Dział: WYWIADY

Dodano: Styczeń 30, 2015

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Gdzie byli ci słuchacze?

Maciej Ulewicz (Fot. Bartłomiej Ryży/Press)

Z Maciejem Ulewiczem, dziennikarzem muzycznym zamkniętego Radia PiN, rozmawia Elżbieta Rutkowska

Wiedział Pan, że się popłacze na antenie ostatniego dnia, prowadząc ostatnią audycję w PiN?

Nie, ale jestem emocjonalny. Na antenie nigdy nie udawałem.

Ale przed wejściem na antenę powiedział Pan do współpracowników: „Mówcie coś, bo będę płakał”.

Przed wejściem zastanawiałem się, jak sobie poradzę i jak tę ostatnią audycję poprowadzić. Zdecydowałem, że zrobię ją jak zawsze. Dobrze jednak, że kilkoro dziennikarzy jeszcze w stacji zostało, bo gdybym był sam z realizatorką, byłoby mi jeszcze trudniej. Przypadło mi w udziale zakończenie całej historii Radia PiN. Potworny ciężar. Z emocji wyrwało mi się niecenzuralne słowo, choć zawsze odnosiłem się do słuchaczy kulturalnie. Natychmiast przeprosiłem.

Po co było w takim razie rejestrować kamerą to całe rozklejanie się?

To nagranie to nie było działanie z premedytacją. Nagrywał jeden z naszych realizatorów na prywatną pamiątkę dla nas. Żeby po jakimś czasie można było sobie Radio PiN przypomnieć.

Co zrobicie z tym nagraniem? Przecież nawet nie ma czegoś takiego jak archiwum polskiej radiofonii.

Jest na YouTube. Byłem mile zdziwiony, że media się nim zainteresowały. Dzięki niemu Radio PiN nie rozpłynęło się we mgle. Właściwie dopiero nagranie spowodowało, że przez chwilę wszyscy mówili o radiu. A gdzie ci ludzie byli wcześniej? Gdzie byli ci słuchacze, którzy do mnie teraz mailują? Wszyscy mówią „Jaka szkoda, jaka szkoda”. Co z tego?

Wcześniej chyba nikt z tych żałobników nic nie zrobił, żeby radio zachować?

Zupełnie nic. Słuchacze pisali na stronie radia. Informowali mnie też, że pisali do kierownictwa. Ale żadnej większej akcji nie było.

To pewnie zazdrości Pan słuchaczy Trójce? Oni potrafili zrobić pospolite ruszenie.

To prawda. Ja i tak się nie spodziewałem, że odzew po ostatniej audycji będzie tak duży. Myślę, że mieliśmy tego dnia sporą słuchalność.

Trudno się dziwić właścicielowi: on chce na radiu zarabiać. A reklamodawcy do PiN nie przychodzili. Jak Pan sądzi, dlaczego?

Nie chciałbym dyskutować o ekonomicznych aspektach decyzji właściciela. Nie znam się też na branży reklamowej. Radio od lat było niedoinwestowane, jeżeli chodzi o promocję. Rozmawiałem  ostatnio towarzysko z grupą biznesmenów i prawników we Wrocławiu. „Czym się zajmujesz?” – pytają. „Jestem dziennikarzem w Radiu PiN”. „A co to za radio?”. I to mówi nasza grupa docelowa! A we Wrocławiu byliśmy od sześciu lat. Na rynku jest teraz tyle stacji, że reklama to podstawa.

Do kogo macie większy żal: do właściciela? Do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji?

Kiedy Krajowa Rada zgodziła się na rozszerzenie koncesji, sprawa była skończona. To, co się działo z muzyką Radia PiN od maja, to był absolutny skandal. To już nie był dawny PiN. Skoro było wiadomo, że nastąpi zmiana na Muzo.fm, to można nam było przynajmniej pozwolić dograć do końca, zachować markę. A tak słuchacze powoli odchodzili, nie mogąc znieść tej muzyki.
Ale nie, nie mam żalu do nikogo. Może do tego, co się dzieje na rynku mediów, na którym wszyscy grają to samo, opakowując to w SMS-y i puste rozmowy telefoniczne. I jeszcze o to, że o zamknięciu radia powiedziano nam w ostatniej chwili, gdy ramówki innych rozgłośni były już zamknięte. Gdybym się dowiedział dwa tygodnie wcześniej, płynnie przeskoczyłbym do innej rozgłośni.

Chce Pan zakotwiczyć w Polsat News 2 – u nadawcy, który skasował Radio PiN?

Oczywiście bardzo chcę i staram się właśnie zakotwiczyć. „Kultura do kwadratu” to świetny w pełni autorski program, który prowadzę z Anną Sańczuk, i cieszę się, że mogę go robić.

Widziałby się Pan w Muzo.fm?

Ta stacja ruszyła wczoraj, więc trudno oceniać. Ale wszędzie istnieją audycje autorskie. W Radiu PiN od maja też działałem w środowisku wrogim muzycznie. Jedyne, o co mam żal, to to, że nikt mnie nawet nie poprosił na rozmowę.

Ile czasu daje Pan teraz Radiu Zet Chilli?

Oby jak najdłużej. Właściciele zdecydują. Na inteligentną muzykę jest coraz mniej miejsca. To straszne, co się teraz, oprócz paru wyjątków, dzieje z polskim eterem. Skąd ci ludzie z dobrymi zarobkami, którzy piją dobre wino, chodzą na dobre filmy, mają się teraz dowiadywać o dobrej muzyce i kulturze?

Elżbieta Rutkowska

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Dział: WYWIADY

Dodano: Luty 10, 2015

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Dotychczas współpraca z agencjami nam się nie układała

Dominik Fajbusiewicz

Rozmowa z  Dominikiem Fajbusiewiczem, członkiem zarządu Idea Banku

Dlaczego Idea Bank sam przygotowuje reklamy, a nie zleca tego agencjom?

Nie wszystko robiliśmy sami. Sięgaliśmy po freelancerów, jak na przykład Rafała Betlejewskiego zaangażowanego m.in. w powstanie spotu pt. "Projekt spółdzielnia",  czy reżysera Tomasza Goldbauma-Włazińskiego. Prawdą jest jednak, że współpraca z agencjami dotychczas nam się nie układała. Organizowaliśmy przetargi i naprawdę chciałem wybrać jakąś agencję. Jednak większość z nich ma tak rozbudowane struktury, że procesy są w nich ważniejsze niż pomysły, z którymi ostatecznie do nas przychodzili. Obejrzałem wiele potwornie nudnych prezentacji.

Komunikację najnowszych produktów Idea Bank także zrobicie sami?

Zakres planowanych działań tym razem wymusza na nas znalezienie agencji. Na razie powstały spoty internetowe, w których przedsiębiorcy – klienci Idea Banku, oceniają naszą nową usługę Idea Cloud pod kątem jej użyteczności. Spoty te nie były reżyserowane. Pozwoliliśmy naszym klientom wypowiedzieć się w sposób spontaniczny, dzięki czemu są niesamowicie wiarygodni. Ale do działań w innych mediach wybierzemy agencję. Nie chcę pracować z dużą, sieciową firmą. Interesuje nas agencja, która działa szybko i ma świetne pomysły.

Na czym konkretnie polega Idea Cloud?

To internetowa platforma do zarządzania firmą z systemem bankowym i księgowym, pozwalająca przechować dane i dokumenty w chmurze banku. Z projektem tym powiązany jest pomysł organizowania naszym klientom także miejsc pracy.

Dlatego bank otwiera kawiarnie?

Nasi klienci prowadzą małe firmy – jednoosobowe lub zatrudniające najwyżej kilka osób. Często nie mają własnego biura, prowadzą swoje biznesy wprost z kafejek, w których kubkiem kawy rezerwując sobie stolik na cały dzień. Postanowiliśmy, że damy im lepsze miejsce do pracy. Naszą placówkę w samym centrum Warszawy przekształciliśmy w kawiarnię. Posiadacz rachunku w Idea Banku może tam wypić kawę i spokojnie pracować. Oferujemy bezpłatne Wi-Fi, świeżą prasę, a nawet salę konferencyjną do spotkań.

Będziecie mieć takich lokali więcej?

To test, ale już pracujemy nad kolejnym, znacznie większym. To będzie bardziej centrum coworkingowe dla przedsiębiorców.

Kolejna nowość jest efektem współpracy z iTaxi?

Tak. Przedsiębiorcy będą mogli zamówić samochód z zamontowanym w niej wpłatomatem. Dzięki takim mobilnym wpłatomatom przedsiębiorcy nie będą musieli samodzielnia dostarczać utargu do banku. Dokonana w ten sposób wpłata pojawi się na ich koncie w ciągu pół godziny.

Agata Małkowska-Szozda

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo