Wydanie: PRESS 01-02/2018

Myśl o widzu - Huyen Pham i Marci Nguyen na Youtube

Z Huyen Pham i Marcinem Nguyenem, twórcami kanału Emce kwadrat na YouTube, rozmawia Iga Kołacz

W konkursie Grand Video Awards co roku otrzymujecie nagrodę, jesteście też Osobowością Roku 2016. A Wasz kanał istnieje dopiero od trzech lat. Jak to się robi?

Huyen: Nie mieliśmy żadnej specjalnej strategii. Po prostu zawsze myślimy o widzu, o tym, jak go zaciekawić. Długo przygotowujemy się do realizacji odcinków, piszemy scenariusz. Już na jego etapie staramy się wtrącić jakiś smaczek z popkultury.

Marcin: I nigdy nie publikujemy filmu, który nam się nie spodoba. Nie zakładamy, że może spodoba się widzom. Jeśli nam się nie podoba, to znaczy, że na YouTube też słabo się przyjmie.

Kto Wam na początku pomagał?

Huyen: Nikt, a my nic nie wiedzieliśmy o nagrywaniu filmów. Dlatego na początku obejrzeliśmy mnóstwo wideotutoriali na YouTube. Zabawnie było potem czytać komentarze, że na pewno stoi za nami jakaś firma PR.

Marcin: Jednak na pierwszych filmach widać, jak bardzo było to amatorskie, niepoprawne. Montowałem, testując w programach wszystkie funkcje po kolei. Wprawdzie coraz lepiej to wygląda, ale proces nauki nie zakończył się. Przez długi czas montowałem w Adobe After Effects, a teraz używam też innych programów Adobe. Montaż odcinka zajmuje mi – upraszczając – do dwóch dni.

Huyen: To duże uproszczenie. Marcin pracuje w takim trybie, że jak usiądzie, musi skończyć, więc może pracować 17 godzin bez przerwy. Jest perfekcjonistą, muska film, aby widzowie mieli większy komfort oglądania.

Jak udaje Wam się opowiadać o nauce w przystępny sposób?

Marcin: Podchodzimy do tematów od nieoczywistej strony: oryginalnie, porównując coś do czegoś w sposób, który początkowo nie przychodzi do głowy. Wiadomo, że opisując technologię Virtual Reality, można powiedzieć, ile ma megapikseli, jak działa system śledzący. Nie widziałem jednak, aby ktokolwiek porównał technologię VR do iluzji optycznej...

Huyen: Nie powiedziałabym, że porównujemy do iluzji optycznej. Mówimy w tym filmie o zasadach działania mózgu, jak to wpływa na odbieranie innych rzeczy, w tym iluzji.

Marcin: Ale o iluzji też jest. Więc tłumaczymy, że gdy patrzysz na obraz, nie pomyślisz o nim jak o oknie. Dzieje się tak dlatego, że patrzymy stereoskopowo. A nawet gdybyśmy patrzyli z jednej perspektywy, czyli tak, jak kamera, nie nabierzemy się, że obraz jest trójwymiarowy, gdyż minimalnie zmieniamy pozycję względem obiektu. VR symuluje właśnie to: daje dwa różne obrazy dla każdego oka i zmienia położenie wirtualnej kamery względem naszego położenia, przez co otrzymujemy efekt trójwymiarowości.

Staracie się więc ugryźć temat od ciekawej strony. To wystarczy?

Marcin: Dbamy, aby film działał na emocje, angażował widzów. Dlatego odwołujemy się do wydarzeń, z którymi mogą się utożsamić. Przykładowo zrobiliśmy test, jak bogata jest wyobraźnia. Zachęcaliśmy widzów, aby wyciągnęli przed siebie ręce, zamknęli oczy i wyobrazili sobie, że do jednej ręki mają przywiązane balony z helem, a do drugiej cegły. Potem tłumaczyliśmy, że w zależności od tego, jak ich ręce oddaliły się od siebie, sugeruje to, jak wielką mają wyobraźnię. Inny zabieg, który stosujemy, aby angażować widzów, to zadawanie pytań. Fani sami podpowiadają nam tematy. Dzięki tej interakcji powstał odcinek „Dlaczego się wstydzimy?”.

Po co Wam seria rysunkowa?

Huyen: Chcieliśmy opowiadać o różnych zagadnieniach krótko, dokładnie w stu sekundach. Miały być to odpowiedzi na proste pytania, ale z czasem te pytania stały się coraz ciekawsze, a nie chcieliśmy okrajać filmów z treści. Robimy więc dłuższe odcinki, lecz zachowaliśmy formę rysunkową.

Marcin: Przeprowadziliśmy wśród widzów ankietę, pytając, jak długie filmy chcą oglądać. Mogli wybrać: sto sekund, trzy–cztery minuty, pięć–sześć minut, dłuższe, nie mam zdania lub nie ma to dla mnie znaczenia. I większość zaznaczyła, że dłuższe lub że długość nie ma znaczenia.

Zakładając kanał popularnonaukowy, obawialiście się oceny specjalistów?

Huyen: Nie. Już na etapie researchu korzystamy z dobrych, naukowych źródeł. Jeżeli nie jesteśmy pewni zagadnienia, radzimy się osób zajmujących się daną dziedziną. Zaskoczeniem było dla nas, jak chętnie eksperci dzielą się z nami wiedzą.

Marcin: Właśnie tak działamy: jak mamy temat ścisły, zwracamy się do specjalisty i jak dotąd nie zdarzyło się, by ktoś nam nie pomógł. Bo skoro ci ludzie zajmują się konkretnym tematem, najczęściej są nim zainteresowani, więc pomagają. Poza tym nie pytamy ogólnie, tylko konkretnie o sprawę, z którą mamy problem. Często podają nam źródła albo odsyłają do znajomego, który się tym zajmuje.

Złośliwi wytykają, że wyciągacie banalne wnioski z naukowych tematów.

Huyen: Wiadomo, że chemik ma bardziej gruntowną wiedzę niż my. Z założenia nie chcemy iść w rzeczy bardzo wyspecjalizowane i mówić językiem nauki, którego większość widzów nie byłaby w stanie zrozumieć. Zawsze ktoś będzie niezadowolony, ale to margines w porównaniu z liczbą pozytywnych komentarzy. Gdy zrobiliśmy odcinek o wykrywaniu raka skóry, w którym opowiadaliśmy o aplikacji wykrywającej groźne zmiany skórne, apelowaliśmy, aby się obserwować i w razie potrzeby zgłosić do dermatologa. Kilka osób napisało później, że dzięki naszemu filmowi jego mama czy ciocia poszły się zbadać i okazało się, że była to groźna zmiana. Dziękowali nam.

A gdy widzowie słusznie wytkną Wam błąd, jak reagujecie?

Huyen: Kiedyś była na YouTube możliwość dodawania adnotacji. Teraz piszemy komentarz do filmu i podpinamy u góry. Na początku prowadzenia kanału uwag było bardzo dużo i jeśli były konstruktywne, pokornie ich słuchaliśmy.

Marcin: Zamierzamy stworzyć grupę najwierniejszych widzów, której będziemy przedpremierowo pokazywać filmy – tylko po to, aby mogli wyłapywać błędy. Ostatnio w jednym z filmów wyświetlał się screen z komentarzami naszych widzów. I jeden z tych wpisów był przeze mnie zdislajkowany, przez przypadek, czego nie zauważyłem, robiąc zrzut ekranu. Gdy opublikowałem film, od razu posypało się w komentarzach: „Dlaczego zdislajkowałeś wpis?”. I to jest błąd, który dałoby się naprawić na poziomie montażu w ciągu minuty, ale niestety nie zauważyłem go.

Podobno Emce kwadrat to Polimaty w spódnicy. Denerwuje Was porównanie do Radka Kotarskiego?

Huyen: Jesteśmy zupełnie inni od Polimatów, a także od SciFun i pozostałych kanałów popularnonaukowych.

Marcin: Bardzo lubimy twórczość Radka, więc w pewien sposób jest to komplement. Jednak on skupia się bardziej na humanistycznych aspektach, a nasz kanał z założenia jest różnorodny. Nie chcemy iść w konkretny dział, lecz poruszać tematy, które nas zainteresują.

Kto wpadł na pomysł, aby nazwa kanału nawiązywała do najsłynniejszego wzoru Alberta Einsteina?

Huyen: Nie umiemy tego ustalić. Mieliśmy długą listę z wypisanymi nazwami. Wymyśliłam między innymi W oparach nauki, a Marcin chciał, abyśmy nazywali się Nowinka, co bardzo mnie rozbawiło. Każdy miał swoje argumenty, ale gdy wpadliśmy na Emce, poczuliśmy, że to jest to. Nie jest to tylko nazwa kanału, lecz ludzie zwracają się tak do mnie, gdy nie wiedzą, jak wymówić moje imię.

