Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Styczeń 10, 2020

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Gość z telewizji - Filip Chajzer

Filip Chajzer przyznaje, że czuje się reporterem (fot. TVN / Fokusmedia.com.pl / Newspix.pl)

Filip Chajzer chciał być jak ojciec: znany i lubiany. Dziś to ojciec może się od niego uczyć, co z tej popularności da się wycisnąć.

Tekst archiwalny. Ukazał się w magazynie "Press" nr 03-04/2018

W garderobie na wersalkę rzucił żółtą puchową kurtkę, na stole postawił opróżniony do połowy flakon perfum. Po wejściu aż mi nos zatyka. Ale celebrytów nie lubi. – Nie jestem wielkim fanem celebryctwa i celebrowania. Pudru, ścianek, fleszy. Nie lubię próżności, a z tym mi się to głównie kojarzy – mówi. Zaznacza, że urodził się reporterem. Gdy czuje, że lekko się rozpędził, koryguje: – No, może reporter to za duże słowo, bo reporterem to był Ryszard Kapuściński. Ja mam swoją pasję i nie lubię siedzenia na czterech literach.

Naprzeciwko wersalki stoi wieszak, na którym wiszą garnitury i koszule. Wchodzi młoda kobieta, przynosząc mu jeszcze jedną, błękitną. W tej miałby wystąpić jako prowadzący show „Hipnoza” w TVN. Filip Chajzer rzuca okiem na przyniesioną koszulę. Mówi z dezaprobatą: „To jest taki księgowy w czwartek”. „Chodzi mi bardziej o Blake’a Carringtona”, instruuje. I wraca do rozprawiania o tym, że prawdziwe dziennikarstwo jest na ulicy, wśród ludzi.

Drzwi się znowu otwierają, kobieta pokazuje kolejną koszulę. On patrzy na metkę i kończy żarty. „Ale nie chcesz mnie chyba ubrać na program w H&M!”.

„Spróbujmy na razie. Wiesz, o co chodzi…”

„Wiem, ale nie”.

„Jest u nas już problem z budżetem, niestety”.

Filip Chajzer oświadcza, że w takim razie przyniesie koszulę z domu, bo on w koszuli tańszej marki występował nie będzie. „A jak nie będę miał w domu, to pójdę i sobie kupię” – stawia na swoim.

Press

Filip Chajzer na planie show "Hipnoza" (fot. Tvn / Mirosław Sosnowski)

Wypadkowa

Znajomy rodziny twierdzi, że do roli showmana Filip Chajzer przygotowywał się od dawna, bo chciał być jak jego ojciec – znany prezenter radiowy i telewizyjny Zygmunt Chajzer. – Filip miał taki okres, że trudno go było zagonić do nauki. Jego ojciec opowiada, że Filip usłyszał od nauczycielki, że jak nie będzie się uczył, to skończy jak on. Filip uznał więc, że nie musi się uczyć, bo to nie najgorsza opcja. A to był szczyt popularności Zygmunta, który wtedy prowadził „Idź na całość” [teleturniej emitowany w Polsacie w latach 1997–2000 – przyp. red.] – opowiada znajomy Chajzerów.

Filip Chajzer obrusza się, gdy opowiadam mu tę historię. – Bzdura – mówi. Ale przyznaje: – Nie jestem wielkim fanem nauki teoretycznej. Przed każdą klasówką czy egzaminem zawsze znajdowało się milion lepszych zajęć niż nauka, to się nazywa prokrastynacja.

Na świadectwie maturalnym miał tylko jedną piątkę – z historii. Na egzaminach lepiej mówił, niż pisał. Pisemny z języka polskiego zdał na trójkę, a ustny na czwórkę. Naukę rozpoczął w zwykłym liceum na warszawskim Ursynowie, lecz rodzice przenieśli go do prywatnej szkoły, bo w publicznej koledzy ze starszych klas mu dokuczali – za znane nazwisko.

Najpierw chciał być policjantem, potem pomyślał o studiach w szkole aktorskiej. – Na ostatniej prostej przed egzaminami stwierdziłem, że to nie jest dla mnie, bo nie potrafię się skupić, żeby wykuć tekst na blachę – przyznaje.

Stwierdził, że zawód dziennikarza to wypadkowa policjanta i aktora. W 2002 roku zdał na dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.

Stażysta

Chajzer junior od razu chciał się zajmować rozrywką, lecz Chajzer senior uznał, że syn powinien wchodzić do mediów w bardziej tradycyjny sposób. Zadzwonił do znajomego Tomasza Lachowicza, który wtedy był redaktorem naczelnym „Super Expressu” (dziś prowadzi gospodarstwo agroturystyczne w Małopolsce). – Zapytał, czy Filip nie mógłby u nas popisać – pamięta Lachowicz. Był rok 2003.

Czyli to znajomości ojca zapewniły start w mediach? – Trzymając się faktów, ojciec mi załatwił bezpłatny staż w gazecie – ironizuje Filip Chajzer.

Press

Filip i Zygmunt Chajzerowie (fot. TVN / Piotr Filutowski)

Skoro ojciec miał status celebryty, w redakcji „SE” uznano, że młody Chajzer musi znać wiele osób znanych z telewizyjnych programów rozrywkowych i gwiazd estrady. Wylądował w dziale Rozrywka, gdzie miał pisać o życiu i rozterkach znanych ludzi. – Męczyłem się tam – nie kryje. Jednak z dumą wspomina, że udało mu się wtedy namówić na wywiad aktora kabaretowego Zenona Laskowika, który po okresie pracy jako listonosz postanowił wrócić na scenę. – Wydzwaniałem ludzi, spisywałem rozmowy z nimi, robiłem podpisy pod zdjęcia... Tylko że ja strasznie nie lubię siedzieć na tyłku przed komputerem i walić całymi dniami w klawiaturę – opowiada.

Przeszedł do działu Warszawa – tam miał się zajmować sprawami lokalnymi. Tomasz Lachowicz wspomina, że w tym dziale pomogła mu cecha, którą już w redakcji „SE” zauważono. – On nie ma problemów z nawiązywaniem kontaktu z ludźmi. A wtedy dziennikarze nie pracowali przez telefon i internet, tylko biegali po mieście – wspomina były naczelny „SE”.

– Dziury w drogach, brak śmietników na osiedlach, komunikacja miejska... – Chajzer junior wymienia tematy, którymi zajmował się w dziale warszawskim „SE”.

Zaczął jednak rozglądać się za inną redakcją. Na krótko trafił na staż do „Życia Warszawy”, a potem do „Newsweek Polska”, gdzie próbował pisać w dziale społecznym i robił research do tekstów. Dziennikarze, którzy pracowali wtedy w tych redakcjach, nie pamiętają go jednak. On ich też nie za bardzo. Nie wie nawet, kto był wtedy redaktorem naczelnym „Newsweeka”. Gdy tak zmieniał redakcje, nie płakano po nim. – On zawsze był z gatunku tych „siup i do przodu”. Szukał, chciał zobaczyć, jak jest w innych miejscach – tłumaczy Tomasz Lachowicz.

Legenda

W 2004 roku stwierdził, że koniec z prasą. – Uznałem, że wszystko, co miałem do napisania, już napisałem – mówi. Na koniec skrobnął szablon listu do rozgłośni radiowych, w którym zapewniał, że jest świetny i zawsze marzył, żeby pracować w tym akurat radiu. Wysyłał takie e-maile do wszystkich rozgłośni, które mu przychodziły do głowy. – Jedyna redakcja, która odpowiedziała, to był Program III Polskiego Radia – wspomina Filip Chajzer i zapewnia, że nie nazwisko ani znajomości taty to sprawiły, tylko że po prostu miał szczęście.

Trafił do pomocy przy przygotowywaniu „Zapraszamy do Trójki”. Powiedzieli mu, żeby znalazł sobie temat, wziął sprzęt do nagrywania, mikrofon i przyniósł materiał dźwiękowy z miasta. Chajzer przeczytał w gazecie, że w sklepie z zabawkami postawiono maszynę, dzięki której dzieci mogą sobie same zrobić misia. Temat został zaakceptowany. – Nagrywałem na kompletnego czuja, wszystko, co mi się wydawało, że sprawi, iż słuchacz będzie mógł wyobrazić sobie, że stoi obok mnie. Chyba nie wyszło najgorzej, bo pozwolili mi robić kolejne takie felietony dźwiękowe – opowiada.

Zapewnia, że szlifował warsztat radiowy pod czujnym okiem Piotra Barona prowadzącego wtedy poranne wydania „Zapraszamy do Trójki”. Mówi, że Baron był jego szefem. Sam Piotr Baron jest zdziwiony, gdy o tym słyszy. – Po raz kolejny Filip Chajzer powołuje się na mnie. Nigdy tak nie było – zastrzega. – Był u nas przez kilka miesięcy, przemknął przez redakcję „Zapraszamy do Trójki” jak wiele innych osób – tonuje Baron.

