Temat: książki

Dział: PRASA

Dodano: Maj 03, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Ani czarny, ani czerwony. Robert Krasowski wydaje książki robione na chybcika

Robert Krasowski od wielu lat nie wypowiada się publicznie. – Nawet ode mnie nie przyjął zaproszenia do „Poranka Radia Tok FM” – mówi Jan Wróbel (fot. Marcin Obara/PAP)

Stworzony przez niego „Dziennik” miał odmienić oblicze polskich mediów i wyznaczyć nowe standardy. Skończyło się na wydawnictwie książkowym, które utrzymuje się przede wszystkim z książek robionych na chybcika.

Proces odmiany oblicza polskich mediów miał się rozpocząć 18 kwietnia 2006 roku. Do sprzedaży trafiła nowa gazeta codzienna – „Dziennik”. Wydawcą był światowy koncern Axel Springer Polska (obecnie Ringier Axel Springer Polska), który chciał na polskim rynku rywalizować z Agorą, właścicielką liderki rynku – „Gazety Wyborczej”.

ROZMACH

Wydawca zapowiadał, że gazeta o pełnej nazwie „Dziennik. Polska Europa Świat” ma być nowoczesnym, jakościowym dziennikiem, skierowanym do młodych, wykształconych czytelników. Szata graficzna „Dziennika” była wzorowana na niemieckim „Die Welt Kompakt”, czerpała jednak też pomysły z najbardziej uznawanych na świecie: brytyjskich gazet „The Guardian” i „The Independent” oraz amerykańskich „The New York Times” i „The Wall Street Journal”. 48-stronicowy grzbiet główny „Dziennika” miał działy: Polityka, Świat, Wydarzenia, Ekonomia, Nauka, Opinie, Kultura. W środy „Dziennikowi” towarzyszył dodatek „Europa”, w piątki – dodatek kulturalny, w soboty – lifestyle’owy.

Redaktorem naczelnym gazety został 40-letni wtedy Robert Krasowski, historyk filozofii, publicysta, który dotąd pełnił funkcję redaktora naczelnego „Faktu Europa”, magazynowego dodatku do dziennika „Fakt”. Wcześniej był zastępcą redaktora naczelnego dziennika „Życie”, założonego i prowadzonego przez Tomasza Wołka.

Miał dwie zastępczynie – Martę Bratkowską i Martę Stremecką – oraz dwóch zastępców: Konrada Kołodziejskiego i Marcina Piaseckiego.

Debiut „Dziennika” mógł imponować rozmachem. W pierwszym etapie wydawca zarzuca rynek półmilionowymi nakładami. Debiutowi towarzyszy kampania reklamowa z budżetem w wysokości 100 mln zł. Reklamy w „Dzienniku” kosztują 50-80 tys. zł brutto. Zainteresowanie w pierwszym numerze było tak duże, że wydawca przeprowadza aukcję. W momencie startu redakcja dziennika liczy 200 osób.

„Przedstawiam go z prawdziwą dumą” – napisał podczas debiutu „Dziennika” Robert Krasowski. – „Bez fałszywej skromności mogę stwierdzić, że to jeden z najbardziej wyczekiwanych debiutów w historii polskiego rynku mediów. Już pierwsze, nieoficjalne informacje o przygotowywaniu przez Axel Springer Polska nowej gazety codziennej wzbudziły ogromne emocje. Trudno się dziwić. Od wielu lat nikt nie odważył się naruszyć ustalonego jeszcze w latach 90. podziału rynku poważnej, ogólnopolskiej prasy codziennej” – pisał. Chodziło oczywiście o quasimonopolistyczną wówczas pozycję kierowanej przez Adama Michnika „Gazety Wyborczej”.

SZCZEGÓLNA NIECHĘĆ

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, obecnie zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”, dziennikarka i redaktorka „Dziennika” w latach 2006–2009, zaznacza, że jedną z głównych ambicji Roberta Krasowskiego było podważenie pozycji „Gazety Wyborczej” i jej naczelnego: – Roberta i jego partnerkę zawodową Martę Stremecką łączyła niechęć do środowiska „Gazety Wyborczej”, w szczególności do Adama Michnika, który był dla nich istotnym punktem odniesienia. Uważali, że „Gazeta Wyborcza” powstała na bazie obywatelskich pieniędzy i w sposób nieuczciwy zawłaszczyła przestrzeń medialną.

Jan Wróbel, dziennikarz, publicysta, historyk i stały felietonista „Dziennika”, stwierdza: – Od początku lat 90. „Gazeta Wyborcza” miała wyraźną przewagę aktywów wśród polskiej inteligencji. Podjęcie rywalizacji z gazetą Adama Michnika było warte grzechu.

Wróbel zauważa, że wcześniejszy debiut „Faktu” (również Axel Springer Polska) w października 2003 roku pokazał, że wielu ludzi chce czytać tanią, efektowną gazetę, pozbawioną dydaktyzmu i ściśle zdefiniowanej linii politycznej, którą miała „Gazeta Wyborcza”.

– Wydawcy „Faktu” udało się wywołać efekt szoku – zauważa Jan Wróbel. – Na bazie dużego budżetu powstała gazeta praktycznie dla każdego, z treściami tabloidowymi, ale też jakościowymi, dla wymagających czytelników i intelektualistów, które oferował dołączany do „Faktu” dodatek „Europa”. Robert wyszedł z – wydawało się wtedy, że słusznego – założenia, że „Dziennik” powtórzy sukces „Faktu” w grupie gazet opiniotwórczych, nokautując „Gazetę Wyborczą”.

– Gdy pracowaliśmy nad zerowymi wydaniami „Dziennika”, wydawało się, że wszystko potoczy się wspaniale, „Gazetę Wyborczą” po prostu zmieciemy – wspomina była dziennikarka „Dziennika”, prosząca o zachowanie anonimowości. – W trakcie pracy w „Dzienniku” zauważyliśmy, że Robert ma kompleks Adama Michnika, próbował mu dorównać, przeskoczyć go. Gdy to się nie udawało, pojawiała się zazdrość albo zawiść.

NADAWAŁ TON, BEZ KOMPLEKSÓW

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin poznała Roberta Krasowskiego podczas pracy dla dziennika „Życie” (ukazywał się w latach 1996–2002), w którym był zastępcą redaktora naczelnego i szefem działu Opinie.

– Roberta cechował intelektualny sznyt – wspomina. – Nie bał się wychodzić ponad tożsamość prawicową.

Barbara Kasprzycka, szefowa redakcji WP Magazyny, wcześniej przez wiele lat zastępczyni redaktora naczelnego „Dziennika Gazety Prawnej”, pracowała z Robertem Krasowskim w „Fakcie” (Robert Krasowski w latach 2003–2006 był wicenaczelnym tego dziennika, a ona dziennikarką działu Opinie). – Robert nadawał ton działowi Opinie, ośmielał do wykonywania zadań, które wydawały się poza naszym zasięgiem – wspomina Barbara Kasprzycka. – Praca w tym dziale polegała przede wszystkim na rozmowie z wybraną osobą, zakreśleniu tematu i spisaniu jej w gazetowym formacie – dodaje.

Barbara Kasprzycka pamięta, jak pewnego dnia została poproszona o uzyskanie opinii Michaela Moore’a. – W „Gazecie Wyborczej”, w której pracowałam wcześniej, takie polecenie byłoby nie do wyobrażenia. Do Micheala Moore’a się nie dodzwoniłam, ale pozbyłam się kompleksów – mówi.

Później została poproszona o przeprowadzenie wywiadu ze Stanisławem Lemem. – Pojechałam do Krakowa, zrobiłam to i spisałam rozmowę. Tym razem się udało – dodaje.

– Jako naczelny „Dziennika” Robert Krasowski był niekwestionowanym ośrodkiem władzy – wspomina Witold Głowacki, kierownik działu politycznego w OKO.press, który w „Dzienniku” pracował jako redaktor. – Charakteryzowało go twórcze podejście do tematów, łączył myślenie dziennikarskie i redaktorskie z publicystycznym. Stosował niemiecką szkołę redaktorską, polegającą na myśleniu o materiałach na bazie wyjściowej tezy – dodaje.

PRZYJAZNY DLA MATEK Z DZIEĆMI

W ocenie Witolda Głowackiego główną cechą tamtego okresu działalności Roberta Krasowskiego była ogromna energia.

– Ostentacyjnie chwalił autorów materiałów, które mu się podobały, klepał po ramieniu, pozytywnie recenzował na kolegium. Przyznawał nagrody, jak na tamte czasy niebagatelne, niektóre sięgały 10 tys. zł. Pamiętam, jak zostałem nagrodzony voucherem na wczasy w wysokości 5 tys. zł – dodaje.

Barbara Kasprzycka zapamiętała eksperyment, jakim była zgoda Roberta Krasowskiego na jej pracę zdalną po urodzeniu dziecka.

– Gdy na przełomie 2007 i 2008 roku skończył mi się urlop macierzyński, Robert zaproponował mi pracę zdalną. Mieszkałam wtedy na peryferiach Warszawy, nie było tam światłowodu. Dostałam z redakcji modem, laptop i wsparcie dla tej formy pracy. Dziś może nie wydaje się to nadzwyczajne, ale w tamtych latach było bardzo nowatorskie, bo wówczas od wszystkich wymagano pracy w redakcji.

– Początkowo w „Dzienniku” Robert wyznaczał nam bardzo ambitne cele, na których realizację praktycznie nie było ograniczeń budżetowych – wspomina Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin. – Pamiętam dzień, w którym dostałam propozycję wyjazdu do Izraela, aby znaleźć kogoś, kogo uratowała Irena Sendlerowa. Chodziło o tekst zaledwie na jakieś 4 tys. znaków. Nie pojechałam, bo w tym czasie musiałam karmić dziecko. Ale gdy padł pomysł napisania tekstu o bezdomnych Polakach w Dublinie, redakcja tak zarezerwowała mi bilety lotnicze, abym mogła polecieć do Irlandii i szybko wrócić do opieki nad dzieckiem – dodaje.

Skrzydłowska-Kalukin zaznacza, że dzięki ogromnemu budżetowi „Dziennik” mógł sobie pozwolić na drukowanie najwybitniejszych postaci świata kultury i nauki: – Zapamiętałam opublikowany w „Dzienniku” znakomity wywiad Karoliny Wigury z Jürgenem Habermasem, za który dostała nagrodę Grand Press w kategorii Wywiad.

– W „Dzienniku” pojawiały się teksty najznakomitszych myślicieli, naukowców i publicystów, ale miało to swoją cenę – wspomina dziennikarka „Dziennika”, prosząc o zachowanie anonimowości. – Prof. Marcin Król zawsze odbierał ode mnie telefon i komentował. Po odejściu z „Dziennika” dowiedziałam się, że dostawał wynagrodzenie za tę gotowość. Najpewniej nie było to 40 tys. zł miesięcznie, jak w przypadku Jana Marii Rokity, który ponoć dostawał tyle za cykliczne felietony, ale w pierwszym okresie istnienia „Dziennik” wiernie płacił, również komentatorom – dodaje.

„Dziennik” znakomicie płacił również zespołowi.

– Na początku jako szeregowa dziennikarka działu zagranicznego zarabiałam ok. 7,5 tys. zł brutto. Następnie, jako kierowniczka działu opinii, 14 tys. zł. Do tego dochodziły premie i nagrody – wspomina Renata Kim. – Ale pracowałam sześć dni w tygodniu po 12 godzin. Szefowie działów przychodzili do pracy rano, ja z reguły o 8.30, wychodzili po wysłaniu numeru do druku, zazwyczaj późnym wieczorem. Życie prywatne nie istniało. Była tylko praca – dodaje.

Jedna z redaktorek „Dziennika”, która chce pozostać anonimowa, wspomina strach panujący w redakcji „Dziennika” przed porannymi kolegiami, w których brali udział kierownicy działów.

– Kierownicy rano musieli zaplanować pięć, sześć pogłębionych tekstów dotyczących konkretnych zjawisk społecznych czy politycznych. To bardzo dużo. W ciągu dnia często okazywało się, że przyjętej rano roboczej tezy nie da się udowodnić. Wtedy niejednokrotnