Wydanie: PRESS 11/2006

Pęknięcie świata

Z trudem przystali Panowie na tę rozmowę, bo wolą nie pokazywać się razem. To jakiś problem? Jacek Karnowski: Bliźniactwo nie może być na pierwszym planie. Uważamy, że każdy z nas osobno musi pokazać, co jest wart, zanim zaczniemy pokazywać się jako bliźniacy. Nie odwrotnie. Michał Karnowski: Bliźniactwo to taki gadżet. Wzbudza zainteresowanie, ale może się szybko zużyć i zostaje się gwiazdą jednego sezonu. J.K.: Teraz, po długich wahaniach, uznaliśmy, że już można. Dojrzeliśmy, jesteśmy w takim miejscu życia zawodowego, że nikt nie ma prawa podnosić zarzutów, iż budujemy swoje pozycje, bazując na bliźniactwie. Znam inną wersję obecnego sukcesu Karnowskich – mówią o Panach: „dziennikarze IV RP”. M.K.: Zależy, jak definiować IV RP. Jeśli rozumieć to nie partyjnie, lecz jako niezgodę na patologie III RP, jako chęć naprawy Rzeczypospolitej, to ja mogę być dziennikarzem IV RP. Jeśli potrzebna jest IV RP – a myślę, że zgoda na to jest dość szeroka – potrzebne są także media IV RP: mądrzejsze i uczciwsze. J.K.: Jeśli za pana pytaniem kryje się zarzut konformizmu, jest nieprawdziwy. Zawsze szliśmy własną ścieżką, podczas gdy polskie dziennikarstwo ma cechę stadności: są liderzy opinii i echa rozchodzące się na różne środowiska. Poglądów, postaw ani stosunku do zawodu i świata nie zmieniamy zależnie od kontekstu politycznego. Choć w wielu sytuacjach za swoje wybory musieliśmy i musimy płacić sporą cenę. Jaką? J.K.: Chociażby taką, że i w tym wywiadzie musimy tłumaczyć się z rzeczy, z których inni nie muszą. Albo niedawno, kiedy zaatakowali nas niektórzy politycy PO w swoim kompromitującym „raporcie”. M.K.: Optymistyczne w tym wszystkim było tylko to, ile słów przeprosin usłyszeliśmy wtedy od kolegów i koleżanek posłanki Śledzińskiej-Katarasińskiej i posła Grupińskiego – autorów „raportu”. Wołając o media IV RP, sami się Panowie ustawiają po prawej stronie. M.K.: To jest przyklejanie gęby. W mediach zacząłem pracować jako 17-letni chłopak, dziennikarstwem politycznym zająłem się w 1998 roku w absolutnym sporze z większością elit i ówczesnego świata dziennikarskiego. Od tej pory się nie zmieniłem, to Polska się zmieniła. Jaka jest teraz definicja prawicowego dziennikarza? Jeśli to taki, co nie zgadza się na kłamstwo, stadność oraz zwykłe plucie z energią i radością na jednych, a głaskanie drugich, to ja mogę być prawicowym dziennikarzem. Tylko że gdy dziś słucham Wojciecha Olejniczaka czy Marka Borowskiego, jestem przekonany, że obaj – choć uciekają od nazwy IV RP – również chcą budowy nowego państwa. Lustracji też? J.K.: Proszę nas nie łączyć w tej dyskusji. Ja bardzo się pilnuję, by nie wchodzić w rolę komentatora. Jestem reporterem publicznej telewizji. Zarzut prawicowości i tam Pana dosięgnie. Jacek Żakowski powiedział niedawno: „Telewizja publiczna zniknęła jako pracodawca dla rzetelnych dziennikarzy”. Albo się myli, albo sugeruje, że z Panem coś jest nie w porządku. J.K.: Nie zgadzam się z nim. Rzeczywiście, odeszło kilka osób, ale każdy z tych przypadków był inny. Przychodzą też nowi dziennikarze, redakcja szuka wzmocnień i musi je znaleźć. Nie wiem, o co może chodzić Jackowi Żakowskiemu... M.K.: Może o to, że stracił swój program? J.K.: Nie chcę mu zarzucać tak niskich pobudek. On ma wyraziste poglądy i na pewno inaczej widzi środek debaty publicznej, który telewizja publiczna powinna sobie wyznaczyć, a niezależny dziennikarz powinien się go trzymać. Jacek Żakowski widziałby ten punkt bardziej na lewo. A może Pan bardziej na prawo? Wywiad z Jarosławem Kaczyńskim po jego wizycie w Brukseli był robiony prawie na kolanach. J.K.: Słyszałem dokładnie przeciwne opinie. Zarzucano mi, że byłem zbyt agresywny i przerywałem premierowi. Kto zarzucał: PiS czy środowisko dziennikarskie? J.K.: Środowisko. Nie widzę podstaw, by ten wywiad uznać za lizusowski. Premier to premier i w rozmowie nie można dążyć do zniszczenia przeciwnika. Problem w ocenie takich materiałów tkwi w pęknięciu świata politycznego na pół – na Platformę Obywatelską oraz Prawo i Sprawiedliwość. To przekłada się na inne środowiska, także dziennikarskie. Wytworzyła się sytuacja, w której miarą obiektywizmu jest udział w agresywnej nagonce. Każdy, kto jest w stanie wyrwać się z takiego szantażu emocjonalnego, od razu zostaje sklasyfikowany jako dziennikarz sprzyjający władzy. Tak było również po tym, gdy w moim materiale z Izraela zbyt dobrze wypadł prezydent Lech Kaczyński. A ta wizyta była po prostu bardzo udana i w prywatnych rozmowach przyznawał to nawet dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Widziałem perfekcyjnie przygotowaną wizytę oraz prezydenta, który w mądry i wyważony sposób rozmawiał o trudnych sprawach polsko-żydowskich. Ja też widziałem prezydenta wpychającego się na mównicę prezydenta Izraela i zdziwionego, że będą mu zadawane pytania. Obejrzałem to w TVN 24, nie w TVP. J.K.: W dyskusji o zachowaniach polityków strona estetyczna jest ważna, ale nie może być ważniejsza od merytorycznej. Nie mówię o fryzurze czy brudnych butach, tylko o prezydenckiej nieporadności i braku obycia. Pana zdaniem nie ma to wpływu na wizerunek kraju? Dziennikarze nie powinni tego pokazywać? J.K.: Ten rodzaj, nazwijmy to, nieporadności u prezydenta nie jest zjawiskiem nowym. I nie jest prawdą, że gaf nie pokazujemy. Handshake z Angelą Merkel w TVP się ukazał... M.K.: …fałsz w hymnie śpiewanym przez Jarosława Kaczyńskiego się ukazał... J.K.: Pokazaliśmy wpadkę z „czarnym, co jest czarne” w exposé premiera. Takie rzeczy się ukazują. Ale strona estetyczna osób sprawujących władzę nie może być dominującym kryterium dla reportera telewizji publicznej, która ma misję trzymania się faktów i obowiązek pewnej propaństwowości. Obrona Lecha Kaczyńskiego w trakcie awantury o tekst w „die tageszeitung” również wynikała z misji propaństwowej? Pan Michał stanął po stronie Pałacu Prezydenckiego. Nie było tam wielu dziennikarzy. M.K.: Zrobiłem to, ponieważ uważam, że zachowanie części polskich elit i świata dziennikarskiego było nieadekwatne do zachowania niemieckich elit w podobnej sytuacji. Nieadekwatne nawet do tego, jak zachowałyby się polskie elity w sytuacji, gdyby nie chodziło o Kaczyńskich. Przypomnijmy, że okładka „Wprost” z Eriką Steinbach ujeżdżającą Gerharda Schrödera spotkała się z dużą krytyką po polskiej stronie. Czy Niemcy żądali przeprosin od polskiego rządu ? Mówili o ściganiu Marka Króla przez prokuraturę? Porównywali „Wprost” z faszystowskimi pisemkami? M.K.: Nie komentuję zachowania dyplomatycznego, tylko mówię o bezrefleksyjnym i stadnym potępieniu oburzenia prezydenta. A może to w elitach niemieckich dzieje się coś niedobrego? J.K.: Do tej pory mówiły one o dialogu niemiecko-polskim, a teraz o polskim problemie. Można to uzasadniać wpadkami władzy, ale można też w tym widzieć niepokojący proces: Niemcy stają się głusi na polskie argumenty i widzą problem w Polsce. Panie Michale, naprawdę wierzy Pan, że Lech Kaczyński nie pojechał do Weimaru, bo był chory? M.K.: Ja tego nie napisałem. Zasugerował to Pan w swoim blogu, pisząc: „Prezydent ma prawo szanować swoje zdrowie”. M.K.: To jest tylko blog, słowa pisane w godzinę po pierwszych informacjach. Dziś, mając większą wiedzę, może bym to napisał inaczej. Lecz gdy na wieść o chorobie prezydenta wszyscy wyją: „Ha, ha, jaki głupi!”, ja mówię: „Nie, tak nie można, bo nie mamy pełnej wiedzy na ten temat”. Ocena wiarygodności prezydenta była oparta na podstawie jego wcześniejszych zachowań. Gdy trzeba było odwiedzić Trybunał Konstytucyjny z okazji 20. rocznicy, Pałac Prezydencki poinformował, że Lech Kaczyński ma poważną infekcję. A wieczorem przyjął rabina Schudricha. M.K.: Ja też oceniałem na podstawie wcześniejszych zachowań prezydenta – z czasów pracy nad książką wiem, że Kaczyński naprawdę często i nagle łapie infekcje. Ale proszę mnie nie stawiać w roli rzecznika prezydenta. Wielokrotnie ludzie mijają się z prawdą – to jest ich grzech, nie mój. Twierdzę, że w sprawie „die tageszeitung” część polskich elit sprzeniewierzyła się polskiej racji stanu, która mówi, że w relacjach z niebezpiecznie zmieniającymi się Niemcami należy być raczej z naszym prezydentem. To wszystko. Proszę mi nie przyklejać żadnych politycznych łatek. J.K.: Z naszą rzekomą prawicowością jest tak, że częściej mówi o niej środowisko dziennikarskie niż politycy. Moim zdaniem to zarzut, który jest w znacznej mierze narzędziem walki konkurencyjnej w obrębie zawodu. Zaczynaliśmy karierę z wieloma ludźmi, którym aż tak się nie powiodło. Więc być może pojawia się i frustracja. M.K.: Dlaczego Jacek Żakowski, przyznający się do głosowania na SLD, ma być niczym wzorzec z Se`vres, a ja, choć deklaracji takich nie czyniłem, muszę się tłumaczyć? Mam wrażenie, że kryteria, według których środowiska kreujące opinię publiczną wydają prawo obecności w debacie, są polityczne. Popierasz Demokratów? Jesteś OK. Popierasz lewicę? Jesteś wyrazisty. Nie uważasz prawicy za wariatów? Jesteś oszołomem. Tak jest, odkąd zacząłem pracę. J.K.: Odrzucam sugestię, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, bo ktoś nam coś dał, bo nasze poglądy podobają się prawicy. To, że akurat teraz jestem głównym reporterem politycznym „Wiadomości”, a Michał komentatorem i dziennikarzem „Dziennika” oraz radiowej Trójki, wynika z naszych zawodowych biografii. Z tego, że teraz, po latach pracy w dziennikarstwie, jesteśmy do tego gotowi. M.K.: Nie pijemy, nie kradniemy, łapówek nie bierzemy. Na Karnowskich po prostu nie ma innego haka, więc trzeba im postawić stempel na czole. Myśli pan, że odniosłem sukces, ponieważ rzekomo popierałem Kaczyńskich? Kim oni byli cztery–pięć lat temu? J.K.: Gdybym ja w TVP nie udowodnił, że potrafię tam funkcjonować, naprawdę żadne wsparcie i sympatie nie utrzymałyby mnie tam. Gdy Robert Kozak wziął mnie do „Wiadomości”, na pewno połowa zespołu myślała: „Ciekawe, co potrafi”. Potrafię, nie utonąłem. Gdy Jacek zaczynał pracę w TVP, Michał napisał do brata na blogu: „Daj sobie radę w tym gnieździe biurokracji i zawiści”. Miał rację? J.K.: Biurokracja mnie nie dotyka. Ale zawiść istnieje. TVP to jedno z brutalniejszych miejsc w świecie dziennikarskim. Bycie na szkle uzależnia i mało jest ludzi odpornych na tę chorobę. Zawiść przejawia się dorabianiem gęby i szukaniem źródeł sukcesu nie tam, gdzie one są. Tak robią Pana koledzy? J.K.: Ludzie są różni, jak w każdej redakcji. Zdarza się, że na przykład przed montażem giną dyski i odnajdują się po montażu – pod gazetami, pod ścianą, w miejscach, w które się nie zagląda. Albo ktoś ci coś przestawia w komputerze. Albo jesteś za granicą i akurat wtedy na zebraniu spada na ciebie największa krytyka. Wtedy gdy nie możesz się bronić. Michał, który jako pierwszy dostał propozycję pracy w TVP, odrzucił ją. M.K.: Uznałem, że wolę pisać. I do TVP trafił Jacek, który przeszedł tam z BBC. Ale do BBC Jacek również trafił po Michale. Co określa Panów wybory? M.K.: W każdej z tych sytuacji Jacek przyjął propozycje, które ja z różnych względów uznałem za niewłaściwe. Gdybym chciał pracować w TVP, pewnie bym mógł. Z BBC odszedłem, bo wolałem Radio Plus. Ale z drugiej strony trafiłem do „News-week Polska”, bo polecił mnie tam Jacek. J.K.: Między nami była asymetria. Przez lata pracowałem w BBC Polska, medium o dużo słabszym zasięgu niż „News-week”, ale BBC dziennikarsko było świetnym miejscem. Nie miałem poczucia, że jestem gorszy od brata. No, a teraz się między nami wyrównało. M.K.: W przeszłości kilka razy między nami zazgrzytało. Pewnie byśmy się tak często nie spierali, gdyby jeden z nas wyraźnie dominował. Teraz, po różnych perypetiach, osiągnęliśmy poziom równowagi w rozwoju zawodowym. Poza tym mamy rodziny i to one stały się punktem odniesienia. Od początku Panów drogi były podobne? Ta sama szkoła, te same studia? M.K.: Chodziliśmy do różnych liceów. Jacka szkoła potrafiła dostrzec talenty i je nagrodzić. A ja chodziłem do dość kostycznego liceum i to wywołało perturbacje... Maturalne? M.K.: Tak. Przez rok chodziłem do policealnej szkoły zawodowej w klasie technik informatyk, to była ucieczka przed wojskiem. Zacząłem już wtedy regularną pracę jako reporter „Gazety Olsztyńskiej”, kontynuując wcześniejszą współpracę. Potem studiowałem dziennikarstwo i socjologię, ale nie zdążyłem ich skończyć, bo mocno się zaangażowałem w pracę. Na przykład śledztwo dziennikarskie w sprawie prokuratora Hopa – w jakiejś mierze to był dla mnie zawodowy uniwersytet. Nie chcę być zarozumiały, ale sprawa Hopa była jednym z niewielu śledztw, w których źródłem nie były służby, nie było nadania tematu, zemsty. To są rzeczy, których z kolei Jacek nie przeżyje. Bo duże śledztwa dziennikarskie najłatwiej może robić tylko bardzo młody człowiek, który ma w sobie odwagę. J.K.: Przesadzasz. A Anna Marszałek? M.K.: No tak, masz rację. Ale młodemu na pewno łatwiej, jest bardziej głodny krwi. Może powinni Panowie rozdzielić również media, w których się udzielają: Michał odpuścić telewizję, a Jacek radio? Widzowie długo będą Panów mylić. Przełączają z TVP na TVN 24, a tu znowu Karnowski. J.K.: No nie, ten postulat to już jakaś forma dyskryminacji wobec bliźniaków. Życie się toczy – przyjmujemy jedne propozycje, odrzucamy inne. Mamy mieć mniej praw obywatelskich? Jeśli ludzie myślą, że w TVP i TVN 24 pojawia się ten sam facet, przestają mu ufać. Chyba to Panów nie dziwi. J.K.: To pytanie jest zasadne, lecz wszystkie wyjścia, które przychodzą mi do głowy, są absurdalne. Mylono nas od zawsze. Kiedyś pani od niemieckiego obraziła się na mnie, a ja nie wiedziałem o co. Po paru miesiącach mi wygarnęła, że jestem chamski, bo stoję na przystanku obok niej i nie mówię: „Dzień dobry”. M.K.: Gdy dzwonię z „Dziennika”, ludzie mnie pytają: „Jak pan daje radę jednocześnie w gazecie i »Wiadomościach«”? J.K.: A mnie rano dentysta boruje ząb i pyta: „To co, dziś do gazety czy do telewizji?”. Umiemy z tym żyć. Dzień zaczynają Panowie od konkurowania ze sobą. O 8.15 Michał w Trójce, a Jacek – co jakiś czas – w TVP 1. M.K.: Nie bierzemy udziału w żadnym wyścigu. Podczas ostatniej kampanii wyborczej informację, że dziadek Donalda Tuska był w Wehrmachcie, jako pierwsze zdobyły „Wiadomości”, ale opublikował „Newsweek”. Zbieg okoliczności? J.K.: Prawda jest taka, że jedna z osób w „Wiadomościach” – nie ja – wpadła na oczywisty pomysł, by sprawdzić informacje od Jacka Kurskiego w niemieckich archiwach. Na ten sam pomysł wpadł dziennikarz „Newsweeka”. M.K.: Nie ja! J.K.: Każdy zbiera towar dla siebie. Gdybym miał coś, czego nie mogę puścić w TVP, mógłbym Michałowi dać. W innych okolicznościach byłoby to nielojalne wobec pracodawcy. Poza tym Michała często interesuje co innego niż mnie. Ja chcę wiedzieć, gdzie jest spotkanie koalicji, kto co powiedział. Relacjonuję. M.K.: A ja Jacka pytam: „Słuchaj, robisz reporterkę, jesteś blisko, powiedz, jak to wygląda, jaka jest temperatura? Czy to jest poważne, niepoważne?”. Czasami dzwoni Jacek i mówi: „Słuchaj, widziałem, jak mówiłeś o koalicji, przestrzegam, bo z moich informacji wynika, że wszystko jest bardziej gorące”. Wtedy uruchamiam swoje źródła jeszcze raz i drążę. J.K.: Wykorzystujemy się nawzajem, by przywracać sobie azymut. Czasem wydarzenia cię powiozą i nie wiesz, gdzie jest centrum. Pyszny jest ten, który twierdzi, że zawsze to wie. Mają Panowie przed sobą tajemnice? J.K.: Oczywiście. M.K.: Nie. J.K.: Na pewno jesteśmy wobec siebie lojalni. Gdyby Michał mi powiedział o czymś pod embargiem, nie puściłbym tego. Gdy Michał mi mówi, że coś w poniedziałek odpalą, nie mówię tego na kolegium. Po odejściu Roberta Kozaka z TVP nie miał Pan chwili wahania? J.K.: Miałem, oczywiście. Na razie szefostwo gwarantuje wykonywanie zawodu bez rezygnacji z uczciwości, ale reporterka polityczna w publicznym medium to linia frontu. Jest balansowaniem na cienkiej linie. Pominięcie czegoś może wywołać zarzuty polityczne, tak samo puszczenie czegoś. Dlatego dbam, by nie wejść w rolę komentatora. W publicznych mediach byłoby to złamaniem warsztatu. Michał jest komentatorem i jednocześnie prowadzi poranne rozmowy w publicznym radiu. Nie łamie warsztatu? J.K.: Michał jest publicystą, a ja jestem reporterem. M.K.: Nie udaję, że nie mam poglądów. Tak samo jak nie udają prowadzący do niedawna w mediach publicznych audycje znani i wyraziści komentatorzy prasowi: Durczok, Olejnik, Żakowski. Warunek ze strony Trójki był taki: to ma być rozmowa, która jest rozmową. Mam wrażenie, że to już jest standard w polskich mediach. W BBC to też jest standard? J.K.: Na pewno w BBC jest miejsce na audycje, w których podaje się nie tylko suche informacje, ale również analizy. Wywiad jest formą bardziej autorską i osobistą niż reporterka. M.K.: Publicysta robiący wywiady, nawet w publicznym radiu, to powrót do pewnej normalności. W końcu w Polsce zaczyna się promować dziennikarzy, którzy nie udają. Nie akceptuję sytuacji, w której politycy mówią, że szafa jest zielona czy czerwona, a dziennikarz siedzi i kiwa głową, bo jest bezstronny. Mimo że szafa jest żółta. Problem w tym, że polscy publicyści często mylą się, patrząc na tę szafę. I nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swe nietrafione analizy. M.K.: Zdarzało mi się pomylić co do paru szczegółów, ale w większości przypadków trafiam. W grudniu 2005 roku napisał Pan na swoim blogu: „SLD to dopiero cień cienia”. Miesiąc później: „SLD to żywotna i silna struktura, skubańcy”. A w marcu tego roku: „SLD zaskakuje bezpłciowością i brakiem pomysłu na opozycyjność”. M.K.: Bo SLD się zmienia. Aż tak w ciągu czterech miesięcy? M.K.: Tak. Prowadzę swego rodzaju blog rozmawiający. Przyznaję się do pomyłek, bo każdy, kto ma odwagę stawiać wyraziste tezy, musi popełniać błędy. Są dwie kategorie pomyłek. Bo można się pomylić co do tego, czy będzie koalicja, czy nie, albo czy Lepper z niej wyjdzie, czy nie – zwłaszcza w dzienniku czy tygodniku. To jest co innego niż odpowiedzialność za tezy większe. Twórczość wielu publicystów z lat 90. nadaje się dziś na śmietnik nie dlatego, że się pomylili, przewidując partyjne rozgrywki, tylko dlatego, że diagnozy dotyczące stanu państwa – jaka polityka jest dobra i czy lustracja zagraża bezpieczeństwu państwa – były szmelcem. Sięgnijmy do tamtych materiałów. Jeszcze niedawno byłem jednym z niewielu tzw. oszołomów, którzy twierdzili, że komisja ds. Rywina jest skarbem polskiej demokracji. Dostawałem za to w mordę nieraz. J.K.: Trudno wymagać od publicysty prawd objawionych. Myślę, że ludzie szukają w publicyście czego innego: zgadzają się z rodzajem pytań, jakie on sobie zadaje, i ufają, że wkłada wysiłek w to, by dotrzeć jak najbliżej prawdy. M.K.: Nie wyrażam poglądów: to jest dobre, a to złe. Mówię: „Na dziś sytuacja wygląda tak, są takie i takie czynniki, takie i takie elementy, to zmierza w tym kierunku, ten kłamie albo nie kłamie”. To abc warsztatu publicysty. Głosiłem tezę, że Jarosław Kaczyński ma realny plan na jeden rok: resorty siłowe, służby itd. Potwierdziło się. Mogłem napisać tekst w „News-weeku” i podsumować, że miałem rację, paliwo PiS-u się kończy, a Kaczyński tkwi w pustce. Media ocenia Pan równie uczciwie jak polityków? Podobała się Panu czołówka o sekcie w stacji dializ na okładce „Dziennika”? M.K.: Nie mam z tym problemu. Pamiętam, jak zjechałem „Fakt” za skandaliczną, moim zdaniem, akcję zamiany żon. Dochodziły do mnie sygnały z koncernu w stylu: „Jak tak możesz”. Mogę. „Sekta w stacji dializ”? Żenada, oczywiście. Ale „Dziennik” też wyciąga wnioski. A felietony Jerzego Pilcha? M.K.: Trochę mnie nudzi. Jest uznanym, nudnym autorem. J.K.: Pilch jest na pewno dobrym pisarzem, podziwiam jego warsztat w sensie panowania nad słowem. Ale w formule „Dziennika”? Ile czasu ma rano newsowiec na przejrzenie gazety? Pół godziny, godzinę? Otwierasz „Dziennik”, a tam Igor Zalewski, z którego kipi energia, jest błyskotliwa puenta, lecisz dalej: Rybiński tak, Ziemkiewicz inaczej... A Pilch... Był taki felieton, który musiałem trzy razy przeczytać, żeby zrozumieć, czy on jest za, czy przeciw. M.K.: Napisałem w blogu: „Szukam kogoś, kto naprawdę czyta felietony Pilcha, a nie tylko mówi, że czyta”. To było złośliwe, lecz miałem powód. Osoba o takim nazwisku, recenzując książkę, powinna ją przeczytać. A na podstawie tego, co Pilch napisał o moim i Piotra Zaremby wywiadzie z braćmi Kaczyńskimi, potrafię udowodnić, że nie przeczytał książki. Złość na Pilcha rozumiem. Ale łajał Pan też Adama Michnika czy Grzegorza Gaudena. Mało pokory w wieku 30 lat. M.K.: Nie rozumiem. 30-letni człowiek jest za młody na uprawianie krytyki Grzegorza Gaudena czy Adama Michnika? J.K.: W tym zawodzie trzeba być trochę rebeliantem. Jeśli zaczynając pracę, masz zbyt dużo szacunku i atencji wobec uznanych autorytetów, ta hierarchia cię paraliżuje. Czyni z ciebie impotenta. Należy znaleźć złoty środek między pokorą a rebelią. Zastanym autorytetom trzeba z szacunkiem rzucać wyzwanie. M.K.: Mam się nie odzywać, gdy ludzie tacy jak Grzegorz Gauden czy Adam Michnik robią coś niemądrego, złego w mojej ocenie dla kraju? Czy były już naczelny „Rzeczpospolitej” wykazał pokorę wobec islamu, drukując karykatury Mahometa? Nie sądzę. Łatwo było odejść z „Newsweeka”? M.K.: Miałem z tym duży problem osobisty. Bo „Newsweek” to takie moje dziecko. J.K.: Chyba ty jesteś jego dzieckiem. M.K.: Dlaczego? Przecież jestem tam od początku. Współtworzyłem to pismo. Ale dobrze, zmieniam odpowiedź: „Jestem dzieckiem »Newsweeka«”. Tamta była trochę zarozumiała. To Wróbla dziecko. Tylko że coś się chyba jednak kończy. Co się skończyło? Pańska skłonność do zarabiania dwukrotnie mniej, niż proponują inni? M.K.: Przestrzegam przed liczeniem moich zarobków. Autorzy „raportu” Platformy nieźle się na tym pośliznęli. A poważnie – to prawda, że z lojalności wobec „Newsweeka” przez lata odrzucałem lukratywne propozycje. Ale nie pracuję tylko dla pieniędzy, to wtórny czynnik motywacyjny. Po przejściu do „Dziennika” dostałem po prostu niewielką podwyżkę. Rozmawiał Krzysztof Szwałek „Życie Warszawy”

karnowskim

Aby przeczytać cały artykuł:

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.