Temat: prasa

Wydanie: PRESS 03/2017

Życie po życiu w mediach

Tomasz Lachowicz - przez 10 lat restrukturyzował podległe mu gazety. - Byłem w tym nawet dobry – podkreśla. – Pomyślałem, że skoro tak łatwo idzie mi zwalnianie innych, może ze mną jest niefajnie

Jeśli już postanowicie odejść z mediów, to do czegoś, co kochacie.

Media nie są jedynym miejscem, gdzie można pracować – zapewniają. Po odejściu z redakcji prowadzą pensjonat, kawiarnię, restaurację, studio pilatesu; sprzedają sery, wina, produkty pod własną marką. Różnią się od wielu dziennikarzy, których z redakcji wymiatają kolejne restrukturyzacje i którzy za wszelką cenę próbują zaczepić się blisko mediów – w public relations, szkoleniach medialnych, biurach rzecznika.

Oni dla siebie takiego „życia po życiu” nie widzą.

Press

fot. archiwum prywatne

Maciej Krzyślak: – Kilka dni przed moim zwolnieniem pacjentka opowiedziała żonie historię swego syna, który wyjechał do Izraela i tam zrobił uprawnienia instruktora pilatesu. To była inspiracja dla mnie.

Redaktor naczelny ćwiczy

– Wymówienie dostałem w poniedziałek, a już w środę zapisałem się na kurs dla instruktorów pilatesu – opowiada Maciej Krzyślak z Zielonej Góry. – Kurs odbywał się w ośrodku szkoleniowym pod Warszawą. Nie kosztował dużo, coś ponad dwa tysiące, bo Unia Europejska dopłacała – mówi.

Pilates to system ćwiczeń fizycznych mający na celu wzmocnienie mięśni bez ich nadmiernego rozbudowania, odciążenie kręgosłupa, poprawę postawy i uelastycznienia ciała oraz ogólną poprawę zdrowia.

Jeszcze pracując w „Gazecie Wyborczej”, Maciej Krzyślak zrobił podyplomowe studium zarządzania w służbie zdrowia. Od dawna wraz z żoną myśleli o założeniu centrum rehabilitacji, w którym pomoc uzyskają pacjenci, ale także osoby już po leczeniu oraz te, które chcą zachować sprawność. Ówczesny dziennikarz nie wiedział tylko, co on miałby w tym ośrodku robić. – Kilka dni przed moim zwolnieniem pacjentka opowiedziała żonie historię swego syna, który wyjechał do Izraela i tam zrobił uprawnienia instruktora pilatesu. To była inspiracja dla mnie. I tak się zaczęło – wspomina.

Dziennikarzem „Gazety Wyborczej” Maciej Krzyślak był przez 20 lat; kierował oddziałami w Zielonej Górze, potem w Rzeszowie i znów w Zielonej Górze. – Rozmowa o zwolnieniach grupowych była zaskoczeniem, ale nie rozpaczałem. Od pewnego czasu czułem, że jakaś epoka w mediach się kończy – mówi. Zwolniono go w październiku 2012 roku.

Po uzyskaniu uprawnień instruktora pilatesu zagłębił się w książki; czytał wszystko, co dotyczyło narządów ruchu. Już w marcu 2013 roku rozpoczął zajęcia z klientami w wynajmowanym dwa razy w tygodniu pomieszczeniu, a pięć miesięcy później, inwestując swoje oszczędności, skompletował najnowszy sprzęt i otworzył w Zielonej Górze własne studio pilatesu. – Przez trzy lata ostro pracowałem, chciałem jak najgłębiej wejść w nowy zawód. Ukończyłem roczny kurs w renomowanej szkole amerykańskiej Body Arts and Science International Pilates. Na cztery sesje jeździłem do Londynu. Byłem drugim Polakiem, który to szkolenie zaliczył – opowiada Krzyślak.

Po sąsiedzku gabinet ma jego żona, lekarka rehabilitantka. W razie potrzeby mogą konsultować przypadki swych pacjentów. Są więc bardziej skuteczni.

W miarę poznawania tajników pilatesu czuł, że właśnie tym chce się zajmować. – W chwili odejścia z dziennikarstwa dobiegałem pięćdziesiątki, już sam odczuwałem pewne dolegliwości. Tę swoją słabość zamieniłem w atut. Lepiej niż młodzi trenerzy rozumiem ludzi, którzy do mnie przychodzą, na sobie sprawdzam skuteczność ćwiczeń – mówi Krzyślak.

W studiu Anima Pilates obłożenie jest pełne. Coraz więcej osób skarży się wszak na bóle kręgosłupa, bioder czy barków. Niewielka jest też na rynku oferta dla ludzi po czterdziestce. – Każdego klienta traktuję indywidualnie; uczę, by był bardziej świadomy swego ciała i eliminował to, co mu szkodzi. Chcę jak najlepiej mu pomóc – to dla mnie wyzwanie – mówi właściciel. Cieszy go, gdy po serii ćwiczeń jego klientka może znów jeździć na ulubionych nartach, a żeglarz wraca z rejsu i opowiada, że ani razu nie zażył tabletek przeciwbólowych. – Reklamy nie potrzebuję, bo ludzie trafiają do mnie dzięki poczcie pantoflowej. Mam też sporą grupę klientów skarżących się na różne dolegliwości, których wysłali do mnie lekarze.

Praca w studiu daje ogromną satysfakcję, ale także bardzo przyzwoite pieniądze. Znacznie większe niż te, które zarabiałem w „Gazecie” – wyznaje były dziennikarz.

I dodaje: – A wie pan, co mi się czasem śni? Że dostaję propozycję pracy w mediach i wtedy budzę się spocony, bo się zgadzam, gdyż głupio odmówić…

Końska dawka emocji

Kolega z pracy Krzyślaka Jerzy Sawka o swoim nowym zajęciu mówi tak: – To jest druga wielka przygoda w moim życiu. Mam w sobie podobny entuzjazm jak w latach dziewięćdziesiątych, gdy budowaliśmy od podstaw „Gazetę Wyborczą”.

Od września 2013 roku Sawka jest dyrektorem Wrocławskiego Toru Wyścigów Konnych – Partynice. Zarządza załogą 60 ludzi, ma ponad 200 koni i 74 ha ziemi. – Wprowadziłem już sporo zmian, na przykład sprywatyzowałem trenerów, których zarobki uzależnione są teraz od wyników koni na torze – opowiada.

Jako 12. tor Partynice zostały przyjęte do Crystal Cup, prestiżowej grupy wyścigów przeszkodowych Europy, a także do Euro Equus, elitarnego stowarzyszenia pięciu miast, które promują się przez konne dziedzictwo (oprócz Wrocławia: portugalska Golegã, belgijskie Waregem, hiszpańskie Jerez de la Frontera, czeskie Pardubice). – Staliśmy się też największym w regionie ośrodkiem jeździeckim. Mamy 40 koni rekreacyjnych, a będzie ich sto. Na jazdy przychodzą dzieci i dorośli. Rozwijamy wysokiej jakości szkolenia dla branży jeździeckiej – wylicza Jerzy Sawka.

Aktywnym dziennikarzem był 23 lata. Już w 1990 roku tworzył oddział „Gazety Wyborczej” w Szczecinie i wiele lat nim kierował, potem rok był wiceszefem „Gazety Stołecznej”, a od 2004 roku naczelnym „Gazety Wyborczej Wrocław”. W 2012 roku padł ofiarą zwolnień w Agorze. Dostał wprawdzie inną ofertę pracy w medialnym koncernie, ale była dla niego nie do przyjęcia. Wynegocjował za to wydłużony okres wypowiedzenia. Gdy czas ten dobiegał końca, Sawka dowiedział się, że władze Wrocławia ogłosiły konkurs na szefa toru wyścigów konnych, który jest firmą komunalną. I konkurs wygrał.

– Od dzieciństwa jeżdżę konno. Gdy byłem szefem oddziału „Wyborczej” w Szczecinie i sprzedałem akcje Agory, stać mnie było nawet na trzymanie siedmiu własnych koni. Trzy razy byłem mistrzem Polski w team penningu, czyli konnym zaganianiu krów do zagrody. Mam też tytuł mistrza środowisk twórczych w ujeżdżeniu – opowiada Jerzy Sawka. W środowisku koniarzy sławę przyniosła mu zwłaszcza praca z trudnymi końmi. Powstał nawet film dokumentalny Julii Popkiewicz „Tłumacz koni” – o pracy Sawki z nieokiełznanym ogierem Sang Jangiem, którego potrafił tak ułożyć, że po pół roku zaczął wygrywać na wyścigach.

Press

fot. archiwum prywatne

Katarzyna Obara: – To jest moje miejsce, w którym dobrze się czuję. Dziękuję Bogu, że nie pracuję dziś w telewizji publicznej.

Homar nad Odrą

– Szczerze mówiąc, byłam trochę obrażona na media, na Telewizję Polską – wspomina Katarzyna Obara, przed kilku laty jedna z najbardziej rozpoznawalnych gwiazd TVP 2. Prowadziła m.in. popularny program „Pytanie na śniadanie”. Zaczynała w 1995 roku jako dziennikarka wrocławskiego ośrodka TVP, krótko była także w Polsacie. – W kwietniu 2010 roku, podczas urlopu wychowawczego, dostałam, listem poleconym i bez uprzedzenia, wypowiedzenie z pracy podpisane przez Alicję Resich-Modlińską, moją ówczesną szefową – opowiada. – Nikt z kierownictwa nawet do mnie nie zadzwonił. A gdy w końcu umówiłam się z dyrektorem Dwójki, w ostatniej chwili odwołał spotkanie.

O pracy w TVP nie było mowy, TVN nie był zainteresowany. – Trzeba było jakoś się pozbierać. Wróciłam z Warszawy do Wrocławia i prezydent Dutkiewicz zaproponował mi start w wyborach do rady miasta z listy jego ugrupowania. W listopadzie 2010 roku zostałam radną – Katarzyna Obara nie ma złudzeń, że pomogła jej popularność telewizyjna. – Ale cztery lata później już sama zapracowałam na ponowny wybór do rady miasta – podkreśla.

Funkcja radnej nie wystarczała. W 2012 roku Katarzyna Obara założyła własną restaurację, inwestując pieniądze ze sprzedanego mieszkania w Warszawie. Wspólnikiem został mąż. Jego firma miała wynajęty lokal, który stał pusty i można go było przeznaczyć na działalność gastronomiczną. Pod dwóch latach Obara wzięła kredyt i zmieniła lokalizację na lepszą. OKWineBar mieści się teraz nad samą Odrą, należy do dziesiątki najlepszych restauracji w mieście, poleca go nawet prestiżowy przewodnik „Gault & Millau Polska” (edycja z 2015 i 2017 roku).

– Wszystko, począwszy od wystroju po menu, na które mam decydujący wpływ, to moje dzieło – mówi z zadowoleniem Katarzyna Obara. – Jestem w restauracji codziennie po kilka godzin, ale bywa, że także w domu załatwiam sprawy z nią związane. Nie mam menedżera, sama zatrudniam i zarządzam ponad dwudziestoosobowym zespołem, rozmawiam z gośćmi – mówi. Ale ma tak ustawiony biznes, że stać ją na wyjazd na urlop.

Ponieważ restauracja jest nad wodą, serwuje homara, owoce morza, podobno najlepszą w mieście ośmiornicę, ale też dania mięsne. Dla dziennikarki, a z wykształcenia iberystki, początki nie były łatwe. Trzeba było w biegu nauczyć się księgowości i zarządzania, stworzyć zespół, nie przeinwestować. Od zeszłego roku spłaca kredyt i będzie to robić przez najbliższe 15 lat. Bywało, że płaciła frycowe. Sporo czasu straciła np., żeby zapanować nad znikaniem niektórych z ponad trzech tysięcy butelek wina.

– Ale to jest moje miejsce, w którym dobrze się czuję. Dziękuję Bogu, że nie pracuję dziś w telewizji publicznej – zapewnia Katarzyna Obara. Choć nie wyklucza, że kiedyś może wrócić do dziennikarstwa. Od czasu do czasu, na prośbę przyjaciół, prowadzi imprezy charytatywne lub firmowe.

Jan Fusiecki: W prowadzeniu klubokawiarni pomagają mu dorosłe dzieci, wolontariusze, znajomi dziennikarze. Codziennie w klubie są jakieś wydarzenia.

Press

fot. Adam Guz / Press

Społeczność klubowa

Jan Fusiecki dużej restauracji nie założył – postawił na skromną, ale słynną z nazwy i działania w Warszawie klubokawiarnię Chłodna 25 na Woli. Po niemal 20 latach pracy w „Gazecie Stołecznej” został zwolniony w 2012 roku, potem pracował w „Press”. Gdy poprzednia Chłodna 25 została zamknięta, po jakimś czasie Fusiecki dowiedział się, że ratusz ogłosił przetarg na wynajem lokalu po legendarnej klubokawiarni. – Złożyłem ofertę wraz z jedną z radnych warszawskich, która, podobnie jak ja, znała ten lokal. Przez wadliwą kwalifikację budynku ratusz wystawił Chłodną 25 pod innym adresem. Dlatego nikt inny nie zorientował się, że klubokawiarnia jest do wzięcia. Wygraliśmy przetarg, dając o 50 groszy więcej za metr kwadratowy ponad cenę wywoławczą.

Lokal przejęli wraz ze sprzętem, który podarował im poprzedni najemca. – Coś trzeba było uzupełnić, ale na to starczyły oszczędności. Gdy pokonałem liczne formalności, w styczniu 2014 roku ruszyliśmy. Po półtora roku wspólniczka wycofała się – opowiada Fusiecki. Przez pierwsze miesiące na zmianę ze wspólniczką spędzali w lokalu całe dnie, pilnując wszystkiego. Teraz sam poświęca wiele czasu na załatwianie spraw w rozlicznych urzędach, pilnowanie rozrachunków… Na dziennikarstwo nie ma czasu.

Jak dziś idzie biznes? – To raczej biznesik – śmieje się Fusiecki. Lokal ma 90 mkw. plus 80 mkw. sali koncertowej w piwnicy (to tam zaczynał słynny dziś teatr „Pożar w burdelu”). I nieduży barek, w którym właściciel zatrudnia głównie studentów – przeważnie muzyków, plastyków, aktywistów. Dzięki temu przy Chłodnej 25 działa społeczność – osoby związane z klubem organizują koncerty, wystawy, cykle wykładów czy warsztatów. Stacjonarny pracownik, który bezustannie nad wszystkim czuwa, jest jeden – bukuje wydarzenia, nadzoruje bar. W prowadzeniu klubokawiarni pomagają Fusieckiemu dorosłe dzieci, wolontariusze, znajomi dziennikarze. Codziennie w klubie są jakieś spotkania, wydarzenia – gości nie brakuje. – Da się z tego żyć, ale trzeba się bardzo starać. Spokoju i pewności nie ma, bo rosną czynsze i koszty przygotowania imprez – twierdzi Jan Fusiecki.

Podobny, nieduży biznes ma w Nowym Sączu Jerzy Olszowski. Zwolniony z krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej” w 2002 roku wrócił do rodzinnego miasta. Założył Kawiarnię Prowincjonalną. – Zapożyczyłem się u siostry. Każdy stół, każde krzesło było z innej parafii. Ale to nadało lokalowi specyficznego uroku – opowiada.

Po ośmiu latach zmienił lokalizację na lepszą: teraz jest koło rynku, przy ul. Pijarskiej. Zatrudnia tylko dwie–trzy osoby, całymi dniami sam dogląda kawiarni. – To mój drugi dom. Przychodzą do mnie ludzie zakręceni, artyści, muzycy. Mamy wystawy, koncerty. Jak widzisz, istnieje jeszcze jakiś świat poza gazetą – śmieje się Olszowski. – Interes mam już ustawiony, więc wraz z fotografem Januszem Miczkiem wymyśliliśmy lokalny portal Twój Sącz (Twojsacz.pl). Oprócz bieżących informacji specjalizujemy się w historii miasta i starych zdjęciach. Portal ma ponad 20 tysięcy użytkowników – chwali się były dziennikarz „GW”.

Gotować zamiast zwalniać

– Teraz nie mogę, bo podaję kolację. Zadzwoń jutro koło jedenastej, jak wydam śniadania – mówi Tomasz Lachowicz. W Hańczowej w Beskidzie Niskim wyremontował i przerobił łemkowską chyżę (zagrodę) i sam prowadzi pensjonat z pięcioma pokojami dla gości. Pali w kominku, rąbie drewno. Zawsze lubił gotować, a teraz wertuje książki kucharskie, by dogodzić gościom. – Najbardziej sprawdzają mi się kulinarne inspiracje Ewy Wachowicz – mówi Lachowicz.

Ma długi staż dziennikarski: pracował m.in. w „Kurierze Polskim”, tygodniku „Cash”, w „Super Expressie” był kierownikiem działu reportażu, zastępcą naczelnego i naczelnym. Szefował „Gazecie Krakowskiej”, a następnie był redaktorem naczelnym krakowskiego oddziału Polskapresse (odpowiadał za „Gazetę Krakowską” i „Dziennik Polski”).

Jego nikt z dziennikarskiej posady nie wyrzucał. To on przez 10 lat zwalniał dziennikarzy, restrukturyzował podległe mu gazety. – Byłem w tym nawet dobry – podkreśla Lachowicz i tłumaczy, dlaczego sam postanowił odejść z zawodu: – Pomyślałem, że skoro tak łatwo idzie mi zwalnianie innych, może ze mną jest niefajnie? Może te dzisiejsze media, gdzie wszystko się kurczy, spada sprzedaż gazet, trudno o sukces, to już nie dla mnie? I czy mam się z tym zmagać przez kolejne dziesięć lat pozostałe do emerytury, aż może i mnie ktoś zwolni?

Z rocznym wyprzedzeniem poinformował zwierzchników, że od 2015 roku wypisuje się z medialnego interesu. Dlaczego pensjonat w Beskidzie Niskim? – Przyjechaliśmy tu kiedyś rowerami i spodobało się nam. Dzieci są już samodzielne, więc postanowiliśmy z żoną znaleźć miejsce dla siebie poza miastem – odpowiada.

Sprzedali dom pod Warszawą i kupili w Hańczowej ponad 2 ha ziemi ze starą zagrodą. Okolica piękna, pod okno podchodzą sarny. Tomasz dba o pensjonat, a jego żona co jakiś czas wyjeżdża, by prowadzić szkolenia dla nauczycieli i rad pedagogicznych, w czym od lat się specjalizuje. – To taka nasza kotwica bezpieczeństwa, gdyby agroturystyka nie szła za dobrze – wyjaśnia Lachowicz.

Na antypody

„Tak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się? Człowiek, który przestaje się dziwić, jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze – uroda życia” – jej ulubiony cytat z Ryszarda Kapuścińskiego przysyła mi z Australii Izabella Jabłońska. Bym lepiej zrozumiał jej decyzję z 2009 roku.

Miała za sobą lata bardzo intensywnej kariery dziennikarskiej i formowania nowych mediów. Pracę w „Kulisach”, współtworzenie „Super Expressu” (była prezesem wydawnictwa i naczelną); prawie dwa lata robiła dla Burdy kilka medialnych projektów, potem był jeszcze Związek Kontroli Dystrybucji Prasy, funkcja prezesa Polskich Badań Czytelnictwa i praca dla PAP. Prywatnie była już singielką po rozwodzie, córka wyjechała na studia do Hiszpanii.

– Poczułam apetyt na życie, chęć odkrywania świata. W zawodzie osiągnęłam wiele i niczego nie musiałam już udowadniać. Najpierw z plecakiem jeździłam po Europie. Potem ruszyłam w nieznane, na antypody. Przez internet znalazłam grupę podobnych do mnie i razem ruszyliśmy w trzytygodniową podróż przez odludny środek Australii – opowiada mi przez Skype’a Izabella Jabłońska.

Tak jej się spodobało, że po powrocie postanowiła zamienić warszawski apartament przy ul. Włodarzewskiej na pokoik w małej miejscowości na północy Australii. – Dobrze się tam czułam. Pracowałam dorywczo w administracji, w szkole, w sieci restauracji, a nawet w lokalnym radiu. Jeździłam rowerem, grałam z sąsiadami w tenisa. Poczułam, że nareszcie niczego nie muszę. Nie miało to nic wspólnego ze zmianą pracy: ja zmieniłam swoje życie, a to różnica – podkreśla.

Po trzech latach poznała australijskiego partnera i przeniosła się z nim do Melbourne. Prowadzą firmę w sektorze usług profesjonalnych ciężkiego sprzętu budowlanego. On zajmuje się nadzorem technicznym, ona administruje firmą. Dużo razem podróżują.

– Oczywiście ważne jest, co robimy, ale jeszcze ważniejsze, czy jesteśmy szczęśliwi. Tutaj się odnalazłam. Australia odświeżyła mnie psychicznie, wciąż mnie coś zadziwia, sporo maluję, jako wolontariuszka odwiedzam dom starców i długo rozmawiam z pensjonariuszami. Lubią mnie, bo jako dziennikarka umiem słuchać. Chodzi za mną, by kiedyś opisać tę rewolucję w moim życiu – przyznaje była naczelna „Super Expressu” i prezes PBC.

Press

Alicja Sajewicz: Zaangażowała się w robienie dla TVP 1 programu „Świat się kręci”. – W pierwszej połowie 2014 roku powiedziałam sobie: dość – wspomina. Czy ma satysfakcję z nowego zawodu? – Jak cholera!

Marka z solidnej skóry

Alicja Sajewicz, wcześniej dziennikarka Radia Plus i Radia PiN, zaangażowała się w robienie dla TVP 1 programu „Świat się kręci”. – Tego już jednak nie dało się połączyć z domem, rodziną, dwójką dzieci, mężem, który prowadzi studio dźwiękowe. W pierwszej połowie 2014 roku powiedziałam sobie: dość – wspomina.

Zawsze fascynowały ją oryginalne torebki, przywoziła je z zagranicznych podróży, dla znajomych robiła biżuterię. Znalazła kaletnika, który przez kilka tygodni uczył ją podstaw zawodu. – Oczywiście za naukę musiałam zapłacić, ale przekonałam się, że mogę to robić.

By kupić sprzęt i założyć warsztat, sprzedała samochód, zainwestowała kilkadziesiąt tysięcy złotych. – Tego nie da się robić w domu, bo przy takim rzemiośle brudzi się, pyli, czuć klej i farby. Musiałam więc wynająć 40-metrowy lokal – opowiada. Zaczynała od drobnych skórzanych breloczków i pasków ze skóry garbowanej roślinnie. Paski robiły furorę, bo są bardzo dobrej jakości i nie do zdarcia. Potem zaprojektowała i zaczęła sama wykonywać torebki. Stworzyła własną markę kaletniczą Wenska Leather Goods (Wenska to jej nazwisko panieńskie).

Dziś jej marka zaczęła być rozpoznawalna w Polsce i Alicja zabiega, by poznała ją zagranica. W marketingu pomagają jej doświadczenia i kontakty dziennikarskie. Ile robi torebek i pasków miesięcznie? Tajemnica handlowa. Ale chyba niemało, skoro zaczęła już zlecać ich wytwarzanie wybranym warsztatom rzemieślniczym. Oczywiście pod jej nadzorem i według jej wzorów.

Ma satysfakcję z nowego zawodu? – Jak cholera! – śmieje się. – Choć zasuwam od rana do wieczora, bo firma wciąż jest w rozwoju. Zakasuję rękawy i sama tnę skórę, natłuszczam, wyszywam. Ale jestem na swoim i tak ustawiam sobie robotę, żeby znaleźć czas dla dzieci i rodziny.

Press

fot. archiwum prywatne

Grzegorz Jankowski: – Po 19 latach niespokojnego życia w mediach wiedziałem, że to już nie dla mnie. Zastanawiałem się, co w życiu najbardziej lubię. Wyszło mi, że przede wszystkim sery.

Życie za ladą

– Po 19 latach niespokojnego życia w mediach wiedziałem, że to już nie dla mnie. Zastanawiałem się, co w życiu najbardziej lubię. Wyszło mi, że przede wszystkim sery – wspomina Grzegorz Jankowski, który przeszedł przez kilka redakcji gazet i telewizji. Ostatnim miejscem pracy był gdański ośrodek TVP. Jako dziennikarz jeździł na wiejskie festyny i jarmarki. Tam smakował tzw. rękodzielnicze, czyli farmerskie sery. Robili je zazwyczaj pasjonaci, którzy wynieśli się z miasta na wieś. Postanowił je sprzedawać, gdy w 2012 roku rzucił dziennikarstwo. Na handlu się nie znał. – To był dosłownie skok na główkę do pustego basenu – wspomina.

Jego sklep Ser Lanselot mieści się w centrum Sopotu, w Krzywym Domku przy ul. Haffnera. – Żeby go założyć, wziąłem kredyt, jeszcze go spłacam, ale jestem już w końcówce – przyznaje. Sprzedaje sery farmerskie różnych smaków, ale też to, co do sera: wina, makarony, konfitury, oleje, miody. – Wypracowałem sobie kontakty z producentami i renomę, bo choć produkty u mnie nie są tanie, gwarantuję najwyższą jakość. I przez cały czas tego się trzymam. Nie obniżam lotów – tłumaczy Grzegorz Jankowski. Sam stoi za ladą od godziny 10 do 19, nie stać go na zatrudnianie personelu. Wizyta w jego sklepie to nie tylko zakupy. To także rozmowa z właścicielem, który potrafi doradzić, opowiedzieć o walorach i pochodzeniu serów. Niektórzy przychodzą, by pogadać z Jankowskim, a przy okazji coś kupią. On sam powrotu do dziennikarstwa nie widzi. Jest zadowolony z tego, co ma: – Wystarcza mi na w miarę spokojne życie, choć bez kokosów.

Życie właścicielki sklepu wybrała też Anna Bryk. Była m.in. dziennikarką Radia Gdańsk i „Dziennika Bałtyckiego”, a gdy przeszła do „Gazety Olsztyńskiej”, zajmowała się promocją. Wtedy z ówczesnym mężem Piotrem Cimaszkiewiczem, który w tej samej redakcji odpowiadał za sprzedaż gazet, postanowili odejść z mediów. W 2006 roku założyli w Olsztynie pionierski sklep Wiejskie Klimaty. – Mieliśmy wielu przyjaciół na warmińskiej wsi, którzy wytwarzali dobre, zdrowe produkty: sery owcze i kozie, domowe konfitury, syropy lawendowe, wędliny, miody, ciasta i chleby. Myśmy to wszystko brali do naszego sklepu, doradzali też, jak ciekawie, estetycznie opakować. I to był sukces. Otworzyliśmy potem dwa kolejne sklepy w Olsztynie pod tym samym szyldem – wspomina Anna.

Ich działalność była wręcz pionierska, wyznaczali nowe ścieżki w relacjach z sanepidem i z lekarzami weterynarii. W 2013 roku małżonkowie rozstali się. Piotr wyjechał do Wielkiej Brytanii, sprzedali sklepy. – Ale kontakty i doświadczenia z tamtych lat bardzo mi się przydały. Prowadzę teraz własną działalność: opracowuję dokumenty aplikacyjne do projektów unijnych dla przedsiębiorstw i rolników, pomagam im w pozyskaniu funduszy – mówi Anna Bryk.

W sieci win

– Jestem tu sam, pracuję tylko osiem godzin dziennie, bo czas rodzinie też się należy – opowiada Wojciech Surdziel, który 19 lat był fotoreporterem „Gazety Wyborczej”. Na warszawskiej Woli prowadzi sklepik sieci 6Win. – W tej mojej dziupli trzy na cztery kroki, obok butelek z winem, mam także ze dwieście książek, nowości, najlepsze poradniki kulinarne, varsaviana. A jak ktoś chce, może u mnie zamówić jakiś tytuł z zagranicznej prasy – mówi Surdziel.

Książki mają związek z jego poprzednim zajęciem. Po odejściu w 2012 roku z etatu w „Gazecie Wyborczej” przez rok pracował w Głównej Księgarni Naukowej. – Dziś nie wstyd zarabiać na kilku frontach. Fotografowanie to tylko jedna z nóg, na których stoję, żeby się utrzymać. W sklepie mam komputer i gdy nie ma klientów, obrabiam zdjęcia z sesji, które ktoś u mnie zamówi – opowiada. Reprezentuje liczną grupę fotoreporterów, którym kilka lat temu redakcje odebrały etaty, a zaproponowały inne formy współpracy – najczęściej bardzo niekorzystne.

Jego kolega z „GW”, fotoreporter Jerzy Nogal, po 19 latach czuł się wypalony i postanowił zostać kucharzem. Pracował w knajpach warszawskich: w Miodzie, (Burger) Kitchen, w Czarna Barze i Qchni Artystycznej. – Półtora roku temu skończyłem z tym i teraz zajmuję się pokazami kulinarnymi, robię warsztaty kuchenne, uczę, jak żywić osoby z rzadkimi chorobami – opowiada Nogal. Popularne są np. imprezy firmowe, na których ludzie spędzają czas na wspólnym gotowaniu pod kierunkiem kucharzy, dobrze się przy tym bawiąc. Przepisy Nogala można znaleźć w internecie, on sam występuje w „Pytaniu na śniadanie” TVP. Zaś na Podkarpaciu ma 3 ha ziemi, na których uprawia ekologicznie pszenicę, żyto, proso, grykę. Na potrzeby własne i przyjaciół.

Mistrz biżuterii

– Nie interesuje mnie robienie jednej rzeczy. Potrafię wymyślić kontent, zaprojektować produkt, wytworzyć go i być skutecznym menedżerem – przekonuje Robert Kozyra, przez lata jeden z najbardziej znanych ludzi na rynku mediów. Był redaktorem naczelnym, dyrektorem programowym i prezesem Radia Zet, przez dwie edycje był jurorem programu TVN „Mam talent!”, dwukrotnie (w 2012 i 2013 roku) zdobył Telekamerę w kategorii Juror. Jest też doradcą biznesowym międzynarodowych koncernów. Jak ustaliliśmy, współpracował m.in. z jedną z firm medialnych ubiegających się o kupno TVN. W Katowicach i Poznaniu uczy studentów biznesu i marketingu. Jest producentem kilkunastu hitów muzycznych. – Nagranie „Wkręceni” Igora Herbuta z zespołu Lemon na YouTube ma blisko 33 miliony odtworzeń. Hitem okazała się też „Wierność jest nudna” Natalii Kukulskiej czy „Tylko z tobą chcę być sobą” Łukasza Zagrobelnego – podkreśla Robert Kozyra. Kończy produkcję trzech nowych piosenek. Zajmuje się też doborem muzyki do filmów i seriali. Zagrał w serialu „Czas honoru”.

A w grudniu 2016 roku można było zobaczyć Roberta Kozyrę za ladą stoiska z biżuterią marki Scallini w warszawskim centrum handlowym Klif. – Z dobrym skutkiem, bo sprzedaż wzrosła czterokrotnie – z satysfakcją podkreśla Kozyra. – Ale przede wszystkim mogłem porozmawiać ze swoimi klientami, co jest podstawą każdego biznesu. W radiu robiłem badania fokusowe. Teraz rozmawiam bezpośrednio z tymi, dla których produkuję biżuterię – wyjaśnia.

Skąd ta nowa branża w życiu byłego dziennikarza? – Mój znajomy pracował w dużej, międzynarodowej firmie biżuteryjnej. Zapytałem go kiedyś, czy nie chciałby popracować dla siebie. I prawie pięć lat temu założyliśmy spółkę Scallini – opowiada Kozyra. Jednocześnie sam postanowił projektować efektowną biżuterię, której produkcję zleca w fabrykach we Włoszech i w Wielkiej Brytanii. Skąd bierze inspiracje? – Ze wszystkiego. Sztuki, filmu, ale najwięcej z mody, bo biżuteria jest jej uzupełnieniem. Udało mi się zaprojektować kolczyki Crystal Wings, które kupiło w ciągu czterech lat ponad sześć tysięcy kobiet w Polsce. Z powodzeniem sprzedają się już również za granicą – opowiada.

Co ich wszystkich łączy? Że gdy z nimi rozmawiam, nie słyszę znużenia, tylko entuzjazm. Widocznie to inne życie nie tylko istnieje, ale bywa nawet całkiem znośne.

Tekst ukazał się w "Press" 3/2017. Całe wydanie można przeczytać pod tym linkiem oraz w aplikacjach dostępnych w AppStore i Google Play. Wydanie dostępne również w tradycyjnej formie.

Jerzy Sadecki

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo