Dział: PRASA

Dodano: Maj 13, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Redakcja "Super Expressu" oskarżana o współpracę z KPRM

Piątkowa publikacja „SE” spotkała się z krytyką dziennikarzy. Po przeczytaniu sobotniego wydania wielu nie miało już wątpliwości, że "SE" współpracował z KPRM

Materiały w piątkowym i sobotnim „Super Expressie” (ZPR Media) poświęcone adopcji dwójki dzieci przez premiera Mateusza Morawieckiego to ustawka wydawcy z kancelarią szefa rządu - uważają dziennikarze. W piątek jednak wielu z nich wyrażało solidarność z premierem i jego rodziną.

Na pierwszej stronie piątkowego wydania „Super Expressu” (ZPR Media) ukazało się zdjęcie premiera Mateusza Morawieckiego i jego dzieci. W zajawce artykułu napisano, że „nie wiadomo”, czy dzieci wiedzą o tym, że są adoptowane. Autor tekstu, podpisany "KS", powołał się na książkę Piotra i Jakuba Gajdzińskich „Delfin. Mateusz Morawiecki”. Piotr Gajdziński w latach 2006-2010 był rzecznikiem prasowym banku BZ WBK, którym kierował Morawiecki. Tabloid zarzucił autorom, że ich książka krzywdzi Morawieckiego i jego rodzinę. W tekście cytowane są wypowiedzi anonimowego współpracownika premiera. "Morawiecki obdarzył go ogromnym zaufaniem. Niestety, Gajdziński to zaufanie nadużył, a nawet zdradził!" - czytamy wypowiedź w piątkowym wydaniu "SE". "To musi być dla niego bardzo trudny moment, zwłaszcza że dwoje najmłodszych dzieci to jego oczko w głowie – dodaje" - cytowano w innym fragmencie tekstu.   

"Super Express" powołał się na książkę Gajdzińskich

Grzegorz Zasępa, redaktor naczelny "SE", zamieścił nawet na Twitterze fragment książki Gajdzińskich, w którym zaznaczono: „kilka lat temu Morawieccy zaadoptowali jeszcze dwójkę dzieci”. Tylko że książka Gajdzińskich ma się dopiero ukazać - 20 maja. Z przecieków jednak wiadomo, że opisane w niej zostały niewygodne dla Morawieckiego fakty.

Wielu dziennikarzy, ale też polityków opozycji, w piątek w mediach społecznościowych nie kryło oburzenia publikacją "SE". Ich sprzeciw budziło to, że dzieci premiera mogą się dowiedzieć z "SE", że premier i jego żona nie są ich biologicznymi rodzicami. „Myślę, że to jedna z bardziej obrzydliwych okładek jakie mogą powstać. Jeśli granica prywatności premiera nie istnieje, to chyba istnieje coś takiego jak prywatność tych dzieci” - napisał na Twitterze Krzysztof Stanowski, założyciel i szef Weszlo.com. „Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić dzisiejsze wydanie Superaka i zachowanie pana Gajdzińskiego. Dno straszne i bagno” - ocenił Andrzej Gajcy z Onetu.

Bogusław Chrabota, redaktor naczelny "Rzeczpospolitej", stwierdził, że nawet gdyby chodziło o podawanie informacji zawartych w książce, to redakcja powinna to robić ostrożnie. - Redaktor naczelny wykazał się brakiem elementarnej wrażliwości moralnej. Czym innym jest publikacja książkowa, którą czytelnik kupuje lub nie, a czym innym wyrzucanie na jedynkę tabloidu z ekspozycją w każdym kiosku. Głupota i żerowanie na nieszczęściu po złoty pięćdziesiąt - mówił w piątek Chrabota.

