Temat: na weekend

Dział: WARSZTAT

Dodano: Październik 22, 2021

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Podejść jak najbliżej. Warsztat dziennikarski z relacjonowania demonstracji ulicznych

Przed transmisją online trzeba zrobić porządną kwerendę, bo w czasie nagrania nie ma już czasu, żeby cokolwiek sprawdzać czy zaglądać do notatek – radzi reporter OKO.press Maciek Piasecki, który za pomocą smartfona relacjonuje demonstracje uliczne.

Zazwyczaj transmisje online na Facebooku prowadzą wolni strzelcy, określani jako dziennikarze obywatelscy. W redakcjach polskich mediów to wciąż dodatek, choć na świecie ten format to już pozycja obowiązkowa. Od kilku lat mówi się nawet o mobile journalism.

W OKO.press, gdzie pracuję, transmisje z wydarzeń ulicznych robione za pomocą telefonu to moje główne zajęcie, a dla redakcji to jeden z naszych stałych formatów. Okazał się na tyle popularny, że w sierpniu 2020 roku postanowiliśmy wykorzystać tę formę relacji także w czasie protestów na Białorusi.

WYSTARCZY TELEFON

Technicznie rzecz ujmując, nie ma nic prostszego, niż zrobić stream z wydarzenia takiego jak protest. Wystarczy smartfon, bo gigabajty mobilnego internetu to wydatek rzędu kilku złotych. Klasa sprzętu ma znaczenie marginalne, bo jakość obrazu i tak zależy od szybkości transferu, choć lepiej nie próbować bez połączenia LTE. Warto za to zainwestować w mikrofon na przedłużaczu, w najprostszą stabilizację obrazu w rodzaju selfie sticka (wystarczy taki za 20 zł) i powerbank, bo nie ma nic gorszego niż rozładowująca się bateria w trakcie zdarzenia.

O dziwo, profesjonalna stabilizacja czy duża kamera w przypadku takich ulicznych zdarzeń może okazać się bardziej problemem niż atutem. Nieraz się przekonałem, że tylko filmowanie za pomocą telefonu pozwala podejść najbliżej różnego rodzaju zajść. W takim miejscu powinien być współczesny reporter. Czasy klasycznego prezentera w garniturze, który komentuje wydarzenia z oddali i wraca do redakcji, gdy tylko operator złapie standardowe ujęcia, przemijają. W mediach społecznościowych liczy się akcja. Dlatego coraz częściej także w tradycyjnej telewizji widzimy zdjęcia robione przez reporterów ze smartfonami w ręku.

PREMIEROWA „KLĄTWA”

Pierwszy live zrealizowałem na początku 2017 roku sprzed Teatru Powszechnego w Warszawie, który otoczyli nacjonaliści, usiłując sterroryzować publiczność sztuki „Klątwa”. Pracowałem dla polskiej redakcji Vice – medium, które próbowało wówczas odejść od wizerunku głupawej stronki o imprezach i używkach i stać się solidnym źródłem informacji dla młodych ludzi. Ani ja, ani nikt z naszej ówczesnej mikroredakcji nie był przygotowany i nie wiedział, jak taka transmisja powinna wyglądać. Poszedłem na żywioł, mówiąc w redakcji, że zamiast standardowego zdjęcia i tekstu zrobię transmisję online. W małych redakcjach łatwiej o eksperyment, a nasze siostrzane redakcje w innych krajach też zaczynały kombinować z tym formatem.

W tamtym czasie miałem za sobą kilka semestrów studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Warszawskim (ostatecznie wybrałem studiowanie historii sztuki), kilka lat przepracowanych zarówno w papierowych magazynach, jak i portalach, epizod w Polsat News i raczkującym dziale wideo WP.

Pracy na żywo nauczyłem się jednak w firmie produkującej mało ambitne teleturnieje w Budapeszcie i nie przypuszczałem, że tak szybko mi się przyda. To były czasy, kiedy kryzys ekonomiczny dawał w kość redakcjom, zmuszając do zwolnień i rezygnacji z freelancerów. Ale bycie freelancerem nauczyło mnie odwagi, by ryzykować, i pokory, co zresztą uznaję za podstawową cechę w zawodzie dziennikarskim.

Z tego rodzaju mieszanym doświadczeniem przed Teatrem Powszechnym po raz pierwszy wcisnąłem w telefonie przycisk „Uruchom transmisję”, po chwili będąc świadkiem publicznej modlitwy, wyrywania baneru kontrdemonstrantom i pościgów w dymie rac. Okazało się, że ludzie chcą oglądać takie dłuższe nagranie, a na dodatek żadna duża stacja nie miała tam tego dnia ekipy z operatorem.

Od tego czasu właśnie demonstracje są moim głównym punktem zainteresowania. Z jednej strony to tradycyjny medialny temat. Z drugiej – daje bardzo dynamiczny obraz i wiele punktów zaczepienia, na których można oprzeć narrację. Skala, przekrój demograficzny, hasła i transparenty, zachowanie policji, kontrdemonstracje, przemówienia, atmosfera – każdy z tych elementów jest ciekawy i daje spektrum możliwości, by o nim opowiedzieć z offu. Unikam konferencji prasowych i wieców partyjnych, na których teoretycznie też może się coś zadziać, ale mam w pamięci rady Seweryna Blumsztajna – z okresu, kiedy odbywałem staż w „Gazecie Stołecznej” – który uczulał, żeby rozmawiać ze zwykłymi ludźmi, a nie politykami. No i demonstracje mają niesamowity walor newsowości, w OKO.press dodatkowo wzmocnionej misją kontroli społecznej i pokazywania inicjatyw obywatelskich.

OBKUĆ SIĘ Z TEMATU

Żeby powstała dobra transmisja, nie wystarczy tylko sprzęt. Trzeba zrobić porządną kwerendę i obkuć się z tematu, bo w czasie nagrania nie ma już czasu, żeby cokolwiek sprawdzać, rzadko też jest chwila, żeby spojrzeć do notatek. Wiedza potrzebna jest do stworzenia narracji, w której istotną rolę odgrywają pytania.

Sprawdza się stara zasada, że dziennikarz powinien umieć przewidzieć odpowiedź rozmówcy. Zawsze oczywiście przydaje się doza kreatywności i odrobina uporu graniczącego z bezczelnością, szczególnie gdy nie jest się mile widzianym przez służby porządkowe albo nawet samych uczestników danego wydarzenia.

Tak było w czasie strajku przedsiębiorców rozżalonych wprowadzonym w marcu lockdownem. Kiedy policja użyła siły i gazu przeciw pokojowemu zgromadzeniu, funkcjonariusze bardzo nie chcieli, by jakikolwiek reporter rejestrował tę akcję. Wtedy, jak zresztą wielokrotnie wcześniej i później, byłem przeganiany pod pozorem „utrudniania pracy funkcjonariuszom” albo rzekomej troski, że „jest niebezpiecznie”.

W takiej sytuacji trzeba szukać jakiejś luki – w końcu nasi odbiorcy mają prawo do informacji.

Dobrze zapamiętałem słowa Roberta Kowalskiego, weterana telewizji, który w swoim chłodnym stylu kazał mi być zawsze tam, gdzie dzieje się akcja, nie zważając na okoliczności. Wiem, że jeśli popełnię błędy warsztatowe, mogę liczyć na konstruktywną krytykę jego i reszty naszego zespołu, w tym nagrodzonej Grand Press Bianki Mikołajewskiej, reportera i wykładowcy akademickiego Adama Leszczyńskiego czy doskonałego redaktora z doświadczeniem Edwarda Krzemienia, z którymi zdarzały mi się długie rozmowy o poszczególnych materiałach.

Z porad Roberta Kowalskiego korzystam często, bo pomagają mi poprawić sposób filmowej narracji. Ostatnio uczulał mnie, że lepiej jest zacząć od dobrego, coś mówiącego ujęcia niż kadru ze sobą, choć na licznych szkoleniach podkreślają, jak niezwykle ważna jest wartość osobistego poręczenia konkretnego dziennikarza. Ponieważ niespecjalnie zależy mi na epatowaniu własnym wizerunkiem, z radością przyjąłem tę radę i od tej pory szukam takich wymownych kadrów, które są esencją danego wydarzenia.

NIE POTKNĄĆ SIĘ

W czasie transmisji trzeba pilnować wielu elementów: kadru, dźwięku, połączenia, sekcji komentarzy, dynamiki narracji, szukać rozmówców, a przy tym jeszcze nie potknąć się o krawężnik. Kiedy sytuacja jest gorąca, trzeba lawirować między np. niechętnymi mediom nacjonalistami, a policją używającą gazu (tak było na lubelskim Marszu Równości w 2018 roku). Dlatego w trakcie takich zdarzeń nie myśli się o pięknie skadrowanym obrazku, bo jego wartość w takiej sytuacji jest gdzie indziej – w byciu w epicentrum zdarzeń.

Gdy wiadomo jednak, że więcej będzie statycznych przemówień z platformy, warto zadbać o kompozycję. Ale i wtedy zdarza się, że wyskakuje coś niespodziewanego, jak rwące połączenie, bo w jednym miejscu znajduje się za dużo osób (tak było w tym roku podczas Godziny W w centrum Warszawy) i trzeba kombinować naprędce, jak doprowadzić transmisję do końca, przemieszczając się tam, gdzie połączenie internetowe zadziała bez zarzutu.

Niezależnie od wszystkiego staram się podejść jak najbliżej, pokazać to, co w danej chwili najważniejsze. No i nie wchodzić innym relacjonującym w kadr.

ZACZĄĆ OD OBSERWACJI

Filmowanie zwykle zaczynam w momencie rozpoczęcia danego wydarzenia. Wcześniej obserwuję, wyczuwam atmosferę, szacuję skalę. Staram się zostawać możliwie do końca i często dopiero wtedy zadaję pytania i rozmawiam z uczestnikami. Dlaczego nie na początku? Po transmisji zarejestrowany film obejrzy dwa–trzy razy więcej ludzi, niż oglądało na żywo, więc warto szanować ich czas i wejść od razu z tzw. mięsem. To przykuwa uwagę. Oprócz filmowania bardzo ważne jest to, co się mówi w trakcie transmisji, jak opowiada się o zdarzeniu, którego jest się świadkiem i relacjonującym. I tu też warto nie kombinować, szczególnie na początku, i trzymać się nieśmiertelnego klasycznego zestawu: kto, co, gdzie, kiedy i dlaczego. Jeśli reporter się do tego zastosuje, nie ma szansy popełnić błąd.

Nie ma też co zakładać, że widz dokładnie wie, co właśnie widzi na ekranie, więc trzeba opowiadać o wszystkim, co się dzieje w kadrze i poza nim. Do tego wszystko, co pamięta się z kwerendy, czyli naświetlić tło wydarzeń – choćby to były podstawy, lepiej założyć, że widz traktuje oglądany materiał jako główne źródło informacji.

Za najważniejsze uważam jednak wywiady. Nasz naczelny Piotr Pacewicz zachęcał mnie, aby więcej rozmawiać z ludźmi o osobistych emocjach i motywacjach. Paradoksalnie niektórzy doceniają, że występują w transmisji na żywo, np. ośmieliło to zwolenników Donalda Trumpa w czasie jego wizyty w Warszawie, bo przestali się obawiać, że zostaną przez media niekorzystnie zmontowani. 

W CIĄGŁYM KONTAKCIE Z WIDZAMI

W OKO.press bardzo mocno stawiamy na interakcję z odbiorcami, a każdy podstawowy poradnik do transmisji zachęca do rozmów z komentującymi. W bardziej statycznych momentach, jak przemówienia czy po zakończonej rozmowie, staram się przeglądać komentarze, odpowiadać na pytania, mitygować wulgarnych uczestników dyskusji (nawet odrobinę ostentacyjnie, po to, by społeczność wiedziała, że zależy nam, by być platformą merytorycznej wymiany zdań, a nie wojenki politycznej; osoby nienawistne bezwzględnie blokujemy). Często zachęcam, by widzowie proponowali pytania czy zagadnienia, na które chcieliby poznać odpowiedź od uczestników danego wydarzenia – to czasem wytrych do zadania nieprzyjemnego pytania, bo formułka „nasi komentujący pytają…” sugeruje rozmówcy, że to nie ja osobiście mam jakieś zastrzeżenia do idei, którą moi rozmówcy reprezentują, więc nie buduje atmosfery konfrontacji. Niewygodne pytania, szczególnie te obecne w publicznej debacie, trzeba zadać nawet tym, których postulaty są bliskie dziennikarzowi bądź redakcji.

Tak postrzegam zasadę bycia reporterem relacjonującym, a nie aktywistą forsującym jedną z opcji sporu.

Pozostawanie w kontakcie z użytkownikami, odnoszenie się do ich komentarzy na bieżąco w trakcie transmisji i po jej zakończeniu to działanie kluczowe dla budowania lojalności – szczególnie ważnej dla nas jako medium fundowanego niemal w całości przez społeczność, bez reklam czy paywalla.

Komentarze, jak to w internecie, bywają wulgarne czy nienawistne, jednak z merytoryczną krytyką warto wchodzić w dyskusję.

Bywałem oskarżany np. o prowokowanie, głównie przez sympatyków nacjonalizmu, jak podczas pochodu organizowanego przez skrajną prawicę w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Kiedy jedna z Obywatelek RP wkradła się na trybunę, a ja chciałem nagrywać jej wymianę zdań z organizatorami, drogę zagrodzili mi wolontariusze straży Marszu Niepodległości. Pokazując legitymację dziennikarską i odblaskową opaskę „Press”, nalegałem, by mnie wpuścili, tym bardziej że rozstąpili się przed Marcinem Rolą z serwisu wRealu24, jawnie sympatyzującym z obozem władzy i ugrupowaniami na prawo od niego.

NIE DAĆ SIĘ STERRORYZOWAĆ

W czasie wspomnianej rocznicy powstania zostałem kilkakrotnie uderzony, próbowano wytrącić mi sprzęt, agresywnie wypchnięto poza teren zgromadzenia. Nie pierwszy raz zresztą spotkałem się z przemocą, zawsze były to grupy nacjonalistów. Podczas kontrdemonstracji przeciw Marszowi Równości w Lublinie w 2018 roku zniszczono mi telefon, podbito oko, okładano pałką po plecach. To pokazuje, jak narasta problem agresji skrajnych grup wobec dziennikarzy nielubianych przez nich mediów. Zawsze jednak idę na kolejną demonstrację w poczuciu, że my, dziennikarze, nie możemy dać się sterroryzować.

Problemem jest także to, że polska policja wydaje się nieprzygotowana na tego rodzaju ataki. Kuriozalna była sytuacja, gdy podczas transmisji z nacjonalistycznego marszu 1 sierpnia, po serii szturchnięć i prób zastraszenia przez organizatorów funkcjonariusze odciągnęli mnie na bok do wylegitymowania i wypraszali, twierdząc, że organizatorzy „nie życzą sobie mnie” na wydarzeniu. Oczywiście ta interwencja została zarejestrowana na streamie, a działania policji skrytykowały Helsińska Fundacja Praw Człowieka i Reporterzy bez Granic. Na demonstrację wróciłem.

W OKO.press nie kryjemy się z naszymi pryncypiami: wiarą w demokrację, naukę, prawa człowieka, równość obywateli bez względu na ich cechy, solidarność międzyludzką, jedność europejską jako gwarancję pokoju, dbałość o naturę i nasz gatunek w obliczu katastrofy klimatycznej. Są wśród nas osoby o światopoglądach lewicowych, liberalnych i religijnych. Dla niektórych to już powody, by uznać naszą obecność za „prowokację”. Na szczęście dzięki temu, że wszystko transmitowane jest na żywo, każdy atak jest jednocześnie dziennikarskim świadectwem, a brak możliwości montażu zbliża nas o kilka kroków do ideału obiektywizmu. Oczywiście mam świadomość, że już sam wybór tematu, rozmówców, pytań, późniejsze opakowanie tytułem na stronie czy w skrótach na Instagramie jest subiektywny. Ale staram się na każdym polu działać zgodnie z etyką, a widzom dać poczucie, że oglądają moją transmisję, ale ze zdarzeń, które pokazuję szeroko i z różnych punktów widzenia, bez kombinowania z montażem czy kadrem.

Analiza oglądalności na pewno jest ważna, ale staram się nie traktować jej jako wyroczni. Podobnie jest z klikami – wiadomo, że więcej ludzi przyciągnie demonstracja przeciwko ministrowi Ziobrze niż akcja Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, ale to nie znaczy, by ten drugi temat traktować po macoszemu.

TYTUŁ MA ZNACZENIE

Zdarza się, że wydarzenie z ciekawymi gośćmi i wieloma zainteresowanymi na Facebooku, ale na miejscu zjawia się garstka ludzi. Tak było na pikiecie przeciw paleniu książek przez księży, gdzie przemawiali m.in. laureatka Paszportu „Polityki” Sylwia Chutnik i Adam Michnik. To był jeden z nielicznych przykładów, kiedy zrezygnowałem z transmisji i tylko nagrałem przemówienia do późniejszego wykorzystania. Zdarza się, że wydarzenie opóźnia się w nieskończoność, że pada i wieje tak, że sprzęt wysiada, że przez nagromadzenie ludzi w jednym miejscu siada sieć komórkowa, że żyroskop w telefonie obróci obraz o 180 stopni albo kabel nie styka.

Czasem wyzwaniem jest nawet nadanie tytułu transmisji, kiedy nie wiadomo do końca, co się będzie działo. Doświadczenie pokazuje, że dobrze działają znane nazwiska, a w tytule lepiej napisać prosto i ogólnie niż z nadmiarem szczegółów. Nie sprawdzają się nazwy instytucji, organizacji, za to informacje o dużej skali danego wydarzenia jak najbardziej. Tytuł zwykle przygotowuję sobie, jadąc na miejsce, w aplikacji do notatek, a potem przeklejam, ewentualnie modyfikując. Większe pole do popisu mam wtedy, gdy zerwie się połączenie i trzeba wrócić z transmisją: wtedy trzeba napisać coś nowego, ale ma się też więcej informacji o wydarzeniu. Zdarzało mi się w ferworze odpalać przerwaną transmisję bez tytułu – oglądalność nie spadała, jednak nasz specjalista ds. mediów społecznościowych Mikołaj Maluchnik zwraca uwagę, że to niekorzystnie wpływa na potransmisyjne życie materiału.

PRZYGOTOWAĆ SIĘ NA NIEOCZEKIWANE

Zdarzają się sytuacje nie do przewidzenia. Kiedy towarzyszyłem aktywistom Obozu dla Klimatu w ich akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa w kopalni węgla pod Koninem, kręciłem interwencję policji, która usiłowała ich wylegitymować. Kiedy w końcu puszczono ich wolno, po kilku minutach wyłączyłem kamerę.

To było też ciekawe doświadczenie, bo wielkopolscy policjanci otwarcie dyskredytowali moją transmisję aż do momentu, gdy zorientowali się, że z drugiego telefonu dzwonię z pytaniami do ich rzeczników i do prokuratury. Kiedy na chwilę usiadłem z innymi dziennikarzami, żeby odpocząć, nagle usłyszeliśmy syreny, a aktywiści rzucili się do ucieczki w kierunku lasu. Miałem żal do siebie, bo chwilę wcześniej skończyłem nadawać.

Od razu odpaliłem transmisję na nowo. Kiedy ustawiałem stream, moi bohaterowie zniknęli mi już jednak z pola widzenia i przez ponad 20 minut kręciłem pusty las, relacjonując, co zaszło chwilę wcześniej. Potem ktoś porównał to do meczu piłkarskiego, gdzie komentator musi podtrzymywać emocje, nawet gdy na boisku nie dzieje się zupełnie nic ciekawego. Oglądalność, liczona w czasie rzeczywistym, spadła tylko nieznacznie. W końcu jednak dotarliśmy do rozproszonych grupek, a materiał nieźle oddał atmosferę tego rodzaju akcji.

Innym razem kwadrans po zakończeniu transmisji Obywatele RP skryli się po demonstracji w hotelowej restauracji, bo policja chciała zaaresztować ich baner. Służby zresztą nieraz przystępują do zdecydowanej akcji w momencie, gdy znikają kamery stacji telewizyjnych – tak było podczas pacyfikacji nocnej demonstracji strajku przedsiębiorców pod KPRM. Zdarzało mi się pytać widzów, czy chcą, żebym gdzieś został, gdy nie działo się już nic ciekawego, czasem wracałem z transmisją, czasem robiłem dodatkowy krótki film, który szedł potem w artykule czy na Twitterze. Zwykle, zanim skończę, zastanawiam się, czy wszystkie wątki zostały wyczerpane i czy dostałem ciekawe odpowiedzi na wszystkie pytania warte zadania. Powszechnie uważa się, że Facebook preferuje dłuższe live’y, ale to nie znaczy, że każdy film ma mieć trzy godziny. Zazwyczaj zamykam się po godzinie–półtorej. Dobrym wyznacznikiem jest też licznik oglądalności – jeśli zaczyna spadać, to można śmiało się pożegnać.

WEJŚĆ W NISZĘ

Do redakcji OKO.press trafiłem pod koniec 2018 roku, po przysłaniu kilku ciepło przyjętych tekstów na zaproszenie jednego ze znajomych dziennikarzy. Zakładaliśmy z początku, że będę przede wszystkim pisał, a relacje będą tylko dodatkiem, tak jak były dla wykonujących je wcześniej Dominiki Sitnickiej i Antona Ambroziaka. Role w naszej redakcji potrafią się jednak płynnie zmieniać. Ta elastyczność ludzi i kierownictwa to jeden z atutów naszego zespołu. Dominika Sitnicka, ekspertka w temacie praworządności i praw człowieka, miała z początku zajmować się obecnością OKO w mediach społecznościowych. Hanna Szukalska, która koordynuje pracę czteroosobowego zespołu multimediów, kiedyś robiła ilustracje jedynie jako część etatu, pisząc zgodnie z wykształceniem o urbanistyce i psychologii. Mało kto pamięta, że Robert Jurszo, znany z tekstów o klimacie i ochronie przyrody, kronikował niegdyś następstwa katastrofy smoleńskiej.

Pole filmowe było w dużej mierze niezagospodarowane – poza moimi relacjami powstawały (i wciąż powstają) dopieszczone, realizowane z operatorem i montażystą wywiady i reportaże Roberta Kowalskiego. Szukałem sposobów, jak uzupełniać jego pracę, więc postawiłem na transmisje z wydarzeń, zacząłem cyklicznie realizować nasze podcasty (obecnie ich prowadzenie przejęła w dużej mierze Agata Szczęśniak) czy ekspresowe w realizacji wrzutki na media społecznościowe z krótkimi wypowiedziami redaktorów i autorów o tekstach na stronie. Ten ostatni format, z konieczności realizowany amatorsko z domów, stał się zresztą naszym chlebem powszednim podczas epidemicznego lockdownu, kiedy na ulicach nie było czego transmitować na żywo.

WARTOŚĆ PRACY W REDAKCJI

Pewnie mógłbym próbować robić to, co robię, nawet gdyby OKO.press nie okazało mi zaufania, np. zbierając fundusze przez Patronite. Nagrywający podobnie jak ja dziennikarze obywatelscy z takich serwisów WWW jak Włodek Ciejka TV, Telewizja Obywatelska, Pavlo Press i innych, osiągają oglądalność porównywalną z profilami dużych mediów. Wykonują przy tym ważną pracę, a korzystając z ich ujęć, profesjonalni dziennikarze mogą lepiej odtwarzać przebieg wydarzeń. Sam wielokrotnie porównywałem swoje zapisy z ich nagraniami, by lepiej opisać, co się działo, a np. Michałowi Szymanderskiemu-Pastrykowi ze Społecznej Inicjatywy Medialnej zawdzięczam nagrania z ataku w Lublinie, w którym zniszczono mi sprzęt.

Bez redakcyjnego zaplecza nie da się jednak uzyskać tej samej jakości, choćby nie wiem jak utalentowany i pracowity był autor.

Działanie w zespole daje także lepsze możliwości dotarcia, choćby dzięki temu, że nawet podczas transmisji dziennikarz dyżurujący w redakcji może już wkładać fragmenty relacji na stronę – a nasz specjalista od social mediów Mikołaj Maluchnik zadba potem o właściwą reklamę, jeśli materiał jest wart dodatkowych nakładów.

Kiedy filmując, trafiam na rozmówców siejących teorie spiskowe, mogę odesłać widzów do tekstów moich koleżanek i kolegów, ukazujących dany problem w szerszym kontekście. Jest też poczucie bezpieczeństwa, bo jeśli cokolwiek by mi się stało, redakcja jest w gotowości, by mi pomóc – niezależnie od tego, czy chodzi o białoruską milicję, czy polskich osiłków.

Maciek Piasecki

Pozostałe tematy weekendowe

Fotograf Wojciech Wilczyk: Nie ufam sobie, kiedy robię...
Dlaczego szef „Bilda” musiał odejść. „Chcę poczuć twoje...
Polska Agencja Propagandowa. Prezes PAP...
* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.