Temat: Grand Press Photo

Dział:

Dodano: Październik 12, 2018

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Wystawa Grand Press Photo 2018 w Krakowie

(fot. Bonarka City Center)

Do 24 października w Bonarka City Center w Krakowie można oglądać pokonkursową wystawę Grand Press Photo 2018.

Wystawę można oglądać bezpłatnie na placu przy fontannie w Bonarce, w godzinach pracy centrum. 

Na wystawę najlepszych zdjęć prasowych 2017 roku zapraszają organizatorzy konkursu: magazyn „Press” i Fundacja Grand Press oraz Partner Wystawy Miejskiej – Bonarka. 

– Cieszymy się, że dzięki naszej współpracy krakowianie po raz kolejny zobaczą w Bonarce tę wyjątkową wystawę. Nie sposób przejść obok niej obojętnie. Odwiedzających nasze centrum zachęcamy do chwili refleksji nad współczesnym światem, zatrzymanym w kadrach wybitnych fotoreporterów. Na wystawie zaprezentowanych zostanie 250 zdjęć prasowych  – mówi Katarzyna Kasprzak, Marketing Manager Bonarki.  

Press

(fot. Bonarka City Center)

Wśród prezentowanych fotografii są zdjęcia pojedyncze, fotoreportaże, projekty dokumentalne. Prace te trafiły do finału konkursu, w którym jury przewodniczył członek prestiżowej agencji VII Stefano De Luigi. Oprócz niego w jury zasiadali: Beata Łyżwa-Sokół („Gazeta Wyborcza”), Arkadiusz Gola („Dziennik Zachodni), Peer Grimm (Deutsche Presse-Agentur), Andrej Reiser, Andrzej Zygmuntowicz.

Na Wystawie można zobaczyć m.in. Zdjęcie Roku - fotografię Adama Lacha (Napo Images) zrobioną 24 lipca 2017 roku w Warszawie podczas protestów zorganizowanych przeciwko reformom polskiego sądownictwa.

- Wybraliśmy to zdjęcie, ponieważ przypomniało nam o czymś bardzo istotnym, może najważniejszym: o wolności. Wolności słowa, wolności do tego, aby kochać. Nie możemy nigdy zapomnieć o tym, że wolność jest podstawą każdej demokracji – uzasadniał Stefano De Luigi, dodając, że jury dopatrzyło się w tej fotografii podobieństwa do znanego obrazu Eugene’a Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady”.

ZAPRASZAMY NA WYSTAWĘ!

Mecenas Grand Press Photo 2018: Nikon

Partnerzy konkursu i wystaw: Sanofi, Provident Polska, Stowarzyszenie Autorów ZAiKS oraz Inicjatywa Nasza Niepodległa

Partnerzy wystaw: Drukarnia Andrus i thyssenkrupp Materials Poland S.A. 

Partner wystawy miejskiej: Bonarka City Center

Patroni medialni: „Dziennik Polski”, „Nasze Miasto” oraz Radio Kraków 

ZDJĘCIA WSZYSTKICH LAUREATÓW MOŻNA ZOBACZYĆ NA STRONIE GRAND PRESS PHOTO

Kontakt dla mediów w sprawie wystawy: Magdalena Jankowska, tel. 601 780 003, m.jankowska@press.pl

(PAZ, 12.10.2018)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Październik 19, 2018

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Freelancerzy mają dość

"Gigantycznym problemem jest zmienianie tekstu bez wiedzy autora" - podkreślają reporterzy (fot. Pixabay.com)

Reporterzy freelancerzy udostępnili kodeks dobrych praktyk dla wydawców dotyczący współpracy z dziennikarzami. A wszystko zaczęło się od posta na Facebooku reportażystki Ewy Kalety o tym, że freelancerzy nie mają za co życ. 

Reporterzy freelancerzy w kodeksie dobrych praktyk dla wydawców poruszają kwestie m.in.: podpisywania precyzyjnych umów, wprowadzenia zasady akceptowania, odrzucania tekstu lub konieczności wprowadzenia poprawek w czasie nie dłuższym niż 14 dni od otrzymania przez redakcję zamówionego materiału, zwrotu pieniędzy za delegacje i terminowej płatności po akceptacji tekstu, a nie dopiero po jego wydrukowaniu.

Rozmowy o problemach freelancerów wyszły poza Facebook i spotkania przy kawie. O tym, jak do tego doszło, pisaliśmy w magazynie „Press” (numer 05-06/2018). W ten weekend udostępniamy bezpłatnie cały tekst Jolanty Korucu. 

Press

KWESTIA PRZEŻYCIA

Napisałam w życiu kilka reportaży o wyzysku pracowniczym. O sprzątaczkach, o paniach obierających cebulę, o pracy w gastronomii. Czytałam wiele tekstów o różnych zawodach, w których ludzie oddają całe swoje serce, a nie mają za co żyć. Dziś mogłabym napisać tekst wcieleniowy o nas, o reporterach. (...) Za każdym razem, kiedy dostaję rachunek z różnych redakcji, boję się go otworzyć, bo zastanawiam się, czy mi starczy na opłatę mieszkania, telefonu, jedzenia. Czy uzbieram na przeżycie miesiąca” – napisała w grudniu ub.r. na Facebooku Ewa Kaleta, reportażystka publikująca w „Dużym Formacie”, serwisie WP Kobieta, ale też w „Przekroju”, „Polityce”, „Zwierciadle”, „Tygodniku Powszechnym”.

I dodała: „Wszyscy siedzimy cicho, bo boimy się, że nikt nie kupi naszych tekstów. Boimy się, że będzie jeszcze gorzej”.

Pod postem, który udostępniono 102 razy, pojawiło się 56 komentarzy.

„Ważny głos, dobrze, że publiczny, bo za kulisami rozmawiamy o tym od lat. Ja co najmniej siedmiu. To teraz co dalej? Wiecie, co zostanie, jak freelancerzy na tydzień przestaną pisać do dzienników, tygodników i magazynów? Okładka. Jedynym wyjściem jest STRAJK” – napisał Łukasz Długowski, dziennikarz i autor książki „Mikrowyprawy w wielkim mieście”.

„Dziękuję za ten post. Ja sama przed sobą czasami tłumaczę: przecież tak chciałam, bo trzeba było brać ten etat, co prawda za marne grosze i w miejscu, w którym się w ogóle nie widzę, ale to jednak etat, stała praca i lekarz za darmo. I to w sumie moja wina, że wierszówka nie przyszła, a zamówiony tekst zaginął redaktorowi w gąszczu maili i cholera wie, czy kiedyś się odnajdzie. (...) Na tych kawach ze znajomymi zawsze mówimy, że już tyle razy broniliśmy interesów jakiejś grupy zawodowej, a nas nikt nie obroni. Serio musimy to zrobić sami” – napisała Katarzyna Kojzar, m.in. autorka Weekend.gazeta.pl.

Rozmowy o problemach reportażystów freelancerów, dotychczas zarezerwowane dla ścisłego grona, wyszły poza Facebook i spotkania przy kawie. Tym razem nie skończyło się na klikaniu zagniewanych emotikonów czy udostępnianiu posta.

– Nie spodziewałam się takiego odzewu. To był post skierowany do moich znajomych reporterów. Wiedziałam, że się rozejdzie po ludziach, ale nie sądziłam, że aż tak – mówi Ewa Kaleta. – Napisałam o sobie, ale wiedziałam, że opisuję sytuację wielu ludzi. Mimo to nie liczyłam na żaden efekt. Teraz moja wiara w środowisko jest większa niż kiedykolwiek. Zapytałam tym postem: „jesteśmy razem?”. Padła odpowiedź: „jesteśmy” – dodaje.