Wizerunku dzieci nie powinno się publikować

Bartosz Wieliński, szef działu zagranicznego "Gazety Wyborczej", przyznał natomiast, że "GW" już w 2016 roku pisała o adoptowanym dziecku premiera. "Nie przypominam sobie, by zamieszczenie tej informacji wywołało jakąkolwiek negatywną reakcję" - zauważył Wieliński, który zaczął mieć jednak wątpliwości. - Wizerunku dzieci nie powinno się publikować. Należy uszanować czyjąś prywatność, chyba że ma się odpowiednią zgodę. Nie chce mi się wierzyć, że tak doświadczona redakcja położyłaby głowę pod topór. Wydaje mi się nieprawdopodobne, że „SE” mógł się tak podłożyć - mówił w piątek Wieliński.

Protest przeciwko ujawnieniu informacji o adopcji dzieci przez Morawieckiego wystosowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Jednak nie pada w nim tytuł dziennika, tylko książki Gajdzińskich.

Krzysztof Jedlak, redaktor naczelny "Dziennika Gazety Prawnej", zwrócił natomiast uwagę na niekonsekwencję w działaniu redakcji "SE". - Gazeta nie musi trąbić z takim zadęciem o czymś, o czym jej zdaniem w ogóle informować nie należało. Krytykując autora książki, sama bardzo wzmacniała jego przekaz, który uważa za skandaliczny. Co innego, jeśli zrobiła to jednak za wiedzą i zgodą zainteresowanych - stwierdza Krzysztof Jedlak.

Wydawca nie ma zastrzeżeń do publikacji "Super Expressu"

W obliczu zarzutów wobec "SE" zastanawiająca była reakcja Zbigniewa Benbenka, właściciela Grupy ZPR Media, do którego zadzwoniliśmy w piątek. Zapewnił on, że nie ma zastrzeżeń do publikacji „SE”. Podkreślił, że informacja o adopcji jest sprawdzona, a wizerunek dzieci premiera był wcześniej ujawniany, m.in. przez niego samego w mediach społecznościowych.

Wielu dziennikarzy zaskoczył też lakoniczny i łagodny komentarz Mateusza Morawieckiego do publikacji "SE". Podczas konferencji prasowej powiedział tylko: "Kochamy nasze dzieci wraz z moją żoną mocno, jesteśmy z nich dumni. Jesteśmy szczęśliwi, że są. Staramy się z żoną normalnie żyć. Dziękuję wszystkim za słowa wsparcia". Nie skrytykował tabloidu.

W sobotę czytelnicy „SE” na trzech pierwszych stronach gazety mogli czytać pozytywne materiały o rodzinie premiera pt. „Stworzyli im dom pełen miłości”. Na kolejnych stronach ukazała się m.in. rozmowa z Michałem Dworczykiem, szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów pt. „Dzieci premiera nie dowiedziały się o adopcji z »Super Expressu«”. Dworczyk podkreśla w niej, że to Piotr Gajdziński „brutalnie uderzył” w rodzinę premiera. „SE” w sobotę opublikował też tekst o Gajdzińskim i jego książce zatytułowany „To on zdradził tajemnicę premiera”. 

Dziennikarze przyznają, że dali się nabrać

Po tym wydaniu gazety dziennikarze nie mieli już wątpliwości, że publikacje o rodzinie premiera w "SE" to tzw. ustawka polityka i gazety. Tym bardziej że oprócz zapowiedzianej książki braci Gajdzińskich niedawno ukazała się książka Tomasza Piątka pt. "Tajemnice Morawieckiego" o powiązaniach premiera z biznesem rosyjskim i tamtejszymi służbami specjalnymi.

- Dałem się nabrać, ale to chyba normalne, że mam wrażliwość i stanąłem po stronie osób pokrzywdzonych. Moja empatia była po stronie premiera i jego rodziny, ale okazało się, że on wcale nie jest poszkodowany, tylko nieładnie ustawił się z mediami - mówi Jacek Nizinkiewicz z „Rz”. Dziennikarz jeszcze w piątek pisał na Twitterze, że premier powinien pozwać „SE” za opublikowanie tego dnia w tabloidzie wizerunków, imion i wieku adoptowanych przez niego dzieci. - „Super Express” na nowo zdefiniował pojęcie brukowca. To poniżej wszelkiego poziomu - podkreśla Nizinkiewicz.

- Okładkę „Super Expressu” należało skrytykować bez względu na to, czy to była ustawka, czy nie, choć wiele na to wskazuje. Szef KPRM umówił się na wywiad z tabloidem, premier nie pozwał gazety, a dziennikarze przychylni władzy uderzali w Piotra Gajdzińskiego, choć jego książka jeszcze się nie ukazała. To niesmaczne, nie chcę takiego dziennikarstwa - podkreśla Janusz Schwertner z Onetu.

Dominika Wielowieyska w sobotniej audycji „Wybory w Toku” w radiu Tok FM przyznała: „Trochę mam poczucie, że wyszliśmy na idiotów. Stanęliśmy w obronie premiera, a dzisiaj się okazało, że to była ustawka PR kancelarii z tabloidem”.

- Dla mnie najbardziej wstrząsające jest to, że premier zgodził się na wykorzystanie swojej rodziny w ten sposób - mówi Roman Imielski, szef działu krajowego „GW”.

KPRM nie odpowiedziała na nasze pytanie, czy publikacje w „SE” były z nią konsultowane.

Sprawdź, o czym piszemy
w najnowszym numerze

Okładka

(PAZ, 13.05.2019)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter

Dział: PRASA

Dodano: Maj 13, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Szef RMN: sprawę fotoreporterów zwolnionych z PAP uważam za wyjaśnioną

W lutym PAP nie przedłużyła umów czterem fotoreporterom, tłumacząc to redukcją kosztów (fot. Marek Mazurkiewicz/CC BY-SA 3.0)

Rada Mediów Narodowych nie zajmie się sprawą czterech fotoreporterów, którym Polska Agencja Prasowa nie przedłużyła umów. Szef Rady Krzysztof Czabański uważa tę kwestię za wyjaśnioną.

W lutym PAP nie przedłużyła umów fotoreporterom Jackowi Turczykowi, Bartłomiejowi Zborowskiemu, Stachowi Leszczyńskiemu i Marcinowi Kmiecińskiemu. Prezes PAP Wojciech Surmacz tłumaczył to redukcją kosztów, a na Twitterze komentował: „Tak się kończy »dojenie« PAP Foto”. Wtedy fotoreporter Maksymilian Rigamonti złożył podpisane przez ponad stu ludzi mediów pismo do przewodniczącego RMN w sprawie zwolnionych fotoreporterów agencji. Sygnatariusze domagali się od prezesa PAP Wojciecha Surmacza dowodów, że zwolnieni fotoreporterzy okradali agencję, albo „natychmiastowego odwołania” prezesa i ponownego nawiązania współpracy ze zwolnionymi fotoreporterami. Szef RMN zwrócił się z prośbą do prezesa PAP o informację w tej sprawie.

W rozmowie z „Presserwisem” Krzysztof Czabański podkreśla, że otrzymane od Wojciecha Surmacza pismo z odpowiedzią zostało objęte tajemnicą przedsiębiorstwa i nie może ujawniać jego treści. - Ja uważam sprawę za wyjaśnioną. Rada nie będzie się nią zajmować – informuje Czabański.

- Ja się nie dziwię, bo tak się załatwia sprawy w kolesiowskim gronie – komentuje Bartłomiej Zborowski, jeden ze zwolnionych fotoreporterów.

- Jeśli pan Czabański uważa sprawę za zamkniętą, to jest jego decyzja – uważa z kolei Maksymilian Rigamonti. Podkreśla, że sposób zwolnienia fotoreporterów nadal ocenia jako nieetyczny. Nie planuje jednak składać kolejnych pism do szefa RMN. - Zrobiłem tyle, ile mogłem - mówi Rigamonti.

Sprawdź, o czym piszemy
w najnowszym numerze

Okładka

(PD, 13.05.2019)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.