Reagujesz?

Huyen: Jasne, Emce stało się moim drugim imieniem.

Zagrałaś w filmie „Kochanie, chyba cię zabiłem”. Jak się tam dostałaś?

Huyen: W liceum i na studiach brałam dodatkowe prace. Czasem do reklam i filmów szukają postaci o azjatyckiej urodzie. A jako, że jestem Azjatką, zgłosiłam się na casting i wybrali mnie. Wystąpiłam w jednej z końcowych scen filmu. Grałam Tajkę, która podchodzi do drugiej osoby, zarzuca ręce na jej ramiona i patrzy rozmarzona w dal. To była cała moja rola, więc za dużo nie mówiłam i nie obejrzałam tego nigdy. Zagrałam też w reklamie banku Crédit Agricole – byłam Chinką mówiącą niezrozumiałe słowa, co było odniesieniem do tego, że język bankowy jest niezrozumiały, ale w ich banku jest to proste.

Marzyłaś o karierze w modelingu?

Huyen: Nie do końca, ale robiłam sobie sesje zdjęciowe.

Na tych, które widziałam, masz mniej grzeczne oblicze niż to, do którego przyzwyczaiłaś widzów: w pełnym makijażu i bieliźnie.

Huyen: Robiłam różne sesje zdjęciowe, przede wszystkim miałam dużo zdjęć portretowych, były też w różnych konwencjach, na przykład wojennej. Miałam również zdjęcia w bieliźnie, ale są one wysmakowane. Zawsze lubiłam artystyczne zajęcia: dużo rysowałam, pisałam wiersze, opowiadania. Do sesji zdjęciowych wymyślałam razem z fotografami pomysły, historie i emocje, które mają przedstawiać. Myślałam o modelingu jako formie dodatkowego zarobku, ale nie miałam komercyjnych zleceń.

Fani dotarli do zdjęć?

Huyen: Niewiele osób je widziało. Mówisz, że mój wizerunek jest na nich inny, ale przecież na kanale popularnonaukowym nie ma przestrzeni, aby pokazać mniej ugrzeczniony wizerunek.

Marcin również grał w serialach i reklamach. Pojawiłeś się między innymi w „Mamuśkach” i „Na sygnale”.

Marcin: W czasach licealnych też dorabiałem jako epizodysta i statysta. To właśnie na jednym z castingów poznaliśmy się z Huyen. Było to w 2009 roku na castingu do promowania Warszawy w związku z Rokiem Chopinowskim 2010. Wygrałem go i zagrałem Japończyka.

A fani spekulują, że jesteście rodzeństwem.

Marcin: Jesteśmy parą, narzeczeństwem. Nie chwalimy się tym, ponieważ nasz kanał jest o nauce, a nie o tym, jakie relacje nas łączą.

Huyen: Staram się zachować sferę prywatności dla siebie. Nawet jak umieszczam posty na Instagramie czy Facebooku, zazwyczaj nie ma tam zdjęć naszych znajomych i rodziny.

Huyen, Twoi rodzice pochodzą z Wietnamu, ale czy Ty urodziłaś się już w Polsce?

Huyen: Nie, przyjechałam z rodzicami jako dwulatka. Jestem Wietnamką, za to Marcin jest w połowie Wietnamczykiem, po ojcu.

Marcin: Ale urodziłem się w Warszawie.

Huyen: Marcin jest Polakiem tylko trochę przebranym za Azjatę, bo nie mówi po wietnamsku. Jest stuprocentowo osadzony w kulturze polskiej. Po wietnamsku potrafi tylko policzyć do dziesięciu, i to z błędami.

Ale ty, Huyen, płynnie mówisz po wietnamsku.

Huyen: Tak i jeśli zapytasz, czy bardziej czuję się Polką czy Wietnamką, trudno mi odpowiedzieć, gdyż to zależy od sytuacji. Z kultury wietnamskiej zaczerpnęłam, że jestem bardzo rodzinna, szanuję starsze osoby. W języku wietnamskim nawet w zwrotach do adresata podajemy, kim jesteśmy dla tego kogoś. Czyli gdy zwracam się do babci, to brzmi to tak: „Wnuczka pyta babci, czy babcia miałaby ochotę na dodatkowy ryż?”. To podkreślenie wagi rodziny i starszych zakorzeniło się we mnie. Ale za to nie lubię, gdy Wietnamczycy strasznie wszystko owijają w bawełnę. Jak mają powiedzieć coś niemiłego, to najpierw usłyszysz dziesięć komplementów. Nie podoba mi się to, bo sprawia problem z komunikacją. Zdecydowanie wolę polską otwartość i stawianie spraw prosto z mostu.

Huyen, Twoja azjatycka uroda wzbudza ciekawość widzów, ale czy pomaga w zdobywaniu popularności na YouTube?

Huyen: Zawsze jest tak, że jak ktoś jest trochę inny, rzuca się w oczy. Jeśli chodzi o pierwsze wrażenie, to ludzie bardziej mnie zapamiętują. Pytają mnie też o pochodzenie, ale dodają zdanie: Przepraszam, jeśli cię uraziłem. Nie wiem, dlaczego pytanie o pochodzenie miałoby mnie urazić.

Spotykacie się z przejawami niechęci wobec cudzoziemców?

Huyen: Zdarzało się, ale to są marginalne rzeczy, o których nie warto wspominać.

Co odpowiadacie?

Marcin: Na kanale prawie sto procent komentarzy jest pozytywnych, a jeśli trafi się negatywny, nie ma co odpisywać, bo widzowie sami bronią naszego dobrego imienia.

Huyen: Krytyczne komentarze pojawiają się na temat mojego głosu. Dla jednych jest uroczy, ale część osób nie może go znieść. „Masz ciekawą treść, ale muszę to wyłączyć” – mówią. Jestem tym zaskoczona, bo wydaje mi się, że mam dość normalny głos. Nad jego emisją mogę popracować, ale naturalnej barwy, która może niektórym wydawać się za wysoka, nie zmienię. Rzeczy, których nie możemy zmienić, nie ma co brać do siebie.

Dlaczego Marcin tak rzadko pojawia się w filmach?

Marcin: Huyen o wiele bardziej nadaje się do wystąpień przed kamerą, ja skupiam się na kwestiach technicznych, ale jeśli jest potrzebna druga osoba, wtedy się pojawiam. Poza tym chcemy założyć drugi kanał, bardziej prywatny, na którym będziemy we dwójkę omawiać ciekawostki. Odcinki na ten kanał będą mniej czasochłonne w przygotowaniu. Znajdzie się tam wszystko to, co nie będzie się nadawało na główny kanał, czyli na przykład materiał o testowaniu najdziwniejszych kaw świata. Zauważyliśmy, że filmy, w których występujemy spontanicznie i rozmawiamy ze sobą, są bardzo dobrze przyjmowane.

Huyen: Chcemy, aby widzowie nas lepiej poznali. Roboczy tytuł kanału to Emce po Godzinach. Chcieliśmy ruszyć z nim jeszcze w 2017 roku, ale nazbierało się nam sporo innych projektów.

Dlaczego zajęliście się YouTube? Robienie wideo jest ciekawsze od medycyny? Huyen, studiowałaś przecież na Uniwersytecie Medycznym.

Huyen: Ale to nie była medycyna. Wybrałam kierunek, który nie do końca mi się podobał, ale nie powiem jaki. Na szczęście YouTube na tyle się rozwinął, że mogłam się temu poświęcić. Była to trudna decyzja, ponieważ w Azji – i w Polsce chyba też – zawody, które są wolnymi zawodami, postrzegane są jako coś niepewnego albo jako zabawa. Mojej rodzinie nie podobało się, że myślę poważnie o YouTube. Ich zdaniem z powodzeniem mogłabym przecież wykonywać poprzednią pracę – w biurze.

Jako widz nie miałam frajdy, gdy patrzyłam, jak chirurg grzebie Ci w oku.

Huyen: Tamten film powstał, gdyż chciałam pozbyć się wady wzroku. Zawsze widziałam trochę zamazany obraz, co, gdy byłam dzieckiem, wydawało mi się normalne, a okazało się, że jest to wada, którą można usunąć. Szukając kliniki, która wykonuje takie operacje, doszliśmy do wniosku, że możemy zrobić o tym odcinek.

Klinika nie zdziwiła się, że para youtuberów chce nagrać u nich odcinek?

Huyen: Nie, bo wcześniej sprawdziliśmy klinikę, a ona proponowała rabat dla osób, które przystąpią do zabiegu i pochwalą się tym na Facebooku. Doszliśmy do wniosku, że zależy im na promocji. Powiedzieliśmy o tym pomyśle menedżerce, która skontaktowała się z nimi. Otrzymaliśmy dokładne wytyczne, jak zachowywać się na sali operacyjnej. Był ze mną wtedy Marcin i Daniel, operator z LifeTube.

Czy już wszystkie Wasze filmy są sponsorowane?

Huyen: Nie wszystkie, ale dużo.

Marcin: Na niektóre trudno jest znaleźć sponsorów. Mamy pomysł na odcinek, w którym Huyen będzie nosiła okulary przedstawiające obraz do góry nogami. Chcemy zbadać, jak jej mózg przystosuje się do tego. Na ten film szukamy sponsora od dłuższego czasu i jeszcze go nie mamy.

Zawsze zaczynacie od wymyślania tematu czy robicie też tematy pod sponsora?

Huyen: Różnie, ale nigdy nie próbujemy naginać formatu do czegoś, co nie pasuje do kanału. Gdy jest sponsor, a nie wiemy, jak coś przedstawić w ciekawy sposób, po prostu tego nie robimy. I odwrotnie: jeśli widzowie proszą o jakiś film i temat jest ciekawy, mimo braku sponsora realizujemy go.

Widzowie przyzwyczaili się, że jednak niemal każdy odcinek jest sponsorowany? Nie obawiacie się efektu, jaki wywołał Martin Stankiewicz, gdy nagromadziły mu się komercyjne współprace?

Huyen: Nie spotkałam się u nas z taką reakcją. Widzowie komentują wręcz, że mamy fajny product placement i tak się powinno robić reklamy na YouTube. Jakoś udaje nam się tak robić, aby nie były one inwazyjne. Poza tym współpracujemy z markami, które nam się podobają.

Komu odmówiliście?

Huyen: Producentom tytoniu, leków, suplementów diety.

Promowalibyście alkohol?

Huyen: Zależy jaki i w jakim kontekście.

Marcin: Wzięlibyśmy udział w akcji promującej trzeźwość, organizowanej przez markę alkoholową. Ale jeżeli marka mówi: supermocne, super cool, weź na imprezę sześciopak – nie chcemy się podpisywać pod tym.

Sponsor namówił Was do zjedzenia szarańczy?

Marcin: Odcinek był sponsorowany przez księgarnię Bonito, ale sami wybraliśmy temat.

Huyen: Nie mówili nam: zjedzcie szarańczę, będzie się klikało. Lubimy z Marcinem próbować nowych rzeczy i doszliśmy do wniosku, że nigdy nie jedliśmy owadów. Nagraliśmy więc o tym odcinek. Szarańcza w panierce smakowała jak mięso mielone wieprzowe, pyszna przekąska.

Co jest najfajniejsze w byciu gwiazdą YouTube?

Marcin: To, że można dzielić się swoją pracą z wieloma osobami.

Zaczynacie już gwiazdorzyć?

Huyen: Myślę, że znajomi i osoby podchodzące do nas nie odczuły tego. Jesteśmy zwykli.

Występujecie w programach śniadaniowych. Stacje telewizyjne proponują Wam własne programy?

Huyen: Po dwóch razach w telewizji śniadaniowej uznaliśmy, że występowanie na żywo wiąże się ze zbyt dużym stresem, gdyż wszelkie przejęzyczenia idą w świat. Program to co innego. Prowadzimy rozmowy z jedną ze stacji na temat programu podróżniczego.

Co Was przekonało do pracy w telewizji?

Huyen: To też jest produkcja filmowa tylko z większą ekipą. Oczywiście liczymy się z tym, że nie będziemy mieć takiej autonomii jak na YouTube, ale chcemy spróbować, gdyż programem telewizyjnym możemy trafić do innych odbiorców. A poza tym lubimy podróże.

Czyli telewizja nie umiera, skoro youtuberzy chcą w niej występować.

Huyen: Telewizja się zmienia, przechodzi do sieci. Kiedyś mówiono przecież, że radio umiera, bo wchodzi telewizja. Naszym zdaniem telewizja nie umrze, lecz nastąpi taki switch, że będzie ona coraz częściej dostępna na żądanie.

Iga Kołacz

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo