Polscy dziennikarze o organizacji mundialu. "Moje odczucia są mocno mieszane"
Tomasz Moczerniuk relacjonował m.in. mecz finałowy mundialu (fot. archiwum prywatne)
Polscy dziennikarze oceniają dla "Presserwisu" pracę na zakończonych przed tygodniem mistrzostwach świata w piłce nożnej.
Tomasz Moczerniuk, dziennikarz na co dzień mieszkający w Connecticut, przez lata współpracownik m.in. Polskiej Agencji Prasowej czy "Super Expressu", na mundial trafił jako dziennikarz "Przeglądu Sportowego", w którym pracuje od dwóch lat. Relacjonował 13 meczów rozgrywanych w New Jersey, Bostonie, Filadelfii i Atlancie. – Powiem szczerze: moje odczucia są mocno mieszane – stwierdza.
"Logistyka w Nowym Jorku to była jakaś pomyłka"
Problemy, o których mówi Moczerniuk, to przede wszystkim komunikacja, która sprawdziła się tylko w Atlancie, i kompletne zagubienie wolontariuszy.
Czytaj też: Agnieszka Glapiak przez rok uspokoiła sytuację wokół KRRiT. "Rada wegetuje na marginesie"
– Logistyka wejścia dla mediów w Nowym Jorku to była jakaś pomyłka – pod bramkami przed wejściem na finał czekałem prawie dwie godziny, a dla porównania w Atlancie 45 minut. Przyznali chyba około dwóch tysięcy akredytacji, a bramek ze skanerami ustawili zaledwie sześć. Skoro sprawdzenie jednej osoby zajmuje pół minuty czy minutę, to łatwo policzyć, ile musiał trwać ten zator – mówi Moczerniuk.
Dziennikarz sportowy Telewizji Polskiej Jacek Laskowski relacjonował cztery mundialowe mecze od ćwierćfinałowej fazy rozgrywek w czterech różnych miastach. Jak mówi, organizatorzy mieli czas, żeby poprawić niedociągnięcia. Sporą rolę odegrał też "standard FIFA" obowiązujący na wszystkich imprezach organizowanych przez federację.
– Gdyby człowiek wylądował z kosmosu na środku ciągów komunikacyjnych czy w obiekcie sportowym, nie byłby w stanie powiedzieć, w jakim jest kraju – czy to Katar, Rosja, czy Stany Zjednoczone. Wszystko, od kolorystyki oznaczeń po strukturę stref (Media Centre, Broadcast Compound), wygląda identycznie – zauważa dziennikarz TVP.
Zdaniem Jacka Laskowskiego największym negatywnym zaskoczeniem i utrudnieniem w poruszaniu się po obiektach była kwestia ciągów komunikacyjnych dla mediów. – Na każdym z czterech stadionów, na których pracowałem, do transportu dziennikarzy między poziomami wyznaczono tylko jedną windę. Mankamentem tego rozwiązania był kompletny brak weryfikacji osób z niej korzystających: wpuszczano do niej nie tylko media, ale i kibiców czy obsługę. Służyła jednocześnie do transportu osób z niepełnosprawnościami. W efekcie po 15 minutach oczekiwania można było pocałować klamkę, bo podjeżdżały cztery wózki inwalidzkie i zajmowały całą przestrzeń. Wyjątkiem było Miami, gdzie winda nie działała od początku, ale problem rozwiązano, udostępniając wszystkim ruchome schody. W Los Angeles alternatywą były schody tradycyjne. Razem z Robertem Podolińskim zamiast ryzykować spóźnienie na wejście antenowe pokonywaliśmy po siedem pięter w tę i we w tę. W upale nie było to zbyt komfortowe, ale pozwoliło nam zdążyć ze wszystkimi obowiązkami – opowiada.
"W Meksyku klimat czuło się na każdym rogu"
Tomasz Moczerniuk relacjonuje, że w Bostonie i Nowym Jorku autobusy dowożące dziennikarzy na stadiony notorycznie się spóźniały. W Bostonie jeden z autobusów miał wypadek i nie podstawiono innego w zamian. Za to Atlanta pod tym względem zachwyciła.
Czytaj też: Republika pokaże mecz Rakowa Częstochowa z Vallettą FC w eliminacjach Ligi Konferencji UEFA
– Wysiadałem na lotnisku, wolontariusze od razu kierowali do kolejki i za 2,50 dolara (a nie za 90 czy 100 dolarów) dojeżdżałem bezpośrednio pod stadion w 20 minut. Do tego w centrum przy obiekcie funkcjonowała kapitalna, duża strefa kibica z bogatą ofertą – opisuje.
Marcin Powideł, dziennikarz sportowy Radia Zet, nie miał akredytacji FIFA na mundial. – Robiłem rzeczy z boku, przed stadionami, z barów, ze stref kibica – mówi Powideł. – Zaczynałem w Meksyku i później poleciałem do Los Angeles na pierwszy mecz Amerykanów. W Meksyku klimat czuło się na każdym rogu, na każdej ulicy, w każdym barze i wszyscy od wnuczka po dziadka chodzili w koszulkach reprezentacyjnych, przeżywali ten mecz i świętowali później przez kolejne dwa dni. Natomiast w Los Angeles, w którym nie ma tradycji piłkarskich, średnio dało się odczuć atmosferę mundialu – opowiada reporter Radia Zet.
Tomasz Moczerniuk z "Przeglądu Sportowego" opowiada, że rzadko korzystał z press boxu na stadionach. – Raz byłem w nim w Bostonie na meczu Chorwacji i czułem się jak w akwarium – cicho, zimno i bez żadnych emocji. Wolę siedzieć na trybunach – mówi Tomasz Moczerniuk. – Dostaliśmy jako media specjalną wydzieloną strefę poza zamkniętą lożą prasową. Miało to swoje plusy, bo siedzieliśmy wśród kibiców i czuliśmy prawdziwą atmosferę meczu. Z drugiej strony jednak brakowało tam biurek, a kiedy rozładowywał się telefon, nie było gdzie go podłączyć – opowiada.
Dostęp do prądu nawet w strefach prasowych bywał problemem. W Nowym Jorku dziennikarze mogli pracować w wielkim namiocie ustawionym poza stadionem. Rozstawiono w nim specjalne "wieżyczki" z gniazdkami i portami USB, z których część nie działała.
Laskowski: "Amerykańskiej specyfiki było niewiele"
Jacek Laskowski: – Na mundialu po raz pierwszy mieliśmy osobny monitor wielkości tabletu, przeznaczony wyłącznie na statystyki meczowe. Ja się tym nie posiłkuję, bo jestem skoncentrowany na meczu. Mój współkomentator Robert Podoliński częściej korzystał z własnych, czytelniejszych i bardziej szczegółowych zestawień w komercyjnych aplikacjach (np. ESPN).
Czytaj też: Były dziennikarz Eurosportu Kacper Merk w zespole kanału TVP Info
Organizatorzy rygorystycznie pilnowali uprawnień do wstępu na konferencje prasowe czy do strefy mieszanej (mix zone). Nie przyznawano ich automatycznie. – Na 13 spotkań przyznano mi chyba trzy wejścia do mix zone i dwa na konferencje – mówi dziennikarz "Przeglądu Sportowego".
– Przy organizacji takich wydarzeń FIFA korzysta z wyspecjalizowanych, międzynarodowych firm. Na miejscu spotyka się dokładnie tych samych ludzi – Szwajcarów, Francuzów, Włochów czy Hiszpanów – których widzi się wcześniej na igrzyskach, Euro czy finałach Ligi Mistrzów. Amerykańskiej specyfiki w samej organizacji było więc niewiele – opowiada dziennikarz TVP.
Moczerniuk podsumowuje: – To były moje pierwsze mistrzostwa świata w karierze. Wcześniej obsługiwałem mistrzostwa Europy i w moim odczuciu były one zorganizowane o wiele lepiej. Tu widziałem mnóstwo niedociągnięć, które mocno mnie raziły.
Czytaj też: Batman jest słaby. Naczelna Slawa.tv o wyzwaniach stojących przed mediami w Ukrainie
(PAR, 27.07.2026)










