Wróg numer dwa. „Blikk” pierwszą medialną ofiarą przedwyborczej gry Viktora Orbána
„Po raz pierwszy od 16 lat Orbán stoi przed widmem porażki. Nie dziwi więc, że Indamedia zainwestowała w dziennik, który w serwisie online czyta codziennie ponad pół miliona osób” (fot. Olivier Matthys/PAP/EPA)
Pierwszą ofiarą przedwyborczej gry Viktora Orbána był tabloid „Blikk”.
Iván Zsolt Nagy, były naczelny tego węgierskiego dziennika, trafił na bezrobocie w ciągu zaledwie tygodnia. Jeszcze we wtorek 28 października, czyli trzy dni przed ogłoszeniem sprzedaży „Blikk” spółce powiązanej z Orbánem, poleciał do Zurychu. Był tam zaproszony na coroczne spotkanie redakcyjne tytułów należących do szwajcarskiego koncernu Ringier. Razem z jego kierownictwem spędził dwa dni na dyskusjach o strategii rozwoju na 2026 rok. Nagy opowiada mi, że już wtedy czuł się jak w kiepskim filmie, bo tuż po przylocie do Zurychu dostał zaproszenie na pilne piątkowe spotkanie w swojej węgierskiej redakcji, z zastrzeżeniem, że obecność jest obowiązkowa. Będąc jeszcze w Zurychu, Nagy dopytywał, o co chodzi, jednak przedstawiciele koncernu Ringier udawali, że nie mają o niczym pojęcia, lub szybko zmieniali temat. Iván Zsolt Nagy dowiedział się o wszystkim dopiero po powrocie do Budapesztu. O sprzedaży tabloidu „Blikk” poinformował go na lotnisku szef węgierskiego oddziału Ringiera, i to zaledwie kilkanaście godzin przed wydaniem oficjalnego komunikatu. Na piątkowym zebraniu z całą załogą osobiście pojawili się przedstawiciele szwajcarskiego koncernu – ci sami, z którymi Nagy jeszcze przed chwilą widział się w Zurychu.
– To było bardzo nieprzyjemne uczucie. Prezes węgierskiego oddziału Ringiera kilkakrotnie mnie przepraszał, że zostałem postawiony w takiej sytuacji – wspomina w rozmowie z „Press” Iván Zsolt Nagy. Były naczelny najpopularniejszego tabloidu na Węgrzech niedługo później usłyszał od nowych właścicieli, że straci pracę. Nagy tłumaczy, że w tamtym momencie już i tak był zdecydowany na odejście. Mógł się spodziewać przecież, jaką linię będzie miał tabloid w rękach Indamedia – koncernu, którego współwłaścicielem jest Miklós Vaszily, prezes stacji telewizyjnej TV 2 i biznesmen powiązany z rządzącą partią Fidesz. Należąca do niego Indamedia sukcesywnie wykupuje firmy medialne i zamienia je w prorządowe tuby propagandowe. Oprócz tabloidu „Blikk” węgierski koncern odkupił od Ringiera magazyny kobiece „Kiskegyed” i „Glamour”, tytuł motoryzacyjny „Autobild” oraz m.in. kilka pism telewizyjnych. W komunikacie dotyczącym sprzedaży Marc Walder, prezes Ringiera, oświadczył z dużą dozą hipokryzji, że Indamedia dzięki silnej pozycji na węgierskim rynku ma idealne warunki do przyspieszenia transformacji marek medialnych będących przedmiotem transakcji i że „zapewni im przyszłość pełną sukcesów”.
„BLIKK” LECI DO WASZYNGTONU
O tym, jaka jest ta przyszłość, opowiada mi Iván Zsolt Nagy. – W ciągu niecałego miesiąca od mojego odejścia Viktor Orbán udzielił dwóch krótkich wywiadów pismu „Blikk”. To nie były poważne rozmowy o polityce. Podczas jednej z nich Orbán tłumaczył, dlaczego w trakcie wywiadów telewizyjnych robi dużo notatek, co ponoć pomaga mu się lepiej skupić. To był wtedy gorący temat, bo noc wcześniej premier wystąpił w telewizji ATV i na oczach widzów wciąż coś skrzętnie rysował. Szybko podchwycili to politycy i media, ale to „Blikk” pierwszy mógł o tym porozmawiać z Orbánem – opowiada Nagy, podając jeszcze jeden przykład tego, jak tabloid po zmianie właściciela zyskał przychylność szefa Fideszu. Zaledwie kilka dni po sprzedaży tytułu jeden z reporterów „Blikk” towarzyszył Orbánowi podczas podróży do Waszyngtonu, gdzie doszło do spotkania z Trumpem. Na pokład rządowego samolotu zaproszono wyłącznie dziennikarzy z redakcji przychylnych władzy.
– Nie mam złudzeń, że „Blikk” w rękach Indamedia stanie się prorządowy i zaprzepaści cały wysiłek, jaki włożyłem w próbę redefinicji tego tytułu, tak aby był mniej sensacyjny i clickbaitowy – opowiada Nagy, który objął stanowisko naczelnego tabloidu w kwietniu 2025 roku, zaledwie siedem miesięcy przed jego sprzedażą. Jak twierdzi, zaoferowano mu wieloletni kontrakt, a kierownictwo Ringiera wyraźnie dało do zrozumienia, że chce zainwestować w transformację dziennika.
Skąd więc ta nagła sprzedaż? Iván Zsolt Nagy spekuluje, że mogła za tym stać zwykła ekonomiczna kalkulacja. – Mówi się, że Indamedia zaproponowała szwajcarskiemu koncernowi znacznie wyższą kwotę niż cena rynkowa. Szefostwo wydawnictwa musiało sobie też zdawać sprawę, że w przypadku odmowy rządowa machina propagandowa może im utrudnić prowadzenie biznesu, odcinając dopływ reklam państwowych i tym sam narażając na duże straty finansowe. To rzeczywistość dobrze znana redakcjom, których rząd Viktora Orbána nie uznaje za przychylne – tłumaczy Nagy. I dodaje, że nie ma złudzeń, dlaczego powiązany z Fideszem koncern kupił tabloid mniej niż pół roku przed wyborami parlamentarnymi.
– Po raz pierwszy od 16 lat Orbán stoi przed widmem porażki, mając za rywala opozycyjną partię Tisza, która prowadzi w niezależnych sondażach. Nie dziwi mnie więc, że Indamedia zainwestowała w dziennik, który w serwisie online czyta codziennie ponad pół miliona osób. Wśród czytelników „Blikk” dużą grupę stanowi elektorat Fideszu, czyli ludzie mieszkający poza Budapesztem oraz osoby 60+. To dlatego w przeciwieństwie do innych niezależnych mediów „Blikk” nie jest odcięty od reklam państwowych – tłumaczy Nagy, dodając, że według niego tabloid może być także kołem ratunkowym na wypadek przegranej Fideszu. Partia będzie miała wtedy własną tubę propagandową w postaci popularnego tabloidu.
DAROWIZNA DLA O ORBÁNA
Po przejęciu „Blikk” przez Indamedia Europejska Federacja Dziennikarzy i inne organizacje zaapelowały do Europejskiej Rady ds. Usług Medialnych, by wydała opinię na temat skutków tej transakcji. Organizacje w swoim apelu przypomniały o losie lewicowego dziennika „Népszabadság”. Gdy Ringier w 2016 roku swoje udziały w tym tytule sprzedał koncernowi Mediaworks, jego wydawanie zawieszono. Niedługo później nowy właściciel mający w portfolio także dzienniki regionalne sprzedał je firmie powiązanej z Lorincem Mészárosem, biznesmenem i przyjacielem Orbana z dzieciństwa. W komunikacie właściciele Mediaworks napisali, iż mają nadzieję, że nowy wydawca rozwiąże problemy związane z „Népszabadság”. Nie trzeba mówić, że dziennika krytycznego wobec Orbána już nigdy nie reaktywowano.
To tylko przykłady modus operandi premiera Węgier, który z tylnego siedzenia konsoliduje rynek medialny pod swoim butem. Robi to właśnie z pomocą zaprzyjaźnionych biznesmenów, którzy przez lata wykupowali kolejne tytuły oraz stacje radiowe i telewizyjne, a następnie przekazywali je – w wielu przypadkach za darmo – powołanej przez rząd w 2018 roku Fundacji KESMA (Środkowoeuropejska Fundacja Prasy i Mediów).
Szacuje się, że Orbán pośrednio lub bezpośrednio kontroluje dziś ponad 80 proc. rynku medialnego na Węgrzech. Narzędziem w jego rękach jest też obsadzony lojalistami Urząd ds. Mediów i Komunikacji, który udziela koncesji nadawczych, oraz polityka przyznawania reklam państwowych tylko posłusznym redakcjom. Te niezależne borykają się z problemami finansowymi, mają zakaz wstępu na rządowe konferencje prasowe, a ich pytania zadawane władzom zazwyczaj pozostają bez odpowiedzi. Serwisy takich tytułów, jak m.in.: Hvg.hu, Telex.hu, 444.hu, „Magyar Hang” czy „Népszava”, bywały też w ostatnich latach celem cyberataków.
Najnowszym ciosem w niezależne media – po odkupieniu tabloidu „Blikk” – było zamknięcie węgierskiego oddziału Radia Wolna Europa. Nastąpiło to 21 listopada 2025 roku, czyli zaledwie dwa tygodnie po wizycie Viktora Orbána w Waszyngtonie. Administracja Trumpa, tłumacząc swoją decyzję w liście do Kongresu, ogłosiła, że rząd USA nie będzie finansował działalności medium „będącego w opozycji do prawomocnie wybranego premiera Węgier”. W wyniku tej decyzji pracę straciło 12 dziennikarzy.
– Szczerze mówiąc, nie wiem, gdzie znajdą pracę. Na Węgrzech jest coraz mniej miejsca dla niezależnych reporterów – komentuje w rozmowie z „Press” Csaba Lukács, dyrektor zarządzający tygodnika „Magyar Hang”, konserwatywnego tytułu krytycznego wobec rządu Orbána.
Łączymy się telefonicznie, gdy Lukács wraca z Pragi, gdzie podczas konferencji Forum Media wygłosił wykład o sytuacji niezależnych mediów na Węgrzech. Rozmawiamy na kilka tur. Dwukrotnie przerywa nam kontrola konduktora, innym razem Lukács musi się przesiąść do innego pociągu.
Gdzieś przed Pardubicami, miejscem przesiadki, opowiada mi, że w geście solidarności ze zwolnionymi dziennikarzami Radia Wolna Europa jego tygodnik wydrukował kilkustronicowy dodatek z ich najpopularniejszymi artykułami.
Wkładkę, podobnie jak cały numer tygodnika, redakcja standardowo wydrukowała na Słowacji. Standardowo, bo jak tłumaczy Csaba Lukács, żadna drukarnia na Węgrzech nie odważy się dziś drukować tytułu krytycznego pod adresem rządu. Jak wylicza dziennikarz, „Magyar Hang” w ciągu ośmiu lat działalności nie doczekał się ani jednej reklamy państwowej, co skłoniło wydawcę do złożenia skargi do unijnej Dyrekcji Generalnej ds. Konkurencji.
Poza zasięgiem „Magyar Hang” są też rozmowy z przedstawicielami rządu, nie licząc dwóch krótkich wywiadów z dwoma ministrami z Fideszu. Tę informacyjną lukę dziennikarze „Magyar Hang” odczuwają także przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. Podobnie jak inne niezależne media nie mają wstępu na wiece Fideszu. Jedynym sposobem na ich relacjonowanie jest więc czatowanie w pobliżu danego wydarzenia. Informacje o tym, gdzie akurat na węgierskiej prowincji odbędzie się spotkanie Fideszu, redakcja „Magyar Hang” dostaje często od swoich czytelników. Lukács opowiada, że dziennikarze tygodnika rzecz jasna nie mają też akredytacji na rządowe konferencje prasowe, a nawet wstępu do budynku parlamentu.
– Na konferencje wpuszczają tylko dziennikarzy z węgierskiej agencji prasowej MTI, telewizji publicznej i innych mediów powiązanych z obozem władzy. Nie muszę tłumaczyć, że podczas takich spotkań nie padają żadne trudne pytania – zaznacza Csaba Lukács, dodając, że tygodnik „Magyar Hang” za krytyczne artykuły wobec Fideszu regularnie określany jest mianem „zagranicznego agenta”.
To, jak działa polityczna nagonka na Węgrzech, Csaba Lukács odczuł ostatnio na własnej skórze. Zaczęło się w sierpniu 2025 roku od programu na YouTubie, w którym przekonywał, że jeśli Péter Magyar, lider partii Tisza, pojedzie ze swoją kampanią do Rumunii, gdzie mieszka duża społeczność węgierska, to zapewne żaden tamtejszy węgierski burmistrz nie będzie miał odwagi się z nim spotkać.
– Moją wypowiedź podchwyciły serwis Origo.hu i inne prorządowe media, prezentując to tak, jakbym wszystkich Węgrów mieszkających w Transylwanii miał za głupich i tchórzliwych. Choć cała burza rozpętała się kilka miesięcy temu, wciąż zdarza się, że prorządowe media odnoszą się do mojej wypowiedzi na YouTubie. Gdy cytują jakiś artykuł z „Magyar Hang”, zaznaczają, że jego dyrektorem zarządzającym jest człowiek atakujący węgierską diasporę – relacjonuje Csaba Lukács, którego na fali nagonki oskarżono nawet o pedofilię. Zrobił to m.in. serwis Mandiner.hu.
Z kolei jeden z prorządowych dziennikarzy napisał na swoim Facebooku, że Lukács „wykorzystuje tajskich chłopców”. Jak tłumaczy dziennikarz, to odgrzewanie dawnych ataków nawiązujących do tego, że jest gejem. Csaba Lukács złożył w tych sprawach pozew o zniesławienie.
Jak w takich warunkach prowadzi się tygodnik i jak to możliwe, że jeszcze nie osiągnął on finansowego dna? Cotygodniowy nakład „Magyar Hang”, tytułu czytanego m.in. przez byłych wyborców Fideszu, to zaledwie 12 tys. egzemplarzy. Jak mówi mi Lukács, sytuacji nie ułatwia to, że na łamach tygodnika nie reklamują się nawet firmy z kapitałem zagranicznym, bo boją się problemów ze strony rządu.
Csaba Lukács: – Powiem szczerze: w takiej sytuacji funkcjonujemy jak tania linia lotnicza. Nie mamy wysokich pensji ani samochodów czy telefonów służbowych. Połowa naszej redakcji pracuje na pół etatu, dorabiając po godzinach w innych branżach. Aby utrzymać się na powierzchni, próbujemy zdywersyfikować przychody. Zarabiamy nie tylko na sprzedaży tygodnika, ale także książek i gadżetów z logo naszego tytułu. Do tego dostajemy darowizny od darczyńców, organizujemy debaty z płatnym wstępem i rozwijamy nasz kanał na YouTubie. Przy średniej około 3 mln odsłon miesięcznie na wyświetlaniu reklam zarabiamy w tym okresie średnio około 7 tys. dolarów – wylicza Csaba Lukács, dodając, że mniej niż 10 proc. budżetu redakcji to środki na realizację zagranicznych śledztw dziennikarskich. Tygodnik „Magyar Hang” opisał m.in., jak węgierski rząd finansował budowę luksusowych hoteli w Rumunii.
CZARNA LISTA
Sytuacja „Magyar Hang” i innych niezależnych tytułów na Węgrzech byłaby jeszcze trudniejsza, gdyby Orbán dopiął swego i przepchnął ustawę o przejrzystości życia publicznego. Projekt przepisów skierowanych do parlamentu w maju 2025 roku bierze na celownik organizacje i redakcje korzystające z funduszy zagranicznych. Tylko z tego powodu mogą być one wciągnięte na czarną listę przez funkcjonujący od prawie dwóch lat Urząd Ochrony Suwerenności.
***
To tylko fragment tekstu Marty Zdzieborskiej. Pochodzi on z najnowszego numeru „Press”. Przeczytaj go w całości w magazynie.
„Press” do nabycia w dobrych salonach prasowych lub online (wydanie drukowane lub e-wydanie) na e-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy „Press”: Michał Przedlacki, afera z książką Opolskiej i kto zarabia na AI
Marta Zdzieborska











