Multidzienniki
W newsroomie „Pulsu Biznesu” redaktorzy odpowiadający za materiały do gazety siedzą obok dziennikarzy zajmujących się Internetem. (fot. Piotr Król/Press)
Wydawcy dzienników burzą mentalny mur w głowach swoich dziennikarzy, który każe im oddzielać pracę dla druku i Internetu
Z podwyższenia w newsroomie łódzkiego „Expressu Ilustrowanego” widać całą redakcję. Dziennikarze mają też kontakt wzrokowy z tym, który na nich stamtąd patrzy. Kilka lat temu siedział tam redaktor odpowiadający za wydanie drukowane dziennika, dziś – zastępca redaktora naczelnego ds. Internetu Tomasz Jabłoński. – Ma bezpośredni kontakt z wszystkimi w redakcji. Gdy tylko trzeba szybko podać jakąś informację na stronie internetowej, może się skontaktować z reporterami pracującymi w terenie – tłumaczy Marcin Kowalczyk, redaktor naczelny dziennika.
W redakcjach innych gazet codziennych też już nastąpiła zamiana miejsc: redaktorzy odpowiedzialni za serwisy internetowe przesiedli się z biurek w kątach newsroomów na ich środek. – Zakazałem mówienia, że ktoś pracuje w „Gazecie Wyborczej”, a ktoś inny w serwisie Wyborcza.pl. Wszyscy jesteśmy „Gazetą Wyborczą” – informuje Roman Imielski, sekretarz redakcji „GW”.
Ta nowa rzeczywistość wymaga zmian w organizacji pracy i przyzwyczajeniach dziennikarzy.
Kamera zamiast notatnika
Tomasz Jabłoński z „Expressu Ilustrowanego” nawyki zmienił już kilka lat temu. 19 października 2010 roku, kiedy był dziennikarzem tego lokalnego tytułu, odebrał telefon z informacją, że jakiś mężczyzna biega z nożem po pasażu Schillera w centrum Łodzi. Zanim wsiadł do samochodu, złapał nie dyktafon czy notatnik, lecz małą kamerę. – Gdy dojechałem na miejsce, okazało się, że facet biegał nie z nożem, tylko z pistoletem – opowiada. – Zobaczyłem, jak policjanci prowadzą go do samochodu. Włączyłem kamerę, podszedłem bliżej, a on powiedział mi do kamery, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego – dodaje. W ten sposób zarejestrował Ryszarda Cybę, który chwilę wcześniej w biurze poselskim Prawa i Sprawiedliwości zastrzelił Marka Rosiaka. Jabłońskiemu udało się jeszcze nagrać relacje świadków, którzy byli w budynku, gdy Cyba oddawał śmiertelne strzały.
Półtoraminutowy film został umieszczony w serwisie internetowym „Expressu Ilustrowanego”. Serwery ledwo radziły sobie z ruchem na stronie. Podział na Internet i papier w tym przypadku nie miał żadnego znaczenia: materiał łódzkiego dziennika dostępny był dzień przed ukazaniem się gazety w druku. – Nikt inny nie miał materiału filmowego z zatrzymania tego człowieka. Nasz film pokazywały największe telewizje – wspomina z dumą Marcin Kowalczyk.
Od tamtego czasu Expressilustrowany.pl stawia na multimedia. – Mniej tekstu, więcej zdjęć – mówi Kowalczyk. Kiedy więc 4 listopada br. w Łodzi rozpoczął się remont newralgicznej Trasy W-Z i całe miasto stało w korkach, na stronie Expressilustrowany.pl wczesnym popołudniem było już ponad 120 zdjęć z zakorkowanych ulic. Robili je reporterzy gazety i nadsyłali czytelnicy. A gdy redaktor zauważył, że na witrynie konkurencyjnej „Gazety Wyborczej Łódź” jest tylko kilka zdjęć z zakorkowanych ulic, pomyślał: „Niech ich czytelnicy pooglądają sobie nasze” – i umieścił link do Expressilustrowany.pl na... forum dyskusyjnym łódzkiej „GW”.
Wideo napędza ruch
Jak ważna stała się dla dziennikarzy tej łódzkiej redakcji praca z kamerą, pokazuje dział Express TV z materiałami filmowymi. Nie brakuje tam produkcji własnych „Expressu”. – Nasi dziennikarze nie pracują w redakcji, tylko na ulicach. Postanowiliśmy to wykorzystać. Kiedy widzą coś ciekawego, powinni to nagrać – wyjaśnia naczelny.
– W redakcji mamy trzy kamery, ale dziennikarze noszą przy sobie smartfony, którymi też mogą nagrywać – dodaje Jabłoński.
Kilku reporterów nauczyło się obsługiwać program do montażu wideo, który został zainstalowany na jednym z redakcyjnych komputerów. – Dziennikarz, który nagrał film, może tu go zmontować i wrzucić na Express TV – tłumaczy naczelny.
Dziennikarz, który nagra materiał wideo dla Express TV, pisze też krótki tekst. Ten umieszczany jest w serwisie Expressilustrowany.pl. Teksty zamieszczone w Internecie czasami są wykorzystywane w wersji drukowanej gazety. – Z czytelnikami komunikujemy się prostym językiem, więc nie ma znaczenia, czy tekst powstawał na potrzeby Internetu, czy papieru. W gazecie ten tekst może być o akapit dłuższy, gdy na przykład dziennikarz zdobędzie komentarz – tłumaczy Kowalczyk.
– Niektóre nasze ekskluzywne materiały z gazety dajemy do serwisu w dniu wydania. Jednak ich publikację odkładamy trochę w czasie, żeby najpierw przeczytali je ci, którzy kupili gazetę. Przy innych materiałach, do których mamy na przykład film, dopisujemy w wersji drukowanej, że wideo można zobaczyć na naszej stronie internetowej – dodaje Tomasz Jabłoński.
Po godzinie cały artykuł
Na stronach wydarzeniowych „GW” jest wybita informacja: „Wyborcza.pl wychodzi 24 godziny na dobę”. Niewiele przesadzają, bo praca w Wyborcza.pl zaczyna się o 6.30, gdy do redakcji przychodzi wydawca serwisu. Może już sprawdzić, czy materiały z bieżącego wydania drukowanego „GW” pojawiły się automatycznie na stronie. Decyzja, które to mają być, zapada poprzedniego dnia wieczorem.
– Nieważne, na jakim nośniku chcemy coś przekazać jako „Gazeta Wyborcza”. Dlatego próbujemy się na nowo zorganizować – mówi Wojciech Fusek, zastępca redaktora naczelnego ds. cyfryzacji „GW” (przy czym podkreśla, by nie mylić serwisu Wyborcza.pl z portalem Gazeta.pl).
– Jeżeli chcemy przekonać naszych czytelników do serwisu internetowego, nie możemy działać na zasadzie: „Dziś, czytelniku, damy ci ogryzek w Internecie, a więcej przeczytasz sobie jutro w gazecie”. Trzeba działać od razu, i to jak najlepiej – stwierdza Roman Imielski z „GW”.
O 7 rano do wydawcy Wyborcza.pl dołącza trzech dziennikarzy. – Śledzą agencje informacyjne i inne media. Rano politycy wypowiadają się w mediach elektronicznych. Nasi dziennikarze tego słuchają i gdy ktoś powie coś ważnego, razem z wydawcą decydują, czy umieszczać daną wypowiedź na stronie – opowiada Imielski z „GW”.
A gdyby dziennikarze usłyszeli wypowiedź premiera Donalda Tuska, że rezygnuje z urzędu? – Po minucie musielibyśmy mieć na stronie przynajmniej jedno zdanie: „Donald Tusk: Odchodzę”. Dodalibyśmy informację: „Artykuł aktualizowany” – mówi Imielski. Wzorem są zasady obowiązujące w serwisie internetowym BBC: gdy się dzieje coś ważnego, najpóźniej po pięciu minutach musi być na stronie gotowa informacja o tym; po 20 minutach muszą być już trzy akapity, a po godzinie przyzwoity artykuł.
O 9 przychodzi drugi wydawca. Ma godzinę na zorientowanie się, co się wydarzyło i co jest na stronie. O 10 zaczyna się kolegium redakcyjne. Wydawca odpowiedzialny za Wyborcza.pl opowiada, co się wydarzyło od rana. – Mówi też, co ludzie czytają w serwisie, bo z tego można wywnioskować, jaki temat warto pociągnąć w gazecie – tłumaczy Roman Imielski. – Zgłasza też prośby do dziennikarzy działów „Gazety”, żeby mu pomogli przy tekstach. Następnie działy zgłaszają swoje tematy. Wtedy decydujemy, co z tego od razu dajemy do Internetu, a co zachowujemy tylko do gazety – wyjaśnia.

Kilka lat temu na podwyższeniu w newsroomie „Expressu Ilustrowanego” siedział redaktor odpowiadający za wydanie drukowane dziennika, dziś – zastępca redaktora naczelnego ds. Internetu (fot. Express Ilustrowany)
CMS – tętno pracy
Jeszcze kilka lat temu dziennikarze „GW” obserwowaliby Marsz Niepodległości, zbierali na miejscu komentarze i informacje, po czym wróciliby do redakcji i zasiedli przed komputerem, by ich czytelnicy dowiedzieli się następnego dnia, co naprawdę wydarzyło się podczas demonstracji.
Dziś o takim systemie pracy trzeba zapomnieć. CMS pozwalający umieszczać wpisy w czasie rzeczywistym powoduje, że w serwisie co kilka chwil publikowany jest kolejny wpis o tym, jak rozwija się sytuacja. – Przy okazji takich wydarzeń, jak te z 11 listopada, znika podział na dziennikarzy internetowych i piszących do papieru. Do obsługi delegowana jest grupa dziennikarzy i rozdzielane są zadania: kto zajmuje się bezpośrednią relacją, kto pracuje na mieście, kto napisze szybko komentarz na stronę internetową i potem ewentualnie poprawi go do wersji drukowanej, a kto zbierze to wszystko i napisze relację do gazety – wyjaśnia Roman Imielski.
Jak dziennikarze przyzwyczajeni przez lata do rytmu dnia wyznaczonego przez drukarnię reagują, gdy wydawca internetowy prosi ich o napisanie czegoś na witrynę?
– Coraz lepiej. Na przykład dziennikarze działu Nauka więcej już piszą do Internetu niż do papieru, gdzie mają tylko jedną kolumnę. A w Internecie potrzebne są ich teksty – przekonuje Imielski. Przyznaje jednak, że w materiałach na Wyborcza.pl nadal zbyt mało jest multimediów dostarczanych przez dziennikarzy. – Dlatego wyposażamy wszystkich w smartfony, by gdy się coś dzieje, mogli nagrać film lub zrobić zdjęcie. Jakość takich materiałów nie jest wystarczająca na potrzeby gazety, ale w Internecie świetnie się sprawdzają – uważa sekretarz redakcji „GW”.
Opublikowane teksty od razu się promuje poprzez Twittera i Facebooka. W „GW” zajmuje się tym pięć osób.
Od świtu do 10 rano
– Kiedyś uważaliśmy, że robimy papierową gazetę i oprócz tego zajmujemy się Internetem. Teraz powinniśmy zdać już sobie sprawę z tego, że robimy Internet, a oprócz tego pracujemy nad papierowymi gazetami – mówi Bartosz Węglarczyk, zastępca redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”.
W redakcji tego dziennika podziału na dział online i resztę redakcji już nie ma. Po wakacjach wprowadzono system wydawców. – Oprócz tego, że odpowiadają za materiały do wersji drukowanej, zajmują się też publikowaniem materiałów ze swoich działów w serwisie Rp.pl – wyjaśnia Węglarczyk. I dodaje: – Zanim przyjdą na kolegium redakcyjne o 10, muszą już być po wykonaniu porannych obowiązków przy serwisie. Sam zasuwam od 6 rano i chciałbym, żeby wszyscy też o tej porze pracowali, ale nikogo zmuszać nie mogę. Jednak do 10 na stronie muszą być opublikowane najważniejsze bieżące informacje – mówi Węglarczyk.
Od świtu do 10 – wbrew mniemaniu tych, którzy śpią dłużej – dużo się dzieje. Zwykle już politycy zdążą w radiu lub telewizji kogoś obrazić, są informacje ze świata, na które reagują giełdy na Wschodzie. – Wydawca do 10 rano musi decydować, co z tego wybiera na stronę. Pewnie kiedyś dojdzie do tego, że kolegia w redakcjach gazet będą się odbywały w godzinach 6–6.30. Bo żyjemy w czasach, gdy powinniśmy mieć dla czytelników gotowy komplet informacji do godziny ósmej – uważa Węglarczyk.
Podobnie jak w innych dziennikach, także w „Rz” wszyscy dziennikarze mają obowiązek śledzenia informacji i pisania na bieżąco do Internetu. Tekst trafia do wydawcy i przed umieszczeniem w sieci jest przez niego redagowany. – Gdy Jerzy Haszczyński latem pojechał do Egiptu relacjonować obalenie prezydenta, przysyłał materiały wideo nagrane iPadem. Żyjemy w czasach, gdy na świecie filmy nagrane tabletami i smartfonami dostają nagrody dziennikarskie – przypomina Bartosz Węglarczyk. On jest zwolennikiem zajawiania w serwisie materiałów, które ukażą się tylko w gazecie. – Mówię wtedy dziennikarzowi, żeby napisał tytuł i kilka tez z tekstu, a pod spodem poinformował, że cały materiał będzie do przeczytania w jutrzejszym wydaniu „Rzeczpospolitej” – opowiada.
Jeżeli natomiast tekst z serwisu wchodzi potem do wydania drukowanego, to w innej formie. – Gazeta papierowa powinna być zbiorem najciekawszych tekstów z serwisu internetowego, które ukazały się tam poprzedniego dnia – uważa Węglarczyk. – Z tym że te teksty powinny być wzbogacone w gazecie o inne elementy. Dlatego chciałbym, żeby nasi redaktorzy przestawili się na myślenie, że ich zadaniem każdego dnia jest przede wszystkim zrobienie dobrego Internetu i jednoczesne myślenie o tym, jak opracować te materiały i przygotować na następny dzień do gazety – dodaje.
W „Rz” dziennikarze i redaktorzy mają natomiast spokój z mediami społecznościowymi. Te obsługują dwa dwuosobowe zespoły pracujące dla wszystkich tytułów Gremi Business Communication. Duety te pracują na zmianę. Wcześniej automat co godzinę wypluwał do mediów społecznościowych niesamowite liczby postów z linkami do tekstów – jednak wydawca uznał, że to się nie sprawdza, bo tylko zaśmieca ludziom ich timeline.

Redakcje „Dziennika Gazety Prawnej” połączono w tym roku z serwisami Dziennik.pl, Gazetaprawna.pl i Forsal.pl. (fot. Piotr Król/Press)
Exclusive na Twittera
Na podwyższeniu w newsroomie „Pulsu Biznesu” siedzą redaktorzy odpowiedzialni za materiały do gazety, a obok nich – dwóch dziennikarzy zajmujących się Internetem. Pracują na dwie zmiany, od 6 do 23. – Dyżurny, który przychodzi o 6 rano, wrzuca do serwisu Pb.pl trzy teksty dziennie z wydania drukowanego. Ale redaktorzy wersji drukowanej w ciągu dnia mogą zdecydować, by któryś materiał od razu umieścić w serwisie – tłumaczy Przemysław Barankiewicz, redaktor naczelny Pb.pl. On sam rozpoczyna dzień od nagrania sześciosekundowego filmiku telefonem za pomocą aplikacji Vine: prezentuje tam bieżące wydanie „PB”. Potem filmik umieszcza na Twitterze. Internauci, którzy czytają właśnie serwis Pb.pl, bez otwierania Twittera widzą, że Barankiewicz już umieścił filmik. Na stronie głównej serwisu jest bowiem okienko, w którym wyświetlają się tweety z profilu „PB”.
– Okienko z tweetami przydaje się choćby do tego, że gdy dziennikarz ma ekskluzywnego newsa, wrzucamy zajawkę o tym na Twittera. Dzięki temu wszyscy mogą zobaczyć, że to nasza informacja – tłumaczy Przemysław Barankiewicz.
Dyżurny i wydawca dnia serwisu Pb.pl odpowiadają za obsługę newsów agencyjnych. Co kilka minut na Pb.pl pojawia się nowa informacja. Gdy redakcję Pb.pl odwiedziło kierownictwo szwedzkiego Bonnier Group i zobaczyło, jak szybko na stronie przybywa materiałów, pochwaliło Przemysława Barankiewicza za zastosowanie dobrego automatu do agregowania newsów agencyjnych. Naczelny Pb.pl wskazał wówczas na podwyższenie w newsroomie: – Oni podczas ośmiogodzinnego dyżuru nie wstają ze swoich miejsc.
W ciągu dnia dziennikarze „PB”, gdy idą np. na konferencję prasową, zabierają z sobą laptopa i od razu piszą relację. Trafia ona do wspólnej skrzynki, z której wydawca dnia może ją wziąć, zredagować i umieścić w serwisie. – Teraz wyposażamy dziennikarzy w tablety, by mogli szybko nagrać multimedia – informuje szef Pb.pl.

W redakcji „Gazety Wyborczej” wzorem są zasady obowiązujące w serwisie internetowym BBC: gdy się dzieje coś ważnego, najpóźniej po pięciu minutach musi być na stronie gotowa informacja o tym; po 20 minutach muszą być już trzy akapity, a po godzinie przyzwoity artykuł (fot. Piotr Król/Press)
Lepiej się ogląda
W redakcji „Dziennika Gazety Prawnej” światy Internetu i papieru przenikają się najbardziej w czwartki. W piątki wychodzi bowiem wydanie magazynowe „DGP”, w weekendy gazeta się nie ukazuje. A newsy nie mogą czekać od czwartku do wtorku. – Dziennikarze codziennie na kolegium o 10 rano zgłaszają też tematy do Internetu. W czwartki najwięcej – potwierdza Paweł Nowacki, zastępca redaktora naczelnego ds. serwisów internetowych i produktów elektronicznych w Infor Biznes. Gdy we wrześniu br. przeszedł z Polskapresse do Inforu, otrzymał zadanie połączenia redakcji „DGP” z serwisami Dziennik.pl, Gazetaprawna.pl i Forsal.pl. – Teraz dziennikarze poszczególnych działów są odpowiedzialni za dostarczanie materiałów do odpowiednich serwisów – mówi Nowacki. Dział Kraj współpracuje z ogólnotematycznym serwisem Dziennik.pl, Biznes – z finansowym Forsal.pl, a Podatki praca prawo z Gazetaprawna.pl.
Redaktorzy odpowiedzialni za te serwisy na kolegiach przejmują więc tematy zgłaszane do „DGP”, modyfikują je na potrzeby Internetu i proponują, by ukazały się tylko w sieci. W listopadzie br. dziennikarze zgłosili temat do gazety o tym, które języki znają ministrowie rządu Donalda Tuska. – Doszliśmy jednak do wniosku, że temat ten można lepiej zrealizować w serwisie Dziennik.pl w formie galerii zdjęć ministrów. Materiał ten miał świetną oglądalność – opowiada Paweł Nowacki.
Czasem chęć sprzedania newsa w wydaniu drukowanym wygrywa – co nie zawsze się opłaca. Pod koniec września zaplanowany do wydania papierowego tekst czołówkowy Roberta Zielińskiego o tym, że polskie dreamlinery latają bez filtrów paliwa, miał być bombą dziennika następnego dnia. Odpalił ją jednak inny serwis. – O 22 tę informację podała PAP. Zdecydowaliśmy więc, że nie czekamy do rana, tylko tekst publikujemy na stronach Dziennik.pl – opowiada Nowacki.
Zmiana na stałe
W dziennikach byłych Mediów Regionalnych redakcje zaczęto łączyć już w połowie 2010 roku. Proces ten nazwano Newsroom 2.0. Zaczęto od lubelskiego „Dziennika Wschodniego”: jego redakcję połączono z tygodnikiem „Moje Miasto Lublin” i serwisami Dziennikwschodni.pl, Mmlublin.pl, Mmlubartow.pl i Mmpulawy.pl. Podobnie zrobiono we wszystkich regionach, w których wydawca ten ma swoje media. W newsroomach wyznaczono szefów (codziennie ktoś inny), którzy odpowiadają za koordynację pracy.
Dziennikarze gazet regionalnych przeprowadzają dziś na żywo np. relacje z imprez sportowych. Gdy we Wrocławiu piłkarska reprezentacja Polski grała ze Słowacją, dziennikarz na stadionie pisał relację na bieżąco na witrynie Gazetawroclawska.pl. Internauci mogli ją nie tylko czytać, lecz również komentować.
Gdy Michał Pol we wrześniu br. został zatrudniony przez Ringier Axel Springer Polska na stanowisku naczelnego „Przeglądu Sportowego”, nie usłyszał od pracodawcy, że jego głównym zadaniem jest nadzorowanie dziennika. To było oczywiste. Lecz równie ważne było stworzenie multinewsroomu, czyli skoordynowanie pracy dziennikarzy sportowych mediów drukowanych i internetowych Springera. – Teraz jest tak, że dziennikarze piszą teksty, a redaktorzy gdy je przeczytają, decydują, co się ukaże w „Fakcie” i „Przeglądzie Sportowym”, co w serwisach internetowych tych tytułów, a co dajemy do serwisu Eurosport.onet.pl – wyjaśnia Michał Pol.
Z możliwości wideo w serwisie korzysta naczelny „Super Expressu”. Na witrynie Superexpress.tv umieszcza swoje wywiady. A żeby wzbudzić zainteresowanie nimi, najpierw ogłasza na Twitterze, z kim będzie rozmawiał i prosi o przesyłanie pytań do swojego gościa.
Łączenie i przenikanie się redakcji wydań drukowanych i internetowych dzienników nie jest zjawiskiem nowym, ale dopiero w tym roku redakcje na gwałt burzą mentalny mur w głowach swoich dziennikarzy. – Są tacy, którzy od razu zaskoczyli i wiedzą, że dziś news szybko staje się własnością publiczną i trudno go utrzymać w tajemnicy nawet przez kilka godzin.
Dlatego wiedzą, że trzeba jak najszybciej publikować go w Internecie – mówi Marcin Kowalczyk z „Expressu Ilustrowanego”.
Czy jednak warto się tak poświęcać, skoro z samego Internetu jeszcze żaden wydawca się nie utrzymuje? – Dziennikarze, którzy nie chcą pracować jednocześnie przy wydaniach drukowanych i internetowych, przypominają mi tych, którzy w dawnych czasach nie chcieli, by ich tekst ukazał się na czołówce gazety. Powinni jak najszybciej zmienić pracę – stwierdza Bartosz Węglarczyk z „Rz”.
Tekst był publikowany w "Press" (12/2013)
MK










