Temat: internet

Dział: MAGAZYN PRESS

Dodano: Maj 15, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Duże oka w sieci

(fot. pixabay.com)

Internet wszystko zachowuje? Nic bardziej mylnego

Michał Engelhardt należy do tych, którzy już wiedzą, że zdanie „dziś wszystko jest w Internecie” – jest mylne. Tak samo jak myślenie: „skoro coś trafiło do sieci, zostanie tam już na zawsze”. Niekoniecznie.

Engelhardt w 2008 roku zakładał dla Agory poświęcony sprawom kryminalnym serwis Policyjni.pl. W czasach świetności miał on nawet czteroosobową redakcję. – Dziś nie jestem w stanie pokazać, jak wyglądał Policyjni.pl. Choć same artykuły, o ile się nie mylę, bo nie sprawdzałem tego dawno, tylko bez logo „Policyjni”, a z logo „Wiadomosci.gazeta.pl”, zdaje się, że cały czas są – mówi Engelhardt. Rzeczywiście, strona Policyjni.pl, którą Agora zamknęła w maju 2012 roku, przenosi do specjalnej zakładki w serwisie Wiadomosci.gazeta.pl. Są tam też teksty powstałe po zamknięciu Policyjni.pl, więc żeby znaleźć te, nad którymi pracował Engelhardt, trzeba mocno poszukać. Serwis nie odróżnia się też od zwykłej strony Gazeta.pl. – Są osoby, które pamiętają, że taki serwis był, i nawet po latach słyszę, że był fajny, ale rzeczywiście, nie udowodnię w żaden sposób, że go zrobiłem. Nie ma, po prostu zniknęło w momencie, jak mnie „zniknięto” z Agory – stwierdza Engelhardt.

Teraz, gdy jest freelancerem zajmującym się głównie redagowaniem blogów korporacyjnych, taki serwis w portfolio mógłby mu pomóc podczas rozmów kwalifikacyjnych.

Historia znikania

Michał Engelhardt i tak jest w lepszej sytuacji niż Karol Jałochowski czy Karolina Korwin Piotrowska. Jałochowski pracował w Polskim Radiu jako redaktor radiowego serwisu internetowego. Pracę stracił, gdy Prawo i Sprawiedliwość zaczęło po wyborach w 2005 roku przejmować media publiczne, a szefem stron internetowych Polskiego Radia został Radosław Różycki. Jałochowski sam odszedł, jego żonę zwolniono. – Wraz z nami usunięto wszystkie treści, które publikowaliśmy na portalu. Jakieś kilka tysięcy tekstów, głównie recenzji książek i filmów, ale też esejów. Ich autorami byli najwybitniejsi literaci, laureaci Paszportów Polityki, między innymi Piotr Paziński, Piotr Kofta, Michał Otorowski, Krzysztof Siwczyk czy ludzie związani z czasopismem „Glissando”. To realna strata, ale wynikła z braku dobrej woli, nie kwestii technologicznych. Ktoś po prostu wyjął dysk, skasował i tyle – wyjaśnia Jałochowski.

Zniknięcie tekstów Korwin Piotrowskiej z serwisu Ahoj nie wynikło z braku dobrej woli – skasowała je niewidzialna ręka rynku i bańka internetowa przełomu wieków. Serwis, o którym już prawie nikt nie pamięta, wystartował w maju 2000 roku z wielką pompą. Był jednym z najpopularniejszych w tamtym czasie. Tomaszowi Raczkowi, współtwórcy i dyrektorowi programowemu, udało się skompletować trzecią największą (po „Gazecie Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”) redakcję: 80 etatowych dziennikarzy i 50 współpracowników. Ściągnął pracowników z Radia Zet, „Gazety Wyborczej”, Programu III Polskiego Radia, Canal+ czy TVN. Właściciele zapewniali, że w serwis zainwestują 20 mln dol. Ale przyszedł kryzys, inwestycje internetowe traciły wartość, portal przejął nowy właściciel i zamknął. Teraz pod adresem Ahoj.pl znajdziemy firmę oferującą czartery jachtów na Mazurach, a nie portal informacyjny.

– Pisałam tam profile gwiazd filmowych. Robiłam do nich rozmowy. To było fajne, ale wszystko utonęło wraz z Ahojem. Nie zostało mi z tego nic – przyznaje Karolina Korwin Piotrowska, która odpowiadała za show-biznesowy dział Grube Ryby. – Z Krzysztofem Krauzem zrobiłam fajną rozmowę, częściowo opublikowałam ją na portalu. Straciłam komputer i nie udało mi się tego nigdzie odtworzyć, a portalu już nie ma. Bardzo tego żałuję, szczególnie, że Krauzego już z nami nie ma – wspomina, gdy pytam o tekst z Ahoj.pl, którego utrata do dziś ją boli.

– Wiem tylko, co działo się do momentu, gdy Ahoj, już w mocno okrojonym składzie redakcyjnym, został przejęty przez spółkę 4Media (wcześ-niej Chemiskór, firma już nie istnieje – przyp. aut.). Wtedy zrezygnowałem ze stanowiska, bo nie chciałem mieć z tymi ludźmi nic wspólnego. Ich trzeba by spytać, co się stało z archiwami. Ta sprawa była właśnie jednym z powodów, dla których zdecydowałem się na założenie własnej firmy – opowiada Tomasz Raczek.

Karolina Korwin Piotrowska pytana, jaką naukę wyciągnęła z historii Ahoja, odpowiada: – Pisząc bloga w Onet Autorzy, zostawiałam sobie teksty: chociaż print screen albo w wersji wyjściowej i zbierałam je na pendrive’ach.

Na Zachodzie jeszcze gorzej

Polscy dziennikarze nie należą do wyjątków, jeśli chodzi o utratę własnego dorobku z powodu zawierzenia Internetowi czy nośnikom, które technologicznie się zestarzały. Za oceanem rozwój dziennikarstwa internetowego był szybszy, a upadki serwisów bardziej spektakularne. „Kilka miesięcy temu zaproponowałem, że napiszę artykuł o branży muzycznej, miałem do tego odpowiednie kwalifikacje” – zaczyna swój esej „Wszystkie moje blogi są martwe” w serwisie The Awl amerykański dziennikarz Carter Maness. „Redaktor kwestionował jednak moje doświadczenie. Co dokładnie pisałem o branży muzycznej? – pytał.

"Z moich obliczeń wynika, że od 2009 roku napisałem około dwóch tysięcy postów. Ale linki do artykułów nie działały, bo strony przestały istnieć. Pięć lat mojej pracy wyparowało gdzieś z serwerów w New Jersey, tak jakbym nigdy nic nie napisał” – żalił się ponad rok temu Carter Maness.

– Odzew na ten esej był ogromny. Tydzień, który nastąpił po jego publikacji, był chyba najlepszym okresem mojego życia zawodowego – opowiada dzisiaj Maness. – Cytowały go „The Washington Post” i „The Guardian”, ale najważniejsze było to, że usłyszałem od wielu dziennikarzy, że zmagają się z podobnymi problemami – dodaje.

W USA problem ten nie ogranicza się tylko do blogów. W 2008 roku 34-częściowy cykl Kevina Vaughana „The Crossing” opublikowany w dzienniku „The Rocky Mountain News” nominowano do Nagrody Pulitzera. Reportaż dokumentował, jak na przestrzeni wielu lat wypadek autobusu, w którym zginęło 20 dzieci, wpłynął na małą, lokalną społeczność w stanie Kolorado. Poza artykułami w dzienniku cykl był poszerzony na stronie internetowej gazety jako jeden z pierwszych interaktywnych reportaży, powstały pięć lat przed słynnym „Snowfall” dziennika „The New York Times”. Gdy jednak „Snowfall” święcił tryumfy i wygrał Nagrodę Pulitzera, jego starszego brata nie można już było w sieci znaleźć – „The Rocky Mountain News” zbankrutował w 2009 roku, a wraz z dziennikiem zniknęła jego witryna i cała jej zawartość.

Korporacje nie dbają

Z drugiej strony, utrata treści gazet, które nie były odpowiednio archiwizowane, nie jest niczym nowym. Wystarczy wspomnieć tytuły należące w PRL do RSW Prasa-Książka-Ruch, które po likwidacji RSW przeszły w prywatne ręce, a nowi właściciele nie zadbali, by kontynuować archiwizację ich treści.

W czym więc problem? W skali strat. Przed Internetem dziennikarze nie tworzyli takiej ilości treści. „Co dwa dni wytwarzamy tyle informacji, ile ludzkość stworzyła od zarania dziejów do 2003 roku” – mówił w 2010 roku Eric Schmidt, prezes Google. Miał na myśli jakieś 5 eksabajtów (to 5 mln nowoczesnych dysków twardych). Firma badawcza IDC oszacowała, że w 2011 roku wytworzyliśmy 1,8 zettabajta danych. Gdybyśmy tymi danymi wypełnili klasyczne odtwarzacze muzyczne Apple iPad o pojemności 32 GB, potrzebowalibyśmy ich prawie 60 mld. Z takiej liczby odtwarzaczy można by zbudować dwa Wielkie Mury Chińskie, używając ich zamiast cegieł. W 2020 roku mamy wytworzyć 40 zettabajtów danych.

Jednocześnie treści internetowe są mniej trwałe niż prasa, książki czy taśma filmowa. W 1997 roku magazyn naukowy „Scientific American” twierdził, że strona internetowa istnieje średnio 44 dni. Z czasem długość jej życia trochę wzrosła – od 2003 roku ogólnie przyjęte jest, że strona internetowa istnieje ok. 100 dni – jednak w dalszym ciągu znikają one bardzo szybko.

– Problemem jest: Co archiwizować? Na razie wszyscy mówią: wszystko. Ale to jest odpowiedź, która ma swoje ograniczenia. Nawet nie w infrastrukturze, bo pewnie infrastruktura temu podoła, tylko w możliwościach percepcji człowieka – stwierdza Nikodem Bończa-Tomaszewski, menedżer IT, były dyrektor Centralnego Ośrodka Informatyki, państwowego think tanku specjalizującego się w technologiach IT.

– Większym problemem niż znikanie jest nadprodukcja danych, które trzeba nauczyć się samemu przeszukiwać i filtrować, mając świadomość, że na przykład Google lub Facebook podsuwają nam wyniki i wpisy na podstawie algorytmów i pozycjonowania stron. Zanim przebijemy się do właściwego miejsca, możemy utknąć na podsuniętej stronie lub się zniechęcić – dodaje Paweł Wieczorek, medioznawca z Uniwersytetu SWPS.

Swoje zasoby samodzielnie archiwizuje większość korporacji, m.in. duże portale internetowe. – W Agorze archiwizujemy starsze wersje naszych stron internetowych na własne potrzeby, przede wszystkim wybranych projektów, w związku ze szczególnymi okolicznościami i wydarzeniami. W razie zainteresowania osób z zewnątrz, na przykład medioznawców, staramy się pomóc, reagując na konkretne i indywidualne prośby – wyjaśnia Agata Staniszewska, rzeczniczka prasowa Agory.

Mniej pomocna w tej kwestii jest Grupa Onet.pl. – Onet ma wewnętrzny system archiwizujący zrzuty portalu, przy czym sam system działa od kilku lat. Nie udostępniamy screenów na zewnątrz. Strony archiwalne o wartości sentymentalnej, jak na przykład pierwsza wersja strony jeszcze pod szyldem Optimus Net, mamy oczywiście zarchiwizowane w formie plików graficznych – tłumaczy Paweł Jurek, dyrektor zarządzający stroną główną Onet.pl. Treści (a nie same zrzuty ekranu) Onetu są natomiast archiwizowane w ich systemie CMS.

Niedawno o tym, jak nietrwałe są treści największych portali, przekonali się użytkownicy Interia360.pl – należącego do Grupy Interia serwisu dla dziennikarzy obywatelskich. „Informujemy, że w dniu 1.03.2016 r. serwis Interia360 zostanie zamknięty” – takim komunikatem serwis przywitał użytkowników 4 stycznia br. „W związku z zamknięciem serwisu sugerujemy zarchiwizowanie treści, publikowanych na Interii360, we własnym zakresie” – radzono w komunikacie. Interia zachęcała, żeby użytkownicy swoje teksty zapisali jako pliki PDF za pomocą specjalnego rozszerzenia do przeglądarek Print Friendly & PDF. Udostępniła dziennikarzom obywatelskim nawet specjalny poradnik wyjaśniający, jak to zrobić.

– Nie spodziewałem się, że zamkną Interia360.pl, przynajmniej jeśli chodzi o część kulturalną. Pojawiało się tam wiele ciekawych tekstów – uważa Paweł Richert, który w serwisie publikował recenzje książek. – Dla mnie to pierwsza taka sytuacja. Dziwi mnie to tym bardziej, że teksty były redagowane i publikowane dość szybko – dodaje. Richert ma to szczęście, że swoje teksty publikuje równocześnie we własnym blogu i w kilku innych serwisach – w Lubimy Czytać, eKulturalni, Granice, IRKA i Zażyj Kultury.

Nadzieja w Internet Archive

Niektóre treści zachowane są np. przez Google. Dotyczy to dyskusji z Usenetu, popularnej w początkach Internetu platformy społecznościowej. – Istnieje do dzisiaj w postaci Google Groups i pozwala wygrzebać bardzo stare informacje. Znalazłem nawet takie sprzed 20 lat, czyli z internetowego archaiku, gdy światowa sieć u nas dopiero raczkowała – zwraca uwagę publicysta technologiczny Paweł Wimmer.

Wielu w kwestii archiwizacji Internetu zawierzyło jednej organizacji: Internet Archive. To korzystając z ich narzędzi, próbną archiwizację polskich zasobów przeprowadzało Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC). – Stworzyliśmy w NAC narzędzie do archiwizacji, opierające się na silniku Wayback Machine oferowanym przez Internet Archive – wyjaśnia Woźniak. Z tego narzędzia korzystają też inne archiwa narodowe. Ponadto serwis sam z siebie archiwizuje wiele stron internetowych. „Internet Archive to biblioteka non profit z milionami książek, filmów, aplikacji, muzyki i nie tylko” – informuje Archive.org na swojej głównej stronie. Fundacja powstała w 1996 roku w San Francisco jest dzieckiem internetowego przedsiębiorcy Brewstera Kahle’a. Obecnie archiwizuje ponad 20 petabajtów danych, a jednym z najważniejszych jej zasobów jest Wayback Machine – archiwum ponad 462 mld stron internetowych.

Gdy rozmawiałem z ludźmi na temat niedostępnych już stron, często kierowali mnie właśnie do Archive.org. – Można tam znaleźć śladowe ilości tekstów, które redagowałem w Polskim Radiu – przyznaje Karol Jałochowski. Gdy pytam Bartka Chacińskiego, szefa działu Kultura w „Polityce”, o blog Proces.blox.pl, który wygrał w konkursie Blog Roku 2007 (Chaciński był jurorem), a nie jest już dostępny w Internecie – też odsyła mnie do Internet Archive.

O Internet Archive zrobiło się głośno w lipcu 2014 roku, gdy udało się mu zapisać kopię postu w rosyjskim serwisie społecznościowym VKontakte, w którym lider ukraińskich separatystów Striełkow przyznaje się do zestrzelenia samolotu pasażerskiego Malaysia Airlines. Striełkow szybko usunął tę informację z Internetu, ale została w Internet Archive.

Wayback Machine, mimo swoich wielu zalet, nie jest jednak narzędziem doskonałym. Prowadzone jest przez amerykańską fundację i skupia się głównie na archiwizacji anglojęzycznych treści. Serwis Yahoo archiwizowany jest więc obecnie średnio 50–60 razy dziennie, a Onet.pl – od 4 do 13 razy. W sumie od 1996 do 2016 roku Yahoo zarchiwizowano ponad 63 tys. razy. Onet.pl między 1997 a 2016 rokiem – ponad 11 tys. razy. Różnice widać szczególnie we wczesnych latach – w całym 1997 roku Onet.pl zarchiwizowano zaledwie sześć razy, do tego w dziwnych interwałach – w kwietniu aż trzykrotnie, a od maja do listopada zaledwie raz. Dane te są jeszcze gorsze dla mniej popularnych polskich serwisów. Na przykład portal Gazeta.pl 20 stycznia br. nie był zarchiwizowany ani razu, z reguły archiwizowany jest maksymalnie dwa razy dziennie.

Często archiwizowana jest zaledwie strona główna, czasami kilka odnośników. Nie ma mowy o przejrzeniu całej zawartości serwisu. – Ten serwis rzeczywiście ma dziury, robi snapshoty bardzo nieregularnie. Ja znajduję tam 50 procent rzeczy, które chcę znaleźć. Nie oczekuję najnowszej wersji danego tekstu, nie musi być w najnowszym layoucie, ale chciałbym móc znaleźć wszystko, czego szukam – przyznaje Rafał Agnieszczak, przedsiębiorca internetowy, współtwórca Fotka.pl i innych serwisów.

– Przy okazji różnych sieciowych skandali ludzie z branży lubią powtarzać hasło „w sieci nic nie ginie”, które oczywiście jest prawdziwe, ale dla małego wycinka tej całej memosfery – uważa Michał Radomił Wiśniewski, pisarz i publicysta, który niedawno na łamach „Tygodnika Powszechnego” próbował przewidywać przyszłość codziennych technologii.

– Nie ginie informacja, która się zdążyła zreplikować i rozpowszechnić, wypowiedzi z Twittera krążące jako zrzuty ekranu, facebookowe notki przeniesione do e-booków i tym podobne – dodaje Michał Radomił Wiśniewski.

Cyfrowy Darwin

– Wierzę w darwinizm, zarówno w sferze biologicznej, jak i kulturowej. Treści interesujące, które przedstawiają jakąś wartość, podlegają powielaniu na kolejne nośniki: Internet, chmury, a jeśli ktoś uzna za stosowne – to na kolejne, doskonalsze. Szekspir będzie powielany, Homer będzie powielany, a reszta to proces, nad którym nie mamy kontroli. Zamartwianie się tym nie ma większego sensu – przekonuje Karol Jałochowski, na którym nie robi wrażenia to, że stracił większość swojego zawodowego dorobku z czasów pracy w Polskim Radiu.

I nie będzie mu szkoda, gdy jego interaktywny reportaż „Bomba, która wstrząsnęła światem”, nagrodzony Grand Press, zniknie kiedyś z sieci? – Zapewne tak się stanie. Ale to mnie nie martwi, to bardziej pytanie metafizyczne, a my działamy lokalnie, w obrębie tego czasu, który jest nam dany – odpowiada.

– Treści się same bronią tu i teraz, a nie za 20–30 lat. A my w archiwach myślimy w dłuższej perspektywie. Nie wierzyłbym zbytnio w jakiś darwinizm, raczej zaufałbym działaniom bardziej zorganizowanym, czyli jakiejś formie archiwizacji treści w Internecie – komentuje Wojciech Woźniak, dyrektor Narodowego Archiwum Cyfrowego.

– Też w ten darwinizm nie wierzę. Założenie, że współcześni rozpoznają odpowiednio wartość tego, co powstaje za ich czasów, jest błędne. Nietzsche, Van Gogh, Norwid i wielu innych twórców było nierozpoznanych za swojego życia – dodaje Nikodem Bończa-Tomaszewski, menedżer IT.

Obawa o własne treści spowodowała, że „Dziennik Zachodni” zmienił narzędzie, dzięki któremu tworzy interaktywne reportaże. – Zaczęliśmy w 2013 roku od Creatavista. To zewnętrzne narzędzie, więc cała nasza praca lądowała na serwerach firmy, która funkcjonowała za oceanem. W pewnym momencie zaświeciła się nam lampka: „A co się stanie, jeśli Creatavist nagle powie: sorry, ale zamykamy biznes i wasza praca przepada”? – opowiada Karol Gruszka, redaktor interaktywny w „DZ”. Redakcja postanowiła zainwestować w inne oprogramowanie: Klynta. – Nie jest to narzędzie przeglądarkowe, tylko desktopowe. Bez względu na to, czy Klynt kiedyś padnie czy nie padnie, czy firma zbankrutuje, my te wszystkie pliki źródłowe przechowujemy na własnych serwerach – wyjaśnia Gruszka. Biorąc pod uwagę, że tego samego dnia, gdy rozmawialiśmy, Creatavist ogłosił, że w ramach redukcji zwolni połowę pracowników, z pewnością decyzja redakcji „DZ” była trafna.

– Kiedyś pozbierałem rzeczy, które wydawały mi się ważne, lecz całego bloga nie chciało mi się archiwizować. Jeśli kiedyś korporacja postanowi go skasować, pewnie się z tym pogodzę – mówi natomiast Michał R. Wiśniewski. Bloga ma w serwisie Blox.pl należącym do Agory. – Dziś archiwizuję na etapie selekcji treści. Jeśli coś uważam za ważne, staram się napisać jakiś esej lub felieton. Zapisuję to w folderze Dokumenty, który trzymam na dyskach i powielam między kolejnymi komputerami od 1996 roku – dodaje.

Swojego bloga Piłkarska Mafia o korupcji w polskiej piłce nożnej nie zarchiwizował do tej pory Dominik Panek, szef działu newsów w serwisie Polskieradio.pl. „Nie mam się czym chwalić: jakby serwis walnął, nie ma kopii. Pana wpis mi uświadomił, że zaniedbałem to, co powinienem robić od dawna” – tłumaczy się, gdy rozmawiamy na Twitterze.

– Nie czuję takiej potrzeby – odpowiada z kolei na pytanie o archiwizowanie swoich tekstów dziennikarz kulturalny Piotr Czerkawski współpracujący m.in. z „Dziennikiem Gazetą Prawną”, polskim Vice czy Dwutygodnik.com. – Teksty z netu mam wszystkie na dysku. Łudzę się, że kiedyś mi się przydadzą, jak będę wracał do poruszanego tematu albo pisał artykuł o twórcy, z którym robiłem kiedyś wywiad. To zwykłe dokumenty wordowskie – wyjaśnia.

– Teksty do serwisu pisane są głównie w CMS, dlatego rzadko je archiwizuję, najważniejszych kilkadziesiąt mam jednak zapisanych na dysku Google Drive – informuje natomiast Piotr Celej, redaktor naczelny serwisu Strefahistorii.pl. Dużo więcej uwagi zwraca na zdjęcia i dokumenty. – Archiwizuję przede wszystkim dawne zdjęcia, do których zdobyłem prawa do publikacji. Mam je poszeregowane na komputerze miastami i co jakiś czas przerzucam na dysk Google Drive. Podobnie robię ze zbiorami archiwalnych dokumentów, które mogą się nadać do przyszłych publikacji – opowiada.

Witold Głowacki z „Polska The Times” archiwizuje swój serwis Przegląd Idei agregujący wybrane przez niego treści aż czterokrotnie. – Każdy link trafia i na Flipboarda, i na Twittera. Wszystko za pośrednictwem aplikacji IFTT, która automatyzuje ten proces i też zapisuje linki. Żeby było śmieszniej, jest jeszcze jedno miejsce, w którym zapisane są wszystkie linki: serwis Feedly, za pośrednictwem którego wybieram teksty – wylicza Głowacki, dodając: – Ten czterokrotny backup to tylko skutek lenistwa. Starałem się cały proces sprowadzić do najwygodniejszej i zajmującej najmniej czasu formy. Dotyczy też tylko linków do tekstów, a nie samych tekstów, które nie są moimi treściami. Niektóre z nich archiwizuję sobie w aplikacjach Evernote albo Pocket, ale tylko na własny już użytek, żeby mieć pod ręką coś, co może się przydać – wyjaśnia. Własne teksty przechowuje natomiast na Dropboksie i dysku twardym swojego komputera. – Tweety nie wydają mi się godne archiwizowania – stwierdza.

Wiele treści skopiował natomiast informatyk Rafał Maszkowski z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego, który jest autorem Kalendarium Polskiego Internetu. – Staram się trzymać kopie tekstów albo całych serwisów. Czasem ściągam różne zasoby, na przykład kiedy zauważyłem, że z kilku archiwów internetowego pisma „Spojrzenia” zostało już tylko jedno, natychmiast zrobiłem kopię. Dawna redakcja zgodziła się na jej udostępnienie – wyjaśnia Maszkowski.

Carter Maness swój głośny esej o tym, jak cała jego praca zniknęła z Internetu, też postanowił zarchiwizować. – Teraz zapisuję swoje artykuły i ściągam stronę internetową, na której są. Kopie trzymam na komputerze i regularnie wgrywam je do chmury. Niczego jeszcze nie wydrukowałem, ale utrzymuję też internetowe portfolio – opowiada Maness.

I przyznaje: – Gdy byłem młodszy, nigdy nie myślałem, że coś może zniknąć z Internetu.

Jakub Mejer

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Temat: internet

Dział: MAGAZYN PRESS

Dodano: Czerwiec 01, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Dlaczego Szpakowski zaczął ćwierkać, a Łazarewicz czuje się jak komornik

Press 06/2016

Po pierwszej wygranej w sądzie z „Wprost” Kamil Durczok nabiera wiatru w żagle. Do publicystyki już wrócił, choć na razie głównie na Twitterze. W czerwcowym „Press” przeczytaj, kiedy zamierza wrócić do mediów na dobre, jakie ma na to szanse i po co mu spółka Coal Minders.

Press

Max Cegielski wyznaje, że trudno być ateistą, Dariusz Rosiak - że równie trudno być katolikiem w Polsce. Gdy katolik zarzuca lewakowi, że Polska go uwiera, ten przekonuje, że nie ma tożsamości danej raz na zawsze. Cegielski i Rosiak udowadniają jednak, że wciąż potrafimy ze sobą rozmawiać - nawet w mediach.

Press

W ich rękach telefony komórkowe działają jak mały wóz transmisyjny. Za pomocą kamery 360 przenoszą kibica na stadion. Sami robią już transmisje na Facebooku. Dla dziennikarzy sportowych Euro 2016 będzie kolejnym sprawdzianem nie tylko ich wiedzy, ale też znajomości technologii. W „Press” wyjaśniamy, dlaczego nawet Dariusz Szpakowski zaczął ćwierkać.

Press

Różnica między newsem na WWW a tym z newsbota jest jak między słupem ogłoszeniowym a gazetą sprzedaną konkretnemu czytelnikowi. Stanisław M. Stanuch udowadnia, że Mark Zuckerberg znowu miał rację, i pokazuje, jak dzięki chatbotom wchodzimy w erę newsów na żądanie.

Press

- Gdy mówisz, że jesteś dziennikarzem, to gorzej, niżby komornik do domu wchodził - stwierdza Cezary Łazarewicz. Mimo ogromnego sukcesu jego ostatniej książki, on sam jest dziś zrażony do dziennikarstwa. Andrzejowi Skworzowi tłumaczy, dlaczego reporterów prasowych zaorali telewizyjni.

Press

Mówią o sobie, że stoją na czele piwnej rewolucji. - Chciałem edukować Polaków, jak wybierać dobre piwo - wyjaśnia jeden z autorów blogów o piwie. Takich blogerów jest już w Polsce ze stu, a producenci piwa bacznie obserwują, czy klienci przy barze kierują się recenzjami na piwnych blogach. Czy da się z żyć z bloga o piwie?

Press

Jego zdaniem opowiadanie historii przez fotodziennikarstwo polega na tym, że autor ma własne spojrzenie na dany temat i opowiada widzom historie, których nie znają. Kadir van Lohuizen z agencji Noor przewodniczył w tym roku konkursowi Grand Press Photo - w rozmowie w „Press” znajdziesz wiele cennych porad, jak w świecie pełnym obrazów wybić się ze swoimi.

Press

Business Insider Polska ruszył z rozmachem dawno niewidzianym w mediach internetowych. Obserwowaliśmy pierwsze dni pracy tego serwisu i konfrontowaliśmy efekty z oczekiwaniami czytelników. A przede wszystkim szukaliśmy odpowiedzi na pytanie: gdzie tu jest biznes?

Press

Ciepła posadka, samochód służbowy, premie - to wszystko już miał. Lecz serce biło mu szybciej i poszedł na swoje. Chce, by wszystko, co robi, wywoływało ekscytację u odbiorców. Dziś Marcin Gaworski jest partnerem w 180heartbeats + Jung von Matt - w „Press” przekonuje, że w tej braży można być „gościem z twardą dupą i miękkim sercem”.

Press

Chcesz stworzyć nowe medium, ale nie masz pieniędzy? Spróbuj je pozyskać z crowdfundingu. To możliwe, choć trudne. Zanim zaczniesz, przeczytaj tekst w czerwcowym „Press”, by nie popełnić błędów swoich poprzedników.

Press

Ponadto z czerwcowym „Press” - specjalny dodatek: „YouTube”. Po raz pierwszy opisujemy siłę i specyfikę tego medium, sposoby jego wykorzystania w promocji i reklamie, profile użytkowników YouTube, porady najlepszych youtuberów co do sprzętu, kierunki rozwoju serwisu.

Zapraszamy do lektury.

(01.06.2016)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo