Znamy zwycięzcę World Press Photo 2026. W "Press" pierwszy wywiad z laureatką
Zdjęcie roku wykonała Carol Guzy (fot. Carol Guzy, ZUMA Press, iWitness, dla "Miami Herald")
Tytuł Zdjęcia Roku w konkursie World Press Photo 2026 zdobyła Carol Guzy za fotografię ukazującą dramatyczne rozstanie córek z ojcem – imigrantem z Ekwadoru – aresztowanym w nowojorskim sądzie. Administracja Trumpa, podkręcając tempo działań imigracyjnych, zaczęła wysyłać agentów ICE także do sądów. Rozmowę z Guzy będzie można przeczytać w najnowszym wydaniu magazynu "Press".
"Ta nagroda podkreśla ogromne znaczenie tej historii na całym świecie. Jesteśmy świadkami cierpienia niezliczonych rodzin, ale także ich godności i siły, które pozwalają im pokonać przeciwności losu – to dla nas ogromna lekcja pokory. To dzięki ich odwadze, by otworzyć swoje życie przed naszymi kamerami, mogliśmy opowiedzieć ich historie. I z całą pewnością to im należy się ta nagroda, a nie mnie" – mówi cytowana przez organizatorów World Press Photo Carol Guzy. Amerykańska fotoreporterka, do 2014 roku związana z "The Washington Post", w swojej karierze zdobyła cztery Nagrody Pulitzera w dziedzinie fotografii.
Wywiad z laureatką będzie można przeczytać w nowym numerze "Press". Rozmawiała z nią Marta Zdzieborska. Publikujemy fragment rozmowy.
Często powtarza Pani, że ma w sobie nadmiar empatii i to dzięki niej udaje się uchwycić zapadające w pamięć kadry. Co czuła Pani po zrobieniu Zdjęcia Roku World Press Photo 2026 i innych zdjęć dokumentujących twardą politykę Trumpa, czyli aresztowania nielegalnych imigrantów w sądach?
Wielu z nas, fotografów, wtedy płakało. Nie sposób inaczej zareagować na sytuację, gdy agenci służb imigracyjnych ICE aresztują imigranta, a jego rodzina nagle, w kilka chwil, musi się z nim pożegnać.
Zrobione przez Panią Zdjęcie Roku pokazuje rozstanie córek z ojcem – Ekwadorczykiem aresztowanym po przesłuchaniu w nowojorskim sądzie imigracyjnym. Które z fotografowanych scen były dla Pani najtrudniejsze?
Właśnie te, gdy dochodziło do rozdzielania rodzin. Zresztą sam widok aresztowania był trudny. Mowa o imigrantach, którzy przyszli na rozprawę w sądzie imigracyjnym, nie spodziewając się, że może ich tu złapać ICE. Ciężko patrzyło się na to przerażenie w oczach imigrantów, którzy po wyjściu z sali byli okrążani przez agentów ICE, a ich dzieci zanosiły się płaczem. Straciłam w młodym wieku tatę, więc wiem, jaką to pozostawia pustkę w sercu dziecka. Patrząc na te aresztowania, szlochaliśmy wszyscy, także prawnicy.
Płakał nawet ochroniarz sądowy, którego uchwyciła Pani na jednym z kadrów. Pani zdjęcia przypominają mi o polityce rozdzielania rodzin nielegalnych imigrantów za pierwszej kadencji Trumpa. Tylko że to się odbywało na granicy USA–Meksyk, a nie w sercu Dolnego Manhattanu.
Tak właśnie, zdjęcie ochroniarza, o którym pani wspomina, stało się wiralem. Myślę, że ludzie nie spodziewali się widoku ochroniarza, który w takiej sytuacji wzruszy się do łez. Mężczyzna rozkleił się, gdy podszedł do Grace, widocznej na zdjęciu kobiety z dzieckiem, i starał się ją pocieszyć. To było niezwykle poruszające – zobaczyć taką empatię i gest człowieczeństwa z jego strony.
Jest Pani zdania, że trzeba spędzić dużo czasu z bohaterami zdjęć, by przedstawić ich życie jak najbardziej autentycznie. I że oni na to zasługują. Czy spędziła Pani więcej czasu z rodzinami aresztowanych imigrantów?
Tak, z niektórymi rodzinami byłam w kontakcie przez kilka miesięcy. Pozwoliły mi dokumentować swoją codzienność. Obserwowałam, jak tamto aresztowanie w sądzie nie tylko odcisnęło piętno na ich psychice – na przykład dzieci chodziły do terapeuty z powodu zespołu stresu pourazowego – ale także wpędziło całą rodzinę w problemy finansowe. Aresztowany imigrant często był jedyną osobą, która zarabiała. Uważam, że obowiązkiem dziennikarzy jest przedstawienie dalszych losów tych ludzi, a nie tylko samego momentu aresztowania w sądzie.
Właśnie przez tak duże zaangażowanie w pracę niektórzy redaktorzy nazywali Panią obsesyjną.
Zdecydowanie można to nazwać obsesją. Dzięki temu, że spędzam dużo czasu ze swoimi bohaterami, mogę uchwycić intymne chwile, które poruszają odbiorców na bardzo głębokim poziomie. To szczególnie ważne w czasach, gdy media społecznościowe zasypują ludzi ogromną ilością wizualnego szumu, z którego niewiele wynika.
Nagrodzone zdjęcia z nowojorskiego sądu to Pani niezależny projekt?
Tak. Zdjęcia dystrybuuje agencja Zuma Press. Dużą część fotografii opublikowała redakcja dziennika "Miami Herald". Właśnie tam kiedyś dostałam swój pierwszy etat jako fotoreporterka, więc ta publikacja dużo dla mnie znaczy. Tym bardziej że "Miami Herald" wydrukował cały cykl, a nie tylko pojedyncze zdjęcia, co zazwyczaj się dzieje w moim przypadku. Trudno mi walczyć o swoje, więc jestem pod tym względem kiepską freelancerką. Z drugiej strony bycie wolnym strzelcem ma swoje plusy. Mogę wymyślać własne projekty i poświęcać im tyle czasu, ile potrzebuję. Na fotografowaniu aresztowań imigrantów w sądzie spędziłam pół roku.
Mówi Pani o Nowym Jorku czy również o sądzie w Waszyngtonie, w okolicach którego Pani mieszka?
Mówię o nowojorskim sądzie. Z tego, co się orientuję, to jedyny sąd imigracyjny w USA, który pozwala mediom na robienie zdjęć. Przychodziłam tam codziennie. Wielu moich kolegów fotografów też całkowicie zaangażowało się w relacjonowanie tej sprawy. Nasza obecność sprawiała, że agenci ICE musieli się bardziej kontrolować. Słyszałam od jednego z prawników, że funkcjonariusze są bardziej brutalni wobec imigrantów, gdy nie ma dziennikarzy. Szybko zdałam sobie sprawę, jak ważne jest to, że tam jesteśmy, i że ci ludzie nie znikają bez śladu.
Proszę wybaczyć to chłodne spojrzenie, ale jak Pani zdołała utrzymać się w Nowym Jorku przez pół roku? To koszmarnie drogie miasto.
Mam tam znajomych. Dzięki ich życzliwości mogłam u nich pomieszkiwać i nie musiałam płacić za hotel. Realizowanie materiału przez kilka miesięcy w jednym miejscu nie jest zresztą dla mnie czymś niezwykłym. Na przykład w 2022 roku sfinansowałam sobie sama dłuższy pobyt w Ukrainie. Gdy zaangażuję się już w jakiś temat, to nie potrafię się od niego oderwać.
W Pani zwycięskim projekcie z Nowego Jorku jest tylko jedno zdjęcie z dziesiątego piętra budynku, w którym mieści się także sąd imigracyjny. To właśnie tam, na dziesiąte piętro, trafiają aresztowani imigranci. Nie miała Pani pozwolenia, by tam wejść? Ta jedyna fotografia w projekcie wygląda na zrobioną z ukrycia.
Zdjęcie zrobiłam ze środka windy. Tylko stamtąd, lub stojąc tuż przy windzie, mogliśmy fotografować imigrantów przechodzących przez korytarz na dziesiątym piętrze. Zresztą swego czasu odmówiono tam wstępu nawet kongresmenom, którzy chcieli sprawdzić, w jakich warunkach przetrzymywani są imigranci.
To tylko fragment wywiadu. Całość znajdzie się w nowym numerze "Press".
W konkursie World Press Photo 2026 wyróżniono także dwóch finalistów. To Saber Nuraldin, fotograf EPA Images, którego zdjęcie pt. "Aid Emergency in Gaza" przedstawia Palestyńczyków ze Strefy Gazy wspinających się na ciężarówkę z pomocą humanitarną.
Drugim finalistą został amerykański fotograf Victor J. Blue. Jego zdjęcie wykonane dla "The New York Times Magazine" przedstawia m.in. Doñę Paulinę Ixpatę Alvarado – rdzenną Gwatemalkę, która w czasie wojny domowej w latach 80. XX wieku przez niemal miesiąc była przetrzymywana w niewoli i maltretowana. Doña Paulina to jedna z kobiet, których batalia sądowa doprowadziła do skazania byłych członków bojówek paramilitarnych. To oni, cztery dekady temu, dopuścili się przemocy seksualnej wobec rdzennych mieszkanek Gwatemali.
Do tegorocznej edycji konkursu World Press Photo swoje prace zgłosiło 3 747 fotografów ze 141 krajów. Nadesłano w sumie 57 376 zgłoszeń. Autora Zdjęcia Roku oraz dwóch finalistów wskazano spośród zwycięzców regionalnych, których nazwiska ogłoszono na początku kwietnia.
(MZD, 23.04.2026)










