa w Polsce na jakościowych książkach zarabia się przeważnie słabo albo wcale – mówi nam jeden z wydawców proszących o zachowanie anonimowości. – Dlatego bardzo nas irytuje, gdy jeden z krytyków i dziennikarzy zarabia na pokątnej sprzedaży otrzymywanych za darmo książek. A już szczególnie nas boli, gdy sprzedaje je przed oficjalną premierą – dodaje.

DWA OBIEGI

Katarzyna Kończal, zastępczyni redaktora naczelnego Wydawnictwa Poznańskiego, stwierdza: – Od lat mamy do czynienia z dwoma obiegami książek: oficjalnym i nieoficjalnym, opartym na sprzedaży na platformach sprzedażowych: Allegro, OLX czy Vinted. Przed laty niektóre wydawnictwa starały się to ograniczać, specjalnie oznaczając egzemplarze promocyjne, nieprzeznaczone do sprzedaży. Nic to nie dało, bo i tak były sprzedawane na prywatnych kontach, a wydawcy ponosili dodatkowe koszty za wydanie osobnej wersji.

Aleksandra Parzyszek, dyrektorka marketingu Wydawnictwa SQN, zaznacza, że nie zawsze wysyła darmowe książki promocyjne przed premierą. – W przypadku pozycji już rozpoznawalnych autorów do promocji wystarczy informacja, że napisał nową książkę. Tak było np. z powieścią Jakuba Małeckiego „Korowód”, której nie promowaliśmy przed premierą. Jednak w większości promujemy debiuty, wysyłamy darmowe egzemplarze recenzentom: zwykle ok. stu egzemplarzy. I dodaje: – Szczególnie zależy nam na reklamie w internecie. Zdarza się więc, że płacimy blogerom internetowym za promocję książki w sieci nawet od 5 do 8 tys. zł, jeśli mają odpowiednio duże zasięgi. Sama kwota egzemplarza recenzenckiego jest więc relatywnie mała i chyba wszyscy wydawcy pogodzili się z tym, że trzeba ją ponieść – dodaje Parzyszek.

SZKODLIWE DLA BRANŻY

Duże wydawnictwa zapewniają, że darmowe książki wysyłają tylko tam, gdzie dzieje się to bez szkody dla ich interesów. – Mamy wyselekcjonowaną grupę recenzentów, przez dziesięciolecia wypracowaliśmy metodę, dzięki której książki za darmo trafiają tam, gdzie powinny – mówi Tomasz Szponder, prezes Wydawnictwa Rebis.

Mniej pewnym tonem wypowiadają się przedstawiciele niewielkich kapitałowo firm wydawniczych.

– Zgodnie z umowami licencyjnymi również od rozdanych za darmo egzemplarzy musimy płacić tantiemy autorom – mówi Michał Michalski, prezes Wydawnictwa ArtRage o kapitale zakładowym w wysokości 6,9 tys. zł, które ma wyłączne prawo do polskich wydań powieści Jona Fossego, laureata literackiej Nagrody Nobla w 2023 roku. – Nie podejmuję się oceny prawnej ani moralnej praktyk polegających na sprzedaży darmowych egzemplarzy. Rozumiem, że recenzentom półki uginają się od darmowych książek, ale nie jest to działanie fair – podkreśla Michał Michalski.

W ocenie praktyk panujących na polskim rynku wydawniczym wydawcy nie chcą operować nazwiskami. – Poprzez odchudzanie działów kultury dziennikarzy tradycyjnych mediów znających rynek można policzyć na palcach jednej ręki: Michał Nogaś z Trójki i magazynu „Książki” Agory, Wojciech Szot z „Gazety Wyborczej”, Justyna Sobolewska z „Polityki” i Marcin Meller, który pisze w internecie – opowiada szef niewielkiego wydawnictwa. – Dlatego nikt z nas raczej nie będzie występował z krytyką wobec tych konkretnych osób – dodaje.

A lista złych praktyk w branży jest podobno długa.

– Zamawiając reklamę, np. w „Książkach”, można w pakiecie dogadać się tak, aby na jej temat powstała pozytywna recenzja – mówi jedna z wydawczyń. – Formalnie wszystko jest bez zarzutu: medium wystawia fakturę za umieszczoną reklamę, autor pisze recenzję, ale nie ma wielkiej swobody – dodaje.

– Nie ma też wyraźnych zasad dotyczących blurbów [krótka rekomendacja lub streszczenie utworu umieszczane na tylnej okładce książki lub obwolucie – red.] – zauważa Anita Musioł z Wydawnictwa Pauza. – Niektóre są pisane za darmo i oddają ocenę osoby, która się pod nimi podpisała. Inne są opłacane przez wydawców, więc można mieć wątpliwości, jak bardzo są szczere – dodaje.

– Krytyka literacka – w moim rozumieniu – powinna wspierać różnorodność rynku książki i przyczyniać się do poprawy jego jakości, a nie być jedynie ekspresją gustów recenzenta – stwierdza Ewa Wieleżyńska, prezeska Wydawnictwa Filtry.

Wojciechowi Szotowi wydawcy pamiętają zaangażowanie podczas opisywania tzw. afery Legimi. Chodziło o brak przejrzystości podczas rozliczeń przy sprzedaży e-booków w systemie abonamentowym. – Szot zarzucał wówczas wydawcom, że koncentrowali się na swoich stratach, lekceważąc rzekomo autorów oraz czytelników – mówi jeden z wydawców. – A to była nieprawda. Zrzeszyliśmy się w Platformie Dystrybucyjnej Prasy [w jej skład weszły: Czarna Owca, Wydawnictwo Literackie, Rebis, Prószyński Media, Media Rodzina, Zysk, Dolnośląskie, Czarne, Nasza Księgarnia, Fabryka Słów, Publicat i należące do Empiku Virtualo – red.]. Wycofaliśmy swoje pozycje z Legimi. Nasza platforma dokonała zakupów kontrolowanych, które wykazały niezbicie, że Legimi nie rozlicza części sprzedanych egzemplarzy.

– Teksty Wojciecha Szota na temat Legimi były emocjonalne, w mojej ocenie bez troski i ważenia racji. Chyba chodziło o klikalność – stwierdza Sonia Draga, założycielka i redaktorka naczelna Grupy Wydawniczej Sonia Draga, prezeska Federacji Europejskich Wydawców.

Inny wydawca podsumowuje: – Tym bardziej dziwi, że mając tak krytyczny stosunek do nas, Wojciech Szot przyjmuje od wydawców setki bezpłatnych książek. A potem je sprzedaje – dodaje.

BARDZO SŁYNNY DZIENNIKARZ

To niejedyny przypadek dziennikarza, który zdecydował się na sprzedaż książek lub płyt otrzymywanych bezpłatnie od wydawców. W wywiadzie sprzed lat dla „Press” Monika Sznajderman, prezeska Wydawnictwa Czarne, opowiadała, jak jeden z „bardzo słynnych dziennikarzy” sprzedawał książki jej wydawnictwa na Allegro przed oficjalnym terminem premiery. „Namierzyła go koleżanka z innego wydawnictwa, której książki też sprzedawał” – opowiadała Renacie Gluzie. „Powiedziałam redakcji tej gazety, że jeśli dostają do recenzji książki i uważają je za niepotrzebne, może niech je przeznaczą do bibliotek polskich na Białorusi, a nie pozwalają na to, by dziennikarz je sprzedawał i pobierał pieniądze za wysyłkę, która w dodatku przychodzi w kopercie z logo tej gazety i przez gazetę była opłacona!” – mówiła Monika Sznajderman.

– To było bardzo, bardzo, bardzo dawno – tłumaczy mi Bartosz Węglarczyk, redaktor naczelny Onetu, przewodniczący Rady Polskich Mediów, organizacji, której celem jest m.in. tworzenie standardów zawodowych. – Pracowałem wtedy w „Gazecie Wyborczej”, a więc działo się to w 2011 roku, nie później. Przeprowadzałem się, nie chciałem ciągnąć z sobą całej biblioteki i zdecydowałem się na wyprzedaż książek. Były to głównie rzeczy, które przywiozłem z Ameryki [w latach 1998–2004 Węglarczyk był korespondentem „Gazety Wyborczej” w Stanach Zjednoczonych – red.]. Pamiętam, że jedno z wydawnictw przysłało mi e-mail z informacją, że wystawiam jedną z ich pozycji. Natychmiast ją zdjąłem. Była to kropla w morzu książek, które wystawiłem na sprzedaż z prywatnych zbiorów. W ciągu kilku miesięcy sprzedałem kilkaset sztuk – wspomina.

W ocenie Bartosza Węglarczyka dziennikarz nie powinien sprzedawać książek otrzymywanych za darmo od wydawców. – Odsprzedawać można rzeczy, które się kupiło. Sprzedaż książek, które czasem w dużej liczbie przychodzą na adres redakcji, jest najgorszym rozwiązaniem. Dziś roznoszę je po działach, które mogą się zainteresować poszczególnymi egzemplarzami. Część odkładam na półkę crossbookingową, którą mam pod domem. Konta na Allegro sam nie mam co najmniej od 15 lat – zaznacza Węglarczyk.

– Nie robi na mnie wrażenia, gdy bloger internetowy sprzedaje wysłaną za darmo książkę na Allegro, OLX czy Vinted, a nic o niej nie napisał – mówi Sonia Draga. – Ale systemowe zarabianie pieniędzy na otrzymywanych za darmo książkach uważam za głęboko nieetyczne. Łączenie ról recenzenta i sprzedawcy skutkuje powstaniem konfliktu interesów.

W jej ocenie zarabianie na sprzedaży darmowo otrzymanych egzemplarzy to działanie nieuczciwe wobec tych, którzy za wystawiane na sprzedaż książki muszą płacić.

– Wydawcy wysyłają darmowe książki redakcjom często świadomi, że wiele z nich nie trafi do recenzentów – mówi Sonia Draga. – Ale ufają, że wysyłają je do osób, które są opiniotwórcze, może przeczytają książkę, a może chociaż opowiedzą o niej rodzinie czy znajomym.

Sonia Draga podaje przykład: – Rozumiem, że na podobnej zasadzie dziennikarzom i recenzentom wysyła się również zaproszenia na premiery filmowe lub teatralne. Wyobraźmy sobie teraz osobę, która takie zaproszenia sprzedaje na Allegro czy OLX. Chyba nikt nie miałby wątpliwości co do moralnej oceny takiego postępowania.

– Wysyłam bezpłatnie najczęściej ok. 20 egz. przed premierą, na tyle – jako małego wydawcę – mnie stać – mówi Anita Musioł z Wydawnictwa Pauza. – Wysyłam też przedpremierowo e-booki dla prasy. Oczywiście po wysłaniu książki te stają się własnością recenzenta czy bookstagramera, do którego trafiły. Jednak nie chcę, aby były źródłem zarobku dla kogoś innego. O ile wiem, większość egzemplarzy recenzenckich trafia potem do bibliotek – konkluduje Anita Musioł.

NIE PRZECHOWUJĘ FAKTUR ANI RACHUNKÓW

Numer telefonu do Wojciecha Szota znajduję na jego stronie internetowej Zdaniemszota.pl, na której umieszcza recenzje książek. Pod numerem paczkomatu i adresem „»Gazeta Wyborcza« ul. Czerska 8/10 00-732 Warszawa” dziennikarz zachęca do współpracy. „Napisz do mnie, jeśli chcesz nawiązać współpracę, wysłać mi książkę albo masz inny pomysł na to, jak możemy współpracować” – pisze.

W pierwszych chwilach rozmowy Wojciech Szot, pytany o aferę Legimi, narzeka na wydawców, którzy nie nauczyli się kontroli nad sprzedażą abonamentową e-booków, mimo że nie jest niczym nowym. Nie dziwi go, że wydawcy mają krytyczny stosunek do dziennikarzy, którzy zaczęli im patrzeć na ręce. Z tych samych powodów – zdaniem Wojciecha Szota – mediów od lat nie lubi branża deweloperska, która wolałaby, aby o niej pisać wyłącznie w superlatywach.

Szot przyznaje, że dostaje „dziesiątki, jeśli nie setki” książek, których nie jest w stanie zrecenzować. Gdy pytam o konto sprzedażowe na Allegro, dziennikarz błyskawicznie się irytuje. Podniesionym głosem mówi, że wydawcy nie muszą mu wysyłać książek do recenzji. I kończy rozmowę, żądając pytań na piśmie. Wysyłam do Wojciecha Szota e-mail, w którym pytam o źródło pochodzenia wystawianych na Allegro książek, powód niewystawiania faktur i sposób rozliczenia podatkowego przychodów ze sprzedaży.

Przez kilka dni Wojciech Szot nie odpowiada na pytania. Przysyła wiadomości, w których twierdzi, że jest na urlopie, pyta, jakie stawiam mu zarzuty, twierdzi, że nie rozumie sensu pytań. Gdy konsekwentnie informuję go, że brak odpowiedzi będę zmuszony potraktować jako odpowiedź, wysyła krótkie komentarze.

Dziennikarz zaznacza, że konto na Allegro jest jego kontem prywatnym. Wystawia na nim „zarówno nieudane prezenty i książki, które wycofuje z liczącego ponad 20 tys. książek księgozbioru przed przeprowadzką”.

Na pytanie o faktury zakupowe Wojciech Szot odpowiada: „nie przechowuję faktur ani rachunków”. Dziennikarz nie wystawia faktur za sprzedane egzemplarze, bo – jak pisze – nie prowadzi działalności gospodarczej.

A na pytanie o formę rozliczenia podatkowego dochodów uzyskanych ze sprzedaży książek na Allegro Wojciech Szot odpowiada lakonicznie: „jest zgodna z regułami prawa”.

– Sprzedażą książek na prywatnym koncie na Allegro powinien się zainteresować urząd skarbowy – mówi Sonia Draga.

– Rynek książki i prasy pogrąża się w kryzysie finansowym. A jak mówi stare powiedzenie: tam, gdzie kończą się pieniądze, kończą się standardy – podsumowuje Ewa Wieleżyńska.

***

Ten tekst Jana Fusieckiego pochodzi z magazynu Press  wydanie nr 11-12/2025. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości dla najaktywniejszych Czytelników.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App StoreGoogle Playe-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Numer na 30-lecie "Press": rozmowa z Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf i plemiona

Press

Jan Fusiecki

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.