Nadbałtyckie rozwiązania
Na Łotwie działa pozarządowa organizacja, która dzięki grantom pomaga rozwijać dziennikarstwo śledcze, angażując konkurencyjne redakcje.
Jak w łotewskich bankach prano pieniądze karteli narkotykowych z Meksyku? Gdzie trafiają pieniądze działającej w krajach nadbałtyckich fundacji mającej promować rosyjską kulturę? Ile płacą za pracę przetwórnie rybne czy supermarkety? Jak rosyjski milioner wypompował pieniądze ze swoich banków na Litwie i Łotwie? O tym wszystkim mieszkańcy Łotwy i pozostałych krajów nadbałtyckich dowiadywali się z mediów dzięki reporterom współpracującym z organizacją non profit Re:baltica.
Działająca na Łotwie Re:baltica rozwija dziennikarstwo śledcze, na które nie stać już tradycyjnych mediów. Powstała w sierpniu 2011 roku z inicjatywy dziennikarki Ingi Springe. Przez sześć lat była ona reporterką śledczą czołowego łotewskiego dziennika „Diena”. – W 2009 roku przyszedł kryzys i Bonnier sprzedał gazetę – opowiada Inga Springe. Nowy właściciel (rodzina Rowlandów z Wielkiej Brytanii) zaraz zabrał się do cięcia kosztów, co szybko odbiło się na jakości. – Zaczęli odchodzić kolejni dziennikarze i redaktorzy – mówi Springe. Ona dostała wówczas stypendium Fulbright/Humphrey na studiowanie dziennikarstwa w University of Maryland. W USA zobaczyła m.in., jak działają ProPublica czy Mother Jones – nienastawione na zysk organizacje zajmujące się dziennikarstwem śledczym, finansowane przez fundacje. Pomyślała, że takie centrum dziennikarstwa śledczego mogłoby działać też na Łotwie i zaczęła zabiegać o środki. – Fundacja Sorosa obiecała wsparcie, ale pod warunkiem, że najpierw znajdę inne źródło. Zdobyłam grant na 30 tysięcy dolarów z amerykańskiego Departamentu Stanu. Mogliśmy startować – relacjonuje Inga Springe.
Organizację finansuje też Baltic-American Freedom Foundation, a Uniwersytet Łotewski użycza pomieszczeń na codzienną działalność i laboratorium komputerowe na organizowane przez Re:baltikę wykłady i konferencje. – W naszym regionie nie ma tradycji prywatnych donacji. Zdobywanie funduszy ułatwia jednak to, że Re:baltica ma charakter międzynarodowy – mówi Inga Springe. Bazą jest Ryga, ale z organizacją współpracują też dziennikarze z Estonii i Litwy. Docelowo ma to być sieć obejmująca też Skandynawię, kraje Unii Europejskiej i Rosję.
Tematy Re:baltica wybiera tak, by dotyczyły nie tylko Łotwy. Tropi korupcję, przestępstwa gospodarcze i analizuje warunki życia w poszczególnych krajach. W przeciwieństwie do amerykańskiej ProPubliki Re:baltica nie ma zespołu dziennikarzy. – Na stałe zatrudniona jestem tylko ja, moja zastępczyni researcherka i księgowy – wylicza Inga Springe. Dziennikarskie śledztwa prowadzi wspólnie z reporterami z tradycyjnych mediów, dobieranymi do konkretnych tematów. – Kiedy mam już wstępne założenia nowego projektu, umawiam się z tymi mediami na współpracę i publikację – opowiada szefowa Re:baltiki. W ten sposób organizacja pozyskuje współpracowników (reporterzy dostają honorarium) i zapewnia swoim tematom dotarcie do szerokiego grona odbiorców. Media zyskują zaś kontent, którego same by nie wytworzyły. – Włączają się dopiero, gdy my przygotujemy już grunt. Na dodatek nie muszą nam płacić za teksty ani materiały wideo – mówi Inga Springe.
Schemat publikacji za każdym razem jest podobny: tygodnik opinii – duży portal internetowy – program w telewizji. – Łamiemy stereotyp, że konkurencyjne media nie mogą z sobą współpracować – wskazuje szefowa Re:baltiki. Nowy raport najczęściej ukazuje się najpierw w wychodzącym w czwartki tygodniku – co daje tematowi prestiż. W piątek rzecz trafia na portal o dużym zasięgu, a w niedzielę do cyklicznego programu śledczego w telewizji. I każdy z partnerów dostaje trochę inny kontent: w tygodniku jest tekst analityczny lub reportaż, na portalu ukazuje się najwięcej materiałów (w częściach), a reportaż w telewizji pokazuje jakiś charakterystyczny aspekt danej sprawy.
Własną stronę internetową Re:baltica traktuje po macoszemu – taką ma strategię. Gdy organizacja kończy pracę nad kolejnym tematem (czyli co dwa–trzy miesiące), wyniki śledztwa umieszcza także w swoim serwisie. – Wtedy mamy od pięciuset do tysiąca czytelników. Ale nie walczymy o kliki. Gdybyśmy to robili, musielibyśmy ciągle wrzucać na stronę coś nowego i wpadlibyśmy w to samo błędne koło, w którym kręcą się inne media: nie moglibyśmy poświęcić się czasochłonnym tematom, bo trzeba by było produkować kontent – wyjaśnia Inga Springe. Małym ruchem na stronie nie musi się przejmować, bo pieniędzy na utrzymanie organizacji wystarcza. – Dziś moim największym problemem jest brak dziennikarzy. Ci najlepsi mają pełne ręce roboty w swoich redakcjach – mówi Springe.
Tekst był publikowany w "Press" (11/2013)
(RUT, 06.01.2014)










