Ostatni legalny. Sylwetka Janusza Daszczyńskiego z magazynu „Press”
Janusz Daszczyński (fot. Jakub Kamiński/PAP)
– Satysfakcja? – pytam ostatniego legalnego prezesa Telewizji Polskiej – bo takie określenie widnieje na oficjalnym profilu Janusza Daszczyńskiego na Facebooku. – Ogromna – odpowiada.
Przez te lata miałem poczucie, że zostałem niesłusznie pozbawiony tej funkcji wskutek manipulacji politycznych. Może to nie było poczucie krzywdy. Raczej niesprawiedliwości – mówi Janusz Daszczyński. – To rodzaj bezsilności wobec potężnej machiny i bezkarnych funkcjonariuszy, którzy robią z obywatelem, co chcą, tylko dlatego, że uznali arbitralnie, iż mogą przyjść i powiedzieć: „Pana już tu nie ma”. I tyle.
Czytaj też: Współpracownicy wspominają zmarłego Janusza Daszczyńskiego, byłego prezesa TVP
Rozmawiamy już po zakończeniu pierwszej części trwającej siedem lat sądowej batalii, jaką Janusz Daszczyński postanowił wytoczyć Telewizji Polskiej. Wyrok to 62 tys. zł odszkodowania, które TVP musiała mu wypłacić za niezgodne z prawem pozbawienie stanowiska prezesa. Niezgodne z prawem, bo wygaszenie stosunku pracy na podstawie tzw. małej ustawy medialnej – którą PiS błyskawicznie przeforsowało pod koniec 2015 roku tylko po to, by prezesem TVP mógł zostać Jacek Kurski – było nielegalne. Tak stwierdził Sąd Najwyższy. Jednak to jeszcze nie koniec – druga część procesu ma się rozpocząć 1 lutego 2024 roku. Będzie dotyczyła zlekceważenia przez TVP umownego okresu wypowiedzenia.
– Potraktowano mnie w sposób niegodny, jak przedmiot. Wyrok sądu dowodzi słuszności moich racji. Chcę mocno zaakcentować: nie samo odszkodowanie było celem, zwłaszcza że jego kwota stanowi zaledwie miesięczną pensję wielu funkcjonariuszy „Wiadomości”. Chodziło o prawdę – mówi Daszczyński.
Prezesem TVP Janusz Daszczyński był od 29 lipca 2015 roku do 8 stycznia 2016 roku. Wtedy – jak sam to określa – pluton egzekucyjny Jacka Kurskiego wyrzucił go z gabinetu. Żegnając się z pracownikami telewizji, Daszczyński w specjalnym e-mailu napisał, trawestując Winstona Churchilla: „To nie jest koniec. To nawet nie jest początek końca”.
TOPOLANIE
Jest absolwentem legendarnej Topolówki, czyli III Liceum Ogólnokształcącego im. Bohaterów Westerplatte w Gdańsku. To szkoła, z której wywodzi się aż pięciu prezesów Telewizji Polskiej. Oprócz Daszczyńskiego także Marian Terlecki, Wiesław Walendziak, Jacek Kurski i Maciej Łopiński.
– Topolówka była bezdyskusyjnym wyborem Janusza – z domu do szkoły miał zaledwie 200 metrów. Choć wówczas to licealna Jedynka, mieszcząca się w czerwonym budynku na wprost bramy nr 2 Stoczni Gdańskiej, była bardziej na topie – opowiada Roman Daszczyński, były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, obecnie redaktor naczelny portalu Gdansk.pl, kuzyn byłego prezesa TVP.
– Topolówka była niepokorną, zbuntowaną szkołą. Nauczyciele i uczniowie byli inwigilowani, dostawali wilcze bilety. Wiele osób z pierwszych stron gazet jest absolwentami Topolówki – opowiada Janusz Daszczyński. – Moją pasją była muzyka. Założyliśmy z kolegami zespół rockowy Topolanie. Grałem na gitarze i organach. Kariery muzycznej nie zrobiłem, ale nadal lubię sobie pograć. Pianino było jedynym przedmiotem, nie licząc pamiątkowych fotografii z czasów mojego wiceprezesowania, jaki wniosłem do gabinetu na Woronicza – wspomina.
– Dziennikarstwo było codziennością w jego domu – kontynuuje Roman Daszczyński, wspominając Tadeusza Daszczyńskiego, ojca Janusza, który po wywiezieniu na roboty do Niemiec w czasie II wojny światowej i później po wyzwoleniu zgłosił się do dywizji generała Stanisława Maczka i dostał przydział do służby prasowej. Po powrocie do Polski był m.in. redaktorem naczelnym „Głosu Stoczniowca”. – Gdy ludzie mówili o Tadeuszu Daszczyńskim, to zawsze jawił się portret człowieka rzetelnego i przyjaznego ludziom. I Janusz te cechy odziedziczył. Wychował się w rodzinie liberalnej, patriotycznej, ale uznającej, że skoro jest komuna, to jakoś trzeba w niej żyć – opowiada redaktor naczelny portalu Gdansk.pl.
Janusz Daszczyński z wykształcenia jest inżynierem, absolwentem Wydziału Elektroniki Politechniki Gdańskiej. – Do dziś pamiętam tytuł pracy magisterskiej: „Adaptacyjny układ synchronizacji z fazową pętlą sprzężenia zwrotnego”. Robi wrażenie, prawda? – żartuje. Po studiach znalazł pracę jako inżynier studia i realizator efektów audiowizualnych w ośrodku telewizyjnym w Gdańsku. Zrezygnował jednak, by zostać dziennikarzem.
– Był rzeczywiście profesjonalistą telewizyjnym, omnibusem, który wie wszystko o skomplikowanej maszynerii tej instytucji. Przeszedł drogę od realizatora w studiu telewizyjnym do prezesa TVP. I widać było, że bardzo sobie to ceni. Realizatorzy byli mu szczególnie bliscy – zauważa Paweł Zbierski, wieloletni dziennikarz gdańskiego ośrodka TVP, również z Topolówki. Po raz pierwszy spotkali się jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego, gdy Zbierski po maturze rozpoczął współpracę przy tworzeniu w „Dzienniku Bałtyckim” rubryki samorządowej. – Rubryka redagowana przez Lecha Bądkowskiego szybko przekształciła się w tygodnik samorządowy, który był ewenementem na rynku, bo ukazywał się w nakładzie ćwierć miliona egzemplarzy. Janusz Daszczyński był zastępcą redaktora naczelnego. Wkrótce do zespołu dołączył też Donald Tusk – wspomina Zbierski.
– „Tygodnik Samorządność” był punktem wyjścia dla etosu samorządowego, który jest Januszowi bardzo bliski – dodaje Roman Daszczyński.
– On zawsze był dobrze kojarzony w środowisku politycznym Trójmiasta, ale nigdy nie wykazywał nadmiaru aktywności. Raczej stał z boku – przekonuje były dziennikarz „Gazety Wyborczej”. – Tusk? Są po prostu kolegami od początku lat 80., nigdy nie był w kręgu przyjaciół – dodaje.
– Formalnie, gdy spojrzeć na stopkę redakcyjną „Tygodnika Samorządność”, Donald Tusk był moim podwładnym – żartuje Daszczyński. A na poważnie dodaje: – Ten tygodnik, którego ukazały się zaledwie cztery wydania, w tym numer próbny, odegrał kluczową rolę w moim życiu. Trzeba pamiętać, że był koniec 1981 roku. Lech Bądkowski, który był naczelnym pisma, stał się moim mentorem. Otworzył mi oczy na sprawy społeczne, gospodarkę i politykę. Był kaszubskim pisarzem i dziennikarzem. Co ważne, był też rzecznikiem strajkujących w sierpniu 1980 roku w Stoczni Gdańskiej stoczniowców – wspomina Janusz Daszczyński.
Po wprowadzeniu stanu wojennego i likwidacji „Tygodnika Samorządność” Daszczyński założył pracownię fotograficzną. – Trzeba było się jakoś utrzymać. Robiliśmy zdjęcia w kościołach podczas chrztów. Rodzice i dziadkowie chcieli mieć pamiątkę, więc jakoś to szło. Przez prawie osiem lat – opowiada Daszczyński, „mistrz rzemiosł artystycznych”, bo taki tytuł otrzymał po egzaminach w gdańskiej izbie rzemieślniczej.
W 1983 roku Daszczyński współtworzył diecezjalny dwutygodnik „Gwiazda Morza”. Zaproponował mu to ówczesny biskup gdański Tadeusz Gocłowski.
– Daszczyński do Kościoła miał zawsze duży dystans. Nie mogę powiedzieć, by był z nim blisko związany. Jeśli katolicyzm był mu bliski, to zdecydowanie bardziej ten postępowy niż konserwatywno-tradycyjny – mówi Paweł Zbierski.
Później – jako zastępca kierownika Zespołu Radiowo-Telewizyjnego Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie – Daszczyński organizował Studio Wyborcze „Solidarność”. Był też zaangażowany w powstawanie „Gazety Gdańskiej”, gdzie miał pełnić funkcję zastępcy redaktora naczelnego. Wybrał jednak telewizję, a jego niedoszłe stanowisko objął Donald Tusk.
„KLAN” „ZŁOTOPOLSKICH”
Od początku lat 90. nazwisko Daszczyńskiego ponownie kojarzone jest z mediami. Kolejno pełnił funkcje dyrektora Ośrodka Telewizyjnego w Gdańsku i zastępcy dyrektora TVP Polonia. Był też pierwszym dyrektorem generalnym biura Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.
– Wtedy właśnie, w końcówce 1993 roku, ówczesny przewodniczący KRRiT Marek Markiewicz wezwał mnie i zaproponował stanowisko w zarządzie TVP. Nie byłem do tego nastawiony entuzjastycznie, ale gdy Markiewicz stwierdził, że ojczyzna wzywa, cóż miałem zrobić? – żartuje Janusz Daszczyński, który od 1994 roku przez pięć lat był wiceprezesem zarządu Telewizji Polskiej.
– To był dla mnie bardzo ważny czas. Wszak to pierwsze lata prawdziwie wolnej telewizji, tuż po likwidacji Radiokomitetu. Sporo udało się zrobić, a jako ciekawostkę potraktujmy to, że oglądany do dziś przed widzów TVP serial „Klan” właśnie wtedy wygrał konkurs na telenowelę, co uroczyście ogłaszałem. Wprowadzałem też na antenę „Złotopolskich” i program „Jaka to melodia?” – wymienia Daszczyński.
Pierwszym prezesem TVP, z którym pracował w zarządzie, był Wiesław Walendziak. Trwało to dwa lata. – Walendziak zrezygnował, gdy zagłosowałem przeciwko powtórnej kandydaturze Macieja Pawlickiego na stanowisko dyrektora telewizyjnej Jedynki. Rada nadzorcza ogłosiła nowy konkurs, w którego wyniku następcą Walendziaka został związany z PSL Ryszard Miazek, a ja ponownie wiceprezesem zarządu TVP – przypomina Daszczyński.
Lech Parell poznał Janusza Daszczyńskiego, gdy ten był szefem ośrodka gdańskiego Telewizji Polskiej. – Był bardzo dobrym szefem potrafiącym łączyć fachowość z tym, że był zwyczajnie przez pracowników lubiany – mówi dziennikarz, były opozycjonista, a od 2011 do 2016 roku prezes Radia Gdańsk. – Gdy potem przez kilkanaście lat nie pracował w telewizji, było widać, że cierpi z tego powodu. Nie narzekał wprawdzie na brak ciekawych propozycji pracy, ale jeśli ktoś jest zwierzęciem telewizyjnym, to natury nie da się oszukać. Widać było, że jeśli tylko pojawi się okazja, będzie chciał do telewizji wrócić – dodaje Parell.
Droga do powrotu była jednak długa. Przez kolejnych kilkanaście lat Janusz Daszczyński odpowiadał za dział PR i marketingu w Towarzystwie Ubezpieczeniowym Ergo Hestia. Firma była mecenasem kultury, co pozwoliło Daszczyńskiemu promować wydarzenia kulturalne, których najczęściej był współorganizatorem. Wśród ważnych przedsięwzięć wymienia istniejący do dziś festiwal Dwa Teatry. – Bardzo sobie cenię ten czas. Organizowanie festiwalu i wielu innych imprez artystycznych dawało wielką satysfakcję – mówi Daszczyński.
W styczniu 2020 roku Hestia zgodziła się, by przez 12 miesięcy kierował polskim pawilonem na Wystawie Światowej Expo 2010 w Szanghaju.
– Nazwa pawilon może być myląca. To tylko fizyczne miejsce. Faktycznie to potężna promocja polskiej gospodarki i kultury. Dla mnie osobiście ogromne doświadczenie. A to, że zostałem uznany przez Biuro Wystaw Światowych Expo w Paryżu za jednego z trzech, spośród 186, najlepszych dyrektorów ekspozycji narodowych, do dziś stanowi dla mnie nie lada satysfakcję – mówi Janusz Daszczyński, który podczas kolejnej Wystawy Światowej Expo 2015 w Mediolanie był zastępcą komisarza generalnego Sekcji Polskiej. I to wtedy zdecydował, że weźmie udział w konkursie na prezesa TVP.
Do Telewizji Polskiej Janusz Daszczyński wrócił w 2015 roku. Tym razem już jako prezes jednoosobowego zarządu. Decyzję podjęła rada nadzorcza 10 czerwca, później zatwierdziła ją KRRiT, a 29 lipca Daszczyński zasiadł w fotelu prezesa. – TVP to ukochane przeze mnie miejsce i wiele lat mojego zawodowego życia. Konkurs był długi, wysłuchania publiczne, rywali wielu. Wygrałem – wspomina. – Przedstawiłem koncepcję powrotu narracji publicznej do telewizji publicznej. Chyba to właśnie przekonało radę nadzorczą – stwierdza Daszczyński.
Lech Parell nie ma wątpliwości, że Daszczyński, mimo że prezesem TVP był zaledwie kilka miesięcy, odcisnął na niej swoje piętno. – Udowodnił, że da się robić telewizję wyważoną, rzetelną i poważną, a jednocześnie ciekawą i atrakcyjną. Postawił na ośrodki regionalne – przekonuje były prezes Radia Gdańsk.
Krzysztof Luft był wówczas członkiem KRRiT, która zaakceptowała wyniki konkursu na prezesa TVP i powołała Janusza Daszczyńskiego. – Byliśmy przekonani, że poradzi sobie znakomicie. I tak zresztą było. Pamiętam, że zależało mu na odtabloidyzowaniu programów informacyjnych. A to było również nasze oczekiwanie – mówi Luft.
Daszczyński mówił o tym choćby 11 sierpnia 2015 roku podczas spotkania z szefami, wydawcami i prezenterami programów informacyjnych oraz publicystycznych. Podkreślał konieczność odróżniania audycji informacyjnych publicznej telewizji od serwisów stacji komercyjnych. „Chcę prosić was o podjęcie próby zmiany konstrukcji, kształtu i przesłania naszych programów” – mówił. „Nie obawiajcie się spadku oglądalności. Słupki proszę zostawić mnie” – dodał podczas rozmowy z dziennikarzami programów informacyjnych i publicystycznych. I zapowiadał: „Nie będę akceptował audycji zbudowanych na konflikcie polityków, w których dziennikarz jest tylko biernym obserwatorem”.
– Nie podobało mi się, że „Wiadomości” kończyły się zazwyczaj tak zwanym michałkiem, czyli lekkim i żartobliwym materiałem. Uważałem, że trzeba to zmienić i że lepiej w tym miejscu dać informacje o wydarzeniach na przykład kulturalnych. Tak między innymi rozumiałem odtabloidyzowanie programów informacyjnych – wyjaśnia mi dziś Daszczyński. I przyznaje, że pierwsza decyzja personalna, którą wówczas podjął, o zwolnieniu szefa Telewizyjnej Agencji Informacyjnej Tomasza Sandaka, była właśnie tym podyktowana. Doszło do niej 6 sierpnia 2015 roku.
– To była zaskakująca decyzja. Były głosy, że to politycy Platformy zażądali zwolnienia Sandaka za przegrane wybory prezydenckie Bronisława Komorowskiego – wspomina anonimowo jeden z ówczesnych dyrektorów TVP.
– Oceniałem dyrektora Sandaka wyłącznie poprzez efekty jego pracy w Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Zbyt dużo było tam owej tabloidyzacji. Podejmując decyzję o jego odwołaniu, zainicjowałem proces powrotu publicznej narracji do telewizji publicznej i pokazałem, że ta zmiana właśnie się dokonuje – mówi dziś Janusz Daszczyński.
Tomasz Sandak, dziękując współpracownikom w pożegnalnym e-mailu, napisał m.in., że jest dumny z wyników oglądalności programów informacyjnych TVP i kanału TVP Info oraz z wydań specjalnych „Wiadomości”, wielkich transmisji przeróżnych uroczystości, debat i wieczorów wyborczych. „Czy można lepiej opisać jakże często wypowiadane ostatnio słowo »misja«?” – pytał retorycznie Sandak, którego następcą został ówczesny szef TVP Info – Tomasz Sygut.
TO SIĘ SKOŃCZY
Ale w czasie kilku miesięcy urzędowania Janusza Daszczyńskiego na stanowisku prezesa TVP nie brakowało też innych – budzących kontrowersje – decyzji. W listopadzie 2015 roku, tuż po emisji programu „Minęła 20” w TVP Info, prezes zawiesił w obowiązkach jego prowadzącą Karolinę Lewicką. Poszło o wywiad z wicepremierem i ministrem kultury Piotrem Glińskim. Daszczyński uznał, że dziennikarka wobec swojego gościa zachowała się niewłaściwie. „Sposób prowadzenia programu odbiegał zdecydowanie od standardów, które obowiązują w telewizji publicznej” – uzasadniał wówczas w rozmowie z „Presserwisem” prezes TVP.
W trakcie programu Karolina Lewicka usiłowała nakłonić wicepremiera Piotra Glińskiego do odpowiadania na jej pytania zamiast wygłaszania oświadczeń. W pewnym momencie minister Gliński powiedział: „To jest program propagandowy, tak jak wasza stacja uprawia propagandę i manipulację od kilku lat. I to się zmieni. Ponieważ tak telewizja publiczna funkcjonować nie powinna”. Lewicka zwróciła wówczas wicepremierowi uwagę, że swoje stanowisko może prezentować na konferencji prasowej.
Jeden z byłych dyrektorów TVP wspomina: – Następnego dnia w poniedziałek na kolegium dyrektorów prezes zapytał, co sądzimy o całej tej sprawie. On był wówczas bliski nawet wyrzucenia Lewickiej z pracy. Przekonywał, że nie można tak atakować ważnych polityków. Ale zdecydowana większość dyrektorów, z wyjątkiem dwóch, stanęła w obronie dziennikarki. Wówczas chyba zrozumiał swój błąd i przywrócił Lewicką do prowadzenia programów – opowiada były dyrektor w TVP.
Po emisji programu „Minęła 20” dziennikarze TVP Info wystosowali do Piotra Glińskiego otwarty list, w którym zaprotestowali przeciwko jego słowom o telewizji publicznej. „Uważamy, że określenia, których Pan użył, są niesprawiedliwe. Czujemy się Pańskimi słowami dotknięci. Żądamy przeprosin wypowiedzianych tak, jak powyższe obraźliwe słowa, na naszej antenie” – napisali dziennikarze TVP Info. Pod listem podpisał się też prezes TVP Janusz Daszczyński. „Zapowiedź upolitycznienia mediów publicznych zasygnalizowana w wypowiedzi wicepremiera jest atakiem na wolność słowa w niepodległej Polsce” – argumentował wówczas prezes TVP. Dodajmy, że komisja etyki TVP orzekła, że Karolina Lewicka nie złamała zasad obowiązujących w TVP. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która otrzymała skargi na wspomnianą audycję, uznała orzeczenie komisji etyki za rozstrzygające.
O tej historii Karolina Lewicka, dziś dziennikarka radia Tok FM i wykładowczyni Collegium Civitas, opowiedziała Radomirowi Witowi w książce „Sejm Wita”. Przyznała, że decyzja ówczesnego prezesa TVP była dla niej trudna do zrozumienia. „Być może Daszczyński chciał tym ruchem dać do zrozumienia Prawu i Sprawiedliwości, że jest dyspozycyjny lub elastyczny. Może liczył na to, że zachowa stanowisko albo otrzyma inne, na przykład wiceprezesa” – mówiła Witowi Karolina Lewicka. Dodała też, że podczas spotkania z Januszem Daszczyńskim, gdy ten zdecydował o jej przywróceniu do pracy, nie usłyszała słowa przepraszam. – Nie przepraszał, tylko przekonywał, że popełniłam podczas tej rozmowy błędy warsztatowe – wspominała dziennikarka, która dziś w rozmowie ze mną przyznaje, że na samym początku wiązała z prezesem Daszczyńskim duże nadzieje. – Podobała mi się idea robienia poważnej telewizji. Bez politycznych pyskówek. Bez tabloidowych informacji – uzupełnia Lewicka.
– Tak, byłem naiwny – kwituje dziś Janusz Daszczyński. – Popełniłem wtedy błąd, choć muszę dodać, że redaktor Karolinę Lewicką odsunąłem tylko od programu „Minęła 20”. Inne audycje mogła prowadzić i prowadziła, choćby nazajutrz po incydencie. Zresztą szybko powróciła do „Minęła 20” – wspomina i zastrzega, że nieprawdą jest, iż chciał się ułożyć z PiS. – Myślałem wtedy, że można robić program bez krzyków i agresji. Nie przewidziałem, że politycy PiS agresję mają zapisaną w partyjnych genach – przekonuje.
Ale były dyrektor TVP przytacza inny przykład – zatrudnienie Wojciecha Hoflika na stanowisku pełnomocnika zarządu ds. utworzenia Agencji-Redakcji Filmu, Serialu i Teatru TV – jak podawało w oficjalnym komunikacie Biuro Informacji TVP. – To był człowiek darzony zaufaniem wśród polityków PiS. I zapewne miał pomóc Daszczyńskiemu w przetrwaniu na Woronicza – wspomina rozmówca. Jego zdaniem Daszczyński liczył, że zostanie wiceprezesem. – Podobno rozmawiał nawet na ten temat z Kurskim. Dlaczego nie został? Bo nie był Kurskiemu do niczego potrzebny – nie ma wątpliwości jeden z ówczesnych dyrektorów TVP.
– Absurdalna sugestia, że chciałem się dogadać z Kurskim i być u niego wiceprezesem, wręcz mnie obraża. Znałem Kurskiego od lat, jeszcze z czasów gdańskich. Wiedziałem, co to za ponura postać. Nie chciałbym ani przez chwilę z nim pracować. Nigdzie – podkreśla Janusz Daszczyński. I wspomina: – Pamiętam, jak 8 stycznia 2016 roku, tuż po słynnej konferencji z Anną Popek, Przemysławem Babiarzem i Danutą Holecką, Jacek Kurski zapytał mnie na korytarzu: „Widziałeś moją konferencję? I jak wypadłem?”. To był szczyt wszystkiego – opowiada Daszczyński. – Jak mawiał mój ojciec: „W domu powieszonego o sznurze się nie mówi” – dodaje.
Gdy dopytuję o zatrudnienie Wojciecha Hoflika, przyznaje, że nie miał wówczas rozeznania, kto z kim sympatyzuje. – Przedstawiono mi go jako kompetentnego pracownika z dużym doświadczeniem. Nie wiedziałem, czy ani co go łączy z PiS. Zresztą prywatne sympatie nie odgrywają dla mnie większej roli, jeśli nie wpływają na jakość pracy – przekonuje Daszczyński.
UMOWA LISA
Krytycy wytykają Daszczyńskiemu także to, że zdecydował o zakończeniu współpracy z Tomaszem Lisem, którego ostatni program z cyklu „Tomasz Lis na żywo” pokazano 25 stycznia 2016 roku. – To nieprawda, takiej decyzji nie podjąłem – mówi Daszczyński. – Lis miał ważną umowę do końca stycznia 2016 roku. Program, mimo że emitowany ze studia na Woronicza i przy którym pracowały osoby zatrudnione w TVP, produkowany był przez firmę zewnętrzną. Chciałem to zmienić. Podobną propozycję złożyłem producentowi programu Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”. Została zaakceptowana. Tomasz Lis rozmów nawet nie podjął. A umów z oboma autorami nie przedłużył Jacek Kurski – wyjaśnia Daszczyński.
Paweł Zbierski wspomina, jak tuż po nominacji Daszczyńskiego na prezesa TVP pojechał do niego z grupą dziennikarzy ośrodka gdańskiego TVP – tych, którzy za czasów prezesury Juliusza Brauna zostali przesunięci do agencji pracy tymczasowej Leasing Team.
– Nie chodziło o to, że jesteśmy pokrzywdzeni i pojechaliśmy się użalać. Rozmawialiśmy o przyszłości telewizji. Przedstawiliśmy prezesowi swoje pomysły zdecentralizowania TVP. Wydawał się tym zainteresowany – opisuje Zbierski, do 2016 roku dziennikarz gdańskiego ośrodka TVP. – Widać było, że będzie chciał zrobić wszystko, by ten błąd z Leasing Team naprawić. Nie mam wątpliwości, że gdyby kadencja Daszczyńskiego trwała dłużej, to wiele z tych osób zostałoby przywróconych do pracy w strukturach Telewizji Polskiej – dodaje.
– Trzeba powiedzieć jasno. To był ogromny błąd. Wyrzucenie poza organizacyjny nawias Telewizji Polskiej trzonu pracowników twórczych, których praca i kreatywność zapewniały pracę innym osobom, było nieporozumieniem. Kilka osób udało się jednak przywrócić. Marek Wałuszko został szefem ośrodka TVP w Gdańsku, do pracy przy placu Powstańców wrócił Piotr Górecki, a do Akademii Telewizyjnej skierowałem Pawła Zbierskiego. Na więcej nie starczyło czasu – wspomina Daszczyński.
Andrzej Krajewski, dziennikarz, autor książek i sekretarz Towarzystwa Dziennikarskiego, którego członkiem jest też Janusz Daszczyński, nie ma złudzeń: – W nim jest żal i poczucie krzywdy, że po pół roku bycia prezesem TVP został przez dobrą zmianę zgnieciony. To tak jakby kogoś, kto startuje w biegu na 10 km, ktoś zdjął z trasy po 100 metrach, mimo że nie miał ku temu żadnych podstaw – mówi Krajewski, który o Daszczyńskim mówi w samych superlatywach. – Miła, sympatyczna osoba, która nie ma w sobie nic z typowego prezesa. Na pewno nie takiego, który lubi brylować w świetle jupiterów na czerwonym dywanie – zauważa Andrzej Krajewski. – Nie spodziewał się zwolnienia? – dopytuję. – Był zaskoczony. Myślał, że specyfika TVP jest taka, że zapewne nie pozostanie na stanowisku prezesa, ale nie zostanie w ogóle wyrzucony. Nie liczył się z takimi radykalnymi cięciami – przyznaje Andrzej Krajewski.
Roman Daszczyński, redaktor naczelny portalu Gdansk.pl, dopowiada: – Zderzył się ze standardami, które mu się w głowie nie mieściły. Na pewno był rozczarowany postawą Jacka Kurskiego. Zresztą jak wielu z nas Kurski zawsze był takim trochę politycznym chuliganem, ale był tolerowany. Lecz po tym, co zaczął robić, gdy został prezesem TVP, ludzie nie mogli uwierzyć, że można się tak zatracić – mówi kuzyn Janusza Daszczyńskiego.
On sam dziś przyznaje: – Nie spodziewałem się, że tak szybko zostanę wyrzucony. Nie mieściło mi się w głowie, że w ciągu 36 godzin można przeprowadzić taką medialną rewolucję.
***
Ten tekst Grzegorza Sajóra pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 01-02/2024. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Pawłem Płuską, Newsmax w Polsce i prawnik "Gazety Wyborczej"
Grzegorz Sajór











