Serwis o mediach i reklamie

O nas Pressletter

Temat: internet

Dział: WYWIADY

Dodano: Sierpień 13, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Szukamy innowacji

Ludovik Blecher (fot. Wojciech Artyniew/Press)

Z Ludovikiem Blecherem, szefem Google DNI Innovation Fund, rozmawia Jakub Mejer

W drugiej rundzie finansowania projektów internetowych w ramach Digital News Initiative Innovation Fund chcą Państwo wydać kolejne 28 milionów euro?

Zobowiązaliśmy się do przeznaczenia 150 milionów przez trzy lata. Staramy się być przewidywalni, lecz nie zostało odgórnie określone, ile pieniędzy przeznaczymy na każdą z rund finansowania. Spodziewam się, że w drugiej będzie to mniej więcej podobna kwota jak w pierwszej.

Zainteresowanie drugą rundą jest równie duże jak pierwszą czy jeszcze większe?

Dopiero rozpoczęliśmy przyjmowanie zgłoszeń, więc za wcześnie to oceniać. Zwykle firmy aplikują w ostatnich dniach, a nawet minutach przed deadline’em. W pierwszej rundzie około 70 procent z ponad 1,2 tysiąca wysłano ostatniego dnia, szczególnie w kilku ostatnich godzinach.

Lecz nie liczby są najważniejsze, tylko jakość projektów, tych zgodnych z regulaminem. W kolejnej rundzie na pewno chciałbym zobaczyć więcej projektów opartych na współpracy wydawców z jednego czy z różnych państw w całej Europie.

Przed pracą w Google był Pan redaktorem naczelnym „Libération”.

To było wiele lat temu.

Lecz chyba widzi Pan, że łatwiej jest myśleć o innowacjach w mediach cyfrowych, rozdając pieniądze jako Google, niż starając się o nie jako wydawca?

W „Libération” byłem jednocześnie jednym z redaktorów naczelnych i chief digital officerem, czyli de facto odpowiadałem za zmianę firmy z analogowej na cyfrową. Zarządzanie taką zmianą jest bardzo trudne, szczególnie w „Libération”, gdzie zakorzenione są pewne dziennikarskie tradycje. I wiem, że w codziennej pracy w newsroomie nie ma czasu na robienie burzy mózgów czy dyskusję o zmianie strategii. Właśnie przy tym chcemy pomóc.

A wracając do pytania – zespół funduszu nie rozdaje pieniędzy. Kontaktujemy się z wydawcami, starając się zrozumieć ich projekty. Ponieważ fundusz DNI to nie tylko wybór projektów, lecz także dyskusja. Od wielu wydawców usłyszeliśmy, że już sam proces okazał się dla nich wewnętrznie wartościowy.

W pierwszej rundzie mieliśmy 1236 zgłoszeń, finansowanie zaproponowaliśmy 128 projektom. Każdy zgłoszony projekt był recenzowany przez przynajmniej dwie osoby – jedną z Google i  zewnętrznego eksperta związanego z mediami i innowacją. Potem były kolejne etapy.

Te 128 wybranych projektów na jakim jest etapie?

Choć staramy się być na bieżąco, nie uczestniczymy w ich realizacji. W najbliższych miesiącach będzie widać jakieś postępy w ramach tych projektów. Wtedy będziemy kontynuować dyskusję. Podpisując umowy na finansowanie, wydawcy określają tak zwane kamienie milowe – etapy projektu, po realizacji których wypłacana jest kolejna transza.

Z czego wynikają problemy w podpisywaniu kontraktów?

To są raczej pytania niż problemy. Firmy chcą mieć pewność, że prawa będą należeć do nich, co jest oczywiste. Małe firmy często nie mają działów prawnych, więc musimy pomóc pewne rzeczy wyklarować. To po prostu trwa. Wkrótce wszystkie kontrakty będą podpisane.

Jak oceniają Państwo projekty zgłoszone w pierwszej rundzie?

Pomijając margines fałszywych zgłoszeń i osób, które po prostu chciały spróbować (jakieś 1–3 procent), było wśród nich wiele ciekawych pomysłów. Jednak kluczowym słowem jest „projekt”. Niektórzy zgłosili po prostu cyfrowy plan rozwoju swojej firmy, chodziło im bardziej o modernizację niż innowację. Pisali: „Chcę dodać nową funkcję w CMS-ie, chcę zmienić layout mojej aplikacji mobilnej”. Tego nie finansujemy. Nie finansujemy też bieżącej działalności firmy. Drugim częstym błędem było traktowanie funduszu jako kogoś w rodzaju inwestora venture capital. Aplikujący mówili: „Tym się zajmujemy. Możecie nas wspomóc w codziennej działalności?”. Nie do tego powstał fundusz.

Nie mamy żadnych uprzedzeń co do rodzaju aplikujących firm. Fundusz nie ma też nic wspólnego z korzystaniem z produktów Google. Chodzi o projekty, które pomogą stymulować rozwój ekosystemu newsowego.

W Polsce, gdy ogłaszano Digital News Initiative, pierwszymi partnerami tej inicjatywy były głównie start-upy. W pierwszej rundzie finansowania Innovation Fund nie otrzymały one dofinansowania. Nie były zadowolone.

10 procent zgłoszonych z całej Europy projektów otrzymało dofinansowanie. Nie mam wątpliwości, że wśród tych, które nie zostały wybrane, także były dobre pomysły.  

DNI jest strukturą opartą na trzech filarach: rozwój produktów, wspieranie innowacji oraz szkolenia i badania. Ważne są wszystkie części. Ja nie kieruję całym projektem DNI, lecz tylko funduszem, który jest częścią wspierania innowacji, wydzielonym przedsięwzięciem. Nie chodzi o przekazywanie pieniędzy organizacjom, z którymi współpracujemy, tylko o projekty. Nie chodzi też o to, żeby ktoś przyszedł z pomysłem wykorzystującym produkty Google i wtedy zostanie sfinansowany. W radzie oceniającej duże projekty nie ma na przykład przedstawicieli żadnego z wydawców, którzy zakładali z nami DNI.

Ale w Polsce największe dofinansowanie otrzymała w pierwszej rundzie Agora, której prezes jest w radzie DNI Innovation Fund.

Agora to duży wydawca, który przyszedł z dobrym projektem. Przywiązujemy wagę do sprawiedliwej, bezstronnej oceny – członek rady z Agory nie brał udziału w głosowaniu nad swoim projektem.

Jeśli chcesz zadbać o uczciwość procesu selekcji, musisz do niego zaprosić ludzi, którzy się na tym znają. W radzie jest 13 osób reprezentujących całą branżę. 10 jest niezależnymi ekspertami specjalizującymi się w różnych obszarach rynku medialnego – są wśród nich przedstawiciele tradycyjnych wydawnictw, uniwersytetów, prezesi firm czy eksperci od innowacji. Trzech członków reprezentuje Google. Naprawdę myśli pan, że jedna osoba z Agory mogłaby zdecydować o wyniku głosowania? To tak nie działa. Każdy projekt jest najpierw recenzowany przez przynajmniej dwie osoby z zespołu DNI Fund.

Czyli te ponad tysiąc aplikacji przeszło przez zaledwie dwie osoby?

W pierwszym etapie każde zgłoszenie było recenzowane przez przynajmniej dwie osoby – pracownika Google i zewnętrznego asesora będącego członkiem zespołu. Niekoniecznie zawsze były to te same dwie osoby.

Myślałem, że Pana zespół jest dużo większy.

Zespół nie jest duży. Ale ważne jest, że mamy dwie perspektywy – wewnętrzną i zewnętrzną. Z reguły projekty widzą trzy–cztery osoby, a obowiązkowo minimum dwie. Wtedy robimy pierwszą selekcję. Z ponad tysiąca dwustu aplikacji około 450 przeszło do etapu rozmów kwalifikacyjnych. Były to 20–30-minutowe rozmowy na temat ich projektów. Potem zespół DNI Fund wybrał projekty prototypowe i średnie. Dla dużych robiliśmy kolejną listę i przygotowywaliśmy rekomendacje. Dopiero potem głosowała rada. Jest to więc wieloetapowy proces.

Czy są jakieś różnice w tym, kto zgłasza się z poszczególnych państw Europy? Gdzie jakie trendy są popularne?

W zgłoszeniach z pierwszej rundy widać wiele projektów skupionych na wideo i na rzeczywistości wirtualnej. Widać, że zarówno start-upy, jak i tradycyjni wydawcy oraz nadawcy czują, że to coś ważnego i nie chcą tego przegapić. Jednocześnie nie bardzo wiedzą jeszcze, jak podejść do tematu.

Innym trendem jest na pewno data journalism i wizualizacje danych. To na przykład projekt z Czech, zgłoszony przez osobę indywidualną, który ma stworzyć coś w rodzaju WordPressa dla danych, gdzie możemy wybrać szablon i łatwo je przedstawić wizualnie. Kolejnym trendem jest personalizacja – często wymaga dużego kapitału startowego. Mamy w tej kategorii ciekawy projekt oparty na współpracy różnych wydawców.

Mniej spodziewaliśmy się projektów dźwiękowych – a są bardzo interesujące. Nawet nie chodzi o same podcasty, ile o ułatwienie przeszukiwania plików audio. Projekty są nastawione na to, by dźwięki stały się łatwiejsze do wyszukiwania. Ważnymi trendami są też robot journalism i systemy uczące się.

Zanim zaczął Pan pracować przy DNI Innovation Fund, zajmował się Pan podobnym funduszem Google przeznaczonym dla francuskich mediów. On pierwsze pieniądze przekazał trzy lata temu. Czy tamte projekty zmieniły francuskie dziennikarstwo?

Były to zarówno porażki, jak i sukcesy. Z tym że francuski fundusz był inny: ograniczony do niewielkiej liczby francuskich wydawców, podczas gdy DNI Innovation Fund jest szeroko otwarty, europejski. Wiele innowacji, które wprowadzili w ostatnich latach francuscy wydawcy, zostało wspartych przez fundusz. Niektóre projekty dały nowe źródła finansowania dziennikarstwa cyfrowego. Niektóre stworzyły produkt, który pomoże aplikującym wyjść naprzeciw temu, jak użytkownicy teraz konsumują newsy, zwiększając zysk z jednego użytkownika.

Jaka była reakcja mediów na wyniki pierwszej rundy finansowania w ramach DNI? W Polsce jeden projekt, który ma na zasadzie watchdoga sprawdzać prawdziwość treści, rozwija spółka Glob360 wydająca serwis, który słynie raczej z ilości, a nie jakości treści. I teraz, gdy popełnią jakiś błąd, użytkownicy Twittera żartują: „To jest to wartościowe dziennikarstwo, które finansuje Google?”.

Gdy projektowaliśmy fundusz, zadaliśmy sobie trzy zasadnicze pytania: Czym jest news? Czym jest innowacja? Co oznacza jakość?

Jest pan w stanie zdefiniować jakościowe dziennikarstwo? Moim zdaniem to trudne. Dlatego zdecydowaliśmy, że przyjmiemy najszerszą możliwą definicję i będziemy odnosić się do twórców oryginalnych treści dziennikarskich. To, co pan uważa za dobrą jakość, dla mnie może już takie nie być. To naprawdę subiektywne. Fundusz nie służy do finansowania tworzenia treści. W ramach pierwszej rundy finansujemy zresztą różnorodne projekty, czy to pod względem tematyki, typu organizacji zgłaszającej, jej wielkości, wielkości projektu czy finansowania.  

Słyszałem, że Ringier Axel Springer Polska nie złożył żadnego projektu.

Każdy może zdecydować, czy chce aplikować czy nie. Ale na tych projektach mogą zyskać wszyscy, bo w całym przedsięwzięciu chodzi o stymulację dziennikarstwa cyfrowego.

Axel Springer z innymi wydawcami ruszył z własnym, choć dużo mniejszym projektem rozwijającym media: Accelerating European Media Innovation and Insights. To dla Was konkurencja?

W funduszu chodzi o innowacje, nie konkurowanie. Nie znam szczegółów tego projektu, ale jeśli wszyscy będziemy się starać, by ekosystem dziennikarski był bardziej zwinny i innowacyjny, to tylko lepiej. Na przykład European Journalism Center też przecież finansuje różne projekty.

150 milionów na stymulację dziennikarskiego ekosystemu to sporo. Europejscy wydawcy mogą się uzależnić od Waszych pieniędzy i gdy się skończą, europejskie media będą jak grecka ekonomia po ograniczeniu unijnych dotacji.

Dlatego nie finansujemy bieżącej działalności dziennikarskiej. W żadnym wypadku nie chcemy zostać inwestorem czy główną firmą wspierającą jakiegoś wydawcę.

Ludovic Blecher

Szef DNI Innovation Fund. Przed dołączeniem do Google był dyrektorem FINP, funduszu wspierającego dziennikarstwo cyfrowe, przeznaczonego dla francuskich wydawców i wspieranego przez Google. Blecher jest dziennikarzem, ostatnie 15 lat pracował w branży informacyjnej. Zaczynał jako reporter w Liberation.fr, dochodząc do stanowiska redaktora naczelnego, a następnie dyrektora wykonawczego. Był członkiem Francuskiej Rady ds. Cyfryzacji, niezależnej komisji doradczej rządu francuskiego.

Jakub Mejer

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Temat: prasa

Dział: WYWIADY

Dodano: Sierpień 22, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Rozmowa z Piotrem Augustyniakiem, autorem rozmowy z ks. Tischnerem, której nie było

W weekendowym magazynie "Gazety Wyborczej", ukazał się tekst będący formą wywiadu ze zmarłym w 2000 roku ks. Józefem Tischnerem. Autorem tekstu "Polska Znicestwiona Głos dla Tischnera" jest Piotr Augustyniak, publicysta i filozof Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Materiał składa się z pytań na tematy bieżące (np. katastrofy w Smoleńsku i władzy PiS) i dobranych do tych pytań odpowiedzi, które są cytatami z tekstów ks. Tischnera. Taka forma nie podoba się prawicowym publicystom, którzy krytykują autora i „Gazetę Wyborczą”.

Jakie były kulisy powstania tekstu opartego na wypowiedziach ks. Józefa Tischnera?

Tekst jest reakcją na zupełnie bezpodstawne i krzywdzące dla Tischnera posądzenia, również ze strony jego byłych uczniów, odnośnie jego ignorancji politycznej oraz niefrasobliwości, czy wręcz moralnego upadku, które miały rzekomo sprawić, że związał się po 1989 roku z obozem Unii Wolności i aktywnie wspierał oraz współtworzył podwaliny ideowe III RP. Działaniom tym towarzyszą próby przeciągnięcia Tischnera na stronę polskiej prawicy i uczynienia z niego jednego z patronów „dobrej zmiany”, poprzez powrót do pewnych jego intuicji z początku lat 80-tych.
Mój tekst jest wyrazem niezgody na tego rodzaju praktyki. Jest próbą pokazania, że w świetle wypowiedzi Tischnera z lat 90-tych to, co się dzieje dziś w Polsce, jest jej destrukcją i znicestwieniem. Zaś obóz dziś rządzący Polską jest kontynuatorem tej linii politycznej i tożsamościowej, która była Tischnerowi jak najdalsza i była przedmiotem jego ostrej krytyki. Intencją powstania mojej „rozmowy” była więc chęć obrony Tischnera przed dezinterpretacjami, atakami i posądzeniami.
   
Skąd pomysł, aby tekst przedstawić w formie rozmowy?

Czytając po raz kolejny Tischnera w ostatnich miesiącach, szukałem u niego klucza do tego, co się dzieje dziś w polskim życiu społecznym. Znalazłem bardzo wiele myśli i  stwierdzeń, które w moim odczuciu niezwykle trafnie opisują, a co ważniejsze, wnikliwie wyjaśniają dzisiejszą sytuację. Więcej, czytając teksty Tischnera nabrałem pewności, że przestrzegają one właśnie przed tym, co teraz w Polsce mamy, jako najbardziej czarnym scenariuszem ewolucji życia społeczno-politycznego. Postanowiłem więc wybrać formę, która pozwoli jak najmocniej wybrzmieć słowom samego Tischnera. Tak jak napisałem w leadzie tekstu: głos dla Tischnera. Niech mówi dziś swoim mocnym głosem, bo ma nam wciąż wiele do powiedzenia.
Z drugiej strony, formuła rozmowy, nie zmienia tego, że tekst jest moją interpretacją jego myśli. Jestem filozofem, a dokładnie filozofem-hermeneutą. Na czym polega to, czym się zajmuję? Polega na próbie wyjaśniania i rozumienia faktów. Mechanizm rozumienia, czyli interpretacji, polega na odczytywaniu faktów w horyzoncie pewnej myśli vel teorii. Mój tekst, to zwykła robota hermeneutyczna: fakty takie jak „dobra zmiana”, „polityka historyczna”, „religia smoleńska” zostają poddane interpretacji w horyzoncie, lub jak kto woli, w świetle myśli Tischnera. Forma rozmowy tego nie zmienia, ma w tym jedynie pomóc. To dla hermeneuty codzienność rozmawiać z wielkimi filozofami przeszłości – za pośrednictwem ich tekstów – o aktualnych sprawach.
     
„Gazeta Wyborcza” go zaproponowała, czy było odwrotnie?

Tekst powstał z potrzeby serca. Pisząc go, miałem od razu zamiar wysłać go do „Gazety”, ponieważ chciałem, żeby rozszedł się szerokim echem, a także dlatego, że sam Tischner w „Gazecie” publikował swoje najważniejsze artykuły. Powiem przewrotnie, w pewnym sensie chciałem przypomnieć „Gazecie” i jej czytelnikom, że jednym z istotnych elementów jej tożsamości była, powinna być  i mam nadzieję, wciąż jest, myśl i postać Tischnera. Cieszę się, że ukazał się właśnie tutaj. Dodam, że nonsensowne są posądzenia, że jest on atakiem, tekstem frontowym, napisanym na zamówienie. Przeciwnie, przeszedł on długi proces recenzyjny, decyzyjny i redakcyjny.

Jak zareagował Pan na dyskusję, którą wywołał?

Na razie się przysłuchuję, raczej wybiórczo i z doskoku. Po części z rozbawieniem, po części z niedowierzaniem. Cieszę się jednak, że tekst zaistniał, mam nadzieję, że to będzie istotny impuls w debacie nad spuścizną Tischnera i że zainteresuje nim osoby, które być może o nim nie słyszały, albo już dawno go nie czytają.

Krytycznych głosów nie brakuje.

Posądzenia są absurdalne. Nie dziwią mnie jednak, bo tak wygląda niestety nasza debata publiczna. Jak coś jest niewygodne – a wypowiedzi Tischnera są skrajnie niewygodne dla prawicowej narracji – to się to dyskredytuje. W tym wypadku mówi się o manipulacji. To całkowite niezrozumienie elementarnych zasad hermeneutyki i – niestety – zła, ideologiczna wola. Jestem przekonany, że gdybym tekst napisał w formie tradycyjnego omówienia, pojawiłby się w to miejsce zarzut wyrywania słów z kontekstu, albo anachronizmu.

Wykorzystywanie wypowiedzi śp. księdza Tischnera do celów współczesnej debaty jest uczciwe w stosunku do niego?

Jeden z moich przyjaciół, bardzo zasłużony działacz środowisk prawicowej opozycji w latach 80, który znał Tischnera osobiście i do dziś utożsamia się z prawicą, napisał mi, cytuję dosłownie: „Oczywiście najbardziej będą bronić przed Tobą Tischnera ci, którzy sami go nienawidzą za rzekomą zdradę Polski i Kościoła. Czysty obłęd i polskie piekiełko. Trzymaj się”. 
Nie dajmy się zwariować. Mój tekst, przyznaję, o świadomie prowokacyjnej formie, jest jednym z najsilniej upominających się o obecność Tischnera w debacie publicznej głosów ostatnich lat. W sposób bardzo sugestywny i, jak sądzę, wierny transmituje on myśl Tischnera, wyrażoną w jego publikacjach, w obszar naszych dzisiejszych polskich dylematów i sporów.

Jakub Mejer

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY