Temat: prasa

Dział: PRASA

Dodano: Czerwiec 07, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Felieton Jacka Nizinkiewicza – o sprawie ujawnienia choroby Szymona Hołowni

„Jedna z najbliższych osób zasugerowała mi, żebym napisał o rodzinnych tragicznych doświadczeniach z depresją jako jednym z motywów powstania tekstu. Nie chcę” – pisze w swoim felietonie Jacek Nizinkiewicz (screen: YouTube/Rzeczpospolita)

23 lutego 2026 roku, w Światowy Dzień Walki z Depresją, na stronie „Rzeczpospolitej” opublikowany został mój tekst „Depresja to choroba wszystkich. Politycy nie są wyjątkiem”. W felietonie opisującym zmagania polityków z Polski i zagranicy z depresją jeden z akapitów poświęciłem Szymonowi Hołowni. Napisałem, że wicemarszałek Sejmu od kilku miesięcy zmaga się z depresją. Materiał nie powinien był się ukazać w takiej formie. Warto uczyć się na błędach, najlepiej cudzych.

Autor: Jacek Nizinkiewicz

Tekst o depresji polityków chciałem napisać od dawna – z wielu powodów. Zajmując się polityką od prawie 20 lat, napotykałem problem chorób polityków, którego nie traktowałem z należytą uwagą i empatią. Bolesnym przypadkiem była śmierć Andrzeja Leppera, o którym pisałem w artykule „Rzeczpospolitej”. Byłego lidera Samoobrony znałem od lat i przeprowadziłem z nim wiele wywiadów. Podczas ostatniej rozmowy, kilka miesięcy przed śmiercią, był już cieniem samego siebie, a wygląd jego siedziby i otoczenia budził niepokój. Gdy wychodziłem, Lepper rzucił mi naręcze biało-czerwonych krawatów i chust, prosząc, żebym dał je komuś, bo jemu na nic się już nie przydadzą. Z tych kilkudziesięciu gadżetów został mi jeden, wraz z poczuciem winy, że powinienem był wtedy coś zrobić: powiadomić kogoś, podjąć temat, zareagować po ludzku. Dzisiaj jest to już dla mnie oczywiste.

Kiedy Jarosław Gowin udzielił mi jednego z ostatnich swoich wywiadów, jak się później okazało, przed wycofaniem się z polityki, wiedziałem już, że potrzebne są delikatność i wsparcie. O problemie rozmawiałem z samym zainteresowanym, ale również z życzliwym mu otoczeniem, które nie zostawiło go bez pomocy. Delikatność jest kluczowa w przypadku podejmowania tematu depresji. Gdy pisałem o depresji polityków, tego wyczucia mi zabrakło.

Szymona Hołownię znam od lat. Zrobiliśmy wiele wywiadów. Zawsze dobrze się nam rozmawiało. Pisałem o nim i dobrze, i źle. Miał różne polityczne etapy. Jednak gdy podczas nieoficjalnych spotkań wielu ludzi z jego otoczenia mówiło o problemach zdrowotnych, zapaliła mi się czerwona lampka. Z Hołownią próbowałem się kontaktować wiele razy, ale nie odbierał ani nie oddzwaniał. Po wyborach prezydenckich obraził się na dziennikarzy. Podczas kolejnych spotkań z politykami partii Hołowni coraz częściej byłem świadkiem słownych ataków na niego i słyszałem – off the record – teksty takie jak: „Ludzie słabi psychicznie nie powinni zajmować się polityką”, i to z ust osób, które blisko z Hołownią współpracują. Autorka tego cytatu później głośno, w mało kulturalny sposób broniła publicznie „kolegi”. Ale o hipokryzji będzie później. Sam Hołownia na spotkaniach zamkniętych również mówił o swoich problemach, a inni dziennikarze przede mną podnosili tę kwestię, choć nie nazywali problemu po imieniu – jak Dorota Gawryluk w Polsacie. Nie zmienia to faktu, że bez zgody zainteresowanego pisać o sprawach zdrowotnych nie powinienem. Artykuł nie był o Hołowni, ale postanowiłem o nim wspomnieć, gdyż tajemnica poliszynela stała się politycznym orężem.

Tekst o depresji, nie o Hołowni, wisiał na stronie kilka godzin i spotkał się z przychylnymi reakcjami. Czytałem, że to dobrze, iż podejmuję tak ważny temat, i że politycy również powinni nagłaśniać temat depresji. A także że społeczeństwo powinno mieć wiedzę na temat stanu zdrowia polityków podejmujących ważne decyzje.

Po publikacji tylko jedna osoba – Tytus Hołdys – publicznie i kulturalnie zwróciła uwagę, że tematu nie powinno się nagłaśniać w ten sposób. Optyka zmieniła się, gdy do sprawy odniósł się Szymon Hołownia, pisząc, że go wyautowałem, opierając się na plotkach i się z nim nie kontaktując. Mimo że nie opierałem się na plotkach i próbowałem się z Hołownią skontaktować, to ma on rację, że bez jego zgody nie miałem prawa takiej informacji publikować.

Hołownię natychmiast przeprosiłem osobiście. Publicznie nie zająłem stanowiska, bo taka była strategia redakcji. Tekst został zdjęty, redaktor naczelny Michał Szułdrzyński opublikował przeprosiny, Hołownia je przyjął i napisał, że nie żywi urazy. Jakiś czas później spotkaliśmy się z Szymonem w sejmie, gdzie przywitaliśmy się serdecznie i umówiliśmy na spotkanie.

Z perspektywy czasu uważam, że to, iż nie odniosłem się do sprawy ani nie przeprosiłem publicznie, było błędem. Redakcja zachowała się modelowo w kwestii obrony tytułu. Ja jednak poległem. Nawet część kolegów dziennikarzy, nie znając kulis sprawy, uznała, że brak publicznej skruchy z mojej strony oznacza, że jej nie ma. Była od początku.

Po kilku dniach opisałem sprawę również na zamkniętym Facebooku. Wiele osób, które znam, zmaga się z depresją. Nie wykorzystałbym choroby dla klików, cytowalności ani politycznych gierek (jedni zarzucali mi, że tekst powstał na życzenie Tuska, żeby zatopić Hołownię, inni, że na życzenie Hołowni, żeby ocieplić jego wizerunek). Miałem potrzebę wytłumaczenia się, choćby przed wąskim gronem najbliższych osób.

Z perspektywy czasu uważam również, że temat powinien natychmiast zostać szerzej podjęty publicznie. Tym bardziej że odbił się szerokim echem – według kolektywu Res Futura był podejmowany w sieci 10 mln razy. 54 proc. komentarzy wyrażało wsparcie dla Hołowni, podkreślając prawo do prywatności zdrowotnej, a 35 proc. komentarzy atakowało Hołownię, podważając autentyczność jego reakcji i instrumentalne wykorzystanie zdrowia. Przed zdjęciem go ze strony ten tekst przeczytało zaledwie kilka tysięcy osób. Większość komentowała więc coś, czego nie znała, a w mediach społecznościowych dominowały boty i anonimowe konta. Narracja i emocje przybierały na sile, tworząc efekt śnieżnej kuli. Wiem, bo czytałem, co piszą, choć odradzam taką praktykę. Dziennikarz powinien mieć skórę nosorożca. Ale na co się ona zda, gdy atakują inne nosorożce?

Bez względu na to, czy „koledzy” dziennikarze znali tekst źródłowy, czy nie, ich oceny były dosadne (daruję sobie cytaty wulgaryzmów i nazwiska, bo nie o wojenkę środowiskową tu chodzi). Najgorsze było podkręcanie, że napisałem o Hołowni, iż jest chory psychicznie. Nie napisałem nic takiego ani tego nie sugerowałem. Oceniał mnie ostro dziennikarz, który zapraszał polityków w piątek na swoje urodziny, a w poniedziałek ich przepytywał w radiu i sam za podawanie nieprawdziwych informacji nigdy nie przeprosił. O „ku…wie” pisała pani, która jako dziennikarka polityczna miała konflikt interesów z powodu relacji z jednym z polityków. Oburzył się też były szef jednego z brukowców, który został skazany za jazdę pod wpływem, czy jeden z byłych zarządzających portalem znanym z clickbaitowych tytułów.

Prywatnie było sporo głosów wsparcia, również od dziennikarzy, z którymi od wielu lat nie rozmawiałem. Ale dominowała cisza.

Nie należę do tych, którym zależy, żeby o nich mówiono, choćby źle, byle nazwiska nie przekręcano. Nie życzę nikomu złej sławy. Gdy pojawiły się groźby fizycznego zagrożenia, zacząłem zgłaszać komentarze, a do jednego z nich się odniosłem i zapowiedziałem, że będę takie rzeczy zgłaszać na policję. Zadziałało.

Wychodzenie z kryzysu było trudne. Jedna z najbliższych osób zasugerowała mi, żebym napisał o rodzinnych tragicznych doświadczeniach z depresją jako jednym z motywów powstania tekstu. Nie chcę. Nie chcę też nikogo przekonywać, że miałem dobre intencje. Zresztą nie o mnie tu chodzi.

Artykuł o depresji polityków nie był tekstem newsowym. Był apelem o zwracanie uwagi na problem depresji, również wśród polityków, i apelem do polityków o nagłaśnianie trudnego tematu. Wątek z Hołownią przykrył główny temat. To była podwójna porażka.

Pokora i skrucha nie należą do typowych dziennikarskich cech. To my zadajemy pytania, oceniamy, komentujemy, analizujemy, demaskujemy itd. Dziennikarstwo jest zawodem zaufania publicznego. Ja zawiodłem. Chciałbym zapewnić, że więcej żadnego błędu nie popełnię, ale to byłoby kłamstwo.

Każde potknięcie cieszy naszych wrogów. Luka wypełniana jest błyskawicznie i bezwstydnie. W sytuacji kryzysu liczy się szable. Widać, na kogo można liczyć, kto się odzywa bezinteresownie.

Podczas ostatnich tygodni zwracano mi uwagę, żebym tak się nie samobiczował i nie przesadzał z autokrytyką. Jednak jeśli przez nasze działania choćby jedna osoba została skrzywdzona, należy zrobić wszystko, żeby krzywdę naprawić i odzyskać zaufanie tych, którzy zwątpili. Czy się uda? Nie wiem. Wiem, że warto się starać.

***

Ten felieton Jacka Nizinkiewicza pochodzi z najnowszego numeru magazynu „Press”. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Pawłem Płuską, Newsmax w Polsce i prawnik "Gazety Wyborczej"

Press

Jacek Nizinkiewicz

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.