Wygrać grę podwójną
Maja Chwalińska (fot. Jarek Praszkiewicz/PAP)
Gdy sportowiec osiąga niespodziewany sukces, trzeba szybko określić plan działania, by nie wpaść w pułapkę ciągłego odpowiadania na kolejne propozycje sponsorskie.
Autor: Maciej Nowocień
Historia tenisistki Mai Chwalińskiej czy skoczka narciarskiego Kacpra Tomasiaka to scenariusze jak z bajki. Do pewnego czasu oboje są znakomitymi sportowcami, uznanymi w Polsce i w międzynarodowym, ale wciąż hermetycznym gronie swoich dyscyplin. Robią to, co kochają. Sport to ich zawód, ale zarobki trudno nazwać dobrymi. To ciągła, monotonna walka o sponsorów i przekonywanie, że tkwi w nich potencjał nie tylko sportowy, ale również marketingowy. Wielu potencjalnych partnerów raz po raz odrzuca propozycje.
Nagle wszystko się zmienia. Podczas igrzysk olimpijskich w Mediolanie Tomasiak oddaje skok, po którym odbiera srebrny medal olimpijski. Potem jeszcze dwukrotnie staje na podium. Do Polski łącznie przywozi dwa srebrne i jeden brązowy krążek. Jest na ustach całej Polski.
Tenisistka Maja Chwalińska do tej pory wygrywała najwyżej turnieje rangi WTA 125. Podczas Wielkiego Szlema na kortach Rolanda Garrosa musiała przebijać się przez kwalifikacje, a w turnieju głównym zaczęła wygrywać mecz za meczem. I tak… aż do finału. 114. rakieta świata wskoczyła nagle na 21. miejsce w rankingu WTA.
Z MIEJSCA DO ELITY
Sukcesy Chwalińskiej czy Tomasiaka szybko zauważyły agencje medialne, marketingowe i firmy/sponsorzy. Słupki zarówno zasięgów w social mediach, jak i potencjału reklamowego urosły w błyskawicznym tempie. Piotr Szczypka, czyli menedżer Chwalińskiej, kilka dni po turnieju opublikował na instagramie zabawną grafikę. Rozmawia na niej przez dwa telefony jednocześnie, a cztery kolejne dzwonią na biurku: dziennikarz, klub tenisowy, sponsor.
– Historia Mai faktycznie przypomina bajkę, której kolejne rozdziały zaskakiwały wszystkich i budowały emocje – mówi Dominik Gorzelańczyk, CEO agencji Be Brave, która stoi za sukcesem wizerunkowym i kontraktami m.in. sportowców Krzysztofa Piątka, Joanny Jędrzejczyk, Katarzyny Zillmann i Julii Szeremety. – Wyzwanie zarówno przed zawodniczką, jak i całym teamem jest ogromne. Taka nagła popularność, szczególnie w trakcie turnieju, niesie z sobą ogromny stres. Dlatego uważam, że strategia działania w trakcie turnieju została poprowadzona w świetny sposób. Maja była odcięta od natłoku informacji i social mediów, co pozwoliło jej na skupieniu się na grze.
Z kolei Michał Tkaczyszyn, PR manager w agencji Publicon, zwraca uwagę na inny kluczowy element. Twierdzi, że po tak spektakularnym występie i awansie w rankingu WTA w okolice pierwszej dwudziestki w rankingu Maja Chwalińska wreszcie zyskała większy spokój i stabilizację. – Może teraz planować kalendarz wypełniony startami w największych turniejach, co oznacza wysokie przychody, możliwość podróżowania z całym zespołem i odpowiedniego przygotowania fizycznego i mentalnego. Ponadto po Roland Garros zyskała bardzo duży potencjał sponsoringowy, którego źródłem są zarówno wyniki sportowe, jak i autentyczność oraz osobista historia stojąca za jej sukcesem. Z miejsca weszła moim zdaniem do listy Top 10 najbardziej medialnych i wartościowych marek sportowych w Polsce.
NAJWAŻNIEJSZA JEST STRATEGIA
Zdaniem Renaty Talarek, współzałożycielki agencji i-Sport, która współpracuje między innymi z Aleksandrą Mirosław i Klaudią Zwolińską, w przypadku Tomasiaka czy Chwalińskiej określenie „pojawiła się nowa gwiazda” powinno być używane z ostrożnością. – Maja po prostu znacząco zwiększyła swoją rozpoznawalność i popularność, a to otwiera drogę do komercjalizacji sukcesu. Najważniejsza jest strategia, wtedy sukces nie wywraca życia do góry nogami, tylko uruchamia kolejny etap realizacji wcześniej przygotowanego planu. Oczywiście pojawia się ogromne zainteresowanie mediów, sponsorów czy kibiców, ale wtedy włącza się po prostu drugi bieg. Wszystko przyspiesza, lecz kierunek pozostaje ten sam. Gorzej, gdy sportowiec nie jest przygotowany na taki moment.
W podobnej sytuacji co Chwalińska czy Tomasiak dwa lata temu po igrzyskach w Paryżu znalazła się pięściarka Julia Szeremeta. Gorzelańczyk z agencji Be Brave podkreśla, że zaraz po przylocie zawodniczki do Polski wicemistrzyni olimpijska przeżywała szalony czas. – Nasze telefony nie przestawały dzwonić – mówi. – Pojawiały się zaproszenia do programów telewizyjnych, wywiadów, wydarzeń, a także pierwsze propozycje współpracy sponsorskiej. Do tego dochodziły liczne obowiązki wynikające ze wsparcia Ministerstwa Sportu czy Wojska Polskiego. Musieliśmy szybko określić plan działania. Przy tak dużym zainteresowaniu bardzo łatwo jest wpaść w pułapkę ciągłego odpowiadania na kolejne propozycje, dlatego od początku staraliśmy się działać według jasno określonej strategii. Największym wyzwaniem od samego początku był jednak kalendarz. W praktyce okazuje się, że czasu jest bardzo niewiele. Dlatego podstawą naszej współpracy od początku były wzajemne zaufanie oraz jasno określone cele. To właśnie dzięki temu możemy podejmować decyzje szybko, ale jednocześnie w sposób przemyślany i długofalowy.
NA BAL MISTRZÓW SPORTU PO WYGRANĄ
Dobrym przykładem jest też kajakarka slalomowa Klaudia Zwolińska, która dwa lata temu w Paryżu zdobyła srebrny medal olimpijski, a w ubiegłym sezonie wywalczyła trzy medale mistrzostw świata, w tym dwa złote. Renata Talarek z agencji i-Sport mówi: – Zaczęliśmy pracować z Klaudią jeszcze przed igrzyskami olimpijskimi w Paryżu i już wtedy wiedzieliśmy, że chcemy budować coś znacznie większego niż tylko sportowe wyniki. Oczywiście sport zawsze jest fundamentem, ale równolegle rozwijaliśmy projekty społeczne, edukacyjne i wizerunkowe. Po igrzyskach zderzyliśmy się z rzeczywistością. Mimo sukcesu okazało się, że świat nie czeka na nas z otwartymi ramionami. To była bardzo cenna lekcja. Zrozumieliśmy, że sama wartość sportowa nie wystarczy, więc równolegle realizowaliśmy projekty dla dzieci, organizowaliśmy wydarzenia, budowaliśmy obecność Klaudii na konferencjach i w przestrzeni publicznej.
Wspomniane sukcesy sportowe dały Zwolińskiej zwycięstwo w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Sportowca Polski. O tytule nie zadecydowały wyłącznie wyniki sportowe? – Wiele osób patrzy na takie sukcesy jak na coś spontanicznego. Tymczasem za tym stoją miesiące pracy – odpowiada Talarek. – Po zdobyciu przez Klaudię trzech medali mistrzostw świata bardzo dokładnie przeanalizowaliśmy sytuację. Sprawdziliśmy wcześniejsze edycje plebiscytu, zachowania kibiców, potencjał medialny i konkurencję. Doszliśmy do wniosku, że Klaudia ma pełne prawo rywalizować z największymi nazwiskami polskiego sportu. Wtedy rozpoczęliśmy kilkumiesięczną kampanię komunikacyjną. Była świadoma i oparta na danych. Na galę szliśmy z poczuciem, że wykonaliśmy wszystko, co mogliśmy. Nie jechaliśmy tam sprawdzić, czy się uda. Jechaliśmy świętować pracę, którą wykonaliśmy przez kilka miesięcy. Dlatego zwycięstwo było ogromną radością, ale… nie było dla nas szokiem. Wiedzieliśmy, jaką drogę przeszliśmy i jak wiele osób zaangażowało się w ten projekt.
Rosnąca popularność sportowca powinna się również przełożyć na zainteresowanie potencjalnych sponsorów czy reklamodawców. Powinna, bowiem według naszych rozmówców wielkie marki niekoniecznie muszą od razu rzucić się na tak łakomy kąsek jak wschodząca gwiazda sportu. Taka historia spotkała chociażby Joannę Jędrzejczyk, byłą zawodniczkę MMA, która pięciokrotnie broniła pasa UFC, czyli największej federacji mieszanych sportów walki na świecie. Była absolutną globalną gwiazdą sportu. Co ciekawe, w 2015 roku, kiedy wywalczyła pas po raz pierwszy, sponsorzy nie ustawiali się do niej w kolejce. – Na swoją pozycję pracowałam bardzo ciężko. Opowiadałam o MMA w mediach, kiedy był to jeszcze sport niszowy, wręcz egzotyczny dla wielu ludzi. Dzięki temu stopniowo budowałam swoją markę osobistą – potwierdza Jędrzejczyk, która po zakończeniu kariery sportowej również została menedżerką kilku zawodników UFC. – Nie uważam się za pionierkę MMA w Polsce, ale jestem jedną z osób, które pomogły pokazać ten sport szerszej publiczności i zmienić jego wizerunek. Dzisiaj, jako menedżerka zawodników, mam szerszą perspektywę i widzę, że obecne pokolenie sportowców funkcjonuje na zupełnie innym poziomie finansowym niż ja na podobnym etapie kariery. Oczywiście później udało mi się odrobić te różnice dzięki rozpoznawalności, którą zbudowałam nie tylko jako sportowiec, ale również jako osoba obecna w mediach.
WYŁĄCZYĆ EMOCJE
Mówiąc o Mai Chwalińskiej, nie sposób nie porównać do kariery Igi Świątek. Gdy sześć lat temu nasza tenisistka po raz pierwszy wygrywała French Open, miała zaledwie 19 lat. Również musiała się zmierzyć z ogromnym zainteresowaniem kibiców, mediów i potencjalnych partnerów. – Pracowałam wtedy z Igą samodzielnie – zaznacza Paulina Wójtowicz, która pełniła wówczas funkcję general manager Igi Świątek. – Odrzuciliśmy wtedy wiele propozycji współpracy. Naszym celem było zbudowanie długoterminowego bezpieczeństwa finansowego Igi. Negocjowaliśmy równolegle z kilkoma markami z tej samej branży i zawsze konfrontowaliśmy oferty z propozycjami konkurencji. Dzięki temu mogliśmy wypracować warunki, które były satysfakcjonujące dla obu stron. Po dużym sukcesie sportowym zainteresowanie sponsorów jest ogromne. Kluczowe jest jednak to, aby nie podejmować decyzji pod wpływem emocji i nie zgadzać się od razu na pierwszą propozycję.