LISTA ŻALÓW

Od stycznia tego roku freelancerzy zaczęli spotykać się w Warszawie – rozmawiają o sprawiedliwym wynagradzaniu i uczciwym traktowaniu przez wydawców. Spotkania odbywają się średnio raz na miesiąc. – W pierwszym wzięło udział około 60 dziennikarzy freelancerów z całej Polski. Teraz regularnie spotykamy się w grupie kilkunastu osób, a ci, którzy nie mogą tak często dojeżdżać, są z nami w zamkniętej grupie na Facebooku – opowiada Milena Rachid Chehab, publikująca w „Gazecie Wyborczej” i w „Przekroju”.

Przyjeżdżają dziennikarze na różnym etapie kariery. – Od tych z wieloletnim stażem, po osoby, które opublikowały jeden reportaż i walczą z barierą wejścia do zawodu. Są reporterzy związani z tygodnikami opinii, prasą kolorową, ale też branżową. Bo wiele redakcji funkcjonuje tylko dzięki freelancerom – mówi Olga Gitkiewicz, autorka reportaży wydanych w książce „Nie hańbi”, przez lata publikująca w „Polityce”.

Bolączek jest wiele, od tych dotyczących komunikacji z redakcjami, po pieniądze.

– Gigantycznym problemem jest zmienianie tekstu bez wiedzy autora. Nie mówię o poprawkach. Mówię o dużych zmianach, w tym zmianach kontekstu – podaje przykład Ewa Kaleta. Zgadza się z nią Kamil Bałuk, autor reportaży z „Dużego Formatu” i „Przekroju” oraz książki „Wszystkie dzieci Louisa”. – Są redakcje, które nie wysyłają autorom PDF-ów przed drukiem. Na własną rękę zmieniają tytuł. Wystarczy, że dodadzą jedno zdanie, które zmienia cały kontekst. A to autor potem tłumaczy się przed bohaterami tekstu – denerwuje się Kamil Bałuk. Mówi, że przychodzi na spotkania, bo chce zawalczyć o środowisko borykające się z podstawowymi problemami.

Dziennikarzy załamuje wielomiesięczne trzymanie tekstów przez redakcje. Sporo za uszami mają ponoć pisma kolorowe. – Rekord, o którym słyszałem, to trzy lata. Bywa, że dziennikarz sam się nie upomniał, nie dopilnował swoich spraw. Ale czasem autor przypomina się, a redakcja tekstu nie puszcza i jednocześnie nie pozwala na publikację gdzie indziej. Gdyby redakcja przekazała, że odrzuca tekst, autor mógłby z nim iść gdzie indziej – opowiada Kamil Bałuk. – Problemem jest brak informacji. Lepiej odmówić, niż trzymać miesiącami. Jeślibym musiał, pytałbym redaktorów o tekst non stop, ale wielu autorów boi się, że wyjdą na natrętnych – dodaje. Sam z jednym tekstem przeszedł przez pięć redakcji, opublikowała go dopiero szósta.

SKŁADKI NA KOMISJĘ

Reporterzy zdają sobie sprawę z tego, że stawki za teksty są dużo niższe niż kilka lat temu – ale nie wysokość wierszówek utrudnia im planowanie życia, tylko brak informacji, za ile pracują. Zdarza się, że wypłata jest inna, niż była umówiona. Że są różne wyceny za tej samej długości tekst. Że nie wiedzą, kiedy dostaną pieniądze.

– Redakcje mogą przecież płacić zaliczkę za zamówiony tekst. Rozumiem problemy z budżetem, ale jeśli zaliczka zostanie wypłacona w kwietniu, to w lipcu po ukazaniu się tekstu redakcja zapłaci wynagrodzenie pomniejszone o tę zaliczkę – podpowiada rozwiązanie Kamil Bałuk. Obecnie zdarza się, że tekst leży miesiącami w szufladzie, reporter o publikacji dowiaduje się przez przypadek i sam musi upomnieć się o wynagrodzenie. Wydawnictwa nie biorą na siebie kosztów delegacji, czasem włączają je w i tak niską wierszówkę.

Którzy wydawcy tak się zachowują, oficjalnie nasi rozmówcy nie wskazują. Nie wszyscy też chcą się wypowiadać pod nazwiskiem, bojąc się pogorszenia już i tak trudnych stosunków z redakcjami. – Kilka lat pracuję z tym samym tytułem, piszę tydzień w tydzień, ale wystawiam tylko rachunki. Nigdy nie byłam w redakcji, bo nikt mnie nie zaprosił. Lecz jeśli nie wysłałabym tematów, zaraz dostałabym e-mail z upomnieniem – opowiada jedna z freelancerek. – Ta stała współpraca jest podstawą mojego budżetu, z drugiej strony, nie czuję, żebym była dla redakcji ważnym autorem. To budzi żal i frustracje – dodaje. Olga Gitkiewicz nawet nie czekała na zaproszenie i do drzwi „Polityki” zapukała sama. – Pewnego dnia po prostu poszłam, przedstawiłam się redaktorowi, z którym współpracowałam, i powiedziałam, że ja to ja – mówi.

Podczas spotkań w Warszawie freelancerzy dowiadywali się wzajemnie, że część z nich ma ubezpieczenie dzięki współmałżonkom, część jest zatrudniona na jakimś ułamku etatu w rodzinnych firmach, część sama się ubezpiecza.

– Byłam sceptyczna co do tego, że na tych zebraniach coś się uda zrobić, bo dziennikarze to tacy ludzie, którzy lubią się spotkać, omówić, sprawdzić, znowu omówić... A my szybko przeszliśmy od spotkań do konkretów i to chyba znaczy, że nas, zmęczonych warunkami współpracy, jest sporo – mówi Olga Gitkiewicz.

Dziennikarze zakładają właśnie Komisję Środowiskową przy Inicjatywie Pracowniczej i zbierają składki w kwocie 40 zł. W ciągu dwóch tygodni składkę zapłaciło 65 osób. Wśród nich jest Mirosław Wlekły, przez lata reporter „Dużego Formatu”, autor książki „Tu byłem. Tony Halik”. Przyznaje, że właśnie przez pogarszające się warunki w prasie odchodzi od dziennikarstwa na rzecz pisania książek (wydał dwie). – Przez lata walczyliśmy o wszystkie grupy zawodowe w Polsce, a zapomnieliśmy o sobie. Przyszedł czas, by zacząć mówić głośno o problemach, z jakimi stykają się dziennikarze bez etatów – stwierdza Wlekły.

DZIENNIKARZ JAKO TWÓRCA

Freelancerzy zaznaczają, że nie chcą iść na wojnę z wydawcami. Chodzi im o ucywilizowanie dziennikarskiego rynku pracy. Wśród postulatów, które zamierzają przedstawić redakcjom, znalazły się: 1) Stawka, za którą pracują dziennikarze, powinna być ustalana przed rozpoczęciem pracy nad tekstem; 2) Płatność powinna nastąpić częściowo w formie zaliczki zaraz po zaakceptowaniu tekstu, a częściowo po publikacji (dopuszczają indywidualne ustalenia, chodzi o wyeliminowanie wielomiesięcznego oczekiwania na publikację i pieniądze); 3) Redakcje powinny brać pod uwagę koszty związane z podróżami i noclegami.

– Coraz częściej podnoszona jest także kwestia ubezpieczenia chorobowego autorów. Większość z nas nie ma takiej ochrony – mówi Mirosław Wlekły.

Przedstawiciele freelancerów biorą ponadto udział w dyskusjach w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ministerstwo pracuje bowiem nad ustawą, która ma porządkować i chronić twórców, w tym dziennikarzy. Chce stworzyć system ubezpieczeń społecznych (zdrowotnych i emerytalnych) tylko dla artystów.

– Na nasze nieszczęście część z uczestników lobbuje, by status artysty/twórcy weryfikowały co kilka lat stowarzyszenia branżowe. My uważamy, że powinien decydować fakt, że ktoś utrzymuje się z tworzenia – relacjonuje Milena Rachid Chehab. Przyznaje, że wielu twórców żyjących z pisania odetchnęłoby, wiedząc, że status artysty daje im ubezpieczenie. Obecnie twórcy są objęci takimi stawkami jak przedsiębiorcy. Od 2018 roku składka do ZUS dla wszystkich osób prowadzących własną działalność wynosi 1232,16 zł miesięcznie, choć rząd zapowiada jej zmniejszenie.

TOWARZYSTWO DOŁĄCZA

Dziennikarze planują także rozmowy z Towarzystwem Dziennikarskim, które akurat teraz z własnej inicjatywy postanowiło zająć się kwestią traktowania freelancerów w mediach. Towarzystwo sformułowało już pięć podstawowych zasad (patrz ramka), które w części pokrywają się z postulatami freelancerów z Komisji Środowiskowej.

– Obraz mediów rysuje się ponuro, a wpis Ewy Kalety był zapłonem do działania. Mamy do czynienia z kryzysem mediów i z czytelnikami, którzy mają opory przed płaceniem za treści. Tego nie zmienimy, ale możemy mieć wpływ na kulturę współpracy – mówi Jacek Rakowiecki, w przeszłości m.in. redaktor naczelny „Vivy!”, „Przekroju”, wicenaczelny „Rzeczpospolitej”. Odkąd sam jest na wolnym rynku, poznał trudy współpracy z redakcjami. – Na kilkadziesiąt wysłanych CV otrzymałem jedną odpowiedź. Było to dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo kiedy byłem naczelnym, miałem żelazną zasadę, że odpowiadałem na wszystkie propozycje współpracy. Nawet gdy odmawiałem, otrzymywałem podziękowania, że w ogóle się odezwałem. Teraz rozumiem dlaczego – stwierdza Rakowiecki.

Według niego nie ma powodu, dla którego dziennikarze mają pracować w ciemno. Redaktor naczelny, który zna powierzchnię numeru i budżet, może zaplanować wydatki. – Wahania wynagrodzeń mogą wynosić 10 procent w górę lub w dół, nie więcej. Nie ma logicznej przyczyny, dla której dziennikarze nie mieliby znać stawek, za jakie pracują – mówi Rakowiecki. Uważa, że można rozwiązać kwestię terminów płatności. – Dobrze zarządzana redakcja ma szufladę z tak zwanymi tekstami ponadczasowymi. Płacenie za zapasy, o ile polityka płacowa jest dobrze prowadzona, nie obciąża budżetu redakcji. W dłuższym czasie to się zeruje. Poza tym gdyby redakcje miały świadomość, że są zobligowane do zapłaty, rozsądniej zamawiałyby teksty – ocenia.

Freelancerzy uczestniczący w warszawskich spotkaniach z zainteresowaniem patrzą na inicjatywę Towarzystwa, choć jego prezes Seweryn Blumsztajn jest akurat po drugiej stronie, bo wciąż od czasu do czasu jest redaktorem prowadzącym w „Gazecie Wyborczej”. – Chcemy spotkać się z kilkoma wydawnictwami, przedstawić im nasze postulaty i wysłuchać ich zdania – mówił w kwietniu Blumsztajn. Pierwsze spotkania się już ponoć odbyły. Towarzystwo planuje wystosować apel do wydawców i zorganizować panel dyskusyjny.

INSTYTUT REPORTAŻU WSPOMAGA

Jak poczuła się Aleksandra Klich, do grudnia ub.r. redaktor naczelna „Magazynu Świątecznego Gazety Wyborczej”, gdy przeczytała wpis Ewy Kalety? Wszak wielu z tych, którzy wsparli Kaletę, publikuje na łamach „Gazety” lub jej dodatków.

– Redakcja „Dużego Formatu” przywiązuje dużą wagę do pracy nad tekstami i współpracy z autorami. Staramy się sprawiedliwie wyceniać ich pracę, płacimy na czas. Jestem głęboko przekonana, że Ewa Kaleta o tym wie – odpowiada dyplomatycznie Klich.

Kaleta potwierdza, że mówiąc o głodowych stawkach, miała na myśli jeden z tygodników, a nie „Duży Format”, zaś to, co napisała na Facebooku, dotyczyło różnych redakcji.

Dziennikarze freelancerzy mają wsparcie Mariusza Szczygła, który użyczył im lokalu i konta Instytutu Reportażu. – Na początku poczułem niechęć do formalizowania ruchu ludzi, którzy cierpią z faktu, że są reporterami. Pomyślałem, że przecież jest wolny rynek, a skoro tak narzekają, może powinni zmienić zawód – opowiada Szczygieł. – To był jednak na szczęście krótki przebłysk niechęci. Postawiłem się na ich miejscu i pomyślałem, że tak jak dla mnie, tak i dla nich pisanie jest tak naturalne, jak jedzenie, oddychanie czy seks. Jest więc kwestią przeżycia. Uznałem, że trzeba im pomóc – tłumaczy. Choć trochę nie wierzy w pojawiający się czasem zarzut reporterów, że redaktorzy specjalnie oddają tekst wiele razy do poprawki, mówią, że jest zły, by potem zapłacić mniej lub w ogóle nie opublikować materiału.

Czy postulaty freelancerów uważa za realne? Jego zdaniem wyegzekwowanie większych stawek może się nie udać. – Jeśli jednak nie mogą dostać więcej, powinni być przynajmniej godnie traktowani, nie jak petenci. Nie powinno być zgody na działania, w których dziennikarz wysyła tekst, ten ukazuje się bez podpisania umowy, w dodatku przerobiony przez redaktora bez konsultacji z autorem – odpowiada Mariusz Szczygieł.

Jeżeli chodzi o kontakty z redakcjami, Szczygieł podpowiada autorom dwie rzeczy. – E-maila nigdy nie należy wysyłać do kilku redaktorów, bo momentalnie rozmywa się odpowiedzialność tych osób za komunikację z autorem. W tytule e-maila warto napisać „Panie Mariuszu, mam do Pana sprawę...”. Najgorsze, co można napisać, to „propozycja tekstu”. Zaś w treści e-maila najlepiej zacząć od konkretu, dwóch mocnych zdań opisu historii. Nie należy zaczynać od uzasadnienia, dlaczego w ogóle wysyłamy tekst.

WYDAWCY SIĘ USTOSUNKUJĄ

Zapytaliśmy wydawców, jak oceniają możliwość realizacji kodeksu dobrych praktyk przygotowywanego przez freelancerów, czyli: wypłacania delegacji, umawiania się na wynagrodzenie, lepszej komunikacji.

Michał Kuźmiński, wicenaczelny „Tygodnika Powszechnego”, uważa takie warunki za oczywistość. – „Tygodnik Powszechny” współpracuje z wieloma autorami zewnętrznymi i zawsze dokładamy starań, żeby ta współpraca była jak najuczciwsza. Siłą rzeczy popieramy też działania, które tę uczciwość na medialnym rynku pracy wzmacniają – oświadcza. Informuje, że w „TP” wierszówki – czy to dziennikarzy tam zatrudnionych, czy freelancerów – zależą od gatunku, jakości i długości tekstu. Tekst przyjęty przez redakcję może być wstępnie wyceniony jeszcze przed publikacją, jeśli autor sobie tego zażyczy. – Jeśli chodzi o odrzucenie tekstu wcześniej zamówionego: to jest możliwe, gdy tekst rażąco nie spełnia zadanych kryteriów i nie rokuje poprawy w pracy redakcyjnej – wyjaśnia Kuźmiński.

