Temat: prasa

Dział: SYLWETKI

Dodano: Maj 02, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Człowiek z trotylu, czyli jak Tomasz Wróblewski nie wyleciał z mediów

Tomasz Wróblewski (fot. Beata Jarzębska/PMPG Polskie Media)

Człowiek z trotylu, czyli jak Tomasz Wróblewski nie wyleciał z mediów

Wyglądał na człowieka, któremu świat zawalił się na głowę. Mówił spokojnie, ale nieco drżącym głosem. Przez 20 minut tłumaczył, dlaczego jako redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” dopuścił do druku tekst o tym, że we wraku prezydenckiego tupolewa znaleziono ślady trotylu. Sam przygotował to nagranie wideo – oglądało się je jak dziennikarskie pożegnanie Tomasza Wróblewskiego.

Nie miał złudzeń: „Dwadzieścia sześć lat mojej pracy zawodowej rozsypało się”.

Wysadził je w powietrze opublikowany w październiku 2012 roku na czołówce „Rzeczpospolitej” tekst Cezarego Gmyza, który miał być dowodem, że pod Smoleńskiem nie doszło do katastrofy, lecz do zamachu na polską delegację. Prokuratura szybko zdementowała rewelacje o trotylu. Pracę stracili Gmyz, szef działu krajowego Mariusz Staniszewski, wicenaczelny Bartosz Marczuk no i Tomasz Wróblewski.

Oglądający jego wideo na YouTube też nie mieli złudzeń: to koniec Wróblewskiego. Jego tłumaczenia o tym, jak weryfikowano informacje, nie przekonywały. Jego skargi na wydawcę, który go zwolnił, nie wzbudzały żalu. Jego obrona, że inni też się mylili, a nie ponieśli tak surowych konsekwencji, brzmiała żałośnie. Wielu było przekonanych, że Wróblewski – były amerykański korespondent RMF FM, wicenaczelny „Życia”, wicenaczelny „Wprost”, twórca „Newsweek Polska”, wiceprezes Polskapresse, naczelny „Dziennika Gazety Prawnej” – po takiej wpadce w „Rzeczpospolitej” do głównych mediów długo nie wróci.

Zniknął z salonów. Przestał gościć w mediach.

Wśród niepokornych

W styczniu 2013 roku na rynku pojawia się nowy prawicowy „Tygodnik do Rzeczy”. Założył go zwolniony z Presspubliki (niedługo po Wróblewskim) Paweł Lisicki, z którym odeszli też m.in. Piotr Semka, Bronisław Wildstein, Rafał Ziemkiewicz, Łukasz Warzecha. Powstał z finansową pomocą Michała M. Lisieckiego, którego Platforma Mediowa Point Group (wydająca „Wprost”) objęła część udziałów w wydawnictwie Orle Pióro.

Na okładce pierwszego numeru twarze Semki, Lisickiego, Wildsteina, Ziemkiewicza i Waldemara Łysiaka oraz hasło: „Wracamy. Niepokorni dziennikarze nie dali się skreślić”.

Wśród niepokornych autorów pisma – Tomasz Wróblewski.

Paweł Lisicki już nie pamięta, czy to Wróblewski zwrócił się z prośbą o miejsce na łamach, czy zaproponowała mu to redakcja. – Gdy pojawiła się możliwość, że będzie do nas pisał, pomyśleliśmy, że warto mieć u siebie takiego publicystę – wspomina Lisicki. Choć wcześniej sam krytykował tłumaczenia Wróblewskiego w sprawie tekstu o trotylu, nie miał dylematu, czy wpuścić go na łamy. – Czym innym jest ocena tego, jak ten tekst powstawał, a czym innym ocena Tomasza Wróblewskiego jako publicysty. Uważam, że jest świetnym publicystą – tłumaczy Lisicki.

Były naczelny „Rz” wówczas jeszcze był na łamach pisma jakby z innej bajki. Tematyka jego tekstów była odległa od okładkowych tematów „Tygodnika do Rzeczy”. Gdy tygodnik próbował udowadniać, że main-streamowi dziennikarze to „salonowe dzieci”, które „utrudniały ustalanie prawdy o katastrofie Tu-154M”, Wróblewski starał się robić to, z czego był znany wcześniej – bronić wolnego rynku. Kiedy rząd Platformy Obywatelskiej zaproponował obniżenie ceny podręczników szkolnych, Wróblewski drwił: „Tak jak tańsze w PRL miały być żywność, ubrania i życie. I były tańsze. Tak tanie, że nawet socjalistycznym robotnikom nie chciało się ich produkować”.

– Jednak Tomasz Wróblewski zaczął się pojawiać na eventach organizowanych przez wydawnictwo Lisieckiego. Wsiąkał w to towarzystwo – opowiada była dziennikarka „Wprost”.

Na swoim

Z tekstów w tygodniku raczej się nie utrzymywał. – On przywykł do życia na wysokiej stopie. Świętowanie rocznicy ślubu w Birmie sporo kosztuje – mówi dziennikarz, którzy pracował z Wróblewskim już w czasach „Newsweeka” i dobrze go zna.

Wraz z Mariuszem Staniszewskim, wtedy sekretarzem redakcji „Tygodnika do Rzeczy”, i Piotrem Aleksandrowiczem, byłym naczelnym „Rz”, wymyślili, że będą wyszukiwali w innych serwisach interesujące treści i umieszczali je na swojej witrynie Tocowazne.pl.

„W »To co ważne« wybieramy nie tylko te informacje z prasy codziennej, nie tylko to, co znalazło się w magazynach, tygodnikach, miesięcznikach, ale też sięgamy po trudniej dostępne treści. Do agencji informacyjnych, sięgamy do portali partii politycznych, sięgamy do think tanków, sięgamy do blogów i do tego wszystkiego, co jest naprawdę wartościowe, a gdzieś nam się schowało w kraju i za granicą. My też naprawdę byliśmy umęczeni taką powierzchownością, trywialnością przekazu w Internecie: wszystkiego po malutku, tylko ktoś cały czas chciał wyrwać z nas to jeszcze jedno kliknięcie” – reklamował na YouTube swój serwis Tomasz Wróblewski.

Problem polegał na tym, że twórcy Tocowazne.pl sięgali po cudze treści tak, by nawet jednym klikiem nie podzielić się z autorami tych materiałów. Zaczerpnięte z innych serwisów teksty otwierały się w specjalnych ramkach, dzięki którym odwiedziny internautów były liczone tylko na stronie Tocowazne.pl. Serwis rozwijał się słabo, treści było w nim mało. W marcu 2014 roku zamarł.

Znowu naczelny

Za to Tomasz Wróblewski odżył. Wrócił do mediów w roli komentatora, przedstawiany jako redaktor naczelny serwisu Tocowazne.pl. Zapraszano go m.in. do porannych audycji w Tok FM. – W „Rzeczpospolitej” popełnił błąd, który świadczył o braku profesjonalizmu. Ale taki błąd nie oznacza, że ten, kto go popełnił, nie może być komentatorem – uważa Dominika Wielowieyska, która zapraszała byłego naczelnego „Rz” do swojej audycji w Tok FM.

W marcu 2014 roku Wróblewski dostał już własny program „Zapach pieniądza” w Superstacji. – Wcześniej do nas też przychodził jako komentator. Kiedyś zaproponował program ekonomiczny. No i spróbowaliśmy – opowiada Adam Stefanik, prezes i p.o. dyrektor programowy Superstacji. Pytany, czy wpadka Wróblewskiego z tekstem o trotylu go nie zastanawiała, odpowiada: – Nie uważałem, żeby nas ta sprawa dotyczyła. Wydawca „Rzeczpospolitej” był w tej sprawie o wszystkim poinformowany, dlatego to on ponosi odpowiedzialność za to, co się wtedy stało.

Program Wróblewskiego nie zainteresował widzów Superstacji i po około roku zniknął z anteny.

Lecz już we wrześniu 2014 roku Wróblewski został współprowadzącym programu „Ekonomia raport” w TV Republika.

Także w 2014 roku Wróblewski pisał felietony do „Forbesa”, w którym kiedyś był wydawcą. Czyja to była inicjatywa? – Zapewne moja – odpowiada Kazimierz Krupa, wtedy naczelny „Forbesa” (dziś naczelny magazynu „Manager”). – Nie miałem z tym problemu mimo tego, co się stało w „Rzeczpospolitej” – przyznaje.

Tekst Wróblewskiego pojawił się też w nieistniejącym już dwutygodniku „Dobry Znak” wydawanym przez SKOK Wołomin. Było to wtedy, gdy nie udawało się już ukryć, że powiązane z politykami PiS SKOK-i mają problemy i by zapewnić wypłaty depozytów ich klientów, trzeba będzie uruchomić Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Tomasz Wróblewski – znany dotychczas z propagowania gospodarczego liberalizmu – już po aresztowaniu dwóch członków zarządu i szefa rady nadzorczej SKOK Wołomin pisał wtedy o „nagonce na SKOK-i”.

Z kolegami poza mediami

Gościna – owszem, ale kierowniczych stanowisk w mediach nikt mu nie proponował. Zaczął więc szukać dla siebie miejsca poza mediami. Już w październiku 2013 roku zajął się kontaktami z mediami w Warsaw Enterprise Institute (WEI) – think tanku Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Pół roku później został wiceprezesem WEI, którym jest do dzisiaj. Jak Wróblewski trafił do WEI? – Bo to nasz kolega – odpowiada krótko Robert Gwiazdowski, prezes WEI.

– Chyba sam nie wierzył, że uda mu się wrócić do mediów na stałe, więc WEI to był pomysł na to, co będzie robił poza mediami – ocenia Michał Kobosko, były naczelny m.in. „Newsweeka” i „Wprost”, a obecnie szef polskiego oddziału think tanku Atlantic Council.

W WEI Tomasz Wróblewski zajmuje się gospodarką. Ale patrzy już na nią jakby z innej strony. W serwisie internetowym WEI w październiku 2014 roku wziął się np. za temat SKOK-ów. W tekście „Krótkie loty Wielkiego Regulatora” pisał, że „nagonka trwa”, bo upolityczniona przez poprzedni rząd PO Komisja Nadzoru Finansowego próbuje niszczyć świetnie działające SKOK-i.

Taka postawa procentuje – Wróblewski znalazł zajęcie w Instytucie Sobieskiego nazywanym zapleczem intelektualnym PiS. Instytut od lat pomaga tej partii w przygotowywaniu programów i strategii. 26 marca 2014 roku Tomasz Wróblewski prowadził zorganizowaną przez Instytut Sobieskiego dyskusję pt. „Cztery lata rządów Viktora Orbána – jakie wnioski?”. Przedstawiano go tam jako redaktora naczelnego Tocowazne.pl.

Powrót do mainstreamu

A jednak wrócił. I to od razu na stanowisko redaktora naczelnego.

Gdy najpierw w wyniku afery taśmowej, a potem po publikacji serii tekstów o Kamilu Durczoku, który jakoby molestował podwładne w redakcji „Faktów” TVN, od „Wprost” odwracają się reklamodawcy, wydawca postanawia wymienić redaktora naczelnego. Zwalnia Sylwestra Latkowskiego i pod koniec marca 2015 roku rynek dowiaduje się, że nowym naczelnym „Wprost” będzie Tomasz Wróblewski.

Dla wielu to było zaskoczeniem, ale ci, którzy znają PMPG Polskie Media od środka, mniej się dziwili – wiedzieli, że prezes Michał M. Lisiecki potrzebuje kogoś z kontaktami wśród przedsiębiorców, które pomogą w zdobywaniu pieniędzy. – Wydawca „Wprost” szukał naczelnego, który uspokoi pismo i reklamodawców. Tomek był do wzięcia i miał kontakty – zauważa Michał Kobosko z Atlantic Council.

– Pierwsze spotkanie nowego naczelnego z zespołem było bardzo kurtuazyjne. Mówił, że przyszedł robić pismo oparte na wartościach i zasadach. Zapewniał, że nie będzie zwalniał ludzi – opowiada dziennikarka, która była wtedy we „Wprost”. Nowy naczelny wkrótce dobrał sobie zastępców. Ludzi, z którymi pracował wcześniej i z którymi wyleciał z „Rz”. Najpierw wicenaczelnym został więc Bartosz Marczuk (dziś jest wiceministrem). Zastępcą naczelnego jest też Mariusz Staniszewski.

Część zespołu tygodnika, w tym doświadczeni dziennikarze tacy jak Michał Majewski, Cezary Łazarewicz, Agnieszka Burzyńska nie zaufali Wróblewskiemu i od razu się zwolnili – zaczęli z Sylwestrem Latkowskim przygotowywać serwis Kulisy24.com.

Zwolnień nie było, ale propozycje nie do odrzucenia – owszem. – Poinformowano mnie, że będę miała obniżoną pensję. Nie zgodziłam się. Nie zapytałam nawet, o ile chcą mi ją obniżać. Potem się dowiedziałam, że to miało być 70 procent – opowiada Magdalena Rigamonti.

Młodsi dziennikarze patrzyli jednak na nowego naczelnego z nadzieją. Przecież słyszeli, jak to w czasach „Newsweeka” dla Wróblewskiego liczyła się przede wszystkim jakość tekstów i sukces gazety; jak to pracowało się tam po nocach, ale ludzie widzieli, że są tego efekty. – Przychodził do nas słynny Tomasz Wróblewski, który uruchomił w Polsce i poprowadził do sukcesu „Newsweek”. Więc trochę się rozczarowaliśmy, gdy Wróblewski prawie od razu po tym, jak został naczelnym, poszedł na miesięczny urlop. Redagowanie tekstów scedował na zastępców – opowiada była dziennikarka „Wprost”.

Konflikt interesów

Dziennikarze znający sytuację we „Wprost” pod rządami Wróblewskiego opowiadają, że niektóre teksty nadal są przez niego dokładnie czytane i gruntownie redagowane – jednak nie o ich jakość chodzi. – Z tekstu kolegi, który miał osiem tysięcy znaków ze spacjami, po zredagowaniu go przez naczelnego został tysiąc znaków, który nie był zmieniony. Stało się tak nie dlatego, że tekst był zły, tylko nie odpowiadał linii gazety. Najgorsze, że po zredagowaniu nie dostajemy potem swoich tekstów do przeczytania – opowiada jeden z dziennikarzy. Z relacji tych, którzy do niedawna pracowali we „Wprost”, wynika też, że nie przechodzą teksty niewygodne dla niektórych spółek skarbu państwa, na reklamy których liczy wydawca. Dziennikarze zajmujący się takimi newralgicznymi tematami niekiedy są nawet proszeni o przesyłanie prawniczce wydawnictwa do sprawdzenia pytań, jakie zamierzają zadać danej firmie. – Natomiast w przypadku tekstów uderzających w krytyków PiS panuje niezwykły pośpiech. Wtedy nie pomagają uwagi, że może lepiej byłoby tekst przełożyć, bo autor jeszcze nie wszystko sprawdził – opowiada osoba zorientowana w realiach redakcji.

Ten sam Wróblewski, który poprzez „Newsweeka” wprowadzał standardy amerykańskiego dziennikarstwa, teraz – będąc naczelnym „Wprost” – wciąż jest wiceprezesem WEI. Ten konflikt interesów ujawnił się już np. przy okazji tekstu Anny Gielewskiej „SKOK bez przeszkód”, opublikowanego jeszcze za czasów Latkowskiego. Ujawniła ona, że przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego wysłał list do najważniejszych osób w państwie z informacją, iż współzałożyciel SKOK senator Grzegorz Bierecki wyprowadził kilkadziesiąt milionów złotych do spółki, której był właścicielem i prezesem. Według szefa KNF pieniądze nie powinny trafić do prywatnej spółki, ale zasilić SKOK. Po publikacji tekstu wymienieni w nim Adam Jedliński i bracia Biereccy zażądali od „Wprost” przeprosin i wpłaty 300 tys. zł na Caritas Polska.

W październiku ub.r., już za czasów Wróblewskiego, „Wprost” przeprosiny opublikował – bez wiedzy autorki tekstu i byłego naczelnego. Choć Wróblewski – jako wiceprezes WEI – dobrze znał raport przygotowany dla SKOK właśnie przez WEI we wrześniu ub.r. pt. „Biała Księga SKOK”. Raport ten stawia tezę, że upolityczniona KNF szkodzi SKOK-om, które są w niezłej kondycji finansowej.

Ile SKOK zapłacił WEI za ten raport? – 45 tysięcy złotych – nie kryje Robert Gwiazdowski, prezes WEI.

– Jeżeli redaktor naczelny zasiada w zarządzie takiego instytutu jak Warsaw Enterprise Institute, może to rodzić konflikt interesów – stwierdza Bianka Mikołajewska z „Gazety Wyborczej”, która od lat pisała o SKOK-ach. Opublikowane przez „Wprost” przeprosiny odebrała osobiście. – „Wprost” przeprosił za opisanie sprawy, o której pisałam w 2011 roku w „Polityce”. SKOK-i nie przysłały wówczas żadnego sprostowania, nie wytoczyły – wyjątkowo – żadnej sprawy sądowej. Przeprosiny „Wprost” podważyły wiarygodność tamtego artykułu i wiarygodność wszystkich mediów ujawniających, co się dzieje w SKOK-ach – stwierdza Mikołajewska. – Prawicowe media sugerowały, że „Wprost” przeprosił za to, co inne media piszą o SKOK-ach od lat. Związany z kasami „Tygodnik Podlaski”, ukazujący się w okręgu wyborczym Grzegorza Biereckiego, ogłosił na jedynce, że „oszczercy przepraszają senatora Biereckiego”. A Jarosław Kaczyński mówił podczas spotkania wyborczego na Podlasiu, że Bierecki był oskarżany o różne sprawy, ale ci, którzy go oskarżali, musieli się wycofać – kończy rozgoryczona.

Zazgrzytało też z powodu zaangażowania Wróblewskiego w WEI w sierpniu ub.r., gdy „Wprost” napisał, że w przetargu na śmigłowce dla polskiego wojska były nieprawidłowości – wtedy Ministerstwo Obrony Narodowej zwróciło uwagę na powiązania Wróblewskiego z Andrzejem Talagą, rzecznikiem prasowym PZL Mielec. Talaga był zastępcą Wróblewskiego w „Rzeczpospolitej”; po utracie pracy tam w lutym 2014 roku szybko został... wiceprezesem WEI, a w czerwcu 2014 roku rzecznikiem PZL Mielec. Sprawę cywilną wytoczoną przez MON Wróblewskiemu i autorowi tekstu Cezaremu Bielakowskiemu sąd umorzył – po tym, jak nowa ekipa w ministerstwie po zmianie rządu wycofała pozew.

Redaktor niezłomny

Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi na łamach „Wprost” kierowanego już przez Wróblewskiego można było zaobserwować pewną prawidłowość: im więcej w sondażach zdobywało PiS, tym więcej pojawiało się tekstów zgodnych z linią i wypowiedziami polityków tego ugrupowania. Kiedy w połowie ub.r. PiS zaczął grać kartą uchodźców i straszyć nimi wyborców, Tomasz Wróblewski w redakcyjnym wstępniaku wtórował: „Wszyscy ci, którzy z moralnych pobudek szeroko otwierają ramiona i publiczną kasę dla uchodźców, mają też moralny obowiązek powiedzieć nam, gdzie jest granica tego szaleństwa. Zamiast tego uciekają się do podłych argumentów i szantażu”. W innym wstępniaku uchodźców nazwie „hordami psychicznie zdeformowanych”.

Po wygranych przez PiS wyborach Wróblewski niezłomnie broni polityki nowego rządu. Gdy agencja S&P obniżyła rating Polski, wyraźnie zaznaczając, że zrobiła to z powodu osłabiania ważnych instytucji przez nowy polski rząd, naczelny „Wprost” używał we wstępniaku takich samych argumentów jak politycy PiS: nie było żadnych powodów ekonomicznych do obniżania nam ratingu. „Twarda, bezwzględna gra obliczona na złamanie polskiego rządu” – pisał.

Wróblewski pilnie odrabia lekcje z chwytów stosowanych przez braci Karnowskich – i np. w grudniu dał na okładce „Wprost” znienawidzonych przez PiS Tomasza Lisa i Ryszarda Petru z hasłem: „Za ile kupiła ich Platforma”. – Pomyślałem wtedy, że to skrzyżowanie desperacji z błaganiem nowej władzy o pieniądze ze spółek skarbu państwa – komentuje Tomasz Lis.

– Tekst okładkowy był o tym, kogo wspiera Narodowe Centrum Kultury. W żaden sposób nie pasował do tej okładki, która była po prostu głupia – stwierdza Dominika Wielowieyska z „GW”.

Sam tekst też był kuriozalny, z naciąganą tezą, pisany bez zrozumienia, jak działa NCK.

– Właściciel „Wprost” naprawdę liczy, że nowa władza pomoże mu finansowo, na przykład reklamami spółek skarbu państwa, a naczelny to rozumie i się dostosowuje – mówi dziennikarka, która pisała do tygodnika.

Jarosław, nie czytelnicy

Na czytelnikach Tomaszowi Wróblewskiemu chyba już mniej zależy. Od kiedy został naczelnym, nie zatrzymał spadku sprzedaży tygodnika (w grudniu ub.r. wyniosła 31,5 tys. egz., ZKDP) – ba! „Wprost” wyprzedziły już nawet „Tygodnik do Rzeczy” i „Gazeta Polska”.

– „Wprost” stał się nieciekawy – kwituje Dominika Wielowieyska.

Jak oceniają niektórzy autorzy „Wprost”, wpływ na to ma archaiczny sposób redagowania tekstów. – Jeżeli chodzi o politykę, naczelnego i jego zastępcę Mariusza Staniszewskiego najbardziej interesuje analizowanie programów wyborczych partii i ich realizowanie, a mniej polityka od środka. A gdy się wyśle tekst, ukazuje się on potem ubarwiony wyświechtanymi zwrotami, w stylu „na linii politycznej trwa stan napięcia”. Czytelnika się tym nie porwie – opowiada jeden z autorów „Wprost”.

– Tej gazety czytelnicy już nie chcą, ale może pisowska władza zapłaci za swój PR, a spółki skarbu państwa za PR prezesów? – komentuje Tomasz Lis z „Newsweek Polska”.

PR wśród nowej władzy robi sobie za to sam Wróblewski. Tak więc „Wprost” przyznał tytuł Człowieka Roku 2015 Jarosławowi Kaczyńskiemu. Po gali Tomasz Wróblewski poprowadził krótki panel dyskusyjny o tym, jak komunikować zmiany. Udział w nim wzięli Joanna Lichocka, posłanka PiS (Wróblewski zwracał się do niej: Joasiu), Paweł Lisicki z „Tygodnika do Rzeczy” i Ryszard Legutko, europoseł z PiS. Naczelny „Wprost” utyskiwał, że na Zachodzie większość mediów źle pisze o tym, co robi nowy polski rząd, a na zakończenie przekonywał, że warto być sobą.

Nie poznaję Tomka

– Tomek ma poglądy konserwatywne, ale nie aż tak, jak to wygląda teraz w jego gazecie. Widać, że realizuje jakiś zamysł wydawcy. Nie powinien tam iść pracować, bo Michał Lisiecki dorobił się w branży takiej opinii, że poważni ludzie nie idą do niego do pracy – mówi jeden z wydawców.

– Kiedy Tomasz Wróblewski został naczelnym „Wprost”, myślałem, że będzie zmieniał ten tygodnik w stronę magazynu z zacięciem gospodarczym. Tymczasem pismo stało się upolitycznione. Nie bardzo w tym poznaję Tomka – przyznaje Kazimierz Krupa.

Ten nowy Tomasz Wróblewski, który powstał jak feniks z popiołów wysadzonego trotylem naczelnego „Rz”, jest dziś trudnym tematem nawet dla jego dobrych znajomych. Nie chcą rozmawiać o jego przemianie. – Z Tomkiem znamy się od dawna, lecz teraz musiałbym powiedzieć wiele niemiłych dla niego słów. Wolałbym tego uniknąć – wymiguje się od rozmowy znany publicysta.

Lecz niektórzy mniej się dziwią. Oceniają, że Wróblewski zawsze potrafił się odpowiednio ustawić. – Kiedyś mnie zapytał: ty naprawdę masz lewicowe poglądy? Jemu się w głowie nie mieści, że można mieć przekonania nieuwarunkowane koniunkturalnie. To, co teraz robi, nie jest niczym innym niż próbą utrzymania się na powierzchni – ocenia Roman Kurkiewicz z TVN 24.

„Wprost” jak trotyl

„Dwadzieścia sześć lat mojej pracy zawodowej rozsypało się” – mówił ponad trzy lata temu.

Dziś jest wśród nominowanych do Nagrody Kisiela. Wydawca „Wprost” zapewnia, że to czytelnicy go nominowali. Wraz z Wróblewskim nominowany jest też sam wydawca „Wprost”.

Jerzy Kisielewski, syn Stefana Kisielewskiego, jest zdziwiony, że osoby związane z redakcją w ogóle pretendują do tej nagrody. Zapewnia, że nie chodzi nawet o to, że powstał konflikt między kapitułą Nagrody Kisiela, która wybierała laureatów od 1990 roku, a „Wprost”, który przez lata patronował konkursowi. – Była po prostu zasada, że nie bierze się pod uwagę osób, które piszą we „Wprost” – mówi Jerzy Kisielewski.

Ale kto im zabroni. W kolejnym rozkwicie zawodowej kariery Tomasz Wróblewski pewnie nawet nie zauważa kuriozalności całej sytuacji. Chcieliśmy z nim o tym porozmawiać, ale się nie zgodził.

Wielki powrót? – We „Wprost” rozpoznaję rękę mojego byłego szefa z „Newsweeka” tylko w tym, że zmarginalizował dział Kultury, bo on nigdy nie miał serca do tej tematyki. Po tym, co teraz robi we „Wprost”, w przyszłości może mieć problem z powrotem do mediów niezwiązanych z PiS – ocenia Piotr Bratkowski, publicysta „Newsweeka”.

Z drugiej strony, jeśli wpadka z trotylem nie wysadziła Tomasza Wróblewskiego w zawodowy niebyt, to dziennikarska służba władzy pewnie także z czasem pójdzie w zapomnienie.

Kisiel pewnie by się uśmiał.

Mariusz Kowalczyk

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Dział: SYLWETKI

Dodano: Styczeń 23, 2017

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

10 lat temu zmarł Herodot polskiego reportażu

(fot. z „Grand Press XX”, Andrzej Świetlik/Forum)

23 stycznia 2007 roku w Warszawie zmarł Ryszard Kapuściński - najwybitniejszy polski reportażysta. W konkursie Grand Press został wybrany Dziennikarzem XX Wieku. Poniżej publikujemy poświęcony mu tekst autorstwa Stanisława Zasady, który ukazał się w jubileuszowym albumie „Grand Press XX”.

Herodot polskiego reportażu

Założyłby frak, król Szwecji wręczyłby mu medal, dyplom i czek. Zostałby pierwszym reporterem uhonorowanym Literacką Nagrodą Nobla. Wszystko miało się odbyć 10 grudnia 2007 roku. Ale Ryszard Kapuściński zmarł dziesięć miesięcy wcześniej.

– Żałuję, że nie zdążyliśmy nagrodzić Kapuścińskiego za jego literackie reportaże i lapidaria – przyznał niedawno Per Erik Wästberg, sekretarz Komitetu Noblowskiego. – Kapuściński w błyskotliwy sposób odkrywał przed nami światy, o których nam się nie śniło.

„Cesarz reportażu” – taki przydomek zyskał – jest obok Stanisława Lema najczęściej przekładanym polskim autorem. „Jeden Kapuściński wart jest tysiąca skamlących i fantazjujących gryzipiórków” – napisał o nim Salman Rushdie. Cenił go noblista Gabriel García Márquez.

Guru kilku pokoleń polskich reporterów. Lubił powtarzać: „Do tego, żeby uprawiać dziennikarstwo, przede wszystkim trzeba być dobrym człowiekiem. Źli ludzie nie mogą być dobrymi dziennikarzami. Jedynie dobry człowiek usiłuje zrozumieć innych”. To jedno z jego najważniejszych przykazań. Obok tego: „To nie jest zawód dla cyników”.

Żeby pisać, trzeba czytać

Początek lat 90. Mariusz Szczygieł zaczyna pracę w dziale reportażu „Gazety Wyborczej”. Jego szefowa Małgorzata Szejnert zaprasza do redakcji Krzysztofa Kąkolewskiego i Ryszarda Kapuścińskiego. Daje im teksty młodych dziennikarzy. Kąkolewski czyta dokładnie i ma sporo szczegółowych uwag. Kapuściński czytania odmawia. Za to dużo mówi.

– Mówił nam, że życie nie kończy się na Polsce i nie możemy uważać się za pępek świata, bo to jest bardzo prowincjonalne – opowiada Szczygieł. – Mówił, że mamy się uczyć języków, wyjeżdżać i opisywać świat.

Czego młody reporter Szczygieł nauczył się od Kapuścińskiego? – Niczego poza jedną radą. Na pytanie: „jak pisać?”, odpowiadał: „najpierw czytać” – mówi autor „Gottlandu”. – On w ogóle nie dawał żadnych porad pisarskich. Kąkolewski przyszedł wtedy do nas z konkretnymi radami, a Kapuściński z ideami.

Gdy w „Gazecie” ukazał się ostatni odcinek „Imperium” (książka najpierw tam była drukowana), Kapuściński zaprasza cały dział reportażu do swojej legendarnej pracowni. – Interesowało go, co myślimy o książce – wspomina Szczygieł.

Młodym reporterom kontaktów z „cesarzem reportażu” zazdrości cała redakcja. Z niektórymi Kapuściński się zaprzyjaźnia, pisze wstępy do ich debiutanckich książek. – Zawsze był bardzo życzliwy i wszystko pamiętał – opowiada Szczygieł. – Kiedy przypadkowo spotkaliśmy się na ulicy, pytał, co u mojej mamy, bo przecież ostatnio mówiłem, że chorowała. Byłem w szoku, że wielkiego reportera interesują sprawy dla innych nieistotne.

Szczygłowi utkwiło w pamięci spotkanie z Kapuścińskim na Wiejskiej. – Wypytał mnie wtedy o wszystko: jak powstaje mój program telewizyjny, co u rodziców, kiedy kończę studia. I wtedy zrozumiałem, dlaczego wiele osób go tak kocha: każdy czuł się przy nim ważny i niegłupi – mówi Szczygieł.

Bramkarz i bokser

„Zacząłem moje wędrowanie, mając lat siedem, i wędruję do dnia dzisiejszego” – napisze, gdy będzie już dojrzałym reporterem.

Siedem lat ma w 1939 roku. Z rodzinnego Pińska na Polesiu ucieka z matką i siostrą spod sowieckiej okupacji. Ojciec poszedł na front, uciekł z transportu do Katynia, ukrywał się. Odnajdzie rodzinę w Puszczy Kampinoskiej. Kapuścińscy spędzą tam okupację.

Rysiek często głoduje. Słyszy, jak w pobliskich Palmirach naziści rozstrzeliwują więźniów Pawiaka, jako ministrant towarzyszy księdzu w pochówku zabitych partyzantów. „Dla tych, którzy ją przeżyli, wojna nigdy się nie kończy w sposób ostateczny” – powie po latach.

Pińsk z dziecięcych lat zapamięta tak: drewniane domy, obok polskiego na ulicach słychać jidysz i białoruski. Nie wróci już tu – po wojnie ta część Polesia zostaje przyłączona do Związku Radzieckiego (rodzinne strony odwiedzi dopiero na starość). Ale tamte obrazy zostawią w nim ślad na całe życie. – Przyznał kiedyś, że dlatego tak chętnie przebywał w biednych krajach, ponieważ było w nich coś z Polesia – mówi Szczygieł.

Na razie gimnazjalista Rysiek broni bramki w reprezentacji szkoły i młodzieżowej drużynie Legii Warszawa. Trenuje boks – zostanie wicemistrzem Polski juniorów w wadze koguciej. Drugie marzenie to poezja – pierwszy wiersz opublikuje jako siedemnastolatek. Ale ktoś mu powie, że za bardzo trąci Majakowskim. Poezję zarzuci na kilkadziesiąt lat.

Po maturze zostaje gońcem w „Sztandarze Młodych” – Wiktor Woroszylski wysyła go po wypowiedzi do Marii Dąbrowskiej, Zofii Nałkowskiej, Leopolda Staffa, Juliana Tuwima. Studiuje historię na Uniwersytecie Warszawskim, chodzi na wykłady z filozofii młodego Leszka Kołakowskiego.

Jedną z jego ulubionych książek są „Dzieje” Herodota.

Prawda o Nowej Hucie

W 1949 roku władze PRL rozpoczynają pod Krakowem wznoszenie wielkiego kombinatu metalurgicznego i miasta przemysłowego. Nowa Huta ma być wizytówką socjalistycznej ojczyzny. Na największym w kraju placu budowy pracuje cała Polska.

W 1955 roku do Nowej Huty przyjeżdża Ryszard Kapuściński, młody reporter „Sztandaru Młodych”. Pisze reportaż „To też jest prawda o Nowej Hucie”. Czytelnicy dowiadują się, że „w obrębie Nowej Huty, w jej wnętrzu są sprawy niepokojące i złe”.

Kapuściński wylicza: jest „kilkaset młodych małżeństw, które w Nowej Hucie nie mają mieszkań”, panuje bezduszna biurokracja, marnotrawstwo, moralna nędza. Opisuje bulwersujące szczegóły, jak ten, że „w Nowej Hucie znają mieszkanie, gdzie w jednym pokoju mama przyjmuje od facetów forsę, a w drugim córka wyrównuje gościom te straty”.

Tekst ukazuje się 30 września. Z pracy wylatują naczelna „Sztandaru” i cenzor, Kapuściński zaszywa się w hotelu robotniczym w Nowej Hucie (schronienia udzielają mu robotnicy).

Na szczęście w powietrzu czuć już polityczną odwilż 1956 roku. Do Nowej Huty jedzie partyjna komisja, żeby zbadać sprawę na miejscu. Po kontroli wylatuje kierownictwo Nowej Huty, naczelna „Sztandaru” i cenzor wracają do pracy, a 23-letni Kapuściński dostaje pierwszą w życiu nagrodę – Złoty Krzyż Zasługi.

Polskich oraz międzynarodowych nagród i wyróżnień dostanie jeszcze kilkadziesiąt. W 1999 roku w plebiscycie zorganizowanym przez miesięcznik „Press” zostanie Dziennikarzem Wieku.

Z Pińska w świat

„O każdej drodze lubię myśleć, że jest ona drogą bez końca, że biegnie dookoła świata. A wzięło się to stąd, że z mojego Pińska można było dotrzeć łódką do wszystkich oceanów. Wyruszając z małego, drewnianego Pińska, można opłynąć cały świat” – napisał w „Lapidariach”.

W wielki świat wyrusza w 1956 roku – „Sztandar Młodych” wysyła go do Indii, stamtąd pojedzie do Pakistanu i Afganistanu, potem do Japonii i Chin. Podobno wysłali go dlatego, że po reportażu o Nowej Hucie władze wolały się pozbyć z kraju dociekliwego reportera. Za granicą Kapuściński czuje się zagubiony – mówi tylko po polsku i rosyjsku. Z kieszonkowego słownika zakuwa angielskie słówka, w Delhi kupuje „Komu bije dzwon” Hemingwaya po angielsku. Potem opanuje jeszcze hiszpański, portugalski i francuski.

W Polsce kończy się polityczna odwilż. W odwecie za poparcie rozwiązanego tygodnika „Po Prostu” władze pacyfikują redakcję „Sztandaru Młodych”. Kapuściński wraca prawie dwa tygodnie koleją transsyberyjską, na znak solidarności z zespołem odchodzi ze „Sztandaru”. Przyjmują go do „Polityki” – pisze reportaże z powiatowej Polski.

Kilka lat później Polska Agencja Prasowa wysyła go do Afryki. Wali się właśnie system kolonialny, powstają niepodległe państwa, wybuchają rebelie, przewroty, rewolucje – dla dziennikarza nie może być nic ciekawszego.

Po sześciu latach wraca do Polski wycieńczony malarią i gruźlicą. Ale znowu go gdzieś gna, więc redakcja wysyła go do Ameryki Łacińskiej. A tam prawicowe i wojskowe dyktatury, lewicowa partyzantka, romantyczni rewolucjoniści – jak Che Guevara. Nie zdąży go spotkać, ale przetłumaczy jego „Dziennik z Boliwii”. W połowie lat 70. znów jest w Afryce – śledzi upadek portugalskiej kolonii w Angoli.

Poza domem spędzi 20 lat. To nie są ekskluzywne wyjazdy: klepie biedę, byle jak mieszka, na każdym kroku niebezpieczeństwa. Kilka razy miał być rozstrzelany, bo napotkani żołnierze uznali go za wroga. Raz omal nie umarł na środku Sahary z pragnienia. Mirosław Ikonowicz, kolega z PAP, wspomina telefon od szefostwa redakcji w połowie lat 70.: „Rysiek telefonuje, że został w Luandzie bez pieniędzy i papierosów. Mieszka w jakimś strasznym afrykańskim hotelu… Zrób coś!”.

Ale Kapuściński nie zamieniłby tego życia na żadne inne. Gdy zachorował na gruźlicę, nie chciał iść do szpitala – bał się, że redakcja odwoła go do kraju. Czasem gdzieś jedzie, bo inni się boją. „Często jeździłem właśnie tam, gdzie nie było chętnych. Książka »Jeszcze dzień życia« powstała dzięki temu, że nikt nie chciał jechać do Angoli, bo było wiadomo, że utną głowę. Kolegę chcieli wysłać do Iranu, ale on się tak zamartwiał, że powiedziałem: To ja za ciebie pojadę. Dzięki temu napisałem »Szachinszacha«” – powie „Press”.

Lubi swoją pracę. Wysyła do Warszawy setki depesz. Pisze oszczędnym językiem. Tego wymaga poetyka newsów – informacja ma być krótka, prosta, zwięzła i jasna. Ale jest jeszcze jeden powód – agencyjne depesze wysyła teleksami, a każde słowo drogo kosztuje.

Jednak pisanie newsów mu nie wystarcza. – Język depeszy agencyjnej jest ubogi – powtarzał. Wyliczył, że wystarczy znać kilkaset słów, żeby ją napisać. A on był w tylu krajach, rozmawiał z tyloma ludźmi, widział prawie 30 rewolucji. Dużo materiału na książki.

Hajle Sellasje jak Gierek

Książkowy debiut wcale nie jest o obcych stronach. W 1962 roku wychodzi „Busz po polsku” – zbiór krajowych reportaży, które pisał dla „Polityki”. Jeździł po miasteczkach i wioskach, skąd przywoził ciekawe historie, w których – jak napisze Małgorzata Szejnert – „tłumaczył kraj, w którym żyjemy”. „Kapuściński wyprzedził nas wszystkich w obserwacji potocznej, ukazał wagę drobnych realiów życia i gestów pozornie nieważnych” – doda Szejnert.

Potem będzie już pisał tylko o świecie. W zbiorze „Kirgiz schodzi z konia” kreśli obraz Kaukazu i Azji Środkowej. To część komunistycznego Związku Radzieckiego – żeby nie wyszedł polityczny panegiryk na cześć Kraju Rad, unika polityki i opisuje codzienne życie mieszkańców, odmienne kultury każdej z republik.

W „Chrystusie z karabinem na ramieniu” i „Wojnie futbolowej” pisze o partyzantach na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Ameryce Łacińskiej. W „Jeszcze dzień życia” – o upadku portugalskiej kolonii w Angoli.

W połowie lat 70. w tygodniku „Kultura” drukuje w odcinkach reportaże z Etiopii. Bohaterami są dygnitarze dworu obalonego cesarza Hajle Sellasje. Opowiadają o zbytku, korupcji, donosicielstwie, lizusostwie, zakłamaniu.

Czytelnicy przecierają oczy ze zdumienia, czy to na pewno o Etiopii. Opisywane sceny i zachowania jak ulał pasują do mechanizmów władzy w gierkowskiej Polsce i panoszeniu się partyjnych kacyków. „To pamflet na totalitaryzm” – przyznaje sam Kapuściński.

W 1978 roku drukowane w odcinkach reportaże wychodzą w książce. „Cesarz” zostanie przetłumaczony na wiele języków i przyniesie mu międzynarodową sławę. „To paraboliczna opowieść o władzy, z której płynie kilka lekcji. Na pierwszy plan wysuwa się nieuchronna skłonność despoty – wszystko jedno, czy jest nim król, dyrektor wydziału czy dyktator – który u swoich podwładnych wyżej ceni lojalność niż kompetencje, a bezpieczeństwa szuka w stagnacji” – recenzuje książkę w „The New Yorker” amerykański pisarz John Updike. Brytyjski reżyser Jonathan Miller wystawia „Cesarza” w londyńskim The Royal Court Theatre.

Ale pojawią się też głosy krytyczne: że Kapuściński usprawiedliwił narzucony przez Związek Radziecki komunistyczny reżim w Etiopii, który zastąpił obaloną monarchię.

Kilka lat później w „Szachinszachu” reporter opisze po mistrzowsku upadek reżimu Mohammada Rezy Pahlawiego i początek islamskiej rewolucji Chomeiniego. Zdaniem wielu to jego najlepsza książka.

Odtąd wszyscy czekają na kolejne. W 1993 roku wychodzi „Imperium” – reporterska opowieść o upadku Związku Radzieckiego. Pięć lat później „Heban” – o postkolonialnej Afryce. Pod koniec życia pisze autobiografię „Podróże z Herodotem” – porównuje w nich własne podróże po Azji i Afryce z przygodami starożytnego kronikarza.

Od szczegółu do ogółu

„To był mały piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu. Miał prawo spać w łożu cesarskim. W czasie różnych ceremonii uciekał cesarzowi z kolan i siusiał dygnitarzom na buty. Panom dygnitarzom nie wolno było drgnąć ani zrobić żadnego gestu, kiedy poczuli, że mają mokro w bucie” – to początek „Cesarza”.

Gdy książka drukowana była w odcinkach, redaktorzy „Kultury” dopytywali autora, dlaczego zamiast o Hajle Sellasje i Etiopii jest o jego piesku albo o dworzanach wykonujących absurdalne czynności – na przykład jeden podkłada poduszkę pod nogi siedzącego na tronie cesarza. Po przeczytaniu całości okaże się, że to mistrzowska satyra na absurdy tyranii.

To będzie jego firmowy styl – z drobnych rzeczy wysnuć mechanizmy rządzące światem.

W „Szachinszachu” jest scena: demonstranci przestają uciekać przed policją szacha, jak czynili to dotychczas, i podejmują walkę. Z ulicznej migawki Kapuściński wyciąga wniosek: tak wybucha rewolucja. „Nie wiemy, czy policjant i człowiek z tłumu zdali już sobie sprawę z tego, co zaszło. Że człowiek z tłumu przestał się bać i że to jest właśnie początek rewolucji”.

W „Jeszcze dzień życia” czytelnik może się zdziwić, po co pisać: „Wszyscy byli zajęci budowaniem skrzyń. Zwieziono góry desek i dykty. Skoczyły ceny młotków i gwoździ. Skrzynie były głównym tematem rozmów – jak je budować i czym najlepiej wzmacniać”. Ale Kapuścińskiemu nie o drewniane skrzynie chodzi – detal ten posłuży mu do długiego wywodu o ucieczce portugalskich kolonistów z Angoli, którzy panowali tam pięć stuleci.

Szczygieł: – To był reportaż eseistyczny lub esej reporterski – jak sam to nazywał. Bez tysięcy niepotrzebnych liczb i faktów, gdzie obserwacja jest pretekstem do szerszej intelektualnej refleksji.

Nie miał złudzeń, że jego dziennikarstwo nie pasuje trochę do czasów współczesnych. U schyłku poprzedniego stulecia zapisał w „Lapidariach”, że „rozwój mediów, cała dokonująca się rewolucja informacyjna powołały do życia nową, liczną warstwę zawodowych ludzi, dla których dziennikarstwo jest już pozbawioną wszelkiej emocji i mistyki profesją”.

Czego nie napisał

Styczeń 2007 roku. Kapuściński idzie do szpitala. Przed operacją czyta „Pana Tadeusza”, nie wie jeszcze, że to jego ostatnia lektura.

„Na pomnik ja bym jeszcze nie chciał. Mam tyle jeszcze do napisania” – powiedział dwa miesiące wcześniej Witoldowi Beresiowi i Krzysztofowi Burnetce do książki „Kapuściński. Nie ogarniam świata”.

23 stycznia telewizje informacyjne przerywają programy, żeby nadać pilną wiadomość: „Ryszard Kapuściński nie żyje”. O śmierci „cesarza reportażu” piszą „Le Monde”, „The New York Times”, „El País”.

W pracowni na belkach podtrzymujących sufit zostały po nim karteczki z cytatami. Z Czesława Miłosza: „rano przy śniadaniu nie myśleć o niczym, poza tym, że pójdzie się do pracowni, gdzie czekają rozwinięte płótna”. Od Wisławy Szymborskiej: „Panie Ryszardzie, piję za pana zdrowie”. Pocztówka od Edwarda Stachury, oprawione w szkło zdjęcie z kolacji z Salmanem Rushdiem i stara „Gazeta Wyborcza” z tytułem: „Wołali: zabić brudasów”, który pasowałby też dziś.

Na biurku materiały do kolejnych książek – wśród nich do tej o Polesiu. – Wszystko jest takie, jak w dniu, kiedy szedł do szpitala – zapewnia Alicja Kapuścińska, wdowa po reporterze. Jakby miał zaraz wrócić i zasiąść do pisania.

W Polsce powstają nagrody imienia Kapuścińskiego: Nagroda za Reportaż Literacki – dla autorów najlepszych książek reporterskich i Nagroda Polskiej Agencji Prasowej – za najlepsze reportaże prasowe, radiowe, telewizyjne i fotoreportaże.

Non-fiction?

Już cztery miesiące po śmierci Kapuścińskiego Igor Ryciak z „Newsweek Polska” na podstawie teczki z IPN opisuje jego kontakty z wywiadem PRL. W światowych mediach wrze. „Zaczęła się oto cicha, podziemna praca demistyfikacji pisarza” – pisze m.in. publicysta „La Stampy” Valerio Pellizzari. „My ujawniliśmy zawartość z poszanowaniem godności pisarza. Nie twierdziliśmy, że był ubeckim kapusiem, i pokazaliśmy, że do oceny postaw ludzi w czasach PRL nie wystarczą czarno-białe schematy” – tłumaczył ówczesny naczelny tygodnika Wojciech Maziarski.

Trzy lata później Artur Domosławski wydaje biografię „Kapuściński non-fiction”. Książka miała wyjść w Znaku, ale krakowska oficyna po zapoznaniu się z treścią odmówiła jej wydania. Ostatecznie zrobił to Świat Książki.

Domosławski zarzucił Kapuścińskiemu m.in. zażyłe związki z władzami komunistycznymi, współpracę z wywiadem PRL. A także to, że ubarwiał własne przygody. Najcięższy zarzut brzmi: zmyślał opisywane fakty.

Ta biografia dzieli środowisko. Jedni bronią prawa Domosławskiego do subiektywnego przedstawienia bohatera. Inni twierdzą, że nie miał prawa wkraczać w jego intymne życie. Jeszcze inni, że nie powinien wytykać mu błędów warsztatowych, skoro w swej książce je popełnia. Albowiem na wiele zarzutów – m.in. o ubarwianie tekstu – odpowiadał Kapuściński jeszcze za życia, nie uciekał od dyskusji na temat swojego warsztatu. Lecz Domosławski punktu widzenia samego bohatera nie przedstawił.

Dyskusja nie zraziła tych, którzy twórczość Kapuścińskiego rozumieją. O nagrodę jego imienia ubiegają się najlepsi reportażyści z całego świata. Laureatami byli m.in. Jean Hatzfeld, Swietłana Aleksijewicz, Ed Vulliamy.

Kapuściński przyznawał wiele razy, że w swoich książkach „miesza gatunki” i że „jest to opisywanie autentycznych zdarzeń, autentycznych ludzi przy użyciu form wyrazu, warsztatu, doświadczeń literatury pięknej”. Właśnie za to Akademia Szwedzka chciała mu dać Nobla.

Stanisław Zasada

W tekście wykorzystano: Ryszard Kapuściński, „Autoportret reportera” (Znak 2003), „Pisanie. Z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Marek Miller”(Czytelnik 2012), Mariusz Szczygieł, „Jeszcze jedna podróż” („Duży Format” 4/2007), książki reporterskie Ryszarda Kapuścińskiego.

(23.01.2017)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo