Oświecenie. Najbardziej aktywny zawód świata – i nagle emerytura
Seweryn Blumsztajn nigdzie się nie spieszy. Przygotowuje się na kolejne obchody rocznicy KOR-u spokojnie, z pietyzmem, elegancko (fot. Albert Zawada/PAP)
Nigdy nie byłem pracownikiem mediów – mówi Seweryn Blumsztajn, były redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. – Moje pierwsze artykuły to teksty do nowo powstałego „Biuletynu Informacyjnego Komitetu Obrony Robotników”. Okazały się wyraźnym wyborem mojej drogi życiowej. Chciałem naprawiać świat, miałem głowę w chmurach, wierzyłem, że obalimy polityczny układ, który wtedy panował w Polsce. Bawiło mnie to i satysfakcjonowało – bo na naszych oczach z kilkustronicowej gazetki rośliśmy w dziesiątki stron pisma ważnego, powszechnie czytanego i wywołującego reakcje władz. Pamiętam, jak kolega mnie kiedyś poganiał: Hej, kiedy wypuścicie wreszcie kolejny numer? – A tobie co tak spieszno? – dziwiłem się. On na to: Nie mnie, to towarzysz Gomółka stale wypytuje i czeka. – To uskrzydlało. Nie dość, że pisałem prosto z serca i głowy, to jeszcze były tego wymierne rezultaty.
– Braci Jarka i Lecha Kaczyńskich poznałem na którejś ze zbiórek harcerskich – wspomina Blumsztajn. I dodaje: – To byli chłopcy z szanowanej, porządnej, inteligenckiej rodziny żoliborskiej. Ich mama w Instytucie Badań Literackich przez wiele lat zajmowała się twórczością Leona Kruczkowskiego, który przecież należał do PZPR. Ojciec – inżynier, walczył w AK. Chodziły plotki, że nie jest dobry dla żony. Mimo wszystko nie rozumiem, jak to się stało, że dziś Jarek, syn zagorzałej polonistki, mówi: „lubiem mojom kotke”. Gdzie zgubił „ę” i „ą”? I dlaczego jest takim zagorzałym antysemitą?
Gdy tylko powstała, wstąpił do „Solidarności”, współorganizował jej Agencję Prasową, redagował związkowe pisma „AS” i „Głos Wolny”. Aż wreszcie dostał wymarzony paszport na Zachód. Wyjechał do Francji w październiku 1981 roku, miał tam rodzinę, stamtąd pisał do Polski o tym, jak idea solidarnościowej rewolucji rozlewa się po Europie. Miał wrócić do kraju 8 grudnia 1981 roku. Zachorował na grypę, przełożył lot na 20. – No, ale wtedy było już po ptakach – kiwa głową. – Zostałem w Paryżu, zbierałem pieniądze dla „Solidarności”, tworzyłem polskie biuletyny, działałem. Wróciłem w 1989 roku i nadal oddawałem serce, rozum i umiejętności wolnej Polsce. Myślałem, że jestem wybrańcem losu, bo mogę żyć w czasach, kiedy wykuwa się nowa rzeczywistość. Dziś, gdy na to patrzę, nie żałuję ani chwili, nie rozumiem tylko, do czego zmierza ten dzisiejszy świat.
Emerytura nie jest dla niego żadnym zesłaniem. – Sam się oddaliłem od gazety. Powoli, ale skutecznie. Nie dla mnie media społecznościowe, influencerzy, cyfryzacja na każdym kroku.
Z redakcji odchodził łagodnie. Raz w tygodniu redagował jeszcze główne wydanie „Wyborczej”, wybierał artykuł na jedynkę, poprawiał go, dobierał zdjęcia. Wcześniej prowadził też „Gazetę Stołeczną”. Co robi dzisiaj?
– Jak czytam książki, to papierowe – uśmiecha się łagodnie. – Jak rozmawiam, to z ludźmi, a nie z maszynami. Jestem w swojej bańce, w niej się zamknąłem, a na to, co się dzieje na zewnątrz, patrzę z bezradnością. Mam 80 lat. To wiek, w którym człowiek najczęściej spotyka się z lekarzami. I tyle. Ani płakać, ani się śmiać z tego emerytalnego funkcjonowania.
Co się zmieniło w jego życiu? Nigdzie się nie spieszy. Delektuje się kawą, a nie wychyla ją chybcikiem, bo trzeba biec na jakąś konferencję. Przygotowuje się na kolejne obchody rocznicy KOR-u spokojnie, z pietyzmem, elegancko.
Czyta niespiesznie z papierowych stronic genialną biografię Włodzimierza Brusa i Heleny Wolińskiej.
Teraz prawdziwie smakuje obiady z żoną, kolacje z córką i wódka wypita podczas spotkań z przyjaciółmi.
TOK FM O PORANKU
Radia słuchało się w jej domu uważnie. Obojętnie, czy była to audycja polityczna, sportowa, czy teatr – Wolna Europa, BBC, Program I Polskiego Radia. Wszystkie te rozgłośnie były pierwszą szkołą dziennikarstwa dla Janiny Jankowskiej.
– Próbowałam znaleźć pracę w różnych gazetach tuż po studiach – wyznaje. – Składałam życiorys do redakcji „Filipinki”, „Kobiety i Życia” i innych pism, ale zewsząd dostawałam odpowiedzi takie, jakie się dostaje i dzisiaj: „Bardzo nas cieszy pani chęć… i tak dalej, ale niestety w tej chwili nie mamy wakatu”.
Nie chciały jej pisma, więc poszła szukać szczęścia do radia. Dostała się, była dziewczyną od spraw oświatowych. Nad przeciętność wyniósł ją reportaż o młodych zabójcach pewnej osiedlowej handlarki gorzałką. – Wtedy można było brać udział w rozprawach sądowych. Zmontowałam więc z głosów świadków i młodych zabójców opowieść przypominającą „Zbrodnię i karę” Dostojewskiego. Przed oczami mam scenę, w której sędzia wydaje wyrok śmierci na obydwu sprawców, ich oczy, okrągłe ze zdumienia. I nagły krzyk jednego z nich, chudego, pryszczatego chłopaczka: – „Ale za co?! Przecież ja mam dopiero 21 lat”…
Po wygranej w radiowym konkursie dostała awans do redakcji reportażu literackiego, gdzie pracowała aż do stanu wojennego. – Dla mnie to był fantastyczny kawałek mojej dziennikarskiej roboty – zamyśla się. – Czas, w którym rzucałam wszystko i jechałam tam, gdzie ważyły się właśnie w 1980 roku losy Polski, czyli do Gdańska.
Żeby dostać się do Stoczni, wzięła dwa dni urlopu opiekuńczego na dziecko. Szef nie chciał jej puścić, odmówił delegacji. Pojechała na własną rękę.
W Stoczni spędziła dziesięć ważnych dni. Czuła, że jest tam jako jedyny, do czasu rozpoczęcia rozmów z rządem, dziennikarz radiowy, i że to ona zostawi dźwiękowe świadectwo tamtych chwil. To tam powstał jej nagradzany na międzynarodowym konkursie Prix Italia reportaż pod tytułem „Polski Sierpień”, tam zaprzyjaźniła się z Anną Walentynowicz i Andrzejem Gwiazdą. Podziwiała siłę przywództwa Lecha Wałęsy: – Nic ani nikt nie jest w stanie odebrać mu tej roli mimo jego słabości z 1970 roku, gdy podpisał współpracę z SB. Sądzę, że wynikało to z jego chłopskiego sprytu. Myślał, że przechytrzy służby – mówi.
W stanie wojennym była internowana, w 1984 za reportaże wydawane w drugim obiegu w Oficynie Fonograficznej Nowa siedziała też w więzieniu, ale nie robi z tego wielkiej sprawy. – To nie jest żaden powód do martyrologicznych żalów. Takiego dokonałam wyboru w życiu, angażowałam się, wskakiwałam wprost w środek kotła wielkich wydarzeń i to niosło za sobą określone konsekwencje. Zdawałam sobie z tego sprawę, więc nie ma co narzekać.
Wróciła do radia w 1989 roku, nadal robiła reportaże, była wicedyrektorem Programu I Polskiego Radia, zasiadała w radach programowych radia i telewizji, poznała bliżej wielu znanych ludzi. Powołała do życia konkurs dla młodych dziennikarzy imienia Jacka Stwory, z którego jury wykreśliła ją dopiero pisowska prezeska Polskiego Radia Agnieszka Kamińska. Ona również wydała cichy zakaz emisji powtórek jej reportaży. Mimo to Jankowska nadal uważa się za kobietę uprzywilejowaną, głównie ze względu na zawód reportażystki radiowej, najpiękniejszego gatunku dziennikarstwa.
Nadal śledzi współczesny rynek medialny. – Mam za sobą doświadczenia pracy dziennikarskiej w różnych epokach: gdy była oficjalna cenzura w PRL, w związkowym Radiu Solidarność, w podziemnej Niezależnej Oficynie NOWA i w wolnej Polsce po 1989 roku. Dziś szukam miejsc, gdzie dziennikarstwo nadal się broni, gdzie chce za wszelką cenę zachować standardy dziennikarskie. Korzystając z wolnego czasu emeryta, śledzę wszystkie stacje radiowe i telewizyjne. A także podcasty w internecie.
Co roku prowadzi też warsztaty dziennikarskie w Białymstoku. Młodym ludziom mówi o tym, jak pokazać słuchaczowi kawałek świata, jak prezentować konflikt racji, jak się porozumiewać.
(fot. Archiwum prywatne, screen: magazyn „Press”, nr 03-04/2026)
Janina Jankowska: – Korzystając z wolnego czasu emeryta, śledzę wszystkie stacje radiowe i telewizyjne. A także podcasty w internecie.
Jest emerytką, ale aktywną, uprawia jogę, prowadzi auto. I sądzi, że to był wielki dar od losu – możliwość kontaktu z ludźmi i rzeczywistością tak blisko, jak tylko można było jej dotknąć mikrofonem. Zostawiła po sobie głosy, a to przecież co innego niż słowo pisane – ludzki głos nie zżółknie, nie podrze się, nie zgniecie. On zostaje.
MIĘDZY SIŁOWNIĄ A BIEGANIEM
Ciekawość. To jest to, co pchnęło go do dziennikarstwa. Kto? Kiedy? Z kim? Po co? Chciał wiedzieć, poznawać, rozumieć, mieć swoje zdanie, ale na czymś oparte. Był rok 1988. Piotr Mucharski rozglądał się za pracą, a łatwo nie było. – Moja rozmowa kwalifikacyjna do „Tygodnika Powszechnego” była jednym wielkim kłamstwem – śmieje się. – Pytali mnie, czy na pewno chcę być tylko korektorem. „Bo wie pan, potem zaraz taki korektor próbuje się brać do pisania…”. Ja? Skąd! – Zrobiłem minę świętoszka, a przecież o niczym innym nie marzyłem.
Po dwóch latach rzeczywiście już pisał artykuły, potem został szefem działu kulturalnego, aż na koniec redaktorem naczelnym. W sierpniu ubiegłego roku zdecydował się przejść na emeryturę.
– Żyłem w przekonaniu, że nigdy nie odejdę z pracy – zamyśla się. – Uważałem, że jestem ważny, że dobrze wykonuję swoją robotę, choć odsunięcie księdza Bonieckiego przez zakon marianów od stanowiska redaktora naczelnego w 2010 roku uważałem za krzywdę jakich mało. Do dziś ksiądz Adam pisze wstępniaki do „Tygodnika”, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby to zmienić. Wiem, że byłem szefem surowym, jak trzeba było. Potrafiłem zwolnić z pracy, ale zawsze robiłem to w cztery oczy, nie uznaję żadnych publicznych linczów. Za co zwalniałem? Gdy traciłem zaufania do człowieka.
Była też dziesięcioletnia przygoda Mucharskiego z telewizją, i to nie byle jaka. Program „Rozmowy na koniec wieku”, prowadzony z Katarzyną Janowską, a reżyserowany przez Wojciecha Smarzowskiego, spodobał się widzom tak bardzo, że w 2000 roku dostał nagrodę Wiktora. – Jak się wtedy poczułem? – zastanawia się Mucharski. – Dobrze, bo na scenę po odbiór statuetki wchodziłem tuż po Bogusławie Kaczyńskim. Ale zważywszy, że tydzień wcześniej odbierałem za ten sam program nagrodę imienia Dariusza Fikusa, to jednak ten Wiktor był przy tym trochę jak złote pióra w kabarecie.
Szczególnie dobrze zapamiętał odcinek „Rozmów na koniec wieku”, do którego zaprosił Wojciecha Manna, rektora Uniwersytetu Śląskiego profesora Tadeusza Sławka i Michała Wiśniewskiego. – To był ciekawy program o muzyce, Wiśniewski był w nim naturalny, bez pozłotki, a rektor Sławek, fan Rolling Stonesów, facet z siwymi włosami do ramion, który sam koncertuje, świetnie się z Michałem dogadywał. Miałem potem spore pretensje od elity naszej krajowej, jak można takie zjawisko, jak lider zespołu Ich Troje, zapraszać do poważnych rozmów. A według mnie to był świetny odcinek.
– Ale jednak najbardziej kochałem w dziennikarstwie pisanie – mówi Mucharski. – Aż przyszedł kiedyś nagle srebrny moment zadumy nad tym moim dziennikarskim żywotem. Dni mijały jeden za drugim, a ja pisałem, redagowałem, pilnowałem kolejnego wydania gazety i znowu pisałem, i tak w kółko. Wreszcie mnie oświeciło. Zmęczenie, rutyna, ciężkie westchnienie przed zabraniem się do pracy – poczułem to wszystko nagle i ostro. Wtedy zrozumiałem: czas się wycofać.
(fot. Grażyna Makara/Katarzyna Włoch/Tygodnik Powszechny, screen: magazyn „Press”, nr 03-04/2026)
Piotr Mucharski: – Wyjąłem z głowy wtyczki „a teraz musisz to czy tamto, koniecznie przeczytaj, co się dzieje na świecie, posłuchaj wypowiedzi ważnych ludzi, bo nic nie będziesz wiedział”.
Piotr Mucharski nie czuje się emerytem. Ani zgroza to nowe życie, ani jakaś wielka wolność czy inna jakość. – Na pewno nie narzekam, nie marudzę, nie gorzknieję – uśmiecha się. – Nadal bywam w redakcji, a że od czasu pandemii wielu dziennikarzy przestawiło się na pracę zdalną, więc to, czy piszę z domu, czy zza biurka, nie ma specjalnego znaczenia. Bawią mnie pytania od znajomych – to co ty teraz właściwie robisz? A, wiesz – odpowiadam powoli – próbuję znaleźć czas między siłownią a bieganiem… Bo teraz żyję dokładniej, porządniej, nie przesuwam spraw do załatwienia na później, a przy tym starzeję się normalnie, jak wszyscy. Z chorobą żyję za pan brat od młodości, nic to dla mnie nowego.
A smuteczek to miałem wyłącznie związany z wysokością świadczeń, jakie dla mnie przez siedem miesięcy obliczał jaśnie pan ZUS. Gdy przyszło pismo, że będzie tyle a tyle, to odetchnąłem głęboko i wiem, że mogę sobie teraz jechać nawet na porządne wakacje. Marzę o południu Europy, o Malcie albo Sycylii, a tymczasem – cóż – nadal jestem czynny zawodowo, tylko że teraz na wybranych przeze mnie samego obszarach. Wyjąłem z głowy wtyczki „a teraz musisz to czy tamto, koniecznie przeczytaj, co się dzieje na świecie, posłuchaj wypowiedzi ważnych ludzi, bo nic nie będziesz wiedział”. Nic nie muszę, a mogę wiele. Mam ogród, którym się pasjonuję, są przyjaciele, teatry, kina, a jak podcasty, to spotkanie z profesorem Antonim Dudkiem, a nie raperskie kawałki o paskach Fendi czy lubieżnych suczkach. Wiem, że jest ten nowy kawałek świata, niech sobie będzie, ale ja nie muszę w nim uczestniczyć. Swoje życie przeżyłem świetnie i nadal je przeżywam z uśmiechem, pogodą i uważnością. Jest mi dobrze. O tym, że starość się Panu Bogu nie udała, ode mnie pani nie usłyszy.
WSZYSTKO PRZEZ TRUMPA
Ukończył prawo w terminie, ale to nie znaczy, że chciał przestać być studentem. Na uniwerku życie było kolorowe, fajne, po co zaraz pchać się do wojska czy roboty – myślał. – Teraz trochę żałuję, że nie zostałem prawnikiem – uśmiecha się Grzegorz Dobiecki. – Pewnie byłbym dzisiaj bogaty. A tak? Jak już zrobiłem podyplomowo dziennikarstwo, to poszedłem do pracy do radia. Byłem przekonany, że głos mam urzekający, ale Piotr Kaczkowski szybko mi to wybił z głowy, przestałem się więc stylizować na innych, robiłem swoje programy po swojemu. W 1982 roku dostałem ukochany paszport, nie ukrywam, że papiery od psychiatry mi w tym znacznie pomogły, i wyjechałem do Francji. Goniłem wtedy za moją niedoszłą żoną Małgosią. Gdyby była w Mongolii, pojechałbym za nią i tam. We Francji okazało się, że Małgosia już mnie nie kocha, więc życie muszę sobie ułożyć solo. No i zostałem tam, myślałem, że na chwilę, i ani się spostrzegłem, jak przeleciało 26 lat.
Na początku dostał pracę przy remontach mieszkań, na budowie, ale cały czas szukał dojścia do redakcji. Pracował w Radio France Internationale, emigracyjnym magazynie „Kontakt”, prowadził programy Video-Kontaktu przemycane do Polski na kasetach VHS. Potem był korespondentem TVP, RMF FM i „Rzeczpospolitej”.
Z Polsat News związał się na 17 lat. – To był bardzo dobry czas – wspomina. – Przyszedł jednak moment, w którym poczułem się znużony, zmęczony, wypompowany i zniechęcony. A tak właściwie to wszystko przez Donalda Trumpa. – Jako dziennikarz poczułem, jak jałowe bywa analizowanie tego, co on powiedział dzisiaj – skoro jutro, siedząc na sedesie, wyśle w świat nowego tweeta i zaprzeczy temu, co mówił wczoraj – wzdycha Grzegorz Dobiecki.
(fot. Hanna Dobiecka, screen: magazyn „Press”, nr 03-04/2026)
Grzegorz Dobiecki zdjął z ręki zegarek. Nie są mu już potrzebne godziny, minuty, dokładny rozkład dnia ani ta dziennikarska gorączka.
Swój ostatni magazyn w Polsat News poprowadził 25 sierpnia ubiegłego roku. – Pożegnanie na antenie było cudne i bardzo wzruszające – mówi. – Nie spodziewałem się tylu kwiatów, uścisków, serdecznych życzeń.
A potem? Potem się obudziłem następnego dnia, tak bliżej południa, jak zawsze, bo przecież mój program startował po godzinie 22, więc spać chodziłem nad ranem. Obudziłem się i pomyślałem: o kurczę, to ja dziś naprawdę nic nie muszę? Odetchnąłem z ulgą.
Co emerytura zmieniła w jego życiu? Na przykład to, że zdjął z ręki zegarek. Nie są mu już potrzebne godziny, minuty, dokładny rozkład dnia ani ta dziennikarska gorączka. Teraz idzie na spacer do Łazienek, mieszka tuż obok. Patrzy na gołębie i od razu – jak śpiewali Starsi Panowie Dwaj – „życie ma tę głębię”. Pisze i nagrywa cotygodniowe felietony do programu „Raport o stanie świata”, ale to już nie jest ta gonitwa co kiedyś. Felieton pisze przez kilka dni, rozmyśla o tym, co chce w nim powiedzieć, temat wybiera sobie sam, jest bardziej refleksyjny i spokojny. – Czytam, ale nie żadną politologię, tylko literaturę piękną. Doceniam i smakuję bycie w domu. Wreszcie jest czas, żeby rozmawiać z Hanią, moją żoną, odwiedzamy znajomych, chodzimy do kina, teatru, na wystawy czy choćby razem na zakupy.
Na YouTubie oglądam filmiki wędkarskie, bo łowienie ryb to moje hobby od dawna, a teraz mogę się mu poświęcić. Wciąż przyglądam się światu, nie odwrócę się od bieżących wydarzeń w stronę pietruszki czy wyprzedaży w Biedronce, ale cieszę się, że już nie muszę gnać, bo tak trzeba. Nie, ja już za niczym gonić nie zamierzam – podsumowuje Dobiecki.
TERAZ MAM CZAS
Wojciech Szczęsny Maziarski naprawdę uważa się za szczęsnego. – Załapałem się na najbardziej optymistyczny czas w XX-wiecznej historii Europy – uśmiecha się dumnie. – Byłem świadkiem upadku komunizmu, wykuwania się nowej rzeczywistości, a moja biografia jest wielkim darem. Może dziś młodzi ludzie mają łatwiej, wygodniej, więcej, ale ja za to miałem ciekawiej.
Choć w roku 1980 był w Budapeszcie, a nie w Stoczni Gdańskiej, to i tam działał w imię polskiej „Solidarności”, organizował wakacje dla dzieci z Mazowsza, pisał teksty do podziemnej prasy, angażował się społecznie i politycznie. – Dziennikarzem zostałem dlatego, że czułem, jako wieczny opozycjonista, potrzebę działania, pisania i mówienia ludziom o tym, co się dzieje, jak traci kolejne zęby socjalistyczny ustrój i jak się w ludziach budzi nadzieja i siła, która każe walczyć o swoje. Od początku moje teksty były polityczne, ale dziennikarzem – a nie działaczem – poczułem się wtedy, gdy profesor Bronisław Geremek kazał wyrzucić mojego kolegę z obrad przed okrągłym stołem. – My tu omawiamy ważną strategię, a przecież słuchają nas media – oburzał się. – Wtedy zrozumiałem, że my, dziennikarze, jesteśmy jednak tą czwartą władzą.
(fot. Archiwum prywatne, screen: magazyn „Press”, nr 03-04/2026)
Wojciech Maziarski: – Już mi się nie chciało pisać, poprawiać, sprawdzać. Teraz połowę czasu spędzam w Beskidach, w mojej górskiej przystani.
Pracę dla rozgłośni BBC wspomina z czułością. – To były dobre czasy, nikt nie słyszał jeszcze o PIT-ach, a kasę przyjmowało się na gębę. Zarobki były znakomite. Dostawaliśmy po sto funtów na miesiąc, to było około 20 dolarów, a na dodatek nikt nam niczego nie cenzurował – opowiada. – Potem przyszedł czas na „Gazetę Wyborczą”, no i wreszcie na „Newsweek Polska”. – Jako redaktor naczelny tego tygodnika do 2012 roku miałem zupełnie inną funkcję niż Adam Michnik w „Wyborczej” – mówi Maziarski. – Michnik nie kieruje gazetą na bieżąco, daje jej swoje nazwisko i swojego ducha, a w „Newsweeku” było tak, że poszczególne działy miały mniejszą autonomię, jak szef powiedział, tak trzeba było robić. Ja nie byłem rewolucjonistą, ale poluzowałem trochę te tryby, dałem więcej niezależności ludziom, bo uważałem, że tak jest lepiej i dla nich, i dla naszego pisma. Wywalili mnie w 2012 roku, bo wybrali Tomasza Lisa. Niech im będzie.
Na emeryturę przeszedł gładko, bez większych zawirowań. – Odszedłem w listopadzie 2025 roku. Zmęczyło mnie redagowanie cudzych tekstów, wymyślanie śródtytułów, straciłem ten ogień, który kiedyś we mnie buzował, już mi się nie chciało pisać, poprawiać, sprawdzać. Teraz połowę czasu spędzam w Beskidach, w mojej górskiej przystani, cieszę się każdym dniem, pięknymi soplami lodu, które zwieszają się z płotu, wschodem słońca, jazdą na nartach. Pierwszy raz w życiu wykupiłem skipas do Szczyrku na cały sezon! Mam czas. To jest moje ulubione emeryckie hasło – teraz mam czas. Chodzę po górach, jeśli mam ochotę, rąbię drewno na opał, ładnie schudłem i czuję się świetnie. Moje córki, które wiodą atrakcyjne zapewne życie w Warszawie, powiedziałyby, że to są nudy na pudy, ale ja jestem zadowolony. To nie znaczy, że gnuśnieję. Gdy zaczynają się Igrzyska Wolności w Łodzi, które mnie bardzo interesują, to wsiadam w auto i na nie jadę. Emeryturę mam dość wysoką – spółka Agora zawsze dobrze płaciła. Stać mnie na wakacje, pojadę kiedyś do Albanii czy Ukrainy. Na co narzekać?
Ważne jest też dla Maziarskiego, że od lat nie pije. – Jako alkoholik leczyłem się u doktora Woronowicza. Z chorobą pracowałem stacjonarnie, potem była terapia dzienna, udział w mityngach AA. Teraz już nie chodzę na te spotkania. Alkohol jest mi obcy i nieważny. Świat na trzeźwo jest uroczy, wielobarwny, wyraźny, a gdy piłem, to wszystko wokół było zamazane, bezkształtne, byle jakie.
Wielu jego kolegów – dziennikarzy, lekarzy, prawników – piło bez umiaru i pije nadal. Tym, którzy zwracali się do niego po pomoc, dawał adresy poradni, telefony do specjalistów, opowiadał o sobie. Jedni dali radę, inni nie. A do klubu seniora się nie wybiera. Po co? – Nie jestem na społecznej ani towarzyskiej pustyni – wyjaśnia. – Wokół mnie tętni życie i ja wciąż aktywnie biorę w nim udział.
***
Ten tekst Aleksandry Miedziejko pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 03-04/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.
„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy "Press": rozmowa z Poczobutem, zmiany w Tok FM i odzyskiwanie mediów na Węgrzech
Aleksandra Miedziejko











