Dział: INTERNET

Dodano: Grudzień 01, 2014

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Biznes na biznesie

Zarząda rada dyrektorów: prezes Aleksander Kusz, redaktor naczelny Tomasz Bonek, prezes BAN Tomasz Pudlis, dyrektor IT Tomasz Kabarowski, dyrektor finansowy Przemysław Wietrzyk, dyrektor handlowy Grzegorz Kuczyński (fot. Bartek Sadowski/Money.pl)

W dobie kryzysu raporty spółki Money.pl pisane były na zielono

Chociaż z okien newsroomu redakcji Money.pl na dziewiątym piętrze wieżowca Grunwaldzki Center rozpościera się piękny widok na Wrocław, wzrok pracujących tam dziennikarzy i redaktorów częściej wędruje na monitor, na którym na bieżąco wyświetlane są statystyki ich serwisu.

Na dużym ekranie w centrum redakcji widać, ile kliknięć przybyło poszczególnym informacjom na stronie Money.pl od czasu ich ostatniej modyfikacji. Stałe monitorowanie popularności materiałów wrzucanych do sieci to podstawa biznesu Money.pl.

Częściej na plusie

Dzięki codziennej walce o każde kliknięcie w marcu br. Money.pl mógł wreszcie ogłosić, że stał się liderem polskiego Internetu w kategorii Biznes, finanse, prawo. Według badania Megapanel (PBI/Gemius) grupa Money.pl miała bowiem w marcu w tej kategorii 3,9 mln użytkowników. Za nią były grupy: Onet.pl – 3,7 mln, Wirtualna Polska – Orange – 3,2 mln, Next Infor – 3 mln, Gazeta.pl – 2,1 mln, Bankier.pl – 1,9 mln.

Łukasz Wejchert, były prezes Grupy Onet.pl, dziś szef firmy Dirlango, docenia sukces wortalu tematycznego, lecz zauważa, że Money.pl jeszcze ustępuje serwisowi biznesowemu Onetu: – Rzeczywiste używanie strony pokazuje nie tylko liczba użytkowników, ale także liczba generowanych przez nich odsłon i spędzany w nim czas. A w tym wciąż lepszy jest serwis Onetu – wyjaśnia Wejchert. W marcu Onet.pl w omawianej kategorii miał 80,7 mln odsłon, a Money.pl – 50,3 mln.

Money.pl jest przykładem projektu internetowego, który mimo kryzysu na rynku reklamowym pozostaje rentowny. Powstał od zera, nie korzystał ze wsparcia dużego koncernu medialnego i prawie od początku był budowany na zdrowych rynkowych zasadach.

Z danych w Krajowym Rejestrze Sądowym wynika, że spółka Money.pl tylko raz w ciągu ostatnich lat była na minusie: rok 2010 zamknęła stratą 1,5 mln zł. W 2011 roku miała 1,34 mln zł zysku, w ub.r. – 1,53 mln. Rosną przychody spółki, w  2006 roku wyniosły 11 mln zł, w 2011 – 20,48 mln, a w 2012 roku – 22,21 mln. Ten rok zarząd planuje zamknąć 40 mln zł przychodu. Do tego należy dodać wyniki spółek powiązanych w grupie Money – teraz przychody spółki Money.pl generują ok. 70 proc. przychodów całej grupy.

– Na wyniki Money.pl ma wpływ to, że od początku ten biznes różnił się organizacyjnie od innych start-upów. Szybko przestał być typową firmą garażową – zauważa Rafał Agnieszczak, przedsiębiorca internetowy, założyciel Fotka.pl. – Pomysł internetowy poparto pracą menedżerską. Od początku określano oczekiwania właścicieli, ustalano, jak zrealizować konkretne cele i rozliczano efekty – wyjaśnia.

Nauczka z inwestorem

Serwis Money.pl został wymyślony na jednej ze studenckich imprez we Wrocławiu – tak opowiada główny założyciel serwisu Arkadiusz Osiak. Jako 22-letni student informatyki ze studentem ekonomii Arkadiuszem Salamonem założyli w 1997 roku Wirtualny Serwis Ekonomiczny.

Osiak odpowiadał za stronę technologiczną i graficzną, a Salamon przepisywał do serwisu dane ekonomiczne z gazet kupowanych w kiosku. „Bez biznesplanu, analizy rynku, pieniędzy.

Za to z biurem na poddaszu, Internetem przez modem, domeną bez przyszłości, informacjami z gazet i co najważniejsze z samozadowoleniem” – opowiadał Osiak o początkach swojego serwisu na imprezie Grill IT we Wrocławiu w 2007 roku.

Pod koniec lat 90. serwis Osiaka zmienił domenę na prostszą i bardziej nośną: Money.pl, w firmie pojawili się pierwsi pracownicy – kolega programista i koleżanka, a w zasadzie dziewczyna Osiaka (obecnie żona). Firma CR-Media zaczęła przysyłać zlecenia na reklamę. Po czterech latach od startu serwis zarabiał kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.

Początek wieku to był okres nadmuchiwania bańki internetowej. W grudniu 2000 roku w firmie pojawił się inwestor finansowy: spółka Surfland – Systemy Komputerowe, należąca do wrocławskiego biznesmena Tadeusza Kołacza. Za 300 tys. zł objęła 20 proc. udziałów w firmie. Oznaczało to jej wycenę na poziomie 1,5 mln zł. Pojawienie się inwestora paradoksalnie sprawiło, że spółka Money.pl stanęła na krawędzi bankructwa. Z powodu przeinwestowania zyski zamieniły się w straty (700 tys. zł w ciągu roku).

Arkadiusz Salamon wycofał się ze spółki. By ratować firmę, Osiak pozbył się udziałów (zostało mu 25 proc.). Zaczął się uczyć finansów i zarządzania. W 2002 roku został prezesem swojej firmy. Rozpoczął rozdzielanie kompetencji. Kolejno tworzone stanowiska dyrektorskie pokazują kierunki rozwoju spółki: w 2002 roku powołano dyrektora sprzedaży e-commerce, w 2003 – dyrektora sprzedaży reklamy, w 2004 – redaktora naczelnego serwisu, w 2005 – dyrektora marketingu i PR, w 2006 – dyrektora finansowego, w 2007 – dyrektora HR i dyrektora IT.

W firmie wprowadzono przejrzysty zakres kompetencji: redakcja odpowiada za treści, te wsparte marketingiem i PR mają przyciągać czytelników, a dotarcie do nich sprzedają handlowcy.

Wypracowane przez nich przychody zarząd dzieli w taki sposób, aby zasoby serwisu mogły budować jeszcze większy zasięg. To brzmi banalnie, ale wiele firm z garażową genezą latami nie może dostosować swojej struktury do tego prostego schematu działania.

Jest wynik, jest nagroda

(fot. Money.pl)

– Dziś Grupa Money stanowi atrakcyjne medium dla reklamodawców, zwłaszcza że jej model biznesowy nie opiera się wyłącznie na sprzedaży reklamy odsłonowej w modelu CPM – zauważa Jacek Czynajtis, prezes Optizen Labs, który śledził rozwój serwisu prawie od początku, bo jako menedżer zaczynał pracę we wrocławskich mediach.

W 2006 roku serwis wymienił inwestora finansowego na branżowego. Głównym udziałowcem (70 proc.) zostało niemieckie wydawnictwo Handelsblatt, które w 2009 roku zastąpił fundusz Holtzbrinck Networks (należy do Verlagsgruppe Georg von Holtzbrinck). – Szukaliśmy w Polsce obiecujących projektów internetowych i wydawnictw prasowych – opowiada Krystyna Zelenka, która przeprowadzała transakcję w imieniu Handelsblatt (dziś zasiada w radzie nadzorczej Money.pl).

– W Polsce poziom mediów biznesowych oferujących kompleksową informację, raporty i analizy jest niski. Money.pl już wtedy wyróżniał się na korzyść, dostrzegliśmy w nim duży potencjał. Przekonał nas też zespół stworzony przez Arka Osiaka. Bardzo dobrze się rozumiejący, oparty na zaufaniu, bez zbędnej wewnętrznej rywalizacji. Do dziś świetnie się z nimi rozmawia – dodaje Krystyna Zelenka.

Obecnie 30 proc. udziałów w Money.pl pozostaje w rękach Osiaka, ale według nieoficjalnych informacji ma on z czasem odsprzedać funduszowi całość. Z początkiem 2011 roku Osiak wycofał się z bieżącej działalności w serwisie. Został przewodniczącym rady nadzorczej. Kończy budowę domu we Wrocławiu, relaksuje się, uprawiając jogę, dużo podróżuje. Nie mógł się wypowiedzieć do tego tekstu, bo kontynuuje jedną ze swoich wypraw. Poza tym unika mediów.

Osiak ma pełne zaufanie do wybranych przez siebie ludzi. Osobiście ściągnął do firmy (w 2006 roku) Aleksandra Kusza (rocznik 1978) – najpierw na dyrektora operacyjnego i szefa spółek zależnych, a od dwóch lat jest on jednoosobowym zarządem spółki. Kusz wcześniej pracował jak menedżer na rynku farmaceutycznym.

– Zaufanie w tej firmie polega na tym, że wszyscy jesteśmy z czegoś rozliczani – mówi prezes Kusz. – Każdy z dyrektorów ma kartę trzech–pięciu celów w roku. Jest realizacja, jest gratyfikacja, nie ma realizacji, nie ma gratyfikacji – tłumaczy.

Wszystkie cele składają się na budowanie przychodów grupy i zwrot kapitału dla udziałowców. Niemiecki opiekun spółki ze strony funduszu Holtzbrinck nie wtrąca się w bieżące działanie. Nie ma powodów, dopóki dostaje raporty finansowe pisane na zielono, a nie na czerwono. W dobie kryzysu nawet niewielki wynik dodatni jest sukcesem.

Co poniedziałek w Money.pl zbiera się rada dyrektorów, na której omawiane są bieżące projekty i planowane następne. – Mam nadzieję, że w tej firmie każdy może się realizować, ale pewnie niektórzy powiedzą, że system raportowania i kontroli jest u nas zbyt rozbudowany.

To konieczne – zastrzega Kusz. Dziennikarz, który przyszedł do Money.pl z jednego z dzienników, był zdziwiony, że system redakcyjny precyzyjnie zakłada, ile powinien przygotować miesięcznie informacji do serwisu – dziś uważa to za normalne.

Money.pl chce się rozwijać poprzez akwizycję firm z branży, budowanie własnych spółek zależnych i wchodzenie w nowe obszary rynku, co ma zapewnić grupie dywersyfikację przychodów. W 2007 roku Money.pl to była jedna spółka i 45 zatrudnionych osób, a na koniec ub.r. – grupa sześciu spółek i 145 zatrudnionych.

Bez content managerów

W serwisie Money.pl pracuje 30-osobowa redakcja, drugie tyle to pracownicy IT i handlowcy (kilku dziennikarzy i sprzedawców pracuje w biurze w Warszawie). Redakcję od podstaw stworzył Tomasz Bonek. Przyszedł do serwisu w 2004 roku, gdy miał 27 lat.

Zaczynał od zespołu złożonego z dwóch dziennikarzy. Wcześniej stworzył dział ekonomiczny „Słowa Polskiego”, którym kierował aż do połączenia go przez Polskapresse z „Gazetą Wrocławską”.

Dziś się śmieje, że gdy odchodził z redakcji gazety do Internetu, koledzy uważali, że robi błąd, a teraz zabiegają o pracę u niego. Na Facebooku Bonek lubi dociąć kolegom po fachu, że papier się kończy. Podkreśla, że kieruje jednym z największych profesjonalnych zespołów dziennikarskich w polskim Internecie i że nie pracują u niego tzw. content managerowie.

– Dają etat, prywatną opiekę lekarską, lektora angielskiego, karnet na fitness lub do siłowni. Pensje są coraz bardziej konkurencyjne w porównaniu z tym, co płacą w Polskapresse, nie mówiąc o oddziale lokalnym „Gazety Wyborczej” – opowiada jeden z wrocławskich dziennikarzy, który ma kolegów w Money.pl.

Redakcja pracuje w wieżowcu klasy A (nie zatrudnia ludzi w home office). Serwis sięga nie tylko po dziennikarzy z doświadczeniem (z prasy, radia, telewizji), ale stara się też ich sobie wychować, korzystając z tego, że wieżowiec Grunwaldzki Center otoczony jest uczelniami wyższymi. Bonek ma zacięcie edukacyjne (uczy studentów), więc wymyślił Akademię Money.pl, w której dyrektorzy serwisu szkolą dziennikarzy, analityków i pracowników IT.

Podczas trzymiesięcznej edycji Akademii sześcioosobowy zespół stażystów poznaje pracę w każdym dziale serwisu, a najlepsi otrzymują propozycję pracy (podczas stażu dostają 500 zł miesięcznie).

Money.pl w przeciwieństwie do mediów drukowanych szuka dziennikarzy analityków, którzy mają doświadczenie w inwestowaniu na giełdzie. – Nie rozumiem zakazu, że dziennikarzowi obracającemu akcjami na giełdzie nie wolno o niej informować. Równie dobrze można by wymagać, by nie zakładał on lokat w bankach, o których pisze – mówi Bonek. – Dobierając pracowników do redakcji, oceniam nie tylko ich umiejętności, ale też charakter.

Nie chcę ludzi wypalonych – dodaje Bonek. Jego dziennikarze mają obowiązek prowadzenia służbowych profilów na Facebooku. Swoje fan page mają poszczególne produkty serwisu. – Media społecznościowe to doskonałe narzędzie do zwiększania ruchu na naszych stronach – mówi Bonek.

300 informacji na dobę

Redakcja Money.pl pracuje na wzór Reutersa. Pierwszy dyżurny przychodzi o 6 rano. Główny trzon zespołu pracuje w godz. 9–17, wieczorami zostają dyżurni. Poranne kolegium z udziałem naczelnego jest o 9.45 – są na nim planowane czołówkowe materiały do serwisu przygotowywane na następny dzień i najbliższe wydania, niektóre materiały są planowane nawet z 30-dniowym wyprzedzeniem. Popołudniowe kolegium o 17 to podsumowanie tego, co udało się zrobić.

Potem zostają dyżurni. – Nie chcemy pisać tylko o tym, co się wydarzyło, ale chcemy wybiegać w przyszłość, przewidywać skutki ogłoszonych decyzji, prognozy. Dlatego dziennikarz musi się znać nie tylko na ekonomii i gospodarce, ale też na polityce – tłumaczy Tomasz Bonek.

Gdy inne media pisały o powodzi w Niemczech i Czechach, Money.pl publikował raport o kosztach dotychczasowych powodzi w Polsce, wydatkach ponoszonych na zabezpieczenia przeciwpowodziowe, informował, które spółki giełdowe mogą na tym zarobić. Gdy tradycyjne media awanturowały się o SKOK, Money.pl opublikował suchy raport pokazujący ich rzeczywistą sytuację i ewentualne skutki dla rynku niewypłacalności części kas.

Materiały Money.pl są adresowane głównie do zainteresowanych finansami osobistymi, a tych jest więcej niż pracowników branży finansowej, do których skierowane są płatne serwisy typu Thomson Reuters. Redakcja Money.pl zakłada, że w bezpłatnym Internecie brakuje analiz ekonomicznych i komentarzy.