Do budowania legendy wyrąbującego sobie drogę do sukcesu reportera pasuje też informacja, że w Trójce zarabiał 300 zł. Jednak przyznaje, że po prostu mógł sobie na to pozwolić, bo w domu rodziców miał ciepły kąt.

Serwisy

Po kilku miesiącach dostał pierwszą komercyjną propozycję – Radio Złote Przeboje potrzebowało reportera do przygotowywania materiałów z miasta. Odkopali więc e-mail Filipa Chajzera, który wcześniej napisał także do tej rozgłośni. Trójkę, jej ówczesny prestiż i najlepszą wtedy szkołę radiową porzucił dla 2,7 tys. zł, które zaproponowała rozgłośnia Agory nadająca popularną muzykę.

Jego zadaniem było bieganie z mikrofonem po mieście. – Zbieranie dźwięków, montowanie, znowu wyjście na miasto, często montowanie materiału na rano – Filip Chajzer przedstawia rytm swojej pracy w Złotych Przebojach. Wtedy czytał też po raz pierwszy serwisy informacyjne. – Po serwisach dzwonił ojciec z uwagami i mówił mi, że nie tak się akcentuje wyrazy, że źle wymawiam „ą”. Nad tym „ą” długo pracowałem z logopedą, ale do dziś mam z nim problem – przyznaje.

– Bacznie obserwował ojca, wiele się od niego uczył – mówi Roman Czejarek z radiowej Jedynki, dobry znajomy Zygmunta Chajzera.

Specjalizacja

W 2008 roku dziennikarze zajmujący się lokalną tematyką w stolicy zaczęli wymieniać się informacjami, że TVN chce uruchomić sieć lokalnych stacji telewizyjnych. To miała być sieć na wzór amerykański, opierająca się głównie na reporterach zbierających informacje na ulicach. TVN szukał dziennikarzy, ale spoza telewizji, żeby nie przenosili do nowego projektu starych przyzwyczajeń.

Filip Chajzer znalazł szansę dla siebie. Zgłosił się do Patrycji Redo, która została szefową działu informacji w TVN Warszawa (dziś prowadzi „Czarno na białym” w TVN 24). Po próbach kamerowych przyjęto go, ale na początku zespół uczył się, robiąc materiały do tzw. puszki, czyli bez emisji.

Do szkolenia młodych dziennikarzy nowego kanału TVN zatrudnił pracowników agencji Reuters. – Wysyłali nas na zdjęcia, kolaudowali. Pokazywali anglosaski styl realizacji zdjęć ENG, z tak zwanym reporterem uczestniczącym. Materiał miał być autorski i świetny technicznie, jest dużo zasad, żeby przykuć uwagę widza. Rozpoczęcie od efektu. Następnie głos z offu, najlepiej przecięty jakimiś dźwiękami: gdy to jest akcja strażaków, można zrobić odstęp między słowami i wpleść w nie dźwięk rozwijanego węża strażackiego. Potem setka, ale nie powinna wchodzić na ostro, tylko poprzedzona efektem, najlepiej w planie dwójkowym, na którym reporter rozmawia z rozmówcą. Dalej kawałek offa wprowadzający setkowicza i dopiero wtedy klasyczna setka. Ćwiczyliśmy to dzień w dzień – Filip Chajzer do dziś pamięta szczegóły z nauki.

– Gwiazdą tam jeszcze nie był, pracował jak wszyscy reporterzy – mówi jedna z koleżanek redakcyjnych Chajzera z TVN Warszawa, która woli zachować anonimowość. – Mieliśmy tam kumpelskie relacje, mogłam liczyć na jego pomoc. Robiliśmy drobne, interwencyjne tematy, które często były reakcjami na e-maile od widzów – dodaje.

Filip Chajzer robił materiały do serwisu informacyjnego „Stolica”, którego pierwsze wydanie rozpoczynało się o 17.45. – Moją specjalizacją były drogi. Dziury i korki. Codziennie musiałem oddać jeden materiał do serwisu informacyjnego. Reporter musiał być samodzielny. Nauczyłem się też montażu od A do Z. Po powrocie ze zdjęć mieliśmy godzinę do półtorej na napisanie offa, zmontowanie materiału, udźwiękowienie i zrzucenie go na serwer. Było bardzo nerwowo… newsy to głównie nerwy – wspomina. – Ale jak kończył się TVN Warszawa, potrafiłem montować bez patrzenia na klawiaturę komputera, bo znałem na pamięć wszystkie skróty klawiszowe w programie Final Cut – zapewnia.

Kanał TVN Warszawa nie miał szczęścia, bo niedługo po starcie w grudniu 2008 roku rozpoczął się kryzys finansowy. Stacja liczyła na reklamy deweloperów budowlanych, ale to w nich właśnie kryzys uderzył szczególnie mocno, więc wycofywali swoje budżety. W marcu 2011 roku TVN Warszawa przestał nadawać programy na żywo, a w maju zakończył emisję.

Bohater

Wielu reporterów TVN Warszawa zostało przygarniętych przez informacyjny TVN 24. Ale na Chajzera mieli inny pomysł. – Ktoś znów uznał, że skoro nazywam się Chajzer, powinienem rozmawiać z celebrytami i się z tego cieszyć – wspomina. Z biura dyrektora programowego TVN Edwarda Miszczaka odebrał telefon z propozycją pracy w weekendowych wydaniach „Dzień dobry TVN”. – Prosili mnie o wydzwanianie i umawianie gwiazd, rozmawianie z nimi. Jeszcze przed chwilą swoimi materiałami rozwiązywałem problemy warszawiaków, a teraz problemem, z którym mam się mierzyć, ma być zawartość szafy celebrytki? Nie było łatwo przez to przebrnąć – wspomina.

Chciał do TVN 24, gdzie dostali się jego koledzy z TVN Warszawa. Zadzwonił do Michała Samula, ówczesnego zastępcy redaktora naczelnego kanału, z prośbą, żeby go przyjął. Jednak w TVN 24 nie byli przekonani, że Filip Chajzer to dobry materiał na dziennikarza informacyjnego. – Pamiętam dobrze te rozmowy z Filipem. Miałem wątpliwości, czy do końca mieści się w naszej newsowej rzeczywistości. Prosiłem, by sam odpowiedział sobie, co chce robić zawodowo i czy rzeczywiście są to newsy w TVN 24 – wspomina Michał Samul.

Przeszedł do weekendowego wydania „Dzień dobry TVN” i do celebrytów. Wydawca Barbara Karkoszka poprosiła go raz o zrobienie materiału o tym, jak Polacy będą spędzać sylwestra i witać nowy rok 2012. – Pytałem ludzi na ulicy o to, kto będzie pracował w sylwestra, ile wtedy można zarobić, ile kieliszków zmieści się na tacy, gdybym chciał zatrudnić się jako kelner. Mnie się przy takich tematach mózg otwiera jak komputer – mówi Filip Chajzer.

Materiał, w którym reporter stał się też jego bohaterem, był nowością – ale się spodobał i wydawcy poranka TVN zaczęli go prosić o kolejne. – On ten pomysł na krótkie reportaże, w których zaczepia ludzi na ulicy, a w końcu sam okazuje się głównym bohaterem, wziął z amerykańskiej telewizji – mówi pracownik TVN, który podglądał wtedy pracę Filipa Chajzera.

Limit

Monter w niebieskim kasku na tle rur gazowych przekręca duży zawór. „Każdy szanujący się materiał o gazie zaczyna się facetem przekręcającym gigantyczny kurek” – słychać zza kadru głos Filipa Chajzera. Potem wymienia kolejne „żelazne” elementy, które muszą się pojawić w „każdym szanującym się materiale o gazie”: sypiące się monety, ujęcie z konferencji prasowej, zapalany gaz w kuchence, stand-up, czyli „pseudointeligencka myśl wyrażona przy przypadkowo napotkanej skrzynce z gazem”. Widzimy, jak Chajzer staje na ulicy przy takiej skrzynce, dotyka jej i tłumaczy: „Dobrze jest jej dotknąć, pogłaskać, ubrudzić się, co wskazuje na zaangażowanie w sprawę”.

Potem znów zapalana kuchenka, na tle której pojawia się liczba 3 mld zł, które polski rząd ma zaoszczędzić na umowie na dostawy gazu. Chajzer goni z mikrofonem w ręku w centrum Warszawy mężczyznę na rowerze i niemal krzyczy do niego z przejęciem: „Rosja obniża ceny gazu Polsce. Dziesięć procent!”. Starszy mężczyzna się zatrzymuje i pyta zdziwiony: „Obniża ceny gazu, co?”.

Po czym Chajzer mówi do kamery, że taki materiał można by już kończyć, ale reporterowi płacą za trzy minuty, więc „trzeba szyć, najlepiej niewiele wnoszącą sondą”. I robi na ulicy wśród ludzi sondę, a oni odpowiadają, że to dobrze, że Rosja obniża cenę gazu. Na koniec Chajzer parodiuje wypowiedzi reporterów, które zwykle pojawiają się na zakończenie telewizyjnych materiałów informacyjnych: [to musi być] „taka gra słów. Robi to każdy reporter i tak trzeba. Na przykład: »dzięki obniżkom cen gazu nasza gospodarka doda gazu«”.

Materiał wyśmiewający sztampowość telewizyjnych relacji informacyjnych wyemitowano w „Dzień dobry TVN” w listopadzie 2012 roku – dyskutowano o nim nie tylko wśród dziennikarzy, ale i w internecie. Nazwisko Chajzer zaczęło krążyć w mediach społecznościowych.

– Trochę pomógł mi wtedy Jarosław Kuźniar – uważa Chajzer. Kuźniar, wówczas prowadzący poranki w TVN 24 (dziś w Onecie), niechcący wypromował Chajzera, pisząc na Twitterze: „zwymiotował we własne gniazdo”. A w innym wpisie: „Dał dzieciak ślepaki tym, którzy chcą rozstrzelać TVN albo w ogóle dziennikarzy, bo nigdy nimi nie będą”.

– Za ten materiał Filip Chajzer dostał reprymendę w TVN – mówi pracownik tej stacji.

Jak się okazało, materiał o gazie nie był oryginalnym pomysłem Chajzera. W 2010 roku bardzo podobny klip nakręcił Charlie Brooker dla stacji BBC Four i wyemitował go w swoim programie „Newswipe”.

W TVN Chajzer usłyszał od szefów, że trochę za dużo jest go na antenie, że nie powinien się tak lansować. Dostał limit pojawiania się na ekranie: najwyżej dwa razy w tygodniu.

Odkrycie

Nie minął rok, jak Filip Chajzer poszedł za radą wydawczyni programu „Dzień dobry TVN” Luizy Zając i obejrzał program amerykańskiego showmana Jimmy’ego Kimmela, w którym reporterzy podczas New York Fashion Week pytali znawców mody o nieistniejących projektantów – a ci się dali wkręcić i opowiadali ze znawstwem o ich kolekcjach.

W październiku 2013 roku Chajzer wybrał się z operatorem i mikrofonem na Warsaw Fashion Weekend. Pytał gości o kolekcje Hansa Klossa, Jana Guttenberga, Helmuta Kohla, Karela Gotta, Svena Hannawalda, duetu Schleswig-Holstein. Uczestnicy imprezy, przedstawieni jako blogerzy modowi, z powagą rozwodzili się nad zaletami i wadami kolekcji tych autorów. Materiał wyemitowano w programie śniadaniowym TVN. Internet grzał się od komentarzy o tym, jak to Filip Chajzer ujawnił i ośmieszył tępotę blogerów modowych. „Dzień dobry TVN” podgrzewał temat, zapraszając do studia najbardziej znane szafiarki, z którymi prowadzący rozmawiali o materiale Chajzera. – Wtedy też zaczęły do mnie dzwonić kolorowe gazety – mówi Filip Chajzer.

Kierownictwo TVN, widząc, że jego materiały przyciągają uwagę i wzbudzają emocje w internecie, przestało go ograniczać. Filipa Chajzera i jego operatora często można było spotkać w centrum Warszawy, przy rondzie Charles’a de Gaulle’a, gdzie zaczepiał ludzi i nagrywał ich odpowiedzi. Tam udowadniał, że nadal potrafi nawiązywać kontakt z ludźmi. Gdy np. przechodzień nie chciał z nim rozmawiać, tłumacząc, że się spieszy, Chajzer biegł za nim przez przejście dla pieszych, starając się nawiązać rozmowę – i na drugiej stronie ulicy miał już wypowiadającego się przed kamerą człowieka.

– Pracowałem z nim podczas Euro 2012 – opowiada Żenia Klimakin, były współpracownik „Dzień dobry TVN” (obecnie w Instytucie Adama Mickiewicza). – On widzi jakąś sytuację, słyszy wypowiedź i od razu wie, jak ją wykorzysta w materiale – mówi z uznaniem.

Pracę Filipa Chajzera doceniła Akademia Telewizyjna – przyznała mu nagrodę Wiktora w kategorii Odkrycie roku 2013. Stał się znany już nie tylko wśród internautów. „Filip został też doceniony przez jury MediaTorów. W 2014 roku otrzymał statuetkę w kategorii AkumulaTor. Chwilę później został też Osobowością Roku 2014, tak zdecydowali czytelnicy magazynu Plejada – informuje strona Chajzer.pl.

W drugiej połowie 2014 roku dyrektor programowy TVN Edward Miszczak zaproponował Chajzerowi prowadzenie show „Mali giganci”, w którym rywalizują drużyny dzieci w wieku 4–12 lat. Pierwszą edycję emitowano od marca do maja 2015 roku w sobotnie wieczory. Na planie „Małych gigantów” Chajzer występował z Piotrem Rubikiem, Anetą Todorczuk-Perchuć, Czesławem Mozilem, Natalią Lesz, Urszulą Chincz i Olivierem Janiakiem, którzy byli opiekunami artystycznymi poszczególnych drużyn dzieci. Program był sukcesem, przyciągał średnio 3,38 mln widzów (Dane: Nielsen Audience Measurement).

Hipnoza

Podczas nagrania kolejnego odcinka „Hipnozy” ma ciemną koszulę i czarny garnitur. Uczestnicy programu są wprowadzani w stan hipnozy, pod wpływem której wchodzą w role, jakich życzy sobie hipnotyzer – np. żeby jeden uczestnik widział wszystkich nago, a inny wpychał składniki do przygotowania pizzy sobie w usta i kieszenie swoje oraz innych uczestników. Zahipnotyzowany zespół ma w tym stanie przygotowywać pizzę, a za każdą wyprodukowaną Filip Chajzer dopisuje im do rachunku 1 tys. zł. Zgromadzona publiczność reaguje żywiołowo, gdy jedna z uczestniczek rzuca w publiczność pizzami. Jedna z prawie już gotowych pizz zostaje rozsmarowana na Chajzerze.

Zapewnia, że wierzy, iż uczestnicy podczas programu naprawdę są w stanie hipnozy. Na jednym z filmów umieszczonych na YouTube twierdzi nawet, że sam został wprowadzony w stan hipnozy – i wtedy uwierzył.

Wygląda na to, że Filip Chajzer doskonale się bawi. Tylko że podczas próby przed nagraniem kolejnego odcinka, w którym uczestnicy mają wyprodukować pluszowe misie, podobnie zachowują się bez hipnozy. „Misie kopiemy w publiczność, a nie ot tak” – instruuje ich na próbie Filip Chajzer.

Maksymilian

Latem 2015 roku Filip Chajzer wybrał się do Stanów Zjednoczonych. Z relacji znajomych rodziny wynika, że dziewięcioletni syn Filipa, Maksymilian, w lipcu był na obozie, ale nie podobało mu się tam, więc został z niego odebrany. Miał mieszkać u Zygmunta Chajzera, ale w jego mieszkaniu przeprowadzano akurat remont sieci elektrycznej i nie było prądu. Zapadła więc decyzja, że pojedzie do drugich dziadków, do Płońska. Dziadek posadził Maksymiliana na przednim siedzeniu, z tyłu zapakował rower. Był pogodny dzień, w okolicach Płońska ich samochód uderzył w stojącą na poboczu naczepę ciężarówki. Maksymilian zginął, dziadek trafił do szpitala.

– To był najstraszniejszy pogrzeb, jaki widziałem – mówi znajomy rodziny. – Na pogrzeb próbowali się dostać paparazzi. Nie udało im się, bo TVN zorganizował specjalne ogrodzenia i ochronę – dodaje.

W tym samym czasie trwała jeszcze wciąż sprawa rozwodowa Filipa Chajzera z żoną Julią. – On był w strasznym stanie. Funkcjonował na bardzo silnych środkach psychotropowych. Martwiliśmy się, bo te leki sprawiają, że człowiek zachowuje się nieadekwatnie do sytuacji. Obawialiśmy się, żeby ktoś go nie nagrał i nie opisał potem, że powinien być w żałobie, a zachowuje się inaczej – opowiada znajomy rodziny.

Filip Chajzer, gdy opowiada o wypadku syna, ścisza głos. – Przez kilka tygodni w ogóle nie wychodziłem z domu. Przez pierwszy rok to była walka, żeby chciało ci się wstać z łóżka. W TVN powiedzieli mi: Filip, wrócisz, jak będziesz chciał. Sam powiesz kiedy – wspomina.

– W TVN niektórzy postawili na nim krzyżyk. Uważali, że się już z tego nie podniesie na tyle, żeby robić takie zabawne materiały jak wcześniej. Nikt też sobie nie wyobrażał, że poprowadzi kolejną edycję „Małych gigantów” – opowiada prezenter znający realia TVN. „Super Express” we wrześniu 2015 roku poinformował, że „Chajzer nie poprowadzi show”.

We wrześniu Filip Chajzer zrobił jednak pierwszy materiał do „Dzień dobry TVN” – o ośrodku rehabilitacyjnym dla jeży. Poprowadził też drugą edycję „Małych gigantów”, którą zaczęto nagrywać pod koniec 2015 roku.

– Wciąż się leczył – opowiada jego znajomy.

Post

1 czerwca 2016 roku, Dzień Dziecka, Filip Chajzer pamięta tak: – Słońce świeci, jest ciepło, wokół place zabaw, lodziarnie, a ty od kilku dni myślisz tylko o tym, żeby nie przywalić samochodem w drzewo. A może Wisła? Żeby nie wybrać żadnej z tych opcji, na Facebooku napisałem post, w którym poprosiłem ludzi o pomoc dla hospicjum dziecięcego w Otwocku, którego specjaliści z grupy wsparcia dla rodziców po stracie dziecka bardzo mi pomogli. Poznałem, jakie tam są potrzeby. Aby dzieci nie umierały na oddziałach hospicyjnych, tylko w domach, w jak najlepszych warunkach, potrzebne są pieniądze na pielęgniarki, które spędzają czas z tymi dziećmi, benzynę, samochody, pompy pomagające oddychać, leki paliatywne. Myślałem, że jak uda się zebrać 15–20 tysięcy złotych, będzie super. Zebraliśmy 700 tysięcy. To był przełom w moim życiu i to pomogło też mojej psychice.

Jego profil na Facebooku, który obserwuje ponad 800 tys. osób, okazał się potężnym narzędziem. Dzięki zbiórkom ogłaszanym na profilu Filip Chajzer pomógł powstańcom warszawskim, którzy znajdują się w ciężkiej sytuacji materialnej (dostali po 2 tys. zł, łącznie w akcji zebrano ponad 1 mln zł – 500 tys. zł wpłaciła firma Maspex), zebrał też pieniądze na przekaźnik implantowy dla niesłyszącego mężczyzny (30 tys. zł), a 500 tys. zł trafiło do Fundacji Wspierania Kardiochirurgii Dziecięcej. Gdy na urodziny 12-letniej Oliwii cierpiącej na zespół Aspergera przyszła tylko jedna koleżanka, Filip Chajzer postanowił jeszcze raz zorganizować jej imprezę w warszawskim klubie zabaw dla dzieci i napisał zaproszenie na swoim Facebooku – zjawiło się kilka tysięcy dzieci i ich rodziców.

Dlatego teraz dostaje nawet kilkaset e-mali dziennie z prośbami o pomoc. Musi odmawiać, w tym i cierpiącym dzieciom, bo wszystkim nie da się pomóc. – Masz na przykład mamę dziecka, któremu grozi amputacja, masz ojca dziecka, które traci wzrok, masz rodziców dziecka umierającego na raka. Lektura tych listów miażdży psychikę. Jak wybrać? Tylko rozumem i sercem. Wiem też, że aby te moje akcje były skuteczne, nie mogę ich przeprowadzać codziennie – mówi.

Stawki

Piotr Baron, gdy pytam go, dlaczego Chajzer junior opowiada o ich rzekomej bliskiej współpracy, żartuje: – Gdybym chciał być złośliwy, powiedziałbym, że może pije za dużo pepsi.

Baron nawiązuje do spotu reklamowego Pepsi, w którym Filip Chajzer na plaży zachęca: „Zapraszam do wyzwania smaku!”. Reklama z września 2017 roku nie była pierwszą, w której wystąpił Chajzer junior. Pół roku wcześniej wraz z ojcem pojawili się w reklamie sieci komórkowej Play.

Pytany, czy czuje konflikt interesów jako dziennikarz występujący w reklamach, tym razem odpowiada, że nie jest dziennikarzem ani reporterem. – Ja jestem gość z telewizji – stwierdza.

Znajomi opowiadają, że teraz to junior pomaga ojcu, występując np. razem z nim w reklamach. – Zygmunt to nawet chciałby częściej brać takie zlecenia, ale Filip go blokuje, żądając dla nich obu niebotycznych stawek – opowiada jeden ze znajomych Chajzerów.

Junior dba, by przypominać publiczności o ojcu, a przy okazji samemu dawać się poznać starszemu audytorium. Mają wspólną audycję „Chajzerów dwóch” w Radiu Złote Przeboje. W 2017 roku wydali książkę pod takim samym tytułem, będącą zapisem rozmów ojca z synem. „Pogadaliśmy jak stary z młodym, jak uczestnik pochodów pierwszomajowych z bywalcem Ikei i McDonalda” – napisano w opisie książki. Gdy w 2017 roku promowali się z nią na Warszawskich Targach Książki, przed stoiskiem wydawcy kłębił się tłum wielbicieli, a junior z seniorem – tak samo mocno opaleni, w takich samych garniturach, tak samo uśmiechający się serdecznie do wszystkich – brylowali w tym tłumie.

Press

Filip Chajzer w programie "Ameryka Express Gwiazdy" (TVN/Piotr Filutowski)

Filipa Chajzera można zamówić do prowadzenia imprez firmowych. „Recepta Filipa to przede wszystkim perfekcyjne przygotowanie z nutką spontaniczności, z której jest przecież doskonale znany” – zachęca strona Chajzer.pl. – Bierze tylko najwyższe stawki. Przeciętne wynagrodzenie za poprowadzenie eventu to 5–10 tysięcy złotych. Filip Chajzer negocjacje zaczyna od 20–30 tysięcy. – Nawet jego ojciec nie rozumie, dlaczego Filip nie zgadza się na poprowadzenie za mniejsze pieniądze nawet jakiejś bardziej prestiżowej imprezy. W tym biznesie to standard, jednak nie dla Filipa – mówi ich znajomy.

Chajzer junior ma też w ofercie pomoc firmom w kryzysach wizerunkowych. Tu przynętą ma być jego doświadczenie dziennikarskie, bo „współpracuje z doświadczonymi ekipami telewizyjnymi oraz reporterami interwencyjnymi, co pozwala również na zorganizowanie w pełni profesjonalnego szkolenia kryzysowego”. – Uznał, że na tej zdobytej sławie trzeba zarobić tyle, ile się tylko da – mówi jego znajomy.

Biznesmen

We własnym biznesie na początku szło mu słabo. Najpierw była sieciowa restauracja kanapkowa Subway – w niezłej lokalizacji, bo niedaleko placu Wilsona w Warszawie. Została zamknięta w maju 2015 roku. – Ten biznes skończył się długami, które spłacił za niego ojciec – opowiada ich znajomy.

Teraz Filip Chajzer sprzedaje ubrania pod swoją marką Taka Akcja. Promuje je hasłem: „Unikalne ubrania Filipa Chajzera”. T-shirt z nadrukiem fiata 125p – 89 zł, bluza z kapturem – 209,30 zł. W tekście na stronie z „unikalnymi ubraniami” wyjawia: „Objawienie w Polsce w 2013 roku genialnego duetu szwajcarskich projektantów Schlezwiga i Holsztajna odmieniło moje życie”.

Czy na Takiej Akcji można zarobić? – pytam. Odpowiada, że to był strzał w dziesiątkę, a ostatnio liczba zamówień była tak duża, że musiał pomagać swoim pracownikom wysyłać paczki z ubraniami do zamawiających.

Filip Chajzer był też współwłaścicielem salonu fryzjerskiego połączonego z klubem dla dzieci Czuprynki na warszawskim Wilanowie, ale niedawno sprzedał swoje udziały.

Dinozaur

W domu Filip Chajzer rzuca skarpety pod biurko czy fotel. Jego druga żona Małgorzata Walczak, dziennikarka zajmująca się tematyką służby zdrowia (pracowała m.in. w TVP Info, TVN Warszawa i TTV), wiesza mu na ścianie instrukcję, żeby wrzucał skarpety do pralki. Za to on posprzątał mieszkanie przed świętami. A w ogóle to dba o siebie i ćwiczy na siłowni.

Taki słodki ponad 12-minutowy film promocyjny o Filipie Chajzerze pokazano w „Uwadze!” TVN przed rozpoczęciem trzeciej edycji „Małych gigantów” w marcu 2017 roku. Nie mogło w nim zabraknąć Zygmunta Chajzera, który opowiadał, jakim urwisem był Filip w dzieciństwie, i że wszystko, co osiągnął, zawdzięcza tylko sobie. Gdy Małgorzata Walczak zaszła w ciążę, relacjonowały to tabloidy i serwisy plotkarskie (ich syn urodził się w grudniu 2017 roku).

Na razie siła dużego ekranu działa. Ale gdy telewizja nie będzie mu już budować popularności wśród młodych, Filip Chajzer zapowiada, że uruchomi kanał na YouTube. – Jeszcze niedawno uważałem, że telewizja i internet to światy równoległe. Myliłem się. Wytłumacz dzisiejszym 20-latkom, że jeżeli chcą coś obejrzeć, to mają włączyć telewizor o danej porze. Wyśmieją cię. Ja, rocznik 1984, jestem może jednym z ostatnich dinozaurów telewizyjnych, które załapały się na ten pociąg – mówi.

Mariusz Kowalczyk

Pozostałe tematy weekendowe

PO liczy na wyjście z kryzysu
Kto promuje Polskę?
Hołownia rośnie najszybciej
* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.