Temat: wolność słowa

Dział: WYWIADY

Dodano: Maj 23, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Zbyt długo w grze. Andriej Sołdatow o pracy przeciw Kremlowi w Agentura.ru

„Rosjanie są coraz bardziej zmęczeni próbami obejścia cenzury. Ci, którzy nie są mocno zdeterminowani, by dotrzeć do niezależnych informacji, zwyczajnie się poddają” – mówi Andriej Sołdatow (screen: YouTube/Bruno Kreisky Forum for International Dialogue)

Jesienią 2023 roku rosyjskie ministerstwo sprawiedliwości uznało mnie za „zagranicznego agenta”. Później na listę agentów wciągnięto też Irinę. Wszystko po to, by wywierać na nas coraz większą presję – mówi Andriej Sołdatow, redaktor naczelny serwisu Agentura.ru.

Prawie sześć lat temu Roskomnadzor, państwowy regulator mediów i internetu, cofnął licencję na prowadzenie serwisu Agentura.ru, wydawanego przez Pana i dziennikarkę śledczą Irinę Borogan. Jako powód podano „śmierć osoby fizycznej”. Jak to zinterpretowaliście?

To było dla nas duże zaskoczenie. Pierwszy raz spotkałem się z tym, żeby Roskomnadzor stosował tego rodzaju taktykę. To ja jestem naczelnym serwisu Agentura.ru i to na mnie wystawiona była licencja, więc mogło chodzić tylko o moją rzekomą śmierć. Nie wiedziałem, jak to zinterpretować, więc skonsultowałem tę sprawę z prawnikami. Po kilku tygodniach powiedzieli, że musimy jak najszybciej wyjechać z kraju, więc to zrobiliśmy.

Co nie było łatwe, także ze względów logistycznych.

To prawda, były czasy pandemii. Jednym z nielicznych europejskich miast, które w tamtym czasie akceptowały jeszcze loty międzynarodowe z Moskwy, była Genewa.

Jakie jest Pana ostatnie wspomnienie z Moskwy?

Gdy czekałem na lotnisku na wejście do samolotu, obok mnie stał Andriej Krutskich, prominentny oficjel z ministerstwa spraw zagranicznych, odpowiedzialny za promowanie koncepcji suwerennego internetu w Rosji [kontrolowanego przez władze, który działa niezależnie od globalnej sieci – red.]. Tak się składa, że Krutskich był bohaterem rozdziału naszej książki „The Red Web”. Pamiętam, że złapałem się na myśli, że wyjeżdżam z Rosji nie tylko ze swoją partnerką Iriną, ale także z rosyjskim oficjelem lecącym zapewne na rozmowy w Szwajcarii. To było dziwne uczucie. Tak jakbym zabierał pracę z sobą.

Krutskich pytał, po co lecicie do Genewy – miasta, które było przystankiem w drodze do Londynu, gdzie teraz mieszkacie?

A skąd. Udawał, że nie kojarzy ani mnie, ani Iriny. To zabawne, bo znaliśmy się od jakichś 20 lat.

Dziś Kreml znów zacieśnia wokół Pana pętlę. Rosyjska agencja informacyjna TASS donosi, że moskiewski sąd zarządził Pana zaoczny areszt w związku z zarzutami niewywiązywania się z obowiązków „zagranicznego agenta” i udziału w „niepożądanej organizacji”. Tą organizacją jest Wasz serwis Agentura.ru?

Nie. Według prawników, z którymi rozmawiałem, chodzi o moją pracę w Centrum Analiz Polityki Europejskiej. Według rosyjskich władz nie wywiązuję się z kolei z obowiązków „zagranicznego agenta”, bo pod artykułami publikowanymi dla CEPA nie podaję informacji, że nim rzekomo jestem. To już drugie postępowanie karne wszczęte wobec mnie od początku wybuchu wojny w Ukrainie.

Agencja TASS poinformowała o sądowym nakazie aresztu sześć dni przed naszą rozmową. Zdążył Pan już ochłonąć?

W zasadzie te problemy ciągną się za mną od dawna. Według dokumentacji, do której dotarłem, Federalna Służba Bezpieczeństwa już w marcu 2022 roku wszczęła wobec mnie pierwszą sprawę karną. Służbom nie spodobało się, co ja i Irina piszemy o roli, jaką służby odgrywają podczas wojny w Ukrainie. Trzy miesiące później umieszczono mnie na liście poszukiwanych w związku z zarzutem szerzenia „fałszywych informacji” o wojnie. Zablokowano moje konta w rosyjskich bankach. Na szczęście nie miałem tam dużo pieniędzy, może jakieś sto dolarów.

Jak czytam w Waszej z Iriną nowej książce „Our Dear Friends in Moscow”, rosyjskie władze obciążyły Pana konta ogromnym zadłużeniem – w wysokości ponad 40 mln rubli!

Według rosyjskich władz jestem teraz milionerem pod kreską. A wracając do moich problemów prawnych, jesienią 2023 roku rosyjskie ministerstwo sprawiedliwości uznało mnie za „zagranicznego agenta”. Później na listę agentów wciągnięto też Irinę. Wszystko po to, by wywierać na nas coraz większą presję.

Ile lat więzienia grozi Panu w postępowaniach karnych, o których mówimy?

Za wszystkie zarzuty grozi mi co najmniej dziesięć lat.

Czy po doniesieniach o zaocznym areszcie czuje się Pan teraz mniej bezpiecznie?

Dopóki nie opuszczam terytorium Wielkiej Brytanii, wszystko powinno być w porządku. Problem w tym, że praca dziennikarza wymaga częstych wyjazdów. Nie mogę wyjechać do krajów Azji Środkowej, Białorusi, Tajlandii, Turcji czy Egiptu, bo państwa te mają dość dobrą współpracę z rosyjskimi władzami. Na pewno muszę teraz być jeszcze bardziej ostrożny. Ostatnio zaniepokoiły mnie doniesienia BBC, według których Interpol zniósł dodatkowe restrykcje dotyczące składania przez Rosję wniosków o zatrzymanie i aresztowanie rosyjskich obywateli. Z tego, co się orientuję, to nie jestem poszukiwany czerwoną notą Interpolu, ale zawsze to się może zmienić.

Jakich środków bezpieczeństwa przestrzega Pan na co dzień w Londynie?

Staram się unikać udziału w konferencjach i innych wydarzeniach w miejscach publicznych. Nie wiem przecież, kto się na nich pojawi. Unikam też dużych spotkań diaspory rosyjskiej. My, Rosjanie mieszkający na obczyźnie, kochamy się zbierać w dużym gronie, bo wtedy czujemy się mniej samotni i możemy sobie okazać wsparcie. W moim przypadku chodzenie na takie wydarzenia jest zbyt niebezpieczne.

W „Our Dear Friends in Moscow” razem z Iriną Borogan opisujecie, jak podczas wizyty w rosyjskiej restauracji w Soho obserwowała Was grupa Czeczenów. Podejrzewacie, że namierzono Was, bo rezerwując stolik, podaliście swój prawdziwy adres e-mail.

I właśnie dlatego musimy zachować wyjątkową ostrożność, unikając miejsc popularnych wśród rosyjskiej diaspory.

Czy po wydaniu sądowego nakazu Pana aresztu zaczęto wywierać presję na Pana bliskich w Rosji?

Tak, ale nie chcę tu wchodzić w szczegóły. W każdym razie to się dzieje.

Przykro to słyszeć. Co Pan robi, żeby wciąż o tym nie myśleć?

Nie daję się ponieść emocjom, bo one mogą człowieka zniszczyć. Oprócz problemów prawnych martwię się cały czas o swoich krewnych mieszkających w Ukrainie, ale staram się od tego odcinać, bo w przeciwnym razie nie mógłbym pracować jako dziennikarz. To właśnie praca trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Jestem na obczyźnie, z dala od Rosji, ale dopóki mogę wykonywać swój zawód, czuję, że utrzymuję się na powierzchni.

Dlatego dalej razem z Iriną Borogan pisze Pan książki i artykuły o sytuacji w Rosji. W „Our Dear Friends in Moscow” przedstawiacie losy dziennikarzy – Waszych znajomych sprzed lat – którzy dziś są propagandystami Kremla. Dlaczego zgodzili się na rozmowę? Przecież chyba sporo ryzykowali.

Mam na to dwie teorie. Z tą grupą dziennikarzy znaliśmy się przez wiele lat. Nasze drogi przecinały się podczas relacjonowania konfliktów i ataków terrorystycznych w Rosji. To zbudowało między nami koleżeńską więź, pomimo naszych odmiennych poglądów politycznych. Po drugie, to są skrajnie ambitni ludzie. Nie wiem, czy Pani zauważyła, czytając książkę, ale wszyscy są z wykształcenia historykami. Myślę, że ich ambicją jest zapisanie się właśnie na kartach historii. A sportretowanie ich losów w naszej książce było do tego przepustką. Wiedzieli, że razem z Iriną mamy na koncie kilka publikacji, które odbiły się szerokim echem.

Jewgienij Krutikow – niegdyś szef działu politycznego w dzienniku „Izwiestija”, w którym razem pracowaliście – powiedział Panu, że rosyjskie służby specjalne stosują coraz bardziej stalinowskie metody. Nie jest Pan zaskoczony, że odważył się na takie słowa?

I tak, i nie. Myślę, że dobrym wytłumaczeniem jest tutaj ambicja Krutikowa. Zawsze chciał odgrywać ważną rolę w rosyjskiej polityce. Miał aspiracje, by zostać ministrem spraw zagranicznych czy szefem rosyjskich służb specjalnych. Krutikow przez swoje konotacje rodzinne – jego ojciec był sowieckim szpiegiem – nie postrzegał siebie jako pionka w rękach reżimu. On chciał być jego częścią. Być może dlatego nie boi się wygłaszać swoich opinii.

Czy śledził Pan w ostatnich miesiącach jego proklemowskie teksty?

Tak, pisał dużo o polityce Rosji wobec Afryki i wychwalał działania rosyjskiego wywiadu wojskowego oraz służby wywiadu zagranicznego. Na Telegramie udostępnił ostatnio news o sądowym nakazie zaocznym dotyczącym aresztowania mnie. Wyglądało na to, że ucieszyła go ta wiadomość.

Dlaczego tak Pan sądzi?

Gdy ktoś spytał pod jego postem, czy nie uważa, że należy mi się zarzut zdrady stanu, odpowiedział, że „prawdopodobnie tak”.

Trudno mi się tego słucha. To człowiek, który przez długie miesiące rozmawiał z Panem na potrzeby książki, a kiedyś w dzienniku „Izwiestija” uczył Pana, jak pisać o rosyjskich służbach specjalnych.

To prawda, do pewnego stopnia Krutikow był dla mnie inspiracją na początku mojej kariery.

Co według Pana skłoniło go do odejścia z dziennikarstwa na początku lat dwutysięcznych?

Myślę, że bardzo się rozczarował, gdy stracił stanowisko szefa działu politycznego w „Izwiestii”. Próbował wtedy zahaczyć się w służbach specjalnych i zapewne ucieszył się, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja.

W końcu, jak pisze Pan w książce, wcale nie chciał być dziennikarzem. Gdyby nie rozpad Związku Radzieckiego, robiłby karierę w rosyjskim wywiadzie wojskowym. Czyje losy spośród dawnych znajomych i współpracowników są według Pana najtragiczniejsze?

To historia Swietłany Babajewy, która w 2022 roku zginęła w wyniku wypadku na poligonie na Krymie. Tragiczna jest nie tylko jej śmierć, ale także jej cała historia. Zaczynała jako dziennikarka polityczna w latach 90. Choć były to nieco bardziej liberalne czasy w Rosji, Babajewa już wtedy była mocno proklemowska. To się nie zmieniło, gdy Putin doszedł do władzy. Uwielbiała go, dzięki czemu zdołała wkupić się w jego łaski. Została potem szefową redakcji agencji informacyjnej RIA Nowosti w Londynie, a następnie w Waszyngtonie. Podczas pobytu za granicą w Babajewej dokonała się jednak przemiana. Może dlatego, że zobaczyła, jak funkcjonuje dziennikarstwo na Zachodzie i czytała tamtejsze gazety? Nie wiem. W każdym razie gdy po jej powrocie do Rosji doszło do aneksji Krymu, stała się bardziej liberalna. W swoich tekstach nie wychwalała aneksji Krymu i krytykowała to, że władze zasłaniały się religią, by uzasadnić rosyjski imperializm.

Pamiętam, jak z Iriną wpadliśmy na Babajewę podczas przyjęcia organizowanego przez ambasadora USA w Moskwie. Podeszła do nas, objęła i opowiadała o problemach w swojej redakcji [Gazeta.ru – red.]. Twierdziła, że próbuje chronić swoich dziennikarzy przed naciskami ze strony Kremla.

Niedługo potem straciła stanowisko naczelnej serwisu Gazeta.ru. W 2019 roku objęła kierowanie biurem agencji RIA Nowosti na Krymie – półwyspie, którego aneksji nie pochwalała.

To musiało być dla niej jak wygnanie. Skończyła w Symferopolu, niewielkim prowincjonalnym mieście. Była tak zdesperowana, że zaczęła brać udział w szkoleniach wojskowych. Gdy wybuchła wojna w Ukrainie, rozważała dołączenie do rosyjskiej armii jako żołnierz. To naprawdę tragiczne, bo mówimy o kobiecie, która najpierw jako lojalna wobec władz dziennikarka próbowała rozkręcić swoją karierę. Potem zaczęła krytyczniej podchodzić do tego, co się dzieje w Rosji, i wreszcie była tak zdesperowana, że stała się ofiarą brutalnego reżimu. Mówię to w tym sensie, że uwierzyła, iż ponownie wkupi się w łaski Kremla, jeśli pójdzie na wojnę i będzie zabijała Ukraińców.

Czy wierzy Pan, że rzeczywiście zginęła na krymskim poligonie w wyniku wypadku?

Tak, to był tragiczny wypadek. Przeprowadzono w tej sprawie śledztwo.

Czy Babajewa mogła robić karierę w rosyjskich mediach tak długo, jak wpływowy był Siergiej Iwanow, przychylny jej człowiek w otoczeniu Putina? Babajewa wypadła z łask, gdy Putin odwołał Iwanowa ze stanowiska szefa kremlowskiej administracji.

To wiele wyjaśnia, choć sprawa jest bardziej złożona. Myślę, że Swietłana zbyt wiele ryzykowała, pisząc krytyczne artykuły pod adresem Kremla. Bardzo mnie zaskoczyło, że to robiła.

Może ryzykowała, bo wiedziała, że Iwanow ją obroni?

Nie wiem i nie możemy jej o to spytać, bo już nie żyje.

Powróćmy do Pana historii. Roskomnadzor odebrał Panu licencję na prowadzenie serwisu Agentura.ru dopiero w 2020 roku. Dlaczego tak późno? Przecież od lat razem z Iriną Borogan pisaliście o tak wrażliwym temacie jak działania rosyjskich służb specjalnych.

Nie jest tak, że nie interesowały się nami wcześniej służby. Funkcjonariusze FSB przesłuchiwali mnie już w październiku 2002 roku w związku moim materiałem o ataku terrorystycznym na teatr na Dubrowce. Natomiast jeśli chodzi o nasz serwis Agentura.ru, to myślę, że przez długie lata nie byliśmy na celowniku, bo Kreml w pierwszej kolejności zajął się przykręcaniem śruby kanałom telewizyjnym, a następnie dużym dziennikom i stacjom radiowym. Przez wiele lat rosyjskie władze tolerowały media internetowe, bo uważały, że nie są one popularne wśród zwykłych obywateli. To może być jedna z przyczyn. Druga sprawa jest taka, że pomogła nam konspiracyjna mentalność FSB.

To znaczy?

Służby też zadawały sobie pytanie, dlaczego nikt nam nie robi problemów. Funkcjonariusze, z którymi miałem kontakt, uważali, że ja i Irina musimy być chronieni przez innych oficerów FSB. Czasami prowadziło to do zabawnych sytuacji. Zdarzało się, że ktoś dopytywał, który generał w służbach nas kryje. Wtedy należało zrobić poważną minę i przytaknąć, że owszem, są tacy ludzie na górze. Bywało, że nawet liberalni dziennikarze myśleli, że mnie i Irinę chroni ktoś z FSB. Pamiętam rozmowę z bardzo dobrym dziennikarzem. Powiedział mi: Andriej, musisz przekazać ode mnie informację do liberalnych generałów w FSB. O jakich liberalnych generałach on mówił? To było niedorzeczne.

Czy Pana tarczą obronną nie był ojciec, Aleksiej Sołdatow, były wiceminister komunikacji i założyciel pierwszej firmy dostarczającej usługi internetowe w Rosji? Czy to nie dziwny przypadek, że licencję na prowadzenie serwisu Agentura.ru anulowano niedługo po tym, jak Pana ojciec zaczął mieć problemy z władzami?

Mój ojciec był wiceministrem komunikacji tylko przez dwa lata, od 2008 do 2010 roku. A stronę Agentura.ru uruchomiliśmy w 2000 roku. Mieszkaliśmy i pracowaliśmy w Rosji przez kolejne 20 lat. Wątpię, żeby działalność mojego ojca miała duży wpływ na naszą sytuację. Choć w Rosji nie można być niczego pewnym. Jeśli chodzi o problemy mojego ojca, to rzeczywiście został zaatakowany przez rosyjskie władze w grudniu 2019 roku, czyli kilka miesięcy przed moim i Iriny wyjazdem z Rosji.

Pana ojciec ostatecznie został skazany na dwa lata więzienia za „nadużycie władzy” przy zarządzaniu pulą adresów IP. Dlaczego Aleksiej Sołdatow znalazł się na celowniku władz?

Ojciec nigdy nie był wielkim zwolennikiem koncepcji suwerennego internetu w Rosji. Druga sprawa jest taka, że jako człowiek odpowiedzialny za stworzenie krajowej infrastruktury internetowej zarządzał domeną .su, zarejestrowaną jeszcze u schyłku Związku Radzieckiego [su to skrót od Soviet Union – red.]. Gdy rosyjskie władze w pewnym momencie chciały przejąć kontrolę nad tą domeną, ojciec był wobec tego sceptyczny, co moim zdaniem stało się początkiem jego problemów.

Press

(fot. Ossi Piispanen)

ANDRIEJ SOŁDATOW – Rosyjski dziennikarz śledczy pracujący obecnie jako ekspert w londyńskim oddziale Centrum Analiz Polityki Europejskiej; współzałożyciel i redaktor naczelny serwisu Agentura.ru, od 2000 roku monitorującego działania rosyjskich służb specjalnych. Sołdatow razem z dziennikarką Iriną Borogan napisał kilka książek poświęconych Rosji: „The New Nobility”, „The Red Web”, „The Compatriots” oraz „Our Dear Friends in Moscow”. Ta ostatnia publikacja przedstawia losy dziennikarzy, którzy stali są propagandystami Kremla. Wobec Sołdatowa w Rosji toczą się dwa postępowania karne, w związku z jego materiałami na temat działań rosyjskich władz oraz służb specjalnych. Dziennikarz wyjechał z kraju we wrześniu 2020 roku.

Jak się teraz czuje Pana ojciec? Trafił za kraty w wieku 72 lat z poważnymi problemami zdrowotnymi.

Jest z nim znacznie lepiej. Został wypuszczony z więzienia latem zeszłego roku.

Jak zdołał wyjść na wolność przed upływem dwuletniego wyroku?

Rosyjskie władze nagle zmieniły swoje stanowisko i więzienie zastąpiła kara grzywny. Nie wiem, skąd ta zmiana, ale ojciec jest już bezpieczny w domu.

Jakiej wysokości była grzywna?

500 tysięcy rubli. To spora kwota, ale jeszcze do udźwignięcia.

Wróćmy do mediów. Czy niezależni dziennikarze, którzy zostali w Rosji, mogą jeszcze wykonywać swój zawód?

Nie ma krótkiej odpowiedzi na to pytanie. W Rosji nadal są dobrzy dziennikarze. Niektórzy dalej próbują wykonywać swoją pracę i to dzięki nim niezależne media rosyjskie działające za granicą mają dostęp do wiarygodnych informacji z kraju. Wszyscy polegamy na naszych kontaktach wewnątrz Rosji. Część informatorów to właśnie dziennikarze, którzy nie mogą pisać prawdy pod nazwiskiem, ale mogą ją przekazać dalej. Choć dziś niezmiernie niebezpieczne jest wykonywanie tego zawodu – począwszy od zbierania informacji i rozmów z ludźmi, aż po przemieszczanie się po kraju.

Czytałam niedawno tekst w „Moscow Times”, napisany przez anonimowego dziennikarza mieszkającego w Rosji. Autor twierdził, że nie jest tak, iż FSB monitoruje każdego, kto nie powtarza państwowej propagandy w swoich tekstach. Zgodzi się Pan z tym?

To zależy, o czym ktoś pisze. Jeśli jest dziennikarzem politycznym, są niewielkie szanse, by FSB nie monitorowała jego działań. Potencjalnie łatwiej może być osobom piszącym o rosyjskiej gospodarce czy społeczeństwie.

Od wybuchu wojny w Ukrainie Roskomnadzor nasilił blokowanie serwisów internetowych niezależnych mediów, a ostatnio według doniesień całkowicie odciął dostęp do serwisu YouTube i komunikatora WhatsApp. Jak jeszcze władze utrudniają Rosjanom dotarcie do niezależnych treści?

W ostatnich miesiącach władze testują tworzenie tzw. białych list. To spisy stron internetowych, które jako nieliczne działają podczas coraz częstszych blokad internetu mobilnego i stacjonarnego w wybranych regionach Rosji. Oczywiście zatwierdzone przez władze listy obejmują tylko serwisy prokremlowskich mediów, strony banków i innych usługodawców. W wyniku tych zabiegów Rosjanie są coraz bardziej zmęczeni próbami obejścia cenzury. Ci, którzy nie są mocno zdeterminowani, by dotrzeć do niezależnych informacji, zwyczajnie się poddają.

Opowiada mi Pan o tym w pojedynkę, ale zazwyczaj udziela Pan wywiadów razem z Iriną Borogan. Razem piszecie też książki, teksty dziennikarskie i razem pracujecie w Centrum Analiz Polityki Europejskiej. Dlaczego zawsze we dwójkę?

Dzięki temu, że wspólnie pracujemy, możemy ciągle rozmawiać o tym, co akurat pochłania nas zawodowo. Oczywiście trudniej się wtedy odciąć od pracy, ale przynajmniej świetnie się rozumiemy.

Toczące się wobec Pana dwa postępowania karne w Rosji to w zasadzie jedna z nielicznych sfer, której nie dzielicie razem.

Idealnym scenariuszem dla rosyjskich władz byłoby poróżnienie nas i nastawienie przeciwko sobie. Zbyt długo jednak jesteśmy w tej grze, by to się udało.

Czy wierzy Pan, że kiedyś wróci do Rosji?

Oczywiście, wierzę, że pomimo tych okropieństw, które mój kraj wyrządził innym państwom, a także rosyjskim obywatelom, nadal istnieje szansa na nagłą zmianę w Rosji. Nie wiem, jak ta zmiana może wyglądać, ale myślę, że jest możliwa.

***

Ta rozmowa Marty Zdzieborskiej z Andriejem Sołdatowem pochodzi z magazynu Press wydanie nr 03-04/2026. Teraz udostępniliśmy ją do przeczytania w całości.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App Store, Google Play, e-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Numer na 30-lecie "Press": rozmowa z Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf i plemiona

Press

Marta Zdzieborska

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.