Zdaniem Talarek największe korzyści osiągają te marki, które wcześniej potrafią zaufać zawodnikowi i wspólnie z nim budują historię sukcesu. – Może się wydawać, że Kacper Tomasiak czy Maja nie mogą się opędzić od propozycji sponsorskich, ale w praktyce wygląda to znacznie spokojniej – mówi. – Oczywiście są firmy, które wolą inwestować w sportowców już po osiągnięciu sukcesu, bo wtedy łatwiej uzasadnić taki wydatek marketingowy. Z naszego doświadczenia wynika, iż sukces nie sprawia automatycznie, że firmy zaczynają walczyć o sportowca. Nadal potrzebne są strategia, konsekwencja i bardzo dużo pracy. Sukces otwiera drzwi, ale przez te drzwi trzeba jeszcze umieć przejść.
Tkaczyszyn zwraca uwagę, że w przypadku Chwalińskiej odrzucanie składanych propozycji nie jest łatwe. – Maja ma perspektywę trudniejszych lat, szukania darmowych noclegów i funkcjonowania bez żadnego sponsora – mówi. – Na jej miejscu skupiłbym się na wyborze maksymalnie czterech–pięciu partnerów o ugruntowanej pozycji rynkowej, którzy pasują do jej osobowości, historii i wartości, jakie reprezentuje. Takie grono sponsorów powinno zapewnić odpowiednie finansowanie kariery. Myślę tu o kilkuletnich umowach, by nie konkurować z sobą w ramach tych samych czy podobnych kategorii produktowych i jednocześnie wspierać rozwój jej marki osobistej. Największą wartość mają dziś partnerzy, którzy dzięki swoim budżetom, zespołom, kompetencjom i strategiom marketingowym będą w stanie nie tylko wspierać Maję, ale wręcz budować jej wizerunek, zarówno w Polsce, jak i – w drugiej kolejności – za granicą.
SZYBKA KASA CZY STABILIZACJA?
Wysokości kontraktów gwiazd, jakimi nagle stali się Tomasiak czy Chwalińska, potrafią być naprawdę spore. Zdania, czy warto iść w jednorazowy zastrzyk gotówki, czy jednak postawić na długość trwania umowy, są podzielone. – W ostatnim czasie trochę zmienił się model finansowy i, co może być zaskakujące, czasem bardziej opłaca się podjąć współpracę jednorazową za duże kwoty niż kontrakt ambasadorski, który w skali roku przynosi mniejsze wynagrodzenie, a niesie z sobą dużo więcej zaangażowania po stronie sportowca – mówi Gorzelańczyk. – Do każdej propozycji podchodzi się indywidualnie. Kluczowe jest to, jaki wizerunek chcemy budować i co może nam dać marka. Czasem współpraca, która na pozór może nie być bliska danej dyscyplinie, daje ogromne wsparcie w postaci ekwiwalentu medialnego i budowania rozpoznawalności, co przecież też jest walutą. Dlatego zdarza się, że sportowcy reklamują produkty, które nie mają związku z ich światem, ale są po prostu opłacalne finansowo. W ten sposób chcą wreszcie zmonetyzować lata ciężkiej pracy i wyrzeczeń.
Wójtowicz podkreśla, że w przypadku Świątek pierwsze duże kontrakty były zawierane najczęściej na dwa lub trzy lata, bowiem długofalowa współpraca daje większe możliwości budowania wartości i skutecznej monetyzacji wizerunku. Natomiast Edwin Zasada, założyciel agencji Influ.Studio, która odpowiada m.in. za wizerunek Tomasza Fornala czy Bartosza Kurka, ciekawie obrazuje, że „wchodzimy do gry na lata, a nie na jeden sezon”. – Kilka razy w życiu, współpracując z Fornalem, miałem okazję odmówić kontraktu na setki tysięcy złotych, raz nawet podziękowaliśmy za ofertę przekraczającą milion – opowiada. – Bardziej niż na długość czy wysokość kontraktu zwracamy uwagę na to, czy działamy zgodnie z własnymi wartościami. Dlatego stronimy od reklamowania hazardu czy wyrobów tytoniowych i innych wrażliwych branż. Tu w grę wchodzi odpowiedzialność społeczna, bo Tomek na tym etapie kariery jest idolem dla wielu młodych ludzi.
Jędrzejczyk również podkreśla, że selekcja ofert jest kluczowa. – Krótko mówiąc: nie każda z nich jest dobra i nie każdą warto przyjąć – mówi była mistrzyni UFC. – Zawsze powtarzam zawodnikom, że od stołu negocjacyjnego można odejść. Jeśli ktoś mówi, że to ostatnia szansa albo że oferta zaraz zniknie, nie należy podejmować decyzji pod presją. Jeżeli coś nie jest dla nas odpowiednie, warto poczekać. Bardzo często później pojawia się coś lepszego.
A JEDNAK… POŚPIECH
Niestety, według ekspertów już na początku swojej wielkiej kariery Chwalińska wraz ze swoim teamem nie ustrzegli się błędów. Polka początkowo w Paryżu grała w zwykłych koszulkach bez logotypów sponsorów, bowiem… ich nie miała. Z meczu na mecz na jej topie zaczęły się pojawiać kolejne firmy, z którymi podpisano kontrakty jeszcze w trakcie turnieju. – Nie zostało to poprowadzone tak, jak powinno – zauważa Gorzelańczyk. – W tej branży pośpiech rzadko jest dobrym doradcą. Oczywiście doskonale rozumiem emocje, tym bardziej po wielu latach walki o finansowanie. Mam jednak wrażenie, że w tym przypadku entuzjazm mógł przysłonić chłodną ocenę sytuacji. Maja powinna przede wszystkim spokojnie dokończyć turniej, a dopiero później wraz ze swoim zespołem zebrać propozycje, porównać je i dopiero rozpocząć negocjacje. Tym bardziej że wynik postawił ją na bardzo silnej pozycji. Jestem przekonany, że po zakończeniu turnieju otrzymałaby kilka konkurencyjnych ofert od firm z tych samych branż i mogłaby wybrać najlepszą zarówno pod względem finansowym, jak i strategicznym. Tymczasem podpisanie jednej umowy często automatycznie zamyka drogę do rozmów z innymi markami. Mam nadzieję, że Maja nie zostanie chodzącym bannerem.
Podobnego zdania jest była menedżerka Igi Świątek. – To czas, w którym Maja przy każdej propozycji powinna pamiętać, jak trudna była jej droga do tego miejsca. Podpisywanie kontraktów i ich komunikacja w trakcie turnieju nie były najlepszym pomysłem. Teraz jest moment na budowanie swojej wartości rynkowej. Powinna odważnie wybierać najlepsze i najbardziej perspektywiczne oferty, które będą zgodne z jej wartościami i długoterminowymi celami – mówi Paulina Wójtowicz.
UFAJ, ALE KONTROLUJ
Gorzelańczyk dodaje, że sponsoring to nie tylko wynagrodzenie. Za każdą umową stoją zobowiązania i według niego to jest największe wyzwanie. – Sportowcy nie są influencerami. Maja wielokrotnie podkreślała, że nie prowadzi regularnie swoich kanałów społecznościowych ani nie buduje swojej popularności w taki sposób. Dlatego mam ogromną nadzieję, że w umowach podpisywanych w tak szybkim tempie nie znalazły się obowiązki, które z czasem będą generowały frustrację lub odciągały ją od sportu – mówi.
Kolejnym zagrożeniem wymienianym przez naszych rozmówców jest zbyt duże zaufanie do osób, z którymi współpracuje sportowiec. Na swoim przykładzie opowiada to Jędrzejczyk, która w trakcie kariery straciła duże pieniądze przez swoich doradców. – Zostałam oszukana przez osoby, którym bardzo ufałam. Nie wynikało to ze złej woli z mojej strony, ale z przekonania, że wszyscy mają dobre intencje. Dzisiaj wiem, że zaufanie jest ważne, ale powinno iść w parze z kontrolą i weryfikacją. Zdałam sobie też sprawę, że moja wartość była wielokrotnie zaniżana. Na szczęście zdobyte doświadczenie mogę dziś wykorzystywać jako menedżerka i pomagać swoim zawodnikom unikać podobnych błędów – zaznacza była zawodniczka MMA.
PO PIERWSZE: POZOSTAĆ SOBĄ
Edwin Zasada za największą pułapkę wśród wschodzących gwiazd uważa obsadzanie sportowców w nie swoich rolach. – Kibic wyłapie to od razu, więc nie warto iść tą drogą – mówi. I tutaj warto przytoczyć przykład Fornala, który podczas półfinałowego meczu igrzysk olimpijskich w Paryżu w kluczowym momencie spotkania zmotywował swoich kolegów w kilku „męskich, żołnierskich” słowach. Zamiast negatywnego wydźwięku „przemowa” siatkarza stała się wiralem. Fornal paradoksalnie za wulgarny tekst zebrał wizerunkowe plusy, tym bardziej że Polacy wygrali i ostatecznie awansowali do finału.
– Myślę, że kibice zobaczyli w nim kogoś, kto ma w sobie charyzmę, apetyt na sukces, determinację oraz wolę walki. Po latach współpracy mogę powiedzieć, że to cały Tomek, człowiek który robi coś na sto procent. Zobaczyli sportowca z krwi i kości w ludzkim wydaniu, a ta popularność niewątpliwie przełożyła się na wzrost zainteresowania jego osobą – mówi Zasada.
POKAŻ SWOJĄ TWARZ
I właśnie osobowość u sportowca jest niezwykle istotna. Kibice uwielbiają autentycznych zawodników, w których na ekranach telewizorów odnajdują idola i jednocześnie zwykłego człowieka. Iga Świątek uwielbiana jest za to, że w niezwykle uroczy sposób opowiada, że lubi zjeść makaron z truskawkami, słucha Taylor Swift czy po turnieju pozwoli sobie na tiramisu. Podobnie też było z Chwalińską, która w mediach wypaliła, że nie wie, czy w przypadku wygranej będzie ją stać na hotel. Jest po prostu skromną dziewczyną, która spełnia sportowe marzenia. – Naturalność Mai jest bardzo dobrze odbierana przez kibiców i media. Pokazuje, z jakimi codziennymi wyzwaniami mierzy się zawodniczka spoza ścisłej czołówki rankingu WTA, zwłaszcza gdy nie ma jeszcze silnego zaplecza sponsorskiego. Im dłużej Maja pozostanie autentyczna, bliska ludziom i otwarta, tym większy potencjał marketingowy będzie budowała – mówi Paulina Wójtowicz.
Również Jędrzejczyk radzi, by opowiadać kibicom własną, niekoloryzowaną historię. – Wyniki sportowe są bardzo ważne, ale ludzie chcą wiedzieć, kim jesteś poza sportem. Potrzebujemy bohaterów, z którymi możemy się utożsamiać – mówi.
Niezwykle pozytywne emocje budzi u kibiców panczenista Władimir Semirunnij. Mimo że urodził się w Rosji, nie spotyka się w Polsce z hejtem. Wręcz przeciwnie, dzięki swojej otwartej postawie jest uwielbiany przez kibiców. – Władka po prostu nie da się nie lubić – mówi Paweł Hochstim, współwłaściciel agencji medialnej Honest Media, która odpowiada za interesy medialne wicemistrza olimpijskiego. – To chłopak niezwykle sympatyczny, pracowity, pełen pokory, wzbudzający wyłącznie pozytywne emocje. Jego historia naznaczona w dużej mierze wojną i ucieczką z Rosji nie została jeszcze w mediach gruntownie opowiedziana, a jest bardzo dramatyczna. Semirunnij przeszedł bardzo wiele trudnych chwil, by móc stać się Polakiem i zdobywać dla naszego kraju medale najważniejszych imprez. A przy tym wszystkim pozostał zwykłym Władkiem, normalnym młodym chłopakiem.
Również Szeremeta szybko odnalazła się w kontaktach z mediami i kibicami. – Od pierwszych wywiadów potrafiła rozmawiać z dziennikarzami w naturalny sposób, pozostając sobą. To niezwykle ważne, bo autentyczność jest dziś jedną z największych wartości sportowca w przestrzeni medialnej – mówi Gorzelańczyk.
SPORTOWIEC W BIZNESIE
Rolą menedżerów i opiekunów medialnych sportowców jest paradoksalnie zadbać o wizerunkowe sprawy zawodników i jednocześnie… pozwolić im zachować odpowiednią przestrzeń do treningu i rozwoju sportowego.
– Głowa sportowca powinna pozostać na arenie. Nawet po osiągnięciu ogromnego sukcesu zawodnik nie może sobie pozwolić na zachłyśnięcie się nim, bo prędzej czy później odbije się to na wynikach sportowych. Dlatego tak ważne jest zaufanie do ludzi, z którymi się współpracuje, oraz przekazanie im odpowiedzialności za kwestie biznesowe i wizerunkowe. Żadne działania marketingowe nie powinny odbywać się kosztem planu treningowego ani przygotowań do zawodów – mówi Gorzelańczyk.
Uwagę na to, by postawić sport na najwyższym miejscu, zwraca również Zbigniew Bródka. Mistrz olimpijski w łyżwiarstwie szybkim zdobywał złoto w 2014 roku, czyli w zupełnie innych czasach pod względem marketingowym. – Ciężko mi to jednoznacznie porównać, bo nie udało mi się później zdobyć już tak istotnego sukcesu jak medale olimpijskie. Natomiast cztery lata między igrzyskami w Soczi a kolejnymi w Korei były bardzo intensywnym okresem. Dzięki zdobyciu złotego medalu udało mi się podpisać kilka naprawdę wartościowych kontraktów sponsorskich. Zawsze podkreślam, że oprócz samego złotego medalu pojawiły się też korzyści finansowe. Gratyfikacje związane z tym sukcesem były znaczące i miały realny wpływ na moje życie – mówi Bródka.
Co ciekawe, panczenista nie zdecydował się na podpisanie umowy z menedżerem i działał na własną rękę. Jak podkreśla, kolejne rozmowy z potencjalnymi opiekunami wizerunku sportowca kończyły się fiaskiem. – Po prostu chcieli zagospodarować praktycznie cały mój wolny czas. A nie go miałem za wiele, bo poza sportem pracowałem w straży pożarnej. Nie chciałem z tego rezygnować, podobnie jak z czasu dla rodziny ani na trening. To był świadomy wybór. Oczywiście mogłem podejść do tego bardziej profesjonalnie, ale wynikało to z konkretnych okoliczności. Mimo wszystko miałem już sponsorów i z perspektywy czasu wydaje mi się, że było to optymalne rozwiązanie. Trzeba też pamiętać, że były to zupełnie inne czasy – zaznacza mistrz olimpijski z Soczi.
Bródka nie ma wątpliwości, że dzisiejsi zawodnicy są zdecydowanie lepiej przygotowani pod względem medialnym. Twierdzi, że sportowcy mają większą świadomość znaczenia chociażby social mediów. – Prowadzenie mediów społecznościowych wymaga czasu i uwagi, a to są zasoby, których sportowiec ma ograniczoną ilość. Sponsorzy często oczekują ekspozycji, ale trudno to wszystko pogodzić. W sporcie wyczynowym każdy detal ma znaczenie. Dzisiejsze pokolenie ma większą świadomość marketingu, budowania własnej marki i wykorzystywania wyników sportowych do zarabiania pieniędzy. Kiedy spotykam się z młodzieżą, bardzo często pierwsze pytanie brzmi: „Ile można zarobić na tym sporcie?”. To dla mnie czasem zaskakujące, ale też dobrze pokazuje zmianę pokoleniową. Dla mnie najważniejsze było zdobywanie medali – mówi Bródka, który przez ostatnie lata był też trenerem kadry juniorów w łyżwiarstwie szybkim.
ROBIĆ DALEJ SWOJE
Jak w przypadku przestoju sportowego utrzymać wysokie wskaźniki marketingowo-medialne? – Błędem jest skupianie się wyłącznie na podtrzymywaniu zainteresowania – mówi Talarek. – Naszym celem nie jest ciągłe walczenie o uwagę mediów, ale realizowanie wartościowych projektów. Jeżeli robi się rzeczy ważne i autentyczne, zainteresowanie pojawia się naturalnie. Patrzymy bardzo mocno na światowe wzorce. W przypadku Klaudii w kajakarstwie slalomowym mamy przykłady sportowców, którzy po zakończeniu kariery lub równolegle do niej stali się rozpoznawalnymi liderami, ambasadorami swoich dyscyplin i ważnymi postaciami w sporcie, jak Francuz Tony Estanguet czy Jessica Fox z Australii. Dlatego nasze plany dotyczą nie tylko najbliższego sezonu czy igrzysk w Los Angeles. Myślimy znacznie dalej. Rozwijamy projekty promujące kajakarstwo, budujemy inicjatywy społeczne, edukacyjne i regionalne. Sukces sportowy jest dla nas paliwem, ale nie jedynym celem.
Za przykład może posłużyć Szeremeta, którą zainteresowanie po igrzyskach spadło, nawet mimo wywalczenia w ubiegłym roku tytułu wicemistrzyni świata. Gorzelańczyk uspokaja i podkreśla, że kurz po tych sukcesach wcale nie opadł. – Bardziej właściwe byłoby stwierdzenie, że początkowy entuzjazm po prostu się ustabilizował. Dziś jesteśmy już w zupełnie innym miejscu niż bezpośrednio po igrzyskach. Minęły dwa lata, a sport rządzi się swoimi prawami. Uwaga kibiców i mediów naturalnie koncentruje się na tym, co dzieje się tu i teraz. Mimo to Julka nadal cieszy się ogromnym zainteresowaniem kibiców. Regularnie osiąga milionowe zasięgi w mediach społecznościowych, a wartość medialna wygenerowana przez jej obecność w przestrzeni publicznej już dawno przekroczyła ćwierć miliarda złotych. To pokazuje, że jej historia wciąż rezonuje i pozostaje atrakcyjna zarówno dla odbiorców, jak i partnerów biznesowych – mówi jej menedżer.
Jędrzejczyk z kolei zdecydowała się inwestować – zarówno w siebie, jak i pieniądze, które zarobiła na sporcie i reklamach. – To bardzo trudny temat, bo wielu sportowców żyje w przekonaniu, że sukces będzie trwał wiecznie. Sama widziałam wiele historii byłych mistrzów, którzy po zakończeniu kariery znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej. Ja od początku starałam się myśleć długoterminowo. Około 85 procent pieniędzy zarobionych w sporcie i reklamach zainwestowałam. Uważam to za jeden z największych sukcesów mojego życia. Dzięki temu mogę pomagać rodzinie, bliskim i innym ludziom. Zawsze podkreślam, że pieniądze trzeba inwestować mądrze. Nie chodzi o to, żeby od razu angażować się w wielkie projekty tylko dlatego, że pojawił się duży kapitał. Lepiej rozwijać się stopniowo, zdobywać wiedzę i podejmować przemyślane decyzje. Wiedza finansowa jest niezwykle ważna, a sportowcy powinni uczyć się jej równie intensywnie jak treningu – mówi.
***
Ten tekst Macieja Nowocienia pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 07-08/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Sofią Lebedievą, Leszek Kraskowski i premier Tusk dla wybranych
Maciej Nowocień











