Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Lipiec 26, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Protest song z brodą

Dlaczego to stare szlagiery wciąż potrafią wyrazić zbiorowe emocje?

Hello darkness, my old friend/ I’ve come to talk with you again” – w połowie stycznia piosenka „Sound of Silence” duetu Simon & Garfunkel mocno wybrzmiała w polskich rozgłośniach radiowych i na ulicach. Miała stać się hołdem dla Pawła Adamowicza, zamordowanego prezydenta Gdańska, oraz sprzeciwem wobec przemocy. Można ją było usłyszeć na Długim Targu, gdzie zebrały się tłumy gdańszczan, czy w Krakowie, gdy jej melodia zaraz po hejnale popłynęła z wieży Bazyliki Mariackiej, a ostatnio na stadionie Lechii Gdańsk przed ligowym spotkaniem przeciwko Pogoni Szczecin.

Co znamienne, w pierwszych godzinach po tragedii odkurzona została nie oryginalna wersja utworu, lecz cover w wykonaniu grupy Disturbed. Co nie zmienia faktu, że ludzie, by dać wyraz swoim odczuciom, sięgnęli po utwór, który w tym roku skończy 54 lata.

Oględnie mówiąc: wiekowy.

POTENCJAŁ PROTEST SONGU

Podobnych przykładów jest więcej. Wiosną 2016 roku słuchacze radiowej Trójki, protestując przeciwko dobrej zmianie, czyli zwalnianiu z rozgłośni dziennikarzy, postanowili wywindować na pierwsze miejsce Polskiego Topu Wszech Czasów piosenkę „Kocham wolność” Chłopców z Placu Broni. Kilkutygodniowa akcja prowadzona za pośrednictwem Facebooka przyniosła zamierzony efekt. W maju utwór, który rok wcześniej zajął w zestawieniu 26. pozycję, okazał się najlepszy. W chwili głosowania piosenka liczyła sobie przeszło ćwierć wieku.

Po utwory z długą historią sięgnęli też organizatorzy protestów Komitetu Obrony Demokracji. Podczas manifestacji z głośników popłynęły „Przeżyj to sam” Lombardu i „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena. Pierwsza z piosenek zyskała popularność jeszcze w latach 80., zaś jej sławę ugruntowała interwencja cenzury wyrzucająca ją z radiowych anten. Druga premierę miała w 1967 roku, a zawarta w tekście refleksja stała w rażącej sprzeczności z komunistyczną propagandą sukcesu. Przywołanie ich przez KOD skończyło się awanturą. Członkowie Lombardu oświadczyli, że nie życzą sobie, by ich twórczość była wykorzystywana do „podsycania konfliktów, obrażania i pomawiania”. W podobnym tonie wypowiedziała się córka Czesława Niemena, Natalia: „Co innego, kiedy utwór »leci« w Carrefourze, spożywczaku, u fryzjera, na weselu. Ale to była manifestacja polityczna. Tu się pyta, czy autor identyfikuje się z hasłami organizacji, czy też może są mu one dalekie, jak biegun północny od południowego, prawda?” – zżymała się na Facebooku. Pomijając przykry dla KOD-u finał, w całej historii wielce znaczące wydaje się jedno: że mimo upływu czasu piosenki Lombardu i Niemena dla całkiem sporej przecież grupy ludzi nadal mają w sobie potencjał protest songu. Bo na podobne okazje z przepastnego wora z muzyką wyciągane są nie utwory młodych i zdolnych, które codziennie sączą się z radia, telewizji czy internetu, lecz szlagiery z brodą. I to one pozostają poręcznym narzędziem kanalizowania zbiorowych emocji.

TELEWIZJA MIELI STARE

Dlaczego tak się dzieje? – Odpowiedź wydaje się dość jednoznaczna – twierdzi Tomasz Organek, muzyk, kompozytor, wokalista, współzałożyciel zespołu Sofa i twórca projektu Ørganek. – To, co współczesne, nie jest międzypokoleniowe. Co za tym idzie, nie może być symbolem. Jedynie to, co łączy warstwy i generacje, jest w stanie reprezentować grupową emocję wywołaną ważnym zdarzeniem społecznym. Klasyczny repertuar, jako treść dawno rozkodowana i nazwana na poziomie całego społeczeństwa, i wspólne rozumienie przekazu, który ze sobą niesie, dają poczucie wspólnoty – tłumaczy.

W podobnym tonie mówi Bartek Chaciński, dziennikarz muzyczny, szef działu kultury „Polityki”. – By choć na chwilę zbudować wspólnotę, należy znaleźć coś, co łączy pokolenia. Taką funkcję pełnią piosenki starsze, i to z kilku powodów. Po pierwsze, ludzie średniego pokolenia często odrywają się od śledzenia nowości. Pochłaniają ich rodzina, praca, codzienne obowiązki. Zaczynają żyć w kręgu tego, co zdążyli poznać wcześniej. Jest też inna przyczyna, która wypływa ze zmian w środkach masowego przekazu – podkreśla Chaciński. Ma na myśli głównie przeobrażenia, jakim w ciągu ostatnich dwóch dekad uległa telewizja. – Kiedyś proponowała nam programy kulturalne, z których można było wynieść wiedzę na temat nowych filmów, książek, płyt. Dziś została zdominowana przez kulturę talent show. Wpięła się w model wiecznego odtwarzania klasyki: 100–200 hitów z bliższej i dalszej przeszłości. Tak budowane są najpopularniejsze programy rozrywkowe, ze słynnymi telewizyjnymi sylwestrami na czele – przekonuje dziennikarz.

Z drugiej strony, mamy internet. Sprawia on, że muzykom stosunkowo łatwo zaistnieć i... zniknąć w tłumie. – Kanałów, którymi dociera do nas muzyka, jest dziś tak dużo, że siłą rzeczy zamykamy się w swego rodzaju bańkach. W naszym świecie może na przykład funkcjonować artysta, którego piosenka ma miliony odsłon, a jest zupełnie nieznana w świecie naszych znajomych. Atomizacja sprawia, że tracimy wspólne doświadczenie pokoleniowe – uważa Jędrzej Słodkowski, dziennikarz kulturalny „Gazety Wyborczej”.

A radio? – W dobie internetu trudno mu pozyskiwać nowych słuchaczy, co więcej, musi zrobić wiele, by zatrzymać starszych. Żeby to zrobić, często funduje im zbudowane na wieloletniej tradycji rytuały – mówi Chaciński.

I tu dochodzimy do Programu III Polskiego Radia i legendarnego Topu Wszech Czasów. A raczej „topów”, ponieważ rozgłośnia organizuje głosowania zarówno na polskie, jak i światowe hity.

LISTA Z MITEM

– Wychodzi na to, że powoli zaczynam być obsadzany w roli naczelnego krytyka Trójki, a tego bardzo bym nie chciał – zaznacza Bartosz Godziński, zajmujący się kulturą dziennikarz NaTemat.pl. Od dwóch lat 1 stycznia, gdy w Programie III emitowane jest kolejne notowanie Topu Wszech Czasów, na portalu ukazuje się artykuł wbijający legendarnemu programowi szpilę. Godziński najpierw udowadniał, że na trójkowej liście czas zatrzymał się 20 lat temu, potem poprosił znanych muzycznych dziennikarzy, by zestawili swoją dziesiątkę utworów nowszych, dla których w notowaniu zabrakło miejsca. – Nie chciałbym być źle zrozumiany: szanuję Trójkę, bo to ostoja klasycznego radia, jedna z ostatnich rozgłośni, gdzie dobór utworów wynika z preferencji dziennikarzy, a nie narzuconej im playlisty. Uwielbiam Queen, Pink Floyd, Led Zeppelin, tyle że... słuchając Topu Wszech Czasów, można odnieść wrażenie, że w muzyce liczy się tylko progresywny rock i to ten w najbardziej klasycznym wydaniu, tym sprzed kilkudziesięciu lat. Plebiscyt ma dodatkowo status miernika dobrego gustu: nie słuchasz Dire Straits? To nie znasz się na muzyce. Tymczasem w tej dziedzinie sztuki wydarzyło się od tamtego czasu naprawdę sporo rzeczy godnych zauważenia. Wystarczy wymienić taki gatunek jak postrock czy przeróżne odmiany muzyki elektronicznej – przekonuje Godziński. Oczywiście taki argument łatwo zbić: głosują sami słuchacze. Mało tego, w zestawie, z którego mogą wybierać, obok klasyków są też utwory nowe. Obok progresywnych ikon znajdziemy też przedstawicieli innych gatunków. Led Zeppelin sąsiaduje z Adele i The Prodigy, Deep Purple z Arctic Monkey czy Massive Attack.

Ale słuchacze wolą to, co stare. Chyba najtrafniej wyraził to autor jednego z komentarzy pod krytycznym tekstem Godzińskiego: „Każdy z utworów z Topu Trójki znam, co najmniej połowę lubię i potrafię zaśpiewać, z tych wymienionych kojarzę kilka, a zanucić nie potrafię żadnego... może na tym właśnie polega magia Topu, że nie musi być »współcześnie«, tylko ma się dobrze słuchać”.

Podobnie sytuacja wygląda w Polskim Topie Wszech Czasów, którego notowań można posłuchać w majowy weekend. Tam też królują utwory sprzed kilku dekad – największe hity Obywatela G.C., Perfectu, Dżemu czy Kultu.

Piotr Baron, dziennikarz Trójki i jeden z prowadzących Topu Wszech Czasów, przypomina, że notowanie to tylko zabawa. – Oczywiście jest ono poniekąd „zamurowane”, ale trudno, by było inaczej. Utwory, które dostają się na szczyt, dorobiły się legendy. Każdy ma własną opowieść, która przecież tworzy się przez długie lata – przekonuje Baron.

Według Bartka Chacińskiego wspomniana opowieść często wynika z typowo polskiej specyfiki, która stoi w kontrze do reszty świata. – Przykładem niech będzie utwór „Brothers in Arms” Dire Straits. Z punktu widzenia historii światowej muzyki, piosenka mało ważna, w Polsce jednak mająca status ikony, a wszystko za sprawą cotygodniowego notowania „Listy Przebojów” Programu III – uważa dziennikarz. I tłumaczy: – W latach osiemdziesiątych młodzi ludzie wcielani do wojska masowo na ten utwór głosowali. Wyrażał emocje związane z braterstwem broni, trochę też z opresyjnym systemem. Śląc do Trójki pocztówki z głosami, wynieśli Dire Straits na szczyt. Teraz to ludzie w wieku, kiedy rodzi się nostalgia za młodością. Część z nich pewnie znów głosuje na „Brothers in Arms”.

CZAS COVERÓW?

– Ten utwór chodził za mną właściwie od dzieciństwa – przyznaje Bartas Szymoniak, 35-letni muzyk, w przeszłości jeden z finalistów telewizyjnego programu „Idol”, potem wokalista legendarnej grupy Sztywny Pal Azji, a teraz pierwszy w Polsce promotor beatrocka, czyli, jak sam tłumaczy, muzyki wytwarzanej w dużej mierze przez własny aparat mowy. – „Kocham wolność” Chłopców z Placu Broni to jedna z pierwszych piosenek, jakie usłyszałem w radiu, potem przez kilka lat miałem okazję śpiewać ją podczas koncertów Sztywnego Pala Azji, wreszcie postanowiłem nagrać ją w wersji beatrockowej – tłumaczy. Cover trafił na trójkową listę przebojów, gdzie utrzymywał się przez 13 tygodni. – Nie jestem zwolennikiem nagrywania własnych wersji cudzych utworów. Zrobiłem wyjątek, bo Bogdan Łyszkiewicz, nieżyjący już lider Chłopców z Placu Broni, był postacią wyjątkową. Ważnym artystą, którego twórczość ciągle jeszcze nie jest znana w takim stopniu, w jakim powinna być. To mój hołd dla niego – przekonuje Szymoniak. Tymczasem podobną drogą idzie wielu innych artystów młodego pokolenia. Krzysztof Zalewski nagrał płytę z utworami Czesława Niemena, Monika Brodka pochyliła się nad starym hitem Izabeli Trojanowskiej „Wszystko, czego dziś chcę”, Daria Zawiałow zawojowała radiowe rozgłośnie własną aranżacją piosenki Wojciecha Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”.

Covery stanowią istotny element przedsięwzięcia Męskie Granie. Na płycie podsumowującej ubiegłoroczną trasę Zalewski i Kortez śpiewają „Niezwyciężonego” Armii, ta sama dwójka uzupełniona o Dawida Podsiadłę – „Szare miraże” Maanamu, a zespół Coma utwór „Z pamiętnika młodego zielarza” znany ze ścieżki dźwiękowej do filmu... „Podróże Pana Kleksa”.

Oczywiście covery to nie tylko domena artystów młodych i polskich. Wystarczy wspomnieć Macieja Maleńczuka, który na swoich płytach odkurzał już stare dancingowe szlagiery oraz mierzył się z piosenkami Młynarskiego i Włodzimierza Wysockiego, a z zagranicznych gwiazd choćby Cher mającą na koncie album z hitami Abby.

Lecz jednak to artyści z mniejszym stażem zdają się w coverach celować.

Wysyp coverów w polskiej muzyce swego czasu prześledził i opisał Jan Skaradziński, autor książek o grupie Dżem i jej frontmanie Ryszardzie Riedlu („Dżem. Ballada o dziwnym zespole”, „Rysiek”) oraz współautor „Encyklopedii polskiego rocka”. Tekst ukazał się na portalu Takgrajapolacy.pl. Dziś mówi: – Tak duża liczba coverów wynika ze słabości współczesnej muzyki rozrywkowej, zwłaszcza w jej mainstreamowym nurcie. Brakuje dobrych tekstów, a szczególnie chwytliwych melodii. Wszyscy kojarzą Dodę czy zespół Pectus. Ale ile osób zna jakąkolwiek ich piosenkę? Do tego gwiazdami muzyki stały się osoby tak naprawdę nieuprawiające tego zawodu, bo zajęte jurorowaniem, sesjami foto i wywiadami w śniadaniówkach.

Organek: – Cierpimy na coraz większy deficyt piosenki. Dobre, ciekawe harmonicznie i tekstowo utwory zdarzają się coraz rzadziej. Poza tym dzisiejsza popkultura nie jest w stanie stworzyć legend, z którymi chcemy się identyfikować. Lata dziewięćdziesiąte dwudziestego wieku to koniec epoki indywidualistów i początek formowania się kultury popularnej oraz jej pauperyzacja. Signum temporis.

Lecz Jędrzej Słodkowski zauważa: – Sięganie po twórczość poprzedników nie jest wymysłem naszych czasów. Tak działo się zawsze. Klasycy rocka odwoływali się do standardów bluesowych, na samplach, czyli fragmentach już istniejących utworów, opiera się cały hip-hop. Ostatnio miałem okazję oglądać na YouTube zestawienie bodaj trzydziestu piosenek będących coverami. O tym, że to nie oryginały, wiedziałem może w przypadku dziesięciu.

ODPOWIEDŹ U WRÓŻKI

Czy istnieje choćby cień szansy, że współczesność przyniesie nam utwór symbol? Piosenkę, po którą ludzie będą sięgać w ważnych chwilach? Która powie nam coś ważnego o nas samych?

Krzysztof Cugowski, wokalista legendarnej Budki Suflera, śmieje się: – Po odpowiedź na takie pytanie pan i ja musielibyśmy się wybrać do wróżki.

– Może to zabrzmi górnolotnie, ale jestem zdania, że po epoce ducha, w której żyliśmy w poprzednim wieku, nastąpiła epoka ciała – odpowiada z kolei Jan Skaradziński. – Niewykluczone, że muzyka rockowa, która wcześniej była głosem pokolenia, po prostu się przeżyła, wypaliła i trwa już tylko siłą bezwładu.

Zaraz jednak dodaje, że od czasu do czasu powstają kompozycje, które mają zadatki, by stać się głosem pokolenia, czy nawet ponadpokoleniowej zbiorowości. – Takim utworem jest na pewno „Początek”, czyli piosenka przewodnia Męskiego Grania 2018 – mówi Skaradziński. Zdaniem Piotra Barona wiele o pokoleniowych doświadczeniach dzisiejszych czterdziestolatków mówi „Chomiczówka” Sidneya Polaka, którą porównuje do „Autobiografii” Perfectu.

Z kolei doświadczenie młodszych Polaków próbują uchwycić „Małomiasteczkowy” Dawida Podsiadły czy „Wiosna” Organka. – Mamy całkiem sporo utworów, które wyrażają zbiorową emocję, opisują rzeczywistość, a nawet się z nią wadzą. One jednak potrzebują czasu. Muszą dorobić się własnej opowieści, legendy – uważa Piotr Baron.

Zdaniem Jędrzeja Słodkowskiego bunt w polskiej muzyce ciągle się tli. Piosenki społecznie zaangażowane tworzą choćby Siksa czy Made in Poland. Lecz ich przekaz trafia do stosunkowo wąskiego grona osób. Patrz: bańki społecznościowe. – Jeśli współczesność w ogóle przyniesie nam piosenkę, która stanie się muzycznym hymnem, symbolem, to myślę, że jej autorem będzie Krzysztof Zalewski – mówi dziennikarz „GW”.

Bartek Chaciński podkreśla, że XXI wiek zdążył już przynieść utwory, które w kolejnych 20 latach z pewnością nie zginą. W wymiarze międzynarodowym to chociażby „Seven Nation Army” The White Stripes czy kompozycje Radiohead. W Polsce z ostatnich lat przetrwają teksty i muzyka wykonawców hip-hopowych, choćby Łony czy Paktofoniki.

– Gdy byłem jeszcze wokalistą zespołu Sztywny Pal Azji, bardzo duże wrażenie robiła na mnie reakcja ludzi na piosenkę „Wieża radości, wieża samotności”. Śpiewali i mieli łzy w oczach. Życzyłbym sobie jako artyście, żeby taki utwór jeszcze kiedyś powstał – wspomina Bartas Szymoniak. I dodaje: – Pracuję teraz nad nową płytą. Znajdzie się na niej utwór, który opowie o panujących w Polsce nastrojach społecznych i podziałach. Będzie swego rodzaju protest songiem wzywającym do zjednoczenia.

Zaś Organek, choć wierzy, że współczesność będzie miała swój muzyczny hymn, przyznaje, że trudno być optymistą. – Ze świecą dziś szukać wykonawców, którzy mają ochotę angażować się społecznie, zabierać głos w debacie publicznej, wskazywać problemy, opisywać procesy. A moim zdaniem każdy artysta aspirujący do czegoś więcej niż rozrywka powinien to robić – stwierdza muzyk.

Tekst ukazał się w magazynie "Press" nr 03-04/2019

Łukasz Zalesiński

Pozostałe tematy weekendowe

Łukasz Lipiński – Czytam, słucham, oglądam
Netflix rzeźbi w Krakowie
Rekord „Avengers" zapowiada dominację Disneya
* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.