Podobnie wypowiada się Artur Podgórski, sekretarz redakcji „Polityki”, przyznając, że u nich teksty są odrzucane zawsze, gdy nie spełniają redakcyjnych standardów. – Przy czym mamy w praktyce ucieranie, poprawianie (czasem długie) i doskonalenie tekstów aż do skutku – zaznacza Podgórski. Dodaje, że jego redakcja już teraz realizuje wszystkie postulaty freelancerów: – W przypadku delegacji, jeśli jej nie rozliczamy, staramy się uwzględnić poniesione koszty w wycenie. Wierszówki zależą od czaso- i pracochłonności tekstu, jego jakości, długości, przy czym mieszczą się w widełkach naszego cennika – opisuje.

Inaczej jest w Agorze, gdzie z każdym współpracownikiem redakcja dogaduje się indywidualnie, również w sprawie zwrotów kosztów pracy nad reportażem (np. noclegów, biletów). Aleksandra Klich tłumaczy: – Nie możemy z góry obiecywać konkretnej kwoty honorarium, ponieważ czasami teksty wymagają dużej pracy redaktora. Problem komunikacji uważamy za niezwykle ważny, przyjrzymy mu się i potraktujemy priorytetowo.

Klich przyznaje, że Agora chętnie zapozna się z projektem powstającego kodeksu dobrych praktyk.

Z kolei Ewa Salamon z miesięcznika „Pismo” deklaruje: – Oczywiście wszystkie postulaty są możliwe do zrealizowania, a nawet więcej: dokładamy wszelkich starań, by były u nas już teraz normą.

Większość tekstów w „Piśmie” pochodzi od autorów zewnętrznych, freelancerów. – Rozmowę na temat warunków współpracy przeprowadzamy na początku kontaktu z potencjalnym autorem. Ustalamy wtedy kwestie związane z wynagrodzeniem i ewentualnymi dodatkowymi kosztami. Przekazujemy również autorom dokument, który dotyczy standardów pracy nad samym tekstem – opowiada Ewa Salamon. Na stronie wydawcy znajduje się informacja o współpracy dla autorów i standardy rzetelności dziennikarskiej. Jakość tekstu jest najważniejszym elementem decydującym o publikacji. – Samo wynagrodzenie to wypadkowa typu, formatu tekstu i w pewnym zakresie również jego objętości. Honoraria, które oferujemy, są na stałym poziomie – dodaje Salamon.

Miłada Jędrysik, zastępczyni redaktora naczelnego „Przekroju”: – U nas wierszówki zależą od długości tekstu, w określonych przypadkach dochodzi do tego również premia za nazwisko. Mamy stałą stawkę, którą znają wszyscy nasi współpracownicy. Tekst nie wchodzi do numeru, gdy nie spełnia wymagań redakcji pod względem merytorycznym, ale zdarza się to sporadycznie. Czasami tekst nie pasuje do konkretnego numeru, wtedy rozwiązaniem jest publikacja na Przekroj.pl.

Wydawcy magazynów kolorowych na razie wstrzymują się z komentowaniem postulatów freelancerów. Wydawnictwo Bauer (m.in. „Twój Styl”, „Pani”) deklaruje, że odniesie się do kodeksu dobrych praktyk, jak takowy już powstanie. Maciej Brzozowski, dyrektor PR Bauera, dodaje, że trudno ujednolicać zasady współpracy. – Wszystko zależy od redakcji, zamówionego tekstu, wywiadu, jakości przygotowanych materiałów – mówi.

Magdalena Kieferling, head of communications w Burda International Poland (m.in. „Elle”, „Gala”, „Focus”), odpisuje tylko: „Jeśli kodeks powstanie, chętnie się ustosunkujemy do takiej inicjatywy”.

(JOK, PAZ, 19.10.2018)

Pozostałe tematy weekendowe

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY