Historia od tyłu. Przez RODO fotografowie ograniczają się do bezpiecznych zdjęć
Dawniej ludzie sami lgnęli do aparatu. Chcieli zostać uwiecznieni. Dziś kadry są komponowane tak, by uniemożliwić identyfikację osób (fot. Chris Niedenthal/PAP, Marcin Bielecki/PAP, Albert Zawada/PAP, Paweł Supernak/PAP, screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)
Życia codziennego Polaków trzeciej dekady XXI wieku przyszłe pokolenia nie poznają ze zdjęć fotoreporterów.
Autorka: Klaudia Kowalczyk
Po Cigacicach nad Odrą zostały już tylko zdjęcia, jeszcze przedwojenne, przedstawiające winnice czy wyszynki. Kurort ten miał wszystko, co potrzeba – widać to na widokówkach z bawiącymi się ludźmi. Podczas rejsu po rzece przewodnik, wyciągając zdjęcia, mówił, że sami lgnęli do aparatu. Chcieli zostać uwiecznieni. Dziś coraz częściej jest odwrotnie.
Jakub Orzechowski z Agencji Gazeta lata temu usłyszał prostą zasadę: fotograf nie może bać się ludzi. Trzeba podchodzić blisko, bo na zdjęciach muszą być emocje. A emocji nie da się pokazać plecami. Dziś obserwuje coś, co sam nazywa geologiczną metaforą. – Z perspektywy lat, gdy te zdjęcia gdzieś przetrwają, badacze będą na nie patrzeć jak geolodzy na warstwy ziemi. W pewnym momencie trafią na warstwę, w której przez 50 lat fotografowano wyłącznie ludzkie plecy – mówi.
Nie jest to tylko jego obserwacja. Iwona Burdzanowska, fotografka, która od lat dokumentuje życie miejskie, ma już dość. – Dostaję ataku agresji, kiedy słyszę w ciągu miesiąca kolejną propozycję: „To niech pani robi od tyłu”. Odpowiadam wtedy krótko: jestem zbyt dobra, żeby robić zdjęcia od tyłu. Mogę ich nie robić wcale – opowiada.
TŁO A MOTYW
RODO, czyli Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady, zostało przyjęte 27 kwietnia 2016 roku i zaczęło obowiązywać we wszystkich krajach Unii Europejskiej 25 maja 2018 roku, po dwuletnim okresie przejściowym. Zastąpiło unijną dyrektywę z 1995 roku i, co ważne, weszło w życie bezpośrednio, bez potrzeby odrębnego wdrażania go do krajowych porządków prawnych. W Polsce tego samego dnia zaczęła obowiązywać nowa ustawa o ochronie danych osobowych, która powołała Urząd Ochrony Danych Osobowych w miejsce dotychczasowego Generalnego Inspektora. Przepisy regulują zasady przetwarzania danych osobowych osób fizycznych, a twarz, po której można zidentyfikować konkretną osobę, to właśnie takie dane osobowe.
Przepisy regulują publikacje, a nie sam akt fotografowania. Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych mówi, że dla kogoś, kto jest częścią większego skupiska ludzi – widownią na koncercie, tłumem na demonstracji – ochrona wizerunku nie działa w taki sam sposób jak w przypadku portretu konkretnej osoby. Podobnie gdy ktoś jest jedynie elementem szerszej sceny, tła, krajobrazu – zgoda nie jest wymagana. Inaczej rzecz się ma w przypadku fotografii ulicznej, portretowej, komercyjnej czy takiej, na której konkretna osoba jest głównym motywem kadru. Tu zgoda jest bezdyskusyjna.
Problem w tym, że granica między tłem a motywem jest płynna i ostateczna interpretacja zawsze należy do sądu. – A sam lęk przed procesem – jak zauważa dr Elżbieta Pawlak-Hejno, medioznawczyni z UMCS – potrafi paraliżować wydawców skuteczniej niż jakikolwiek wyrok. Magdalena Druzic, radczyni prawna specjalizująca się w ochronie danych osobowych, precyzuje: – Najważniejszą kwestią, którą należy głośno artykułować, jest to, że RODO wcale nie zabrania fotografowania ludzi. Ludzie są w głębokim błędzie, myśląc, że te przepisy stanowią absolutną tarczę chroniącą przed każdym błyskiem flesza.
ZASADA TRZECH OSÓB
Czarek Sokołowski, fotoreporter z kilkudziesięcioletnim stażem, który parę miesięcy temu odszedł na emeryturę, przyjął prostą zasadę. – Zawsze starałem się, aby na zdjęciu z miejsca publicznego znajdowały się minimum trzy osoby. Wtedy, w świetle przepisów, nie była potrzebna żadna indywidualna zgoda, a RODO w takich sytuacjach po prostu nie działało – mówi.
Jednak zasada trzech osób nie załatwi wszystkiego. Zresztą jest tylko umowna. Sokołowski pamięta człowieka na demonstracji pod Sejmem, który zaczął się awanturować. – Powiedziałem mu spokojnie: proszę pana, po pierwsze, niech pan nie krzyczy. Po drugie, jest pan w miejscu publicznym, przyszedł pan na jawne zgromadzenie. Jedyne, co mogę panu zagwarantować, to że akurat to konkretne zdjęcie nie zostanie opublikowane – wspomina.
Bo zdjęcie, jak tłumaczy Sokołowski, w ważnych sytuacjach musi zostać zrobione. Dopiero na etapie edycji redakcja zastanawia się, czy je opublikować.
Sokołowski wspomina też starcie z Robertem Bąkiewiczem, który podczas przemarszu swojej grupy próbował zakazać fotografowania, groził wezwaniem policji, chodził za Sokołowskim krok w krok, zasłaniał kadr. – Odpowiedziałem, żeby wzywał, bo ja mam prawo tam być i pracować.
Andrzej Zygmuntowicz, juror Grand Press, nie ma złudzeń: obostrzenia są na tyle daleko idące, że fotografowanie i publikowanie zdjęć staje się poważnym ryzykiem prawnym. – Najgorsze jest to, że interpretacja prawa zostaje w rękach prawników, ponieważ RODO pozostawia pewne furtki – mówi. Zwraca też uwagę na mit, który od lat funkcjonuje w środowisku: – Funkcjonuje popularne przekonanie, że od trzech osób zaczyna się tłum. To bardzo stara zasada, jeszcze z czasów PRL. Przetrwała w fotografii, ale nie jest prawdziwa. Dlatego wielu fotografów rezygnuje z wykonywania zdjęć, które pokazują konkretnego bohatera i opowiadają historię poprzez jednostkę. Kiedyś znaczną część odpowiedzialności za publikację zdjęcia brała na siebie redakcja. Dziś odpowiedzialność spada przede wszystkim na fotografa. Nic więc dziwnego, że wykonuje on bezpieczne, ogólne zdjęcia – stwierdza Zygmuntowicz.
Jakub Orzechowski z kolei wcale nie prosi o zgodę przed zrobieniem zdjęcia, bo wielokrotnie przekonał się, że to nic nie daje. – Gdy człowiek dowiaduje się, że ma coś podpisać, momentalnie się usztywnia. Ludzie boją się składać podpisy, bo myślą, że ktoś ich oszuka. Poza tym w fotografii najważniejsza jest chwila – tłumaczy. Najpierw zdjęcie, potem ewentualnie rozmowa.
ŹRÓDŁO ZAGROŻONE
Andrzej Iwańczuk, autor jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich zdjęć reportażowych, czyli mężczyzny z chlebem z powodzi tysiąclecia, patrzy na zmiany spokojniej niż wielu kolegów po fachu. – Ikoniczne zdjęcia dokumentalne wciąż powstają i nadal są publikowane. Ich los zależy po prostu od charakteru wydarzenia oraz kontekstu społecznego – mówi. I dodaje, że gdyby jego słynne zdjęcie z powodzi powstało dziś, bez problemu obroniłoby się w świetle obecnych przepisów. Kontekst dziennikarski był nienaganny, zdjęcie niosło potężną wartość dokumentacyjną, a bohater nie został upokorzony. To, według Iwańczuka, wciąż wystarczy. Ale to nie znaczy, że w agencjach wszystko jest po staremu. – Świadomość fotografów na pewno się zmieniła. W dzisiejszych czasach zwracamy znacznie większą uwagę na kwestię ochrony wizerunku – przyznaje. W praktyce wygląda to tak: jeśli ktoś żąda usunięcia zdjęcia, agencja często ukrywa je dla świętego spokoju, nawet gdy jest przekonana, że prawa nie naruszyła. Walkę podejmuje rzadziej – tylko wtedy, gdy zdjęcie ma wyjątkowo silną wartość dokumentalną i historyczną, a także gdy jest przekonana, że się obroni.
Katarzyna Puchalska, dyrektorka warszawskiego DSH (Domu Spotkań z Historią), którego celem jest popularyzacja historii, jest przekonana, że fotografia dokumentalna to źródło historyczne niedoceniane i coraz bardziej zagrożone. – Uważam, że dlatego właśnie opowiadamy historię poprzez obraz, głównie poprzez fotografię dokumentalną czy fotoreportaż. Każdy może doszukiwać się w nich różnych rzeczy: jak wyglądało dane miasto, przestrzeń, jak ludzie ubierali się czy czesali – mówi. I dodaje, że w czasach, gdy tak łatwo fałszować obrazy, fotografia podpisana nazwiskiem osoby fotografującej lub nazwą agencji staje się wyjątkowo cennym dowodem.
Redakcje coraz chętniej wybierają bezpieczne kadry. Wtedy nie ma próśb o usunięcie zdjęcia (screen: magazyn „Press”, nr 07-08/2026)
Jej zdaniem RODO uderza właśnie w ten rodzaj fotografii. – Robiliśmy książkę „Notatki z Warszawy” z Chrisem Niedenthalem i miałam ogromny problem zarówno kuratorski, jak i produkcyjny. Nie da się zrobić fotoreportażu, kiedy do każdej osoby trzeba podejść i poprosić o zgodę. Ludzie natychmiast zaczynają pozować. Nie ma już spontaniczności – opowiada. Wiele współczesnych zdjęć w tej książce pokazuje plecy, boki, dalekie plany albo wielkie tłumy.
JEST PAN JEDYNIE FRAGMENTEM
Iwona Burdzanowska ma w pamięci taką historię. Fotografowała świeżo oddaną ścieżkę rowerową nad zalewem w Lublinie. Jeden rowerzysta jej uciekł, nadjechał kolejny. Zdjęcie zostało opublikowane – na fotografii nie było widać twarzy, jedynie sylwetkę. Zadzwonił telefon. – Facet rozpoznał się po posturze. Chciałam być miła, więc zagadałam go, że bardzo ładnie i proporcjonalnie wyglądał – opowiada. Gdy dodała, że gdyby miała czas, poczekałaby na lepszy kadr, mężczyzna poczuł się głęboko urażony – nie dość, że sfotografowany bez zgody, to jeszcze nie jest najlepszym możliwym materiałem na zdjęcie. – Tłumaczyłam mu: proszę pana, to nie chodzi o pana osobiście. Dla mnie w tym kadrze równie dobrze mogła być kobieta z wózkiem albo osoba z niepełnosprawnością, byleby tylko zgadzały mi się kafelki i perspektywa nowej ścieżki. Pan poczuł się obrażony. W końcu Burdzanowska powiedziała wprost: – Jest pan jedynie drobnym fragmentem tej fotografii. Jeśli chce pan iść z tym do sądu, proszę bardzo, ale to pana będzie słono kosztować. I odłożyła słuchawkę.
Dawid Łozowicki, laureat konkursu Leica Street Photo, fotografuje głównie w Norwegii i Polsce i przyznaje, że wypracował własną metodę poruszania się w prawnej szarej strefie. Stara się fotografować tak, by częściowo ukryć twarz albo umieścić główną postać wśród innych ludzi. – Zazwyczaj dbam o to, żeby nie dominowała ona kadru – wyjaśnia. Przy długoterminowych projektach dokumentalnych ma jednak inne podejście: zgoda na piśmie, bez wyjątków. – Nauczyłem się tego na własnych błędach. Ludzie się zmieniają. Dwa lata wcześniej mogliśmy mieć ustną umowę i wszyscy byli zadowoleni, a po kilku latach sytuacja może wyglądać zupełnie inaczej, zwłaszcza gdy ktoś zobaczy swój wizerunek na plakacie – tłumaczy. W fotografii ulicznej rzadko spotyka się z odmową. Miał tylko jedną osobę, która poprosiła o usunięcie zdjęcia – usunął. Mówi: – Mam wrażenie, że zagrożenie związane z fotografowaniem bywa czasem wyolbrzymiane. Większość ludzi nie widzi w tym nic złego. Jeśli wszystko zamkniemy w kategorii „nie wolno”, zaczniemy ograniczać możliwość dokumentowania rzeczywistości.
NIE BĘDZIE WORLD PRESS PHOTO
Najtrudniej rozmawia się o dzieciach. Orzechowski mówi, że jest dziś w tej kwestii niezwykle ostrożny, choć przez ponad 25 lat pracy miał tylko jeden poważny incydent, jeszcze przed RODO. Burdzanowska zderza się z absurdami regularnie. – Zdarzają się sytuacje, w których organizatorzy wycieczek szkolnych zupełnie nie myślą o formalnościach. Nauczyciele wprowadzają grupy dzieci do różnych firm, fabryk i nagle na miejscu okazuje się, że dzieci nie mają podpisanych zgód na wizerunek. Wtedy pani nauczycielka z rozbrajającym uśmiechem mówi do mnie: „To niech pani je fotografuje od tyłu” – relacjonuje.
Reakcja Burdzanowskiej jest taka: robi trzy klatki dla dokumentacji i wychodzi. – Z takiej fotografii nie będzie World Press Photo. Te dzieciaki niesamowicie się ekscytują, świetnie się bawią, a niepokazywanie ich emocji na zdjęciach to po prostu grzech śmiertelny. W szkołach każe nam się fotografować plecy, podczas gdy same dzieciaki na przerwach i tak bez przerwy biegają z wszechobecnymi smartfonami i nagrywają się nawzajem.
Maciej Chmiel, redaktor naczelny redakcji krajowej agencji East News, od razu stawia sprawę jasno: RODO to nie jest największy problem fotografii prasowej. Większym jest powszechna niewiedza o tym, jak te przepisy faktycznie działają. – Najczęściej chodzi po prostu o komunikat: proszę mnie nie fotografować. Tymczasem samo fotografowanie w przestrzeni publicznej jest legalne. Czym innym jest wykonanie zdjęcia, a czym innym jego publikacja. Efekt jest taki, że redakcje coraz chętniej wybierają bezpieczne kadry. Wtedy nie ma telefonów, maili ani próśb o usunięcie zdjęcia.
Orzechowski dostrzega w tym wszystkim paradoks. – Ludzie dostali lekkiego szału na punkcie swojej prywatności po wprowadzeniu RODO. To o tyle zabawne, że jednocześnie na każdym kroku wiszą kamery miejskie. Jesteśmy permanentnie inwigilowani na każdym skrzyżowaniu. Z jednej strony boimy się fotografa, a z drugiej – sami dobrowolnie sprzedajemy swoje życie i prywatność na Facebooku.
UZASADNIONY INTERES
Radczyni prawna Magdalena Druzic podsumowuje: – Wszyscy praktycy ochrony danych osobowych w Polsce przyznaliby mi rację, że zgoda nie jest jedyną podstawą przetwarzania danych. Choć jest podstawą najpopularniejszą i najmocniej zakorzenioną w świadomości społecznej, dane osobowe można przetwarzać również w innych celach, chociażby ze względu na uzasadniony interes administratora danych. Z drugiej strony – wizerunek jest przetwarzany nie tylko na podstawie przepisów o ochronie danych osobowych, ale również na podstawie przepisów o prawie autorskim. I w tym wypadku, jeśli mamy do czynienia ze zdjęciem, gdzie osoba jest jedynie częścią większego zgromadzenia, krajobrazu czy imprezy publicznej, taka zgoda nie jest w ogóle wymagana. A to oznacza, że nie zawsze fotograf musi ograniczać się do robienia zdjęć osób odwróconych do niego plecami.
Uzasadniony interes: to właśnie na nim opiera się większość rzetelnej fotografii reporterskiej. Tak może się tłumaczyć każdy podmiot przetwarzający dane osobowe w celach innych niż czysto osobiste, o ile jego interes przeważa nad prawami osoby fotografowanej.
W praktyce oznacza to, że oprócz redakcji i fotoreporterów korzystają z tej podstawy m.in. organizatorzy imprez masowych publikujący relacje z wydarzeń, agencje fotograficzne dystrybuujące zdjęcia reportażowe, instytucje publiczne dokumentujące wydarzenia o znaczeniu społecznym, a także portale informacyjne i serwisy streamingowe transmitujące wydarzenia na żywo. Zawodowy fotograf, który wykonuje zdjęcia i w ten sposób utrwala wizerunek osób na tych zdjęciach, zbiera dane osobowe w postaci wizerunku i decyduje o tym, czy je zapisać na dysku i w jakim celu wykorzystać – staje się administratorem danych osobowych w rozumieniu RODO. Oznacza to, że ciążą na nim obowiązki wynikające z rozporządzenia, a uzasadniony interes administratora danych osobowych jest w zasadzie jedyną z podstaw przetwarzania danych osobowych, na której może się oprzeć, gdy zgody zebrać się nie da. Problem w tym, że pojęcie to jest nieprecyzyjne i podatne na sądową interpretację. Dodatkowo, żeby przetwarzanie było legalne – zawsze musi przeważać nad prawami osób, których dane są przetwarzane.
Jest jeszcze jedna przestrzeń, w której cały ten problem ujawnia się w sposób szczególnie jaskrawy – stadion. Burdzanowska pyta retorycznie: – Może się zdarzyć, że usiądzie obok siebie pan z panią, którzy niekoniecznie powinni być tam razem widziani. Ale co w takim razie ma zrobić telewizja realizująca transmisję na żywo? Zbierać zgody?
Sokołowski zauważa, że kibice doskonale rozumieją, jak działa monitoring – i potrafią go omijać lepiej niż niejeden prawnik. – Gdy chcą odpalić race, najpierw wyciągają wielkoformatową sektorówkę, zakładają maski, robią swoje, a potem zdejmują maski i chowają flagę. W ten sposób omijają system – opowiada.
NOWA PERSPEKTYWA
Dr Elżbieta Pawlak-Hejno, medioznawczyni z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, zajmuje się badaniem historii prasy. Porównując dawne materiały ze współczesnymi, widzi zmianę, której nie sposób nie zauważyć. – Przeglądając współczesne publikacje pod kątem fotojournalizmu, zauważam, że wyraźnie zmienia się perspektywa prezentacji bohaterów. Dziś bohaterem reportażu staje się najczęściej bohater zbiorowy, a kadry są komponowane tak, by uniemożliwić lub maksymalnie utrudnić identyfikację poszczególnych osób.
Konsekwencje tego, jej zdaniem, odczujemy za kilkadziesiąt lat. – Archiwa narodowe staną przed ogromnym dylematem: co z tych zbiorów będzie można legalnie zdigitalizować i w jaki sposób je udostępniać? Żeby je zobaczyć, trzeba będzie celowo udać się do muzeum, biblioteki czy archiwum.
Media społecznościowe tę lukę wypełniają tylko częściowo. Owszem, tam ludzie dobrowolnie pokazują twarze. Ale, jak zaznacza medioznawczyni, perspektywa amatorskich selfie jest zupełnie inna niż praca profesjonalnego fotoreportera z reporterskim okiem. Przeciętny użytkownik sieci rzadko próbuje uchwycić jeden przełomowy moment. Publikuje materiały pamiętnikarskie albo – przeciwnie – bardzo mocno wystylizowane. – Te publikacje pozwalają nam wprawdzie zobaczyć kontekst i ludzkie twarze, ale nie mają tej unikalnej wartości, którą wnosi zawodowy dokumentalista.
Burdzanowska stawia to samo pytanie inaczej: – Sama jestem ciekawa, jak będą wyglądały współczesne archiwa fotograficzne za kilkadziesiąt lat. Czy zostaną nam same zdjęcia tyłów głów i pleców?
***
Ten tekst Klaudii Kowalczyk pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 07-08/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Sofią Lebedievą, Leszek Kraskowski i premier Tusk dla wybranych
Klaudia Kowalczyk











