Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Marzec 08, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Dziennikarze obywatelscy 2.0

Od góry, od lewej: Włodek Ciejka, Adam Wiśniewski, Katarzyna Pierzchała i Max Wudecki (fot. Wojciech Artyniew/"Press")

W czerwcu 2018 roku Towarzystwo Dziennikarskie przyznało mu tytuł "Obywatela Dziennikarza". Na Facebooku tak uzasadniono owo wyróżnienie: „Relacjom Ciejki towarzyszą jego inteligentne i ekspresyjne, ale też często emocjonalne, komentarze. Podkreślić należy mobilność i osobistą odwagę”. Włodek Ciejka: – Gdy dostałem tę nagrodę od Towarzystwa Dziennikarskiego, poczułem się, jakby związek zawodowy taksiarzy przyznał nagrodę kierowcy Ubera. Przypominamy tekst, który ukazał się w magazynie "Press" (nr 11-12/2018)

19 października 2017 roku Włodek Ciejka jechał na debatę organizowaną w Pałacu Kultury. Pod budynkiem na placu Defilad zobaczył policję, straż pożarną i grupkę ludzi. Akurat odjeżdżała karetka. 15 minut wcześniej jakiś człowiek oblał się płynem i podpalił. Potem okazało się, że nazywał się Piotr Szczęsny. Ciejka jako pierwszy zrobił relację wideo z tego wydarzenia. Gdy filmował, z leżącego megafonu otoczonego pianą gaśniczą nadal leciała piosenka „Kocham wolność” Chłopców z Placu Broni, a wcześniej – nagrana deklaracja samobójcy.

„Ktoś próbował się spalić w obronie wolności. Jeśli komukolwiek z was przychodzą do głowy takie myśli, błagam was, nie róbcie tego. To nie ma sensu” – spokojnie i rzeczowo Ciejka opisywał, co widzi, a potem apelował do odbiorców. Film na YouTube po roku ma 123 tys. wyświetleń.

– Dziękuję losowi, że nie przyjechałem tam piętnaście minut wcześniej. Bo długo się zastanawiałem, co bym wtedy zrobił. Czy filmowałbym, gdy polewa się z kanistra i podpala? – do dziś pyta się Ciejka.

Press

Włodek Ciejka: Widywałem swoje nagrania w Telewizji Polskiej. W Jedynce podali raz źródło, a w TVP Info zasłonili mój znak (fot. Wojciech Artyniew/"Press")

OBYWATELE OGLĄDAJĄ

Film z akcji wieszania bucików dziecięcych na ogrodzeniach kościołów w Warszawie, zrobiony w ramach Baby Shoes Remember Day 26 sierpnia br., obejrzało na Facebooku Ciejki ponad 120 tys. osób. Krótki filmik spod Sądu Najwyższego, na którym prof. Adam Strzembosz zapytany, dlaczego protestuje, odpowiada: „Bo jestem Polakiem”, ma na liczniku prawie 190 tys. wyświetleń. Włodek Ciejka (prosi, by go przedstawiać pseudonimem artystycznym) – warszawiak, z wykształcenia ekonomista, z zawodu handlowiec – na swoim Facebooku nadaje minimum dwa–trzy razy w tygodniu. Jego relacje live na Facebooku ogląda zwykle 30–60 tys. osób.

Adam Wiśniewski – księgowy z zawodu, fotograf pasjonat – nie spodziewał się, że filmowane przez niego 1 września br. obchody Dnia Weterana na placu Piłsudskiego w Warszawie zaowocują rekordowo popularnym materiałem. Spoliczkowanie przez urzędniczkę wojewody dolnośląskiego Magdy Klim (pseudonim Ruda) za to, że skandowała „Konstytucja!”, obejrzano na profilu facebookowym Wolnych Mediów 580 tys. razy. Film był wielokrotnie kopiowany i emitowany na innych profilach, witrynach, blogach, portalach. Przez kilka dni września pokazywały go główne telewizje, relacjonowały radia, opisywała prasa.

Zdjęcia Katarzyny Pierzchały – warszawianki, na co dzień zarządzającej nieruchomościami – publikowały m.in. „Polityka”, „Gazeta Wyborcza”, „The New York Magazine”, portale niemieckich telewizji. W raportach wykorzystywały je organizacje walczące o prawa obywatelskie i kobiet, m.in. Amnesty International. Najsłynniejsza fotografia Pierzchały to ta przedstawiająca morze parasolek na placu Zamkowym podczas czarnego marszu kobiet 3 października 2016 roku. Na Facebooku udostępniona 12 tys. razy.

Polityczni dziennikarze obywatelscy nie pojawili się wraz z protestami przeciwko rządom Prawa i Sprawiedliwości – lecz od trzech lat coraz częściej wyręczają dziennikarzy i fotoreporterów, a ich materiały stają się popularniejsze niż niektóre relacje w mediach.

Nie ukrywają jednak, że interesuje ich tylko jedna strona sporu politycznego.

LUKA MIĘDZY MEDIAMI

Włodek Ciejka pierwszy raz włączył nagrywanie na smartfonie 16 grudnia 2016 pod sejmem, podczas tzw. puczu kanapkowego. Kilka tysięcy demonstrantów otaczało sejm, gdy policja zaczęła torować drogę dla wyjeżdżających stamtąd polityków PiS. Ciejka usiadł wraz z innymi, blokując wyjazd. Gdy pojawili się mundurowi z długą bronią, wyjął telefon i zaczął nadawać. Spontanicznie. Ale też trochę ze strachu. Dwa kilkuminutowe wejścia Ciejki na żywo oglądało tego wieczoru na Facebooku po kilkanaście–kilkadziesiąt osób. Marnie.

Pół roku później, w nocy z 9 na 10 lipca 2017 roku, tuż przed miesięcznicą smoleńską, na Krakowskim Przedmieściu Ciejka zobaczył, że policja z cywilami ustawia stalowe płoty. – Wyciągnąłem smartfona i po prostu opowiadałem, co widzę – wspomina. Dwie godziny nadawał relację na FB. Ponieważ Obywatele RP byli ścigani za zakłócanie miesięcznic jako uroczystości religijnych, Ciejka w swojej relacji płot nazywał „przenośnymi konfesjonałami”, a mundurowych – „ministrantami”.

Spodobało się. Rano, gdy się obudził, jego live na Facebooku miał na liczniku 250 tys. wyświetleń (dziś już 360 tys.). Ciejka: – To było dla mnie coś nieprawdopodobnego. Pomyślałem: „Może to jest to, co trzeba robić?”.

Początkowo wrzucał filmy z wydarzeń także na swój kanał na YouTube: Włodek Ciejka TV, ale od czasu gdy Facebook wprowadził udogodnienia do prowadzenia relacji live, publikuje głównie tam.

Szczególnie pilnuje marszów neonazistów i ich blokowania. – Staram się być na wszystkich. To trzeba pokazywać: faszyści cieszą się poparciem władz, co jest bardzo niebezpieczne – tłumaczy.

To Ciejka sfilmował i upowszechnił, że Patryk Jaki korzysta ze służbowej limuzyny podczas spotkań z wyborcami w ramach kampanii samorządowej. Relacja na żywo Ciejki przyczyniła się do zatrzymania pijanego strażnika sejmu w trakcie demonstracji w ub.r. – temat trafił do głównych dzienników. – Widywałem też inne swoje nagrania w Telewizji Polskiej. W Jedynce podali raz źródło, a w TVP Info zasłonili mój znak – twierdzi.

200 tys. osób obejrzało na jego Facebooku scenę, gdy na spotkaniu z Patrykiem Jakim 9 lipca w Ursusie zwolennicy polityka siłą wyrzucili z sali kobietę i próbowali wypchnąć niewidomego mężczyznę z laską. Tym duże media się jednak już nie zainteresowały. – Bo dwa światy, mediów tradycyjnych i social mediów, mogą się uzupełniać. My wchodzimy w pewne luki niezapełnione przez profesjonalnych dziennikarzy – tłumaczy Włodek Ciejka. Dla niego ważniejsze niż licznik odsłon jest to, ile osób ogląda go na bieżąco.

Press

Max Wudecki otwarcie przyznaje się do uprawiania propagandy: – PiS wygrał nią wybory, a myśmy się bali jej używać. Uważam, że tę lukę trzeba zapełnić (fot. Wojciech Artyniew/"Press")

Z OPOZYCJI OBYWATELSKIEJ

Adam Wiśniewski też pamięta, że pierwszy raz włączył usługę Facebook Live w lipcu 2017 roku, gdy brał udział w demonstracjach w obronie sądów. Którejś nocy demonstranci próbowali blokować drogi wyjazdowe z sejmu. – Grubo po północy zobaczyłem rzecznika rządu Rafała Bochenka. Chyłkiem wskakiwał do radiowozu w okolicy ulicy Wiejskiej. Policja miała go wywieźć z otoczonego kampusu – opowiada Wiśniewski. – Zacząłem biec w jego stronę i chyba wtedy włączyłem live – dodaje.

Kilkuset młodych siadało na ulicy, blokując ją. Policja ich znosiła i spisywała. W końcu demonstranci wypchnęli kontener z gruzem na środek drogi. Weszli nań i wiwatowali. – Wtedy poczułem, że trzeba robić relacje na żywo. Bo media tradycyjne nie pokażą tego tak, jak jest, w czasie rzeczywistym – mówi Wiśniewski. Wówczas od roku zarządzał grupą KOD MAZ Foto, a gdy KOD zaczął się dzielić na mniejsze organizacje, pod szyldem Wolne Media zaczął kręcić materiały wideo z opozycyjnych wydarzeń. Poczuł się „dziennikarzem z powołania”.

Także w zespole prasowym KOD swoje pierwsze relacje robił Mariusz Malinowski – reżyser filmowy i członek Nowoczesnej. Gdy przed marszem 11 listopada 2016 roku nagrał na telefonie zapowiedź Włodzimierza Frasyniuka, wzywającego do udziału w marszu, filmik szybko osiągnął na Facebooku 150 tys. wyświetleń. – To było dla mnie oszałamiające – przyznaje. Za to jego autorski, długometrażowy dokument „Dzieci Wehrmachtu” miał w kinach raptem 6 tys. widzów. Więc Malinowski na początku 2017 roku zarejestrował Video-KOD, sieciową telewizję obywatelską. I zaczął budować zespół.

KOD zaproponował też robienie relacji live z demonstracji Maksowi Wudeckiemu. Ten młody prawnik z Warszawy od 2013 roku na Facebooku prowadził fanpage Prawicowa Rzeczpospolita Ludowa. Po dojściu PiS do władzy Wudecki wraz z kolegą zaczął montować „T Dziennik telewizyjny” – satyryczny program czerpiący garściami z „Dziennika telewizyjnego” PRL-u. Na YouTube odcinki miały 5–50 tys. wyświetleń, na Facebooku dodatkowe 30–40 tys. Za swój największy sukces Wudecki uważa filmik, który zrobił 11 listopada 2016 roku – reportaż ze wszystkich demonstracji tego dnia: nacjonalistów, KOD-u i lewicy. Nagrał m.in. przewodniczącego pomorskiej Młodzieży Wszechpolskiej skandującego: „uderz, uderz liberała, imigranta i pedała”. Prokuratura wszczęła dochodzenie w sprawie propagowania rasizmu.

Na profilu Prawicowa Rzeczpospolita Ludowa na Facebooku Max Wudecki publikował relacje z większości kontrmiesięcznic smoleńskich, dużych demonstracji, pikiet pod sejmem, blokad. W lipcu 2017 roku, gdy trwały masowe protesty w obronie sądów, na ulicach był od rana do nocy. Te materiały na jego profilu miewały do 260 tys. wyświetleń. Strona osiągnęła w lipcu ub.r. zasięg 6 mln odbiorców. Gdy demonstracje są znacznie rzadsze, Wudecki kilka razy w miesiącu robi wywiady z politykami na żywo dla Racjonalnej Polski – fanpage’a zaprzyjaźnionej organizacji. Jego filmy mają do 300 tys. odsłon.

Katarzyna Pierzchała najpierw foty z demonstracji wrzucała na własne konto na Facebooku, a gdy trafiła do zespołu prasowego KOD, jej zdjęcia zaczęły wypełniać billboardy, ulotki, banery. Zgłaszały się do niej redakcje po zgodę na publikację. – Zobaczyłam, że to ma sens – mówi.

Robi fotorelacje z większości wydarzeń opozycji ulicznej w stolicy. Zdarza się, że po kilka w ciągu dnia. Chętnie jeździ na kongresy i spotkania opozycji. Na jej profilu na Facebooku – Obywatel KP Fotograf – często publikuje zdjęcia z blokad i akcji Obywateli RP.

Press

Katarzyna Pierzchała robi fotorelacje z większości wydarzeń opozycji ulicznej w stolicy. Zgłaszały się do niej redakcje po zgodę na publikację (fot. Wojciech Artyniew/"Press")

OGLĄDAJĄ I UCZESTNICZĄ

Wolne Media i Video-KOD to już rozbudowane przedsięwzięcia. Pierwsze tworzy 10 osób. Mają domenę na Facebooku Wolne-media.pl i zarejestrowany w sądzie tytuł – formalnie dziennik. Filmują, fotografują, robią relacje na żywo. Jeśli coś się dzieje istotnego, publikują kilka materiałów dziennie. – Dużą oglądalność mają relacje na żywo z przepychanek, gonitw, kotłów i szykan stosowanych przez policję wobec protestujących – mówi Wiśniewski z Wolnych Mediów.

– Video-KOD ma pokazywać wszystkie wydarzenia istotne dla opozycji – informuje Mariusz Malinowski. Faktycznie, można odnieść wrażenie, że pokazują wszystko. Jednego tylko dnia 22 września br. Video-KOD na Facebooku publikuje: relację z demonstracji OPZZ w Warszawie; pikietę przed konwencją PiS w stolicy; Literiadę w Dąbrowie Górniczej; Rebeliadę w Koszalinie, pikietę w obronie sądów w Krakowie. – Są dni, gdy równolegle nadajemy siedem–osiem transmisji – mówi Malinowski. Po półtora roku działalności Video-KOD ma 1800 własnych materiałów.

To możliwe, ponieważ zespół składa się już z ponad 50 wolontariuszy, głównie reporterów i redaktorów. Podzielono ich na cztery poziomy: realizatorzy, redaktorzy, ochrona i internet. Tylko kilku z nich to zawodowi dziennikarze, pracujący w stacjach telewizyjnych. Wszystkim zarządza Malinowski. Nie mają przychodów, więc każdy z własnej kieszeni pokrywa koszty dojazdów, internetu, zakupu sprzętu itp. Video-KOD ma 10 stałych korespondentów. Relacje nadaje nawet z Australii – gdy we wrześniu br. był tam prezydent Andrzej Duda, właśnie Video-KOD pokazywał Polonię skandującą „Konstytucja!” w koszulkach z takim napisem.

Słynne były nagrania Video-KOD pokazujące wynoszonego z kontrmiesięcznicy smoleńskiej Władysława Frasyniuka latem 2017 roku. – Ten live pokazywały: TVN, Polsat, Superstacja, CNN, Reuters. Ujęcia w formie stopklatki były widoczne prawie wszędzie – stwierdza Mariusz Malinowski. Tydzień później, na demonstracji KOD w Radomiu, jego ekipa sfilmowała, a za nią pokazały to inne stacje, jak nacjonaliści kopią leżącego demonstranta Andrzeja Majdana.

Bywają dni, gdy ich relacje mają łącznie ponad 1 mln odtworzeń. Na przykład nagranie Marty Bogdanowicz opublikowane na stronie Video-KOD, przedstawiające aktywistkę Obywateli RP Iwonę Wyszogrodzką przemawiającą do posłanki Pawłowicz już w ciągu 24 godzin miało na Facebooku 1 mln odtworzeń.

Telewizje, chociaż chętnie korzystają z materiałów dziennikarzy obywatelskich, nie chcą za nie płacić. – Od czasu do czasu zgłaszali się z TVN i innych telewizji z pytaniem, czy mogą użyć mojego materiału. Gdy pytałem o honorarium, rozmowa się kończyła – mówi Włodek Ciejka.

Zapytaliśmy naczelnych i wydawców kilku stacji oraz programów informacyjnych, na ile takie relacje live z wydarzeń stanowią konkurencję dla programów informacyjnych – nikt nie zgodził się na rozmowę. Na pytania wysłane e-mailem nie dostaliśmy odpowiedzi.

– Telewizje informacyjne zapewne twierdzą, że nie jest to dla nich konkurencja, a tylko pewna alternatywa. Lecz ona jest znacząca. Bo uwaga użytkownika mediów przenosi się do internetu: tam szukają informacji i tego, co się dzieje na żywo. Zwłaszcza młodzi odbiorcy – uważa prof. Krystyna Doktorowicz, medioznawca z Uniwersytetu Śląskiego. Jej zdaniem relacje internetowe mediów alternatywnych będą więc coraz więcej znaczyły na rynku przekazów medialnych. – Sprzyja temu pewien rodzaj kotła politycznego, jaki mamy w Polsce, i wyrażanie skrajnych poglądów. Gdyby nie było tego klimatu, może nie oglądalibyśmy tego tak chętnie – stwierdza prof. Doktorowicz.

Mariusz Malinowski przewagę swojej internetowej telewizji nad tymi tradycyjnymi tłumaczy jednym słowem: stabilność. – Czemu Polacy mają wchodzić na nasz kanał, zamiast oglądać TVN? By uczestniczyć w dramatycznych wydarzeniach w kraju. Relacje na żywo dają ludziom poczucie bycia w środku zdarzeń. Sami nam o tym piszą – wyjaśnia Malinowski. Uważa, że Video-KOD to najnowocześniejsza w Polsce telewizja, bo w pełni interaktywna. – Mamy od razu widoczne komentarze i rozmawiamy z widzami na żywo. Odpowiadamy na ich pytania, komentujemy, pokazujemy to, co akurat chcieliby zobaczyć – opisuje.

I podkreśla, że dziś Video-KOD to nie telewizja Stowarzyszenia KOD, tylko całego środowiska tych, którzy brali udział w wielkich marszach i demonstracjach. Relatywnie długie i skomplikowane materiały, jak wykład prof. Andrzeja Friszkego, obejrzało 200 tys. osób.

Press

Adam Wiśniewski: Poczułem, że trzeba robić relacje na żywo. Bo media tradycyjne nie pokażą tego tak, jak jest, w czasie rzeczywistym (fot. Wojciech Artyniew/"Press")

DYSTANS TAK, OBIEKTYWNOŚĆ NIE

Dziennikarze obywatelscy swoją misję widzą nie tylko w przekazywaniu tego, co się dzieje. Wiosną br. członkowie Wolnych Mediów, filmując spotkania polityków PiS z wyborcami, zadawali im też pytania oraz rozwijali transparenty o antypisowskiej treści. Zadawali również pytania Patrykowi Jakiemu na jego spotkaniach z mieszkańcami Warszawy. – Pokazujemy jego kłamstwa, wielokrotnie dokumentowaliśmy porozwieszane bezprawnie plakaty Jakiego – opowiada Adam Wiśniewski. Sami tworzą też happeningi. Na spotkaniu z Krystyną Pawłowicz zajadali sałatki, parodiując zachowanie posłanki na obradach Sejmu. Zrobili live sprzed domu Jarosława Kaczyńskiego na Żoliborzu we wrześniu br., podczas uroczystego odsłonięcia prześmiewczej tablicy dla prezesa. Nagranie obejrzało ponad 253 tys. osób. – Takimi materiałami i akcjami pokazujemy brak zgody na to, co robi PiS. Chcę, by ludzie wreszcie otworzyli oczy – tłumaczy Wiśniewski.

Gdy pytam, czym się to różni od tego, co robił na swoim kanale na YouTube Ziemowit Kossakowski (który np. na Paradzie Równości pytał przebranego mężczyznę, gdzie ma naszyjnik z „różowymi pedałami”) czy Dariusz Matecki (który na vlogu Prawicowy Internet, wspierając Patryka Jakiego, publikował filmy szkalujące Rafała Trzaskowskiego) – Adam Wiśniewski odpowiada: – Oni pokażą każde potknięcie, ja tego nie zrobię.

Tymczasem krótko po tej deklaracji na profilu Wolnych Mediów znalazł się post „Znajomość ulic Patryk Jaki, to totalna #hatakumba dla #Warszawa”. Na filmie Jaki niewyraźnie wypowiada nazwę znanej w stolicy ulicy Połczyńskiej, a autor filmu kilka razy powtarza złośliwie tę wypowiedź, pytając: „Połczyńskom czy Wołczyńskom?”.

– Jeśli mamy walczyć z pisowską opresją o normalną Polskę, nie możemy tego robić tymi samymi metodami jak oni – obrusza się Włodek Ciejka. Ale ma świadomość, że na pewno jest postrzegany tak jak prawicowi blogerzy – tyle że po liberalnej stronie. Choć nie zawsze. Będąc na spotkaniu Trzaskowskiego z mieszkańcami, zadał mu pytanie, chcąc sprawdzić wiedzę kandydata na temat historycznych miejsc stolicy (i oczywiście to nagrywał). Kandydat PO na prezydenta zareagował nerwowo i nie odpowiedział na pytanie. Sytuację od razu wychwycili w necie zwolennicy PiS. – Przez krótki czas byłem nawet gwiazdą prawicowego internetu – śmieje się Ciejka.

Na wizji krytykuje, gdy coś mu się nie podoba; czasami chwali, bywa, że nawet posłów PiS. – Staram się zachować dystans, ale nie będę na siłę obiektywny ani nie będę symetrystą – deklaruje. Dystans stracił np. 10 lutego br., gdy podczas kontrmiesięcznicy smoleńskiej w czasie śpiewania hymnu policja zaczęła wynosić liderów Obywateli RP stojących pod kolumną Zygmunta. „Czy wyście zwariowali?! Macie czelność w czasie hymnu napadać na ludzi?! Czy wie pan, co to jest za piosenka? To nie jest disco polo!” – perorował Ciejka podniesionym głosem do policjantów. Mundurowi przerwali interwencję. Ciejka biegł za nimi, krzycząc: „Napadliście na ludzi! (...) Napluliście mi w duszę!”.

Relacja stała się hitem internetu – po liberalnej stronie.

Za to Adam Wiśniewski przyznaje, że gdyby nakręcił coś tak mocno kompromitującego przeciwników PiS, aby miało to zaszkodzić „ratowaniu Polski”, to chyba by tego nie pokazał. Przypomina sobie, że raz na prośbę KOD usunął materiał, na którym szef tej organizacji Krzysztof Łoziński zdenerwował się i palnął coś głupiego. – To jedyny film, jaki usunąłem – podkreśla.

Mariusz Malinowski twierdzi, że w Video-KOD nie puszcza ujęć, gdy ktoś dłubie w nosie, a poza tym pokazują wszystko. – Czy to się komuś podoba, czy też nie. Nasze materiały są szczere i wiarygodne. Szczerość jest cechą ludzką, wiarygodność zawodową – tłumaczy Malinowski.

Max Wudecki poszedł kiedyś na smoleńską miesięcznicę z dwoma transparentami ukrytymi pod kurtką. Tym razem to on miał być filmowany przez kolegę. Stanął na donicy i wyjął napisy „Wolność Zgromadzeń”, „Wolność Słowa”. – Ludzie rzucili się na mnie. Szarpali, zerwali biało-czerwoną opaskę, czapkę. Tłum był wściekły. Podnieśli mnie i chcieli mnie bić, ale ostatecznie tylko przerzucili przez barierki – opisuje Wudecki. Kolega kręcił wszystko, dopóki nie wytrącono mu telefonu z ręki i zniszczono go, depcząc. Film jednak się uratował. Miał ponad 200 tys. wyświetleń.

Max Wudecki otwarcie przyznaje się do uprawiania propagandy. – Nie boję się tego słowa. PiS wygrał nią wybory, a myśmy się bali jej używać. Uważam, że tę lukę trzeba zapełnić – deklaruje.

Krzysztof Boczek

Pozostałe tematy weekendowe

„Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii”
TVP może zostać bez danych Nielsena, ale rynek także
Zdrajca gorszy od wroga
* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter

PODOBNE ARTYKUŁY

Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Marzec 08, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Zdrajca gorszy od wroga

Podziały wśród prawicowych dziennikarzy są większe, niżby się lewicowym śniło. Przypominamy tekst, który ukazał się w magazynie "Press" (01-02/2019).

Radio Zet może wpaść w ręce Fratrii i braci Karnowskich – spekulują media.

„Szkoda by było. Przyzwoite radio z tradycjami zamieni się w partyjną rozgłośnię agitacyjno-propagandową”.

Prokuratura podległa ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze próbuje ścigać operatora TVN, jednego z autorów słynnego reportażu o neonazistach.

„Doprawdy trudno tego bronić”.

Wybucha afera KNF, a „Wiadomości” TVP 1 starają się ukryć informację o korupcyjnej propozycji złożonej Leszkowi Czarneckiemu, przedstawiając go jako winnego.

„Ale ludzie, czy wy nie macie naprawdę poczucia własnej śmieszności? Jaki wy zawód wykonujecie?”.

Powyższe komentarze nie pochodzą z liberalnych mediów – ich autorami są dziennikarze kojarzeni z prawicą: Piotr Zychowicz, Marcin Makowski, Piotr Zaremba. Podział po prawej stronie sceny medialnej na dziennikarzy krytycznych i bezkrytycznych wobec władzy staje się bowiem coraz bardziej widoczny.

Press

„Ja się naprawdę nigdy nie czułem częścią tego środowiska. Jedyne środowisko, którego częścią się kiedykolwiek czułem, to redakcja pierwszego »Życia«” - Robert Mazurek (screen Youtube.com/Fakty RMF FM)

PLUĆ NA TVP I BRAĆ OD NIEJ PIENIĄDZE

Niektórym się to wyda dziwne, ale Robert Mazurek – postrzegany jako bliższy obozowi zwolenników PiS, były felietonista „Sieci” – protestuje, gdy ktoś próbuje go zapisać do prawicowych dziennikarzy. – Ja się naprawdę nigdy nie czułem częścią tego środowiska. Jedyne środowisko, którego częścią się kiedykolwiek czułem, to redakcja pierwszego „Życia” – podkreśla Mazurek.

Próbował działać jak wolny elektron, na zasadzie: odpowiadam tylko za swoje teksty, a nie za to, co robią inni. Nie przewidywał, że np. w przejętych przez PiS mediach publicznych nie jego talent felietonisty i warsztat dziennikarski będą najważniejsze. W lecie 2018 roku dostał propozycję pisania felietonów do redagowanego przez Dominika Zdorta serwisu internetowego Telewizji Polskiej: Tygodnik.tvp.pl. – To miały być felietony na lekkie tematy, o podróżach lub winie, żadna polityka – opowiada Mazurek.

Nie zdążył tam nic opublikować, bo od kolegów z TVP, którzy go zaprosili do współpracy, dowiedział się: „Najwyższe władze TVP uznały, że nie możemy z tobą współpracować, ponieważ krytykowałeś telewizję publiczną na łamach »Sieci« i wylansowaliście tam nazwę TV Paździerz”.

Mazurka spróbował publicznie pogrążyć redakcyjny kolega z „Sieci” Krzysztof Feusette, prowadzący w TVP Info program „W tyle wizji”. Feusette, komentując niedoszłą fuchę Mazurka, rzucił więc na Twitterze pytanie: „Czy da się jednocześnie pluć na TVP i brać od niej pieniądze?”.

„Feusette pluje, na kogo trzeba, więc może spokojnie brać kasę” – odpowiedział na to były kolega redakcyjny Mazurka z „Sieci”, ale też były współprowadzący „W tyle wizji” Łukasz Warzecha (dziś publicysta „Tygodnika do Rzeczy”).

Press

„Niektórzy weszli w krąg władzy oraz pieniędzy i się dostosowują do reguł, które tam rządzą” - Łukasz Warzecha (screen YouTube.com/Polskie Radio)

SPRZEDAŁ SIĘ ZA ZUPĘ

Łukasz Warzecha też miał łatkę pisowskiego autora, więc w TVP przejętej przez PiS dostał możliwość współprowadzenia programu „W tyle wizji”. Tylko do czasu. Nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Będąc gościem programu „Minęła dwudziesta” w TVP Info, pozwolił sobie na uwagę, że rząd okłamał Polaków, obiecując podniesienie kwoty wolnej od podatku. A w tekście „2027” w „Do Rzeczy” przewidywał czarny obraz Polski po rządach PiS. W jego wizji media prywatne zostały przejęte przez spółki zależne od dużych spółek skarbu państwa. „Te ostatnie, aby kupić m.in. TVN 24, musiały mocno się zadłużyć. W przypadku spółek energetycznych spowodowało to brak pieniędzy na modernizację infrastruktury krytycznej i coraz częstsze blackouty. Jednak – jak stwierdził Jarosław Kaczyński w rozmowie z tygodnikiem »W Sieci« – »wolne i niezależne od zagranicznych wpływów media wymagają pewnych wyrzeczeń. (...)«” – kpił Warzecha.

Po takich tekstach i wypowiedziach od razu wyleciał z grona współprowadzących „W tyle wizji”.

Warzecha myślał jednak swoje, więc w swoich tekstach czy na Twitterze nie ukrywał, że nie wszystko mu się podoba w rządach PiS. Ludzie z TVP zabrali się za niego na początku listopada 2018 roku, gdy dla portalu Wirtualna Polska napisał tekst o tym, że powtarzające się ataki polityków PiS na Niemcy są absurdalne i szkodliwe dla naszego kraju. Pracownicy TVP zarzucili mu sprzedajność, bo peany na cześć Niemiec miał według nich pisać z wdzięczności za to, że był tam na wyjeździe studyjnym opłaconym z budżetu niemieckiego. „Wy się śmiejecie, a Niemcy nauczyli się jednej rzeczy. Podanie Warzesze zupy czyni cuda” – zachęcał do hejtu na Warzechę Samuel Pereira, szef Tvp.info.

Serwis Tvp.info opublikował też tekst podpisany „jmk”, sugerujący, że Warzecha broni Niemiec z wdzięczności za opłacony wyjazd. „Wielu internautów oceniło tekst Łukasza Warzechy jako proniemiecki. Zwłaszcza że artykuł został opublikowany wkrótce po podróży Warzechy do Niemiec sponsorowanej przez władze tego kraju” – sugerował autor.

Akcja się udała – w mediach społecznościowych na Warzechę wylała się fala nienawistnych wpisów. Zareagował też serwis Wpolityce.pl (tak jak „Sieci” należy do Fratrii), który opublikował tekst na ten temat – cytowano tam wpisy z anonimowych kont.

– Na tej twardej prawicy Warzechę uważali za swojego do wyborów w 2015 roku, gdy PiS przejął władzę. Potem zaczęli mieć mu za złe, że nie we wszystkim zgadza się z nową władzą. A Warzecha pozostał wierny swoim poglądom. On jest na przykład liberalny w sprawach gospodarczych i tego nie ukrywa – komentuje Andrzej Stankiewicz, publicysta Onetu.

Press

„Wielu dziennikarzy uważających się za prawicowych zamieniło się w agitatorów politycznych, maszerujących w równym szyku” - Piotr Zychowicz (screen Youtube.com/ wSensie.tv)

ŚWIADOMY ATAK NA NASZĄ TOŻSAMOŚĆ NARODOWĄ

Po ataku ludzi z TVP na Łukasza Warzechę w obronę wziął go Piotr Zychowicz, zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika do Rzeczy” i naczelny miesięcznika „Historia do Rzeczy”. „Napaść żywcem wyjęta z najgorszej propagandy PRL. I jeszcze ten komunistyczny antyniemiecki sos... Ohyda. Kolejny dowód na to, że telewizja państwowa powinna zostać przez następny rząd zlikwidowana. To groteskowy relikt komuny” – napisał Zychowicz na Twitterze.

Zychowiczowi dostawało się natomiast już wcześniej od Michała Karnowskiego, członka zarządu Fratrii. Gdy wydał książkę „Obłęd ’44”, w której dowodził, że decyzja o wybuchu powstania warszawskiego w 1944 roku była szaleństwem, Karnowski we Wpolityce.pl tezy „Obłędu ’44” nazwał „zychowszczyzną”. I zarzucił Zychowiczowi szkodzenie Polsce i Polakom: „Warto zwrócić uwagę na kontekst, w jakim ta zychowszczyzna eksploduje. To moment, w którym – co potwierdzają najtęższe polskie umysły – nasza tożsamość narodowa jest świadomie atakowana. Medialna maszyneria jak może wpaja Polakom poczucie niższości, gorszości, słabości”.

– Jestem konserwatystą i nawiązuję do konserwatywnej myśli Stańczyków, według której wywoływanie kolejnych nieprzemyślanych powstań nie było dobrą drogą do niepodległości. Powstania były bowiem z góry skazane na klęskę i przynosiły sprawie polskiej więcej szkód niż pożytku. Obóz insurekcyjny nie jest w stanie tego pojąć. Dla jego przedstawicieli każdy, kto krytykuje powstania, jest zdrajcą – tak Piotr Zychowicz reaguje na oskarżenia, że za jego tezami są jakieś ukryte cele. – Wielu dziennikarzy uważających się za prawicowych zamieniło się w agitatorów politycznych, maszerujących w równym szyku – dodaje.

– Po prawej stronie pojawili się publicyści, którzy przejęli metodę działania „Gazety Wyborczej”. Gdy ktoś się nie zgadza z „Wyborczą”, dostaje łatkę na przykład antysemity i machają na niego ręką, że z takim kimś nie da się rozmawiać. Publicyści, o których mówię, nie nazywają oczywiście nikogo antysemitą, ale stwierdzają na przykład, że jest koniunkturalistą albo chce się podlizać staremu układowi i to zamyka rozmowę – uważa Łukasz Warzecha.

Press

„Warto zwrócić uwagę na kontekst, w jakim ta zychowszczyzna eksploduje. (...) Medialna maszyneria jak może wpaja Polakom poczucie niższości, gorszości, słabości” - Michał Karnowski (screen Youtube.com/Telewizja wPolsce)

W KRĘGU WŁADZY I PIENIĘDZY

Michał Karnowski apeluje jednak o zwieranie szyków. Z jego tekstu „A może prawica (zwłaszcza medialna) nie zasługuje na szansę, którą dostała?” z listopada 2018 roku w serwisie Wpolityce.pl wynika, że ci dziennikarze i publicyści, którzy nie wspierają rządu i popierających bezwarunkowo go mediów, nie zasługują na dobre zmiany oferowane przez PiS.

Piotr Zychowicz przyznaje: na niego nie mogą liczyć. – Ja przez 13 lat pracowałem w „Rzeczpospolitej”, gdzie zwracano uwagę na obiektywizm dziennikarski. Tamta redakcja mnie ukształtowała i uważam, że dziennikarz powinien być obiektywny, a nie stronniczy – mówi Zychowicz.

Jak wygląda w praktyce prawidłowy marsz w rytm partyjnych werbli, pokazuje w „Sieciach” i Wpolityce.pl m.in. Wojciech Biedroń.

Gdy Wojciech Czuchnowski i Iwona Szpala wysłali pytania rzecznikowi koordynatora służb specjalnych Stanisławowi Żarynowi (były autor Wpolityce.pl), bo przygotowywali tekst do „GW” o związkach koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego i jego zastępcy Macieja Wąsika z Jakubem R., jednym z głównych bohaterów tzw. afery reprywatyzacyjnej – zamiast odpowiedzi następnego dnia przeczytali tekst Biedronia w serwisie Wpolityce.pl. Dawał tam już odpór artykułowi, który jeszcze nie powstał. Biedroń chwalił się na Twitterze: „Ujawniamy kulisy operacji wymierzonej w kierownictwo służb”. Do autorów „GW”, którzy mieli brać udział w tej „operacji”, nawet nie zadzwonił, by zapytać ich o zdanie.

W jeszcze bardziej kuriozalnym tekście, w listopadzie 2018 roku w „Sieciach”, Wojciech Biedroń twierdził, że słynny reportaż „Superwizjera” TVN 24 o neonazistach był mistyfikacją, za którą uczestnicy dostali pieniądze od dziennikarzy. W tekście nie było na to ani dowodów, ani też śladu prób skontaktowania się z samymi autorami reportażu. – Tak wygląda u nich dziennikarstwo śledcze – ironizuje Wojciech Czuchnowski z „GW”.

Andrzej Stankiewicz z Onetu radzi swoim młodszym kolegom z redakcji, żeby nie wdawali się w pyskówki na Twitterze z najbardziej skrajnymi przedstawicielami prawicowych mediów. – Dla nich standardy dziennikarskie nie są żadnym argumentem, bo nie o to im chodzi. Oni działają cynicznie, bo wiedzą, że w czasie gdy PiS jest u władzy, dzięki popieraniu tej partii mogą liczyć na pieniądze ze spółek skarbu państwa. Chcą się przez ten czas maksymalnie wzmocnić – analizuje Stankiewicz.

– Niektórzy weszli w krąg władzy oraz pieniędzy i się dostosowują do reguł, które tam rządzą – mówi o swoich byłych kolegach wśród prawicowych dziennikarzy Łukasz Warzecha. Wskazuje, że nie tylko to motywuje niektórych na prawicy do posłuszeństwa wobec partii rządzącej.

– Są też tacy, którzy uznali, że walczą ze złem, więc trzeba walczyć na śmierć i życie. Jeszcze inni dostali w tyłek za poprzedniej władzy, a ta ich dostrzegła i doceniła. To dopinguje – tłumaczy Warzecha.

Press

„Postawa Pawła Lisickiego, który jako szef »Rz« zarządził, że w Smoleńsku zamachu nie było, jest tu logiczna. Podobnie jak jego życzliwość dla rywali zawalidrogi w budowie »realistycznej« prawicy – Jarosława Kaczyńskiego” - Piotr Lisiewicz (screen Youtube.com/Radio Poznań)

Ci, którzy pracowali z Michałem i Jackiem Karnowskimi (drugi jest naczelnym „Sieci”), przyznają im jedno: – Nigdy nie ingerowali w teksty, nawet gdy nie były one zgodne z linią redakcyjną – zapewnia Robert Mazurek. – Pisałem, że naczelni „Sieci” widowiskowo pożegnali się z rozumem i nawet to przeszło – dodaje. Dlaczego więc odszedł, skoro tam było tak dobrze? – Zmęczenie materiału – daje do zrozumienia Mazurek, że jemu i Igorowi Zalewskiemu, z którym prowadził rubrykę w „Sieciach”, trudno już było wytrzymać prorządową propagandę w mediach Karnowskich.

Łukasz Warzecha też nie wspomina, żeby u Karnowskich obowiązywała cenzura. – Ja poczułem się stamtąd wypychany. Przestawali zamawiać u mnie teksty do tygodnika, a te, które pisałem do Wpolityce.pl, szybko spadały na dół strony. Przestałem pasować do linii – wspomina Warzecha.

Publicysta dobrze znający realia redakcji „Sieci” i Wpolityce.pl zdradza, że tam w środku kipi. – Nie wszystkim podoba się propagandowa linia redakcyjna, bronienie PiS, gdy tylko ma problemy, i atakowanie przeciwników politycznych bez względu na to, czy zasłużyli, czy nie. Tylko nie mają za bardzo dokąd odejść – mówi nasz rozmówca, prosząc o zachowanie anonimowości.

– Dla tych, którzy związali się z Karnowskimi, bo myśleli, że tam jednak będzie dziennikarstwo, ta praca okazała się pułapką. Ciężko im będzie pozbyć się łatki propagandystów i znaleźć pracę w innym miejscu – uważa Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Press

„Ale ludzie, czy wy nie macie naprawdę poczucia własnej śmieszności? Jaki wy zawód wykonujecie?” - Piotr Zaremba o „Wiadomościach” TVP (screen Youtube.com/NC Kultury)

ZGODA NA BEZKARNOŚĆ SPRAWCÓW SMOLEŃSKA

Część prawicowych dziennikarzy od dawna już siedzi w przedpokoju do salonu i przebiera nogami, żeby ich wpuszczono. Robili to już wtedy, gdy PiS nie było przy władzy. Przynajmniej tak wynika z tekstu Piotra Lisiewicza w „Nowym Państwie” opublikowanym jeszcze w 2012 roku: „Salon. Przedpokój. Ulica”. Lisiewicz przekonywał, że prawdziwą prawicą jest środowisko „Gazety Polskiej”, a reszta to jacyś ulegli ludzie, którzy chcą się otwierać na dialog z innymi.

„Do rozgrywki przeciwko nam użyto schematu: zamknięci kontra otwarci. Według niego my tkwimy we własnym kręgu przekonanych. A nasi krytycy to zwolennicy otwierania się, poszerzania przez nas wpływów, w imię wspólnej, rzekomo, sprawy. Ten ton przebija z artykułów Dariusza Karłowicza, Piotra Skwiecińskiego, Roberta Mazurka, Łukasza Warzechy, Pawła Lisickiego i innych” – pisał Lisiewicz.

– Słyszałem, że jestem w jakimś przedpokoju. Gdyby mi bardzo zależało, żeby się dostać do mainstreamowych mediów, pewnie bym sobie poradził znacznie wcześniej – stwierdza Robert Mazurek, który od września 2016 roku prowadzi „Poranną rozmowę w RMF FM”.

Press

„A Jacek Kurski znalazł sobie fatalnych popleczników, którzy chcą konfliktu z całym środowiskiem prawicy” - Tomasz Sakiewicz (screen Youtube.com/Telewizja Republika)

Otwierać się na innych i dyskutować nie wolno, bo to zdrada ideałów narodowych i oczywiście samego prezesa PiS. „W ich plan polityczny wpisana jest więc zgoda na bezkarność sprawców Smoleńska, nawet jeśli nie wszyscy z nich zdają sobie z tego sprawę. Postawa Pawła Lisickiego, który jako szef »Rz« zarządził, że w Smoleńsku zamachu nie było, jest tu logiczna. Podobnie jak jego życzliwość dla rywali zawalidrogi w budowie »realistycznej« prawicy – Jarosława Kaczyńskiego” – ostrzegał Piotr Lisiewicz.

Andrzej Stankiewicz zwraca uwagę na głębokie podziały między poszczególnymi mediami prawicowymi. – Najostrzej o wpływy, pieniądze i czytelników walczą między sobą „Gazeta Polska” i „Sieci” – wskazuje. – Środowisko „Gazety Polskiej” uważa Karnowskich za farbowanych lisów, którzy przechrzcili się na prawicę dopiero niedawno. Karnowscy dystansują się od teorii o zamachu w Smoleńsku, którą „Gazeta Polska” mocno lansuje. „Gazeta Polska” nie za bardzo lubi Tadeusza Rydzyka, który gości w mediach Karnowskich. „Gazeta Polska” najchętniej odwołałaby Jacka Kurskiego z funkcji prezesa TVP, Karnowscy go bronią – wylicza Stankiewicz, podkreślając, że celem tej walki są głównie pieniądze z reklam, o których decydują politycy PiS.

TEST DLA PRAWICY

Dominika Wielowieyska prowadząca w poniedziałki „Poranek radia Tok FM” do części publicystycznej audycji zaprasza prawicowych dziennikarzy i publicystów. Goszczą u niej m.in. Piotr Zaremba, Piotr Semka, Agnieszka Romaszewska-Guzy, kiedyś też Łukasz Warzecha.

– Oni uprawiają swój zawód od wielu lat. A na przykład Samuel Pereira różni się od nich tym, że wypłynął na hejcie internetowym – stwierdza Andrzej Stankiewicz.

Press

„Wy się śmiejecie, a Niemcy nauczyli się jednej rzeczy. Podanie Warzesze zupy czyni cuda” - Samuel Pereira (Youtube.com/Telewizja Republika)

Dlaczego Wielowieyska nie zaprasza Samuela Pereiry, braci Karnowskich, Wojciecha Biedronia czy ludzi z „Wiadomości” TVP 1? – Kiedyś się zastanawialiśmy, czy zapraszać ludzi z TVP. Jednak to, co tam oglądamy, jest przekroczeniem wszelkich granic. Nie zapraszamy tych, którzy przekroczyli granice niezależności od jakiejkolwiek partii. Bo czym innym jest zrozumienie dla idei głoszonych przez PiS, a czym innym wykonywanie zadań działacza partyjnego – odpowiada Wielowieyska.

– TVP to jest rzeczywiście tragedia. To, co robią zatrudnieni tam funkcjonariusze rządowego aparatu agitacyjno-propagandowego, nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem. Jeden z nich napisał kiedyś na Twitterze, że jest dziennikarzem „patrzącym na ręce opozycji”. Trudno wymyślić większe kuriozum. Obowiązkiem dziennikarza jest patrzenie na ręce władzy – mówi Piotr Zychowicz z „Do Rzeczy”. Po czym dodaje: – Jednak upartyjnienie to nie tylko przypadłość sympatyków PiS-u. Pamiętamy przecież okładkę „Polityki” przed wyborami ze słynnym już hasłem „Tusku, musisz”. Wielu dziennikarzy nie ukrywa swojego poparcia dla Platformy Obywatelskiej.

Łukasz Warzecha uważa, że rządy PiS są dla dziennikarzy sprzyjających tej formacji testem na krytyczne myślenie. – Dla wielu ten test wypada marnie – ocenia.

Press

„Czy da się jednocześnie pluć na TVP i brać od niej pieniądze?”~ Krzysztof Feusette o Robercie Mazurku (screen Youtube.com/Telewizja wPolsce)

– Kilku prawicowych dziennikarzy, którzy nie popierają bezwarunkowo PiS, znam, bo pracowaliśmy razem w „Życiu”. Potrafią się krytycznie odnieść do formacji politycznej, z którą sympatyzują, bo to są dziennikarze i publicyści, a nie funkcjonariusze partyjni – stwierdza Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej”.

Te słowa dziennikarza „GW” dla autorów lubiących się określać jako niezłomni i niepokorni mogą być argumentem, by swoich niedawnych kolegów odsądzać od czci i wiary równie mocno, jak i Czuchnowskiego. A może nawet bardziej, bo zdrajców na wojnie traktuje się gorzej niż wrogów.

Mariusz Kowalczyk

Pozostałe tematy weekendowe

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.