– Przeglądam serwisy ekonomiczne poprzez RSS. Na Money.pl wchodzę jednak rzadziej niż na Bankier.pl czy WNP.pl – mówi Tomasz Świderek, dziennikarz ekonomiczny. – Zrażają mnie przede wszystkim ich tytuły zagadki. Wolę serwisy, które już w tytule mnie informują, o czym jest tekst. Wiem, że nie zależy im wyłącznie na moich kliknięciach – dodaje.
Money.pl daje tytuły długie, ale czasami mówią niewiele, np. „Spółka dnia: Kurs najwyżej w historii, a ma być jeszcze wyżej”, „W ciągu ostatnich 12 miesięcy akcje spółki podrożały już o niemal 100 procent”. Trzeba kliknąć w linki, by się dowiedzieć, o które spółki chodzi.

Newsy własne serwis stara się podawać jak najszybciej – nawet jeżeli jest to jedno zdanie, ma generować kliki. Potem jest on rozbudowywany. Głównie dotyczą dużych firm. Jednak newsy własne na stronach serwisu toną w gąszczu depesz agencyjnych (w sumie na dobę w serwisie pojawia się ok. 300 nowych informacji).

Money.pl korzysta z serwisów (także fotograficznych) PAP, od niedawna z materiałów wideo Associated Press. Własnych wideo redakcja nie robi. – Wśród zainteresowanych finansami osobistymi mają lepszą markę niż Bankier.pl, a wśród inwestorów walczą z takimi serwisami specjalistycznymi jak StockWatch.pl – mówi Jarosław Chyła, dyrektor PAP Biznes.
Materiały dziennikarzy redagują wydawcy, czytają je też zastępcy naczelnego, w serwisie nie ma korektorek. Teksty powstają w Wordzie i autorskim edytorze zintegrowanym z CMS stworzonym przez dział IT serwisu.

Tomasz Bonek czyta tylko najważniejsze publikacje, wymyśla tematy, akceptuje plany wydawnicze, odpowiada za budżet redakcji, uczestniczy w naradach dyrektorów, pełni funkcję reprezentacyjną, zaprasza osobistości ze świata polityki i biznesu, który przyjeżdżają do redakcji, by przez kilka godzin poprowadzić wydanie serwisu. Bonek ma czas na kierowanie należącym do grupy serwisem Interaktywnie.com, który zarabia głównie na wydawaniu elektronicznych raportów o Internecie. Może sobie pozwolić na dalekie podróże, z których relacje zamieszcza w autorskim dziale podróżniczym w serwisie lifestylowym Menstream.

Serwisy lifestylowe (Menstream, Platine, iWoman) grupa Money.pl uruchomiła, by przyciągnąć na dłużej czytelników zamożnych i lepiej wykształconych, którym można proponować drogie produkty. – Z naszych badań wynikało, że w Internecie nie ma miejsca lifestylowego klasy premium, a chcąc dotrzeć do tej grupy czytelników, nie możemy im dawać treści bulwarowych. Zamieszczamy tam reportaże i pogłębione wywiady. Stawiamy na porządne, stare dziennikarstwo, ale w Internecie i za darmo – mówi Bonek. Gdyby porównać te teksty do prasy, można je określić jako magazynowe.

Monetyzacja kalkulatorów

– Nieźle sobie poradzili z dotarciem do małych i średnich przedsiębiorstw, z informacją giełdową i na pewno jeszcze przez jakiś czas będą z tego korzystać – przyznaje Rafał Agnieszczak. Zastanawia się, dlaczego Money.pl nie sprzedaje swoich treści, bo akurat w przypadku informacji finansowej i prawnej mogłoby to być uzasadnione. – Ale jeżeli dotychczasowa strategia się sprawdza, to rozumiem, dlaczego jest konsekwentnie realizowana – stwierdza.

Money.pl informacje z otwartego serwisu przepakowuje w rozmaite newslettery tematyczne i ogłoszeniowe, które nazywa e-gazetami. Rozsyła je w formie dzienników i tygodników tematycznych (np. „Firma”, „Prawo”, „Praca”, „Dom”, „Giełda”). Są dodatkowym produktem reklamowym gwarantującym dotarcie do wąskich grup specjalistów. Mają też generować ruch w grupie serwisów.

Od strony technologicznej serwis Money.pl budowany jest wyłącznie na własnych rozwiązaniach. Nawet przy tworzeniu aplikacji dla nowych nośników (tablety, smartfony) spółka nie chce się uzależniać od zewnętrznych firm i tworzy wszystko od podstaw we własnym zakresie.

Redakcja Money.pl zaprasza znanych finansistów, by gościnnie redagowali serwis – w czerwcu robił to Leszek Czarnecki. (fot. Money.pl)

Dzięki temu ma pełną kontrolę nad wprowadzanymi technologiami. To programiści Money.pl piszą CMS, systemy tworzenia wykresów na strony serwisu, kalkulatory i inne narzędzia oferowane użytkownikom serwisu. Im jest ich więcej, tym łatwiej pozyskać lojalnych użytkowników.

Aktywny inwestor giełdowy spędza w Internecie wiele godzin dziennie, analizując swój portfel akcji przy użyciu narzędzi danego serwisu. Money.pl stara się dotrzeć do niego nie tylko z ofertą reklamową, ale też z produktami finansowymi. Wpływy z e-commerce stanowią 45 proc. przychodów serwisu.

Głównie rozlicza się on z klientami za sprzedaż tzw. leadów (wniosków o konkretne produkty), ale serwis prowadzi też samodzielną sprzedaż.

W tym celu zatrudnia konsultantów. – W pierwszym kwartale bieżącego roku otworzyliśmy dla jednego z banków trzy tysiące rachunków – informuje prezes Aleksander Kusz.

W grupie raźniej

Grupa Money oprócz serwisów to także sieć reklamy internetowej Business Ad Network (grupuje serwisy o profilu biznesowym własne, Agory SA, wydawnictwa C.H. Beck, ma wyłączność w Polsce na sprzedaż reklam w serwisie LinkedIn i stronach serwisów Motor Presse Polska), sieć reklamy kontekstowej BusinessClick (obejmuje sprzedaż reklam w serwisach ekonomicznych, finansowych i prawnych), spółka Legalsupport – wydawca serwisu e-Prawnik.pl (za jego pośrednictwem użytkownicy otrzymują porady prawników), platforma komunikacji między klientami i usługodawcami Favore.pl.

Nie wszystkie spółki spełniły oczekiwania. Nie wypaliła księgarnia e-booków Zixo.pl prowadzona przez spółkę Digital All.

– Kierownictwo firmy ma klarowną wizję dalszego rozwoju grupy, potrafi ją stale dostosowywać do zmieniającego się otoczenia rynkowego, a nawet je w pewnym sensie kreować – ocenia Jacek Czynajtis, prezes Optizen Labs. – Zarządzający orientują się w trendach w obszarze online/mobile i będą wprowadzać kolejne rozwiązania dla marketerów będące odpowiedzią na spadające CTR-y w reklamie odsłonowej (współczynnik ten określa stosunek liczby wyświetleń reklamy do liczby kliknięć w nią – przyp. red.) – przewiduje.

Aleksander Kusz śmieje się z koncernów medialnych, które ogłaszają, że teraz będą stawiać na wersje mobilne swoich produktów. – Dla nas to oczywiste, że trzeba być tam, gdzie jest użytkownik. To żadna strategia – mówi Kusz. Zgadza się z nim Łukasz Wejchert, ale nie do końca. – W Onecie wprowadziliśmy wersje light w 2007 roku i dziś to faktycznie jest oczywiste, że trzeba mieć wersje mobilne. Jednak wciąż pozostaje wyzwaniem biznesowym to, jak mając dużą przestrzeń reklamową w wersjach tradycyjnych i wpływy reklamowe z tego tytułu, zachować je, podążając za użytkownikiem przenoszącym się do wersji mobilnych, gdzie monetyzacja treści jest jeszcze dużo trudniejsza – mówi Wejchert.

Zdaniem Kusza serwisy internetowe znajdują się teraz w sytuacji, w której prasa była dziesięć lat temu. – Trzeba już myśleć, by nie skończyć tak jak ona. W Internecie wszystko można dokładnie wyliczyć, więc modele oparte na dotychczasowej reklamie nie mają przyszłości, bo klienci potrzebują efektów. Przyszłością jest baza danych, na przykład bank będzie zainteresowany dotarciem z ofertą kredytu hipotecznego wyłącznie do osób, które tego kredytu potrzebują i mogą go dostać, ale nie do wszystkich. I o tym w tej chwili głównie myślimy: by wykorzystać wszystko, co mamy w bazach danych – mówi Kusz.

W poniedziałek 10 czerwca w redakcji Money.pl pojawił się jako gość Leszek Czarnecki, założyciel Getin Holding i Getin Noble Bank. Należy do niego także Open Finance, firma doradztwa finansowego żyjąca ze sprzedaży produktów finansowych – w tym zakresie Money.pl jest jej konkurentem.

Przyleciał do Wrocławia prywatnym odrzutowcem tylko po to, by przez trzy godziny być wydawcą serwisu. Wychodząc z redakcji, spojrzał na stronę Money.pl w swoim laptopie i powiedział: „Jedna rzecz mi się nie podoba. To, że nie jesteście moją spółką”.

Grzegorz  Kopacz

Tekst był publikowany w magazynie "Press" (7/8 2013)

 

(GK, 01.12.2014)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Dział: INTERNET

Dodano: Grudzień 02, 2014

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Wardęga skomentował swoją rzekomą śmierć, o której pisano w weekend (wideo)

Sylwester Wardęga nie zamierza nikogo pozywać za uśmiercenie go w sieci. Wczoraj w swoim vlogu odniósł się do fałszywej informacji o swojej śmierci.

Wieczorem 29 listopada na stronie Wawa-info.pl pojawiła się fałszywa informacja o tym, że Sylwester Wardęga zginął podczas nagrywania filmu. Przedstawiono wideo z rzekomego wypadku. W rzeczywistości informacja była próbą wyłudzenia od internautów danych - aby obejrzeć film, należało bowiem podać numer telefonu.
Firma Sotrender policzyła, że w ciągu doby użytkownicy Facebooka zamieścili 200 postów na fan page Sylwestra Wardęgi oraz innych profilach, w których był on oznaczony. Sprawę opisały portale internetowe.
Wardęga nie od razu odniósł się do informacji o swojej śmierci. Dopiero w poniedziałek wieczorem skomentował sprawę, publikując na Facebooku i YouTube żartobliwy film "Krulestwo". Dołączył do niego informację: "Wczoraj się z Internetu dowiedziałem, że nie żyję ... dziś powracam jak Feniks z popiołów! Uważajcie na takie oszustwa internetowe! Pjona przyjaciele!". Swoją nagraną wypowiedź kończy ironicznym zdaniem: "Pamiętajcie, jeśli umrę, to pierwszy wam o tym napiszę".
Jak powiedziała nam menedżerka youtubera Narine Amiryan z sieci LifeTube, Wardęga nie zamierza pozywać autorów wpisu o swojej rzekomej śmierci.
SA Wardęga jest najpopularniejszym polskojęzycznym kanałem na YouTube. Z najnowszego raportu Sotrender "YouTube Trends 11.2014" wynika, że kanał Wardęgi w listopadzie miał 2,7 mln subskrybentów, czyli ponad milion więcej niż AbstrachujeTV, którzy są następni w rankingu. SA Wardęga może się również pochwalić największą liczbą odsłon - 30,7 mln. - O ile zamieszanie związane z fałszywą wiadomością wywołało stosunkowo dużą aktywność użytkowników, o tyle nie widać szczególnego wzrostu liczby fanów Wardęgi na Facebooku czy liczby subskrybentów na YouTube - komentuje Jan Zając, prezes Sotrender. W niedzielę na stronie facebookowej przybyło Wardędze 4064 fanów (średnio zyskuje on 3109 fanów dziennie). Z kolei na YouTube zyskał 2365 nowych subskrybentów (średnio w listopadzie przybywało mu ich 4216 dziennie).

(IKO, 02.12.2014)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo