Dział:

Dodano: Styczeń 11, 2018

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

200 godzin transmisji w TVP z Olimpiady w Pjongczangu

pixabay.com

W sumie 200 godzin zajmą transmisje w telewizji publicznej zimowych igrzysk olimpijskich w Pjongczangu - poinformował prezes TVP Jacek Kurski na czwartkowej konferencji prasowej. Igrzyska odbędą się w dniach 9-25 lutego.

Telewizja Polska od igrzysk w Rzymie w 1960 roku transmituje letnie i zimowe igrzyska olimpijskie.

"Nadamy o 70 godzin więcej transmisji niż cztery lata temu z Soczi. Już od 7 lutego będziemy pokazywali serie treningowe skoków narciarskich. Przy okazji inauguracji Pucharu Świata w Wiśle treningi w kodowanym przecież TVP Sport oglądało 300 tysięcy osób, dlatego z Pjongczangu pokażemy na żywo także treningi" - powiedział Kurski.

"Do 200 godzin transmisji na żywo należy dodać ponad 50 godzin programów towarzyszących. Będziemy wszędzie tam, gdzie są reprezentanci Polski. Nic naszym widzom nie umknie. Wysyłamy rekordową liczbę siedmiu ekip reporterskich. Będzie bardzo dużo wywiadów, materiałów. Chcemy pokazać także kulisy pracy naszych dziennikarzy" - dodał dyrektor TVP Sport Marek Szkolnikowski.

Stałym ekspertem TVP w Pjongczangu będzie Adam Małysz. Rywalizację hokeistów skomentuje natomiast Mariusz Czerkawski – były zawodnik ligi NHL.

Telewizja Polska otrzymała na zasadzie sublicencji od Discovery Communications wyłączne prawa do pokazywania igrzysk w Pjongczangu w kanałach otwartych oraz prawa cyfrowe do transmisji nadawanych w sposób linearny. Discovery, właściciel Eurosportu, posiada pełne prawa do transmisji igrzysk w telewizji płatnej, w strefach kibica, a także poprzez swoje platformy cyfrowe.

(PAP, 11.01.2018)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Dział:

Dodano: Styczeń 11, 2018

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Google: Algorytmy Fact Check nie faworyzują żadnej orientacji politycznej

pixabay.com

Funkcja weryfikacji treści Fact Check nie faworyzuje żadnej orientacji politycznej, a informacje sprawdzane są przez niezależne organizacje - podkreślił przedstawiciel firmy Google, odnosząc się do publikacji internetowego serwisu Daily Caller.

Po opublikowaniu przez amerykański serwis internetowy Daily Caller tekstu, którego autor twierdzi, że narzędzie Fact Check faworyzuje strony o nachyleniu liberalnym, a dyskryminuje treści pochodzące od wydawców konserwatywnych, firma Google odniosła się do sprawy.

"Funkcja Fact Check została wprowadzona, by użytkownicy mogli szybciej zdobyć podstawowe informacje o publikacjach w internecie. Google samodzielnie nie weryfikuje prawdziwości informacji - robią to niezależne organizacje. Weryfikacja informacji nie jest pomyślana tak, by częściej sprawdzane były portale o którejś orientacji politycznej. Sprawdzone informacje są wyświetlane na stronach prawicowych, lewicowych, a także zupełnie apolitycznych" - oświadczył przedstawiciel Google.

Fact Check to funkcja weryfikacji informacji, która dostępna jest dla wszystkich użytkowników wyszukiwarki Google.

Jej zadaniem jest ostrzeganie użytkowników, którzy mogą zetknąć się z nieprawdziwymi treściami znajdującymi się bardzo wysoko w rankingu wyników wyszukiwania dzięki zastosowaniu praktyk optymalizacji pod wyszukiwarki, a także weryfikacja treści tego rodzaju.

Fact Check to jednak jedynie narzędzie pozwalające na prezentację zweryfikowanych treści. Proces sprawdzania prawdziwości informacji odbywa się dzięki pracy zewnętrznych organizacji, takich jak na przykład Międzynarodowa Sieć Fact-Checkingu (International Fact-Checking Network); należą do niej podmioty takie jak agencja AFP, działy fact-checkingu Associated Press, czy "Washington Post". W grudniu zeszłego roku dołączył do tej sieci również konserwatywny "Weekly Standard".

Według opracowania Uniwersytetu Harvarda poświęconego dezinformacji, upartyjnieniu mediów i propagandzie w internecie przed wyborami prezydenckimi w USA z 2016 roku, serwis Daily Caller, który opublikował artykuł twierdzący, że funkcja Fact Check wyszukiwarki Google działa faworyzując liberalnych wydawców, należy do grupy silnie upartyjnionych serwisów internetowych "normalizujących paranoiczny styl, który charakteryzował ekosystem prawicowych mediów w 2016 roku". Autorzy opracowania wskazują, że system dystrybucji treści z tych stron opierał się głównie na mediach społecznościowych, które najczęściej służą jako przekaźnik niezweryfikowanych oraz propagandowych informacji.

W inicjatywie weryfikacji informacji w ramach Google Fact Check uczestniczy również polskie stowarzyszenie Demagog PL.

(PAP, 11.01.2018)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo