Dział: MAGAZYN PRESS

Dodano: Luty 15, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Trzy dekady „Press”. Teksty o naszym magazynie napisane przez liderów branży

Zebrane przy okazji setnego numeru wypowiedzi czyta się dziś jak zapis tamtego momentu w historii mediów: z jego ambicjami, konfliktami, poczuciem humoru i sytuacjami, w których – jak sugerował tytuł tamtego materiału – potrzebne były „Plastry i bandaże”

15 lutego 1996 roku ukazał się pierwszy numer „Press”. Z tej okazji przypominamy teksty o naszym magazynie napisane przez liderów branży mediów, reklamy oraz public relations, a zamieszczone w 100. numerze naszego pisma.

Przy okazji publikacji setnego numeru „Press” głos oddaliśmy ludziom mediów i branży komunikacji. Poprosiliśmy ich o wspomnienia związane ze współpracą z redakcją, okładkami i tekstami, które zapamiętali. Z tych wypowiedzi powstał wielogłosowy portret środowiska — szczery, momentami ironiczny, czasem krytyczny, a czasem bardzo osobisty.

Jedną z najbardziej autoironicznych opowieści podzielił się ks. Adam Boniecki z „Tygodnika Powszechnego”. Wspominając swoją obecność na okładce „Press”, mówił o zdjęciu, które uświadomiło mu, że nie warto traktować siebie zbyt serio — bo redakcyjny obiektyw potrafi być bardziej szczery niż lustro.

Dla Jacka Snopkiewicza, dyrektora TVP, kontakt z „Press” to przede wszystkim anegdoty z pracy redakcyjnej. Zapamiętał wywiad, w którym negocjacje dotyczące autoryzacji stały się niemal wydarzeniem samym w sobie.

O napięciach i sporach pisał Tomasz Wróblewski, wspominając okres, w którym był przekonany, że „Press” prowadzi z nim redakcyjną wojnę. Dopiero rozmowy z innymi przedstawicielami branży uświadomiły mu, że podobne emocje towarzyszyły wielu osobom i że „Press” bywał równie wymagający wobec wszystkich.

Swoją historię przytoczył także Jerzy Baczyński, wspominając pojawienie się na okładce i reakcje, jakie wywołał jej podpis. To jedna z tych opowieści, które pokazują, jak cienka bywa granica między interpretacją a intencją, szczególnie w środowisku, które żyje oceną i komentarzem.

Relację mediów i świata public relations opisał Piotr Czarnowski. Zwracał uwagę na to, że obecność na łamach „Press” bywała dla branży PR jednocześnie wyróżnieniem i źródłem napięć, bo publikacje rzadko pozostawały bez konsekwencji.

Zebrane przy okazji setnego numeru wypowiedzi czyta się dziś jak zapis tamtego momentu w historii mediów: z jego ambicjami, konfliktami, poczuciem humoru i sytuacjami, w których – jak sugerował tytuł tamtego materiału – potrzebne były „Plastry i bandaże”.

Dziś tych okładek, opisujących historię branży medialnej, reklamowej i PR w Polsce mamy już 300. W marcowym numerze „Press” przedstawimy wyniki konkursu na najlepszą okładkę 30-lecia, rozmowę z twórcami naszych sesji fotograficznych – Anną Dyakowską oraz Rafałem Masłowem, kalendarium branży reklamy – spisane przez Agatę Małkowską-Szozdę oraz tekst-wspomnienie, jak powstawał pierwszy numer „Press”, stworzony przez Stanisława Zasadę. Zapraszamy do lektury. (CP)

Press

Adam Boniecki
redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”

Człowieczek na krótkich nóżkach

Przeżyciem było znalezienie się na okładce „Press”. Nigdy nie marzyłem (moje marzenia kierują się ku nieco innym dziedzinom), że w miejscu, gdzie lśnią pierwszej wielkości gwiazdy mediów, mogę się znaleźć i ja. Sesja zdjęciowa była dla mnie pierwszym i – mam nadzieję – ostatnim takim przeżyciem. Przez kilka godzin w profesjonalnym studiu, w bezinteresownym trudzie, poddawałem się torturom uprzejmego fotografa. Samo zdjęcie na okładce odegrało ważną rolę w moim życiu: kiedy dopada mnie atak próżności i wyobrażam sobie np., że jestem starszym panem słusznego wzrostu, o znośnej sylwetce i sympatycznym spojrzeniu, przywołuję postać z okładki: wsparty na lasce człowieczek, krótkie nóżki, korpulentny korpusik, wielka głowa, wydatny nos i smętnie wzniesione w górę spojrzenie zza wielkich okularów przywołują mnie do rzeczywistości. A w wyznawaniu mądrej zasady, by nie traktować siebie zbyt poważnie, utwierdza mnie dodatkowo błazeńskie, sympatyczne zdjęcie wewnątrz numeru – faceta w papierowej czapce.

Press

Jerzy Baczyński
redaktor naczelny „Polityki”

Wrzeszczałem ze ścian, że zamordowałem pismo

Moje kontakty z „Press” zaczęły się bardzo niefortunnie. Zbieg okoliczności sprawił, że w tym samym czasie, gdy ukazał się pierwszy numer miesięcznika, następował debiut „Polityki” w nowej formule – zmieniła format i przechodziła na kolor. Z tej okazji wystąpiłem jako cover boy na okładce pierwszego numeru „Press”. Byłem dumny, dopóki nie przeczytałem zajawki obok mojego zdjęcia: „Polityka” – zyskała kolor, straciła klasę? Cytat ten był fragmentem jednej z wypowiedzi w tekście, ale wyglądał tak, jakby to była moja wypowiedź! W dodatku pierwszemu numerowi „Press” towarzyszyła spora promocja, plakaty z tą okładką wisiały w wielu redakcjach. Czy szedłem do Trójki, czy do telewizji, wszędzie napotykałem moją powiększoną twarz, a obok tytuł „»Polityka« – zyskała kolor, straciła klasę?”. Uznałem, że to już nawet nie złośliwość, a sabotaż – wrzeszczę ze ścian, że zamordowałem zasłużone pismo. Postanowiłem zażądać sprostowania, że mój wizerunek na plakacie pojawił się bez mojej wiedzy i żeby nie przypisywano mi kuriozalnych wypowiedzi przeciwko własnemu dziełu. Redakcja „Press” była dosyć spłoszona – nie chciała się przyznać, że w pierwszym numerze doszło do takiego uchybienia. Droczyliśmy się jakiś czas, skończyło się porozumieniem i przeprosinami w „Press”. Po części całą sprawę kładę na karb tego, że i „Press”, i ja byliśmy podenerwowani sytuacją debiutantów.

Press

Jacek Snopkiewicz
Biuro Zarządu TVP SA

Z pamiętnika dyrektora TAI-u

8 sierpnia 1997 roku. ...Na parapecie zobaczyłem dzisiaj martwą muchę. Samo południe na placu Powstańców. Mucha padła w locie z upału. Pełnia lata. Właśnie dzwonili z jezior, jak pięknie dmucha. Tam dmucha, a tu na biurku wywiad dla miesięcznika „Press” pt. „Ślepa telewizja”. Wywiad do autoryzacji, bo nie dam sobie wyrwać przednich zębów jakimś gadaniem. Źle poszło od samego początku. Kto napuszcza redakcję? Skąd się wzięło to upiorne towarzystwo? Nikogo tam nie znam. Pewnie padną za kilka miesięcy. Mój plan był taki: dać odpór atakom na telewizję – ale po pierwszym pytaniu wiedziałem, że to pułapka. Jakaś napalona dziennikarka w pytaniach zawierała odpowiedzi. Odpowiedzi nie do przyjęcia. W wywiadach czyta się pytania, odpowiedzi rzadko. Jakość wywiadu to jakość pytań. Doszło do awantury i rzuciłem słuchawkę, ale zaraz mi przeszło i nawiązaliśmy kontakt. Wywiad żywcem spisany leży teraz przede mną i pomimo upału mam świadomość, że wychodzę na wała. TAI rozjechany! Na każdego coś mają! Nie tylko na mnie. Na Pieńkowską, na Bukowską, na reporterów. Na wszystkich. Nie, nie będę martwą muchą. Włączam klimatyzację i zmuszam się do nadludzkiego wysiłku. Najważniejsza sprawa – kiedy oni zamykają numer? Kilka telefonów i już wiem. A teraz autoryzacja, ha, ha, ha. To za mną stoi prawo prasowe. Przyznam, że w tym punkcie całkowicie absurdalne. Autoryzować należy powoli, z rozmysłem, z pełną odpowiedzialnością przed czytelnikiem. Już dzwonią z Poznania. A ja spokojnie swoje odpowiedzi pięknie pudruję, maluję, rozkładam akcenty, dodaję, dopisuję, zmieniam, wymyślam. Trwa to całe wieki. Po rozpaczliwym telefonie z redakcji pcham faksem wywiad i czekam na telefon. Jest. Naczelny miesięcznika „Press” mówi z bolesnym wyrzutem, że niestety wywiad jest już w druku, bo nie mieli wyjścia, kolumny czekały. Mówi to z tak przejmującym wyrzutem, że czuję ten sam ból i ten sam wstręt do autoryzacji. Dla spokoju sumienia zdmuchuję martwą muchę z parapetu... (Całość pamiętnika o objętości 1856 stron ukaże się 25 lat po śmierci Autora).

Press

Tomasz Wróblewski
redaktor naczelny „Newsweek Polska”

To mnie tak nie lubią?

Po przyjeździe do Polski w 1997 roku czterokrotnie zmieniałem miejsca pracy – kolejno: radio, dziennik i tygodniki. W każdej redakcji, do której przychodziłem, dowiadywałem się, że „jesteśmy w stanie wojny z »Press«. Jak trzeba, to z nimi rozmawiamy, ale uważaj, bo na pewno zrobią wszystko, żeby nam zaszkodzić”. Kiedy więc trafiłem do „Newsweeka”, po kilku pierwszych, może nie krytycznych, ale dziwnie szorstkich i zdawkowych informacjach, uznałem, że to mnie ci z „Press” tak nie lubią. Bo gazety, z których odszedłem, i konkurencja znowu zdają się być w łaskach. I trwałem tak w tym wojennym przeświadczeniu do niedawna. Do spotkania z naczelnym konkurencyjnego pisma – moim zdaniem faworyta „Press”. Na koniec rozmowy ów naczelny wypalił: – A… i jeszcze jedno, może wiesz, za co „Press” mnie tak szykanuje?

Press

Grzegorz Lindenberg

Grzesiu, nie obrażaj się

Kiedy po ataku na World Trade Center „Press” opublikował artykuł Piotra Milewskiego, korespondenta Radia Zet, o reakcjach mediów amerykańskich – szlag mnie trafił. Znany korespondent zmyślił informację (a raczej twórczo przekształcił internetową plotkę), że pokazywana przez CNN radość Palestyńczyków była w rzeczywistości żałobą na pogrzebie rodaków zabitych przez Izraelczyków; dla poparcia swoich słów powołał się na nieistniejące artykuły z „The New York Times”. Zaprotestowałem, redakcja mój list opublikowała wraz z wyjaśnieniem Milewskiego – tym razem powołał się na nieistniejący tekst z Internetu. Znowu zaprotestowałem – więc redakcja wdrożyła śledztwo. I tu mnie całkowicie zaskoczyła. Udowodnić, że coś nie istnieje, jest znacznie trudniej, niż udowodnić, że coś istnieje. Zamiast zażądać od Milewskiego przedstawienia dowodu (kopii artykułów, z których zaczerpnął informacje), redakcja zaczęła sama tych artykułów szukać. Nie znalazła, ale do końca nie była przekonana, że ich nie ma. I zaskoczyła mnie po raz drugi: zamiast zrobić z tego wielki tekst pt. „Znany korespondent radiowy zmyśla w korespondencjach”, przestała z nim współpracować. Mój kolejny list wylądował na n-tej stronie, skutecznie pozbawiając mnie satysfakcji. Najważniejsza jest puenta – na moje wściekłe maile redaktor Skworz (z którym znamy się od czasów, kiedy żaden z nas o dziennikarstwie nie miał bladego pojęcia) napisał: „Grzesiu, pozostaw obrażanie się na przyjaciół Stefanowi B.”. Rozbroił mnie tym porównaniem do człowieka wielkich zasług i talentów. Postanowiłem się nie obrażać.

Press

Grzegorz Miecugow
zastępca dyrektora programowego TVN 24

Wykorzystali, nie zaprosili

Z „Press” czuję się jak w starym małżeństwie, które charakteryzuje się tym, że małżonkowie już niczym siebie nie zaskakują. Zrozumiałem to kilka lat temu, gdy redakcja zaprosiła mnie do udziału w jury preselekcyjnym nominującym materiały dziennikarskie do nagród Grand Press w poszczególnych kategoriach. To były dwa dni bardzo ciężkiej roboty – trzeba było przeczytać wiele artykułów, wysłuchać wielu słuchowisk radiowych i obejrzeć wiele programów telewizyjnych, żeby wybrać te najlepsze i zaproponować jury głównemu. Pracę zorganizowano z typową poznańską rozrzutnością: kanapki przez cały dzień i jeden ciepły obiad. A robota za darmo. Czemu mnie „Press” już niczym nie zaskoczy? Bo rok później nie dostałem już nawet zaproszenia na galę Grand Press.

Press

Jakub Bierzyński
prezes OMD Poland

Potrzebny był rys bogactwa

W ubiegłym roku ukazał się w „Press” artykuł poświęcony mojej osobie. Jego objętość – sześć stron – miło połechtała moją miłość własną. Poza objętością nie przyniósł mi innych powodów do dumy. Najwyraźniej nie udało mi się na autorze zrobić dobrego wrażenia (choć bardzo się starałem) i nie zapałał on do mnie sympatią, co dość wyraźnie było widać w tekście. Kreśląc mój obraz dosyć grubą kreską, opisywał także mój status materialny. Mój styl życia daleki jest od wystawności, a do pełni wizerunku bezwzględnego, aroganckiego, dość tępego kapitalisty-szczęściarza potrzebny był rys bogactwa. Zabawny lapsus polegał na tym, że miejsce, w którym mieszkam, zostało zdefiniowane jako „luksusowy segment w podwarszawskich Pyrach”. To trochę tak, jakbym jeździł luksusowym trabantem.

Press

Zygmunt Stępiński
dyrektor generalny Wydawnictwa Murator

Przechorowałem swój debiut

To było po sylwestrze 1996 roku. Leżałem złożony grypą, z 40-stopniową gorączką, gdy zadzwonił do mnie dziennikarz z prośbą o wypowiedź dla jakiegoś powstającego pisma „Press”. Nic mi ta nazwa nie mówiła, a w dodatku ten dziennikarz twierdził, że dzwoni z Poznania, co już zupełnie mnie zniechęciło – dla typowego warszawiaka wszystkie redakcje znajdują się w Warszawie. Odmówiłem. Pamiętam, że pytanie brzmiało: „Czym jest, a czym nie jest kryptoreklama?”. Dziennikarz zadzwonił za dwa dni, ja wciąż byłem chory i już wiedziałem, że nie chcę się wypowiadać. Zrezygnowali. I do pierwszego numeru wzięli prezesa Axel Springer Polska. Potem byłem na siebie zły: nie dość, że nie wykorzystałem okazji do własnej kryptoreklamy, to jeszcze oddałem miejsce konkurencji. A na swój debiut w „Press” – na czym mi już zaczęło zależeć, gdy zobaczyłem, jakie to pismo – musiałem czekać kolejne dwa lata.

 

Press

Kamil Durczok
wydawca „Wiadomości”

Spuścili mnie po nieheblowanej desce

Za poprzedniego zarządu TVP doszło do różnicy zdań między mną i Katarzyną Kolendą-Zaleską a kierownictwem co do tego, czy umieszczać w głównych „Wiadomościach” informację, że Leszek Miller zaciągnął kredyt w banku należącym do Aleksandra Gudzowatego. My uważaliśmy, że należy ją dać, władze TVP – że nie. W wyniku polecenia służbowego nie trafiła do „Wiadomości”, więc postanowiliśmy z Kasią jakoś zareagować. Wzięliśmy urlop. Stwierdziliśmy, że nie będziemy komentować publicznie tej sprawy. Dziennikarka „Press” usiłowała od nas wydobyć jak najwięcej na temat okoliczności tego zajścia oraz dlaczego tak postąpiliśmy. W tekście najwięcej miejsca poświęciła jednak naszemu zachowaniu, a nie jego przyczynie, czyli ingerencji w pracę dziennikarza. Doszło do kretyńskiej sytuacji: musieliśmy się tłumaczyć, czy pięć dni urlopu to wystarczająco długi protest, czy nie. W dodatku przeczytałem, że spędziłem go na nartach, co było bzdurą. Zadzwoniłem więc do redaktora naczelnego „Press” i w krótkich, żołnierskich, śląsko-dosadnych słowach powiedziałem, co sądzę o tekście. Już nieco łagodniej poprosiłem, by zająć się sednem problemu. Naczelny w aksamitnych słowach był łaskaw spuścić mnie po nieheblowanej desce – i na tym się moja interwencja skończyła.

Press

Bogusław Chrabota
redaktor naczelny Polsatu

Nawet w felietonistyce są granice jaj

Po latach niepisania, kiedy wydawało mi się, że bez końca pochłonęła mnie telewizja, zadzwonił do mnie Andrzej Skworz i zaproponował felieton. Mimo że wiedziałem o „Press” długo przed ukazaniem się pierwszego numeru, do głowy mi nie przyszło, że może się trafić taka propozycja. No i zacząłem pisać – najpierw do szuflady, potem na kolumny „Press”, a potem tak się rozpędziłem, że przyjmowałem coraz więcej propozycji publicystycznych. Pewnego dnia zadzwonił do mnie naczelny „Press” i potwornie opieprzył za felietony do „Teletopu”. Powiedział krótko: albo „Press”, albo konkurencja. Jako że dałem słowo redakcji „Teletopu”, rozpocząłem cykl tekstów „Kocim okiem”, przedstawiając się jako kocica mojej córki o mitologicznym imieniu Alkmena. Dobudowałem do tego pseudoideologię, że niby domowe koty, mając obyczaj drzemania przed włączonym telewizorem, pewno mają wiele o telewizji do powiedzenia. Ukazał się jeden taki tekst – i za felietony grzecznie mi podziękowano. Nauczyło mnie to nie tylko związku z macierzystym tytułem, ale i tego, że nawet w felietonistyce są granice jaj.

Press

Piotr Czarnowski
prezes First Public Relations

Straszak na etacie

Lubię obserwować reakcje odbiorców na to, co „Press” publikuje na temat public relations. Zwykle jest to bardzo pouczające, ale niekiedy wstrząsające, szczególnie gdy dotyczy mnie osobiście. Kiedyś Bardzo Ważna Osoba oskarżona o plagiat, o której publikacji wyraziłem się w „Press”, że jest po prostu nieprofesjonalna, strasznie się napracowała, pisząc obszerny elaborat mieszający mnie z błotem. W końcu do BWO dotarło, że w sprawie o plagiat nie ja jestem stroną. Innym razem, kiedy wypowiedziałem się w „Press” na temat etyki w zawodzie PR-owca – zgodnie z międzynarodowym kodeksem – usłyszałem, że „Press” próbuje mną manipulować. Kiedy komentuję zjawiska dotyczące branży PR, z reguły dzwonią ci, których akurat nie miałem na myśli, i okazuje się, że brali udział w opisywanym procederze. Przyzwyczaiłem się więc, że cokolwiek mojego „Press” opublikuje, zawsze znajdzie się ktoś dotknięty osobiście. Podejrzewam więc, że „Press” robi ze mnie etatowego straszaka – i dlatego powinienem dostać stały dodatek za pracę w trudnych warunkach.

Press

Beata Pawlikowska
podróżniczka, dziennikarka Radia Zet

W rewanżu – 30 lat starsza

Nigdy nie zapomnę, jak dostałam od „Press” propozycję zrobienia striptizu. Przyszłam na spotkanie z fotografem, który miał mi zrobić zdjęcie na okładkę. – Mam dobry pomysł – powiedział fotograf i pokazał mi szkic okładki. Na pierwszym planie znajdował się mój nagi biust, za którym kryła się twarz i ręce trzymające indiańską maskę. – Czy to ja? – upewniłam się, bo skąd fotograf mógł wiedzieć, jak wyglądam bez ubrania? – Tak – odpowiedział bez wahania. – To będzie taka nowoczesna, etniczna okładka. Nie zgodziłam się. Ostatecznie, w rewanżu, na okładce „Press” pokazano mnie w wersji ubranej i przyszłościowej – o jakieś 30 lat starszą. Z okazji jubileuszu życzę „Press” jeszcze wielu oryginalnych pomysłów i liczę na to, że za następne 15 lat znajdę się znów na okładce, tym razem o 30 lat młodsza. Może nawet w wersji etnicznej?

Press

Adam Łaszyn
prezes Alert Media

Tekst był życzliwy, a Boniek trenerem nie jest

„Press” zamieścił kiedyś moją krytyczną analizę wystąpień medialnych ówczesnej minister sprawiedliwości Barbary Piwnik. Tekst powstał, bo szkoda mi było medialnego kapitału, jaki pani Piwnik zdobyła jako sędzia, a roztrwaniała jako urzędnik. Opisana w artykule wizyta minister u Moniki Olejnik w TVN-ie była tak malowniczą katastrofą medialną, że do dziś pokazuję ją na szkoleniach – żal było tego nie opisać. Tekst był zresztą życzliwy, bo wskazywał, jak można nie popełniać błędów. Tę życzliwość mało kto dostrzegł. Najbardziej zmartwił się mój ojciec. „Synu, przecież to prokurator generalny!” – zadzwonił po przeczytaniu tekstu. „Spokojnie, to słaby prokurator i do tego kiepski medialnie!” – tłumaczyłem. Do podobnych wniosków doszedł chyba premier, bo kilkadziesiąt dni później zdymisjonował panią minister. Pół roku później opisałem w „Press” medialne talenty Zbigniewa Bońka. Tekst był wyłącznie pozytywny, konstruktywny, wręcz skrajnie życzliwy. Kilkadziesiąt dni później Boniek przestał być trenerem naszej reprezentacji... Co jakiś czas „Press” proponuje mi zjechanie medialnych wystąpień jakiejś osoby publicznej. Konsekwentnie odmawiam. Nie mogę tak mieszać na scenie publicznej.

Press

Mariusz Ziomecki
redaktor naczelny „Super Expressu”

Zagrano na mojej próżności

Pamiętam, jak w moim biurze przy ul. Wiejskiej (byłem wtedy w Edipresse, gdzie kończyłem przygotowywać „Vivę!”), pojawił się jak diabeł z pudełka chudy, wysoki pan w czarnym surducie i bezwstydnie grając na mojej próżności, wydusił ze mnie zobowiązanie, że będę pisał felietony do miesięcznika, który zamierzał założyć. Niestety, udało mu się, i przez wiele lat pod koniec każdego miesiąca męczyłem się straszliwie. Rok temu dostałem uczciwą pracę, więc znalazłem wreszcie pretekst, żeby felieton zakończyć. I oczywiście teraz zazdroszczę Bogusiowi Chrabocie, że wytrwał. Bo mi tego pisania brakuje.

Press

Maciej Rybiński
felietonista „Rzeczpospolitej”

Felerny aparacik w dowód uznania

Redakcji „Press” zawdzięczam kontakt z życiem i nowoczesną technologią. Jako nagrodę w konkursie Dziennikarz Roku, w którym byłem jednym z laureatów, dostałem cyfrowy aparat fotograficzny renomowanej firmy światowej. Technika. Nowoczesność. Prostota. Najpierw się okazało, że pamięć własna tego aparatu ma objętość na osiem zdjęć. Dodatkowa pamięć kosztuje tyle, co aparat. Następnie wyszło na jaw, że aby oglądać zdjęcia w komputerze, trzeba zakupić dodatkowe oprogramowanie. Kolejny wydatek. A jak już kupiłem wszystko, co potrzeba, to aparat się zepsuł. Bez zrobienia jednego zdjęcia. Ale był na gwarancji. Zawiozłem go do firmowego serwisu. Odstałem godzinę, szczęśliwy, że nie dostałem jakiejś poważniejszej nagrody, bo dookoła mnie ludzie dźwigali komputery, kopiarki i drukarki. A ja tylko aparacik. Wyjaśniono mi, że sprzęt zostanie odesłany do Niemiec i tam naprawiony. Więc to trochę potrwa. Po miesiącu odebrałem aparat, odstawszy swoje w kolejce. Nadal nie działał. Jedyna różnica, że zginęły baterie. Dalszych prób naprawy nie podejmowałem. Taka nagroda mi wystarczyła – wydałem sporo pieniędzy, pojeździłem sobie po mieście, uspołeczniłem się w kolejkach. Czegóż można chcieć więcej w dowód uznania od redakcji „Press”?

Press

Barbara Trzeciak-Pietkiewicz
prezes TV 4

Mediacje na trasie Warszawa–Wrocław

Jechałam kiedyś z Warszawy do Wrocławia siedem godzin, zamiast jak zwykle cztery, przystając na wszystkich leśnych parkingach i zatoczkach, z rozgrzanym do czerwoności telefonem komórkowym przy uchu. Poszło o wywiad Hanny Smoktunowicz, która objęła szefostwo zespołu „Dziennika” TV 4. Już podczas wywiadu zaiskrzyło, bo padły pytania, na które Hanka odmówiła wypowiedzi. Pierwsza wersja przesłana do autoryzacji powaliła ją i rozwścieczyła – przesłała więc własną, powołując się na prawdziwy, jej zdaniem, przebieg rozmowy. Ta wersja z kolei rozwścieczyła redakcję, bowiem odbiegała, w jej ocenie, od stylu pisma. Gdy obie strony załadowały broń i okopały się na swoich pozycjach, zostałam włączona w charakterze mediatora. Finał negocjacji rozegrał się na trasie Warszawa–Wrocław między mną a naczelnym „Press”. Było o wszystkim: o prawach autorskich, regułach zawodu, zasadach etycznych i o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielką Nocą. Na kolejnych parkingach strony zdobywały strategiczne przyczółki i powstawały kolejne akapity tekstu. Ostatni udało się wynegocjować gdzieś pod Oleśnicą. W „Press” ukazał się interesujący wywiad. Wszystkim, którym „Press” zaproponuje wywiad, serdecznie współczuję. Z tego się nie wychodzi bez plastrów i bandaży.

Press

Roman Czejarek
szef redakcji „Lata z radiem”

Czternaście wyrazów z dwóch godzin

Dzięki „Press” pobiłem osobisty rekord. Dziennikarz pisma zadzwonił do mnie z prośbą o rozmowę na temat stacji radiowych w Internecie. Ponieważ jednym z moich zawodowych zadań jest pilnowanie internetowych stron „Lata z radiem”, z wykształcenia zaś jestem inżynierem elektrykiem, wszystko, co kojarzy się z prądem i komputerami, mile mi pachnie. Z radością umówiłem się na rozmowę. I gdyby nie koleżanki z redakcji, pewnie bym mojego rekordu nie zauważył. Pochłonięty rozmową, zapomniałem o całym świecie. „Gadasz już ponad godzinę, a my nawet nie wiemy, z kim” – przerwała mi w końcu jedna z koleżanek. Gdzieś w okolicach dziewięćdziesiątej minuty dziennikarz dał mi subtelnie do zrozumienia, że ma jeszcze inne rzeczy na głowie tego dnia. Jak się okazało, gadałem non stop przez prawie dwie godziny! Z niepokojem oczekiwałem, ile z tego wszystkiego zostanie wykorzystane. Marcowy numer przyniósł odpowiedź: dokładnie dwa moje zdania w tekście, czternaście wyrazów. Do dziś nie przyznałem się w redakcji, z kim rozmawiałem.

(CP, 15.02.2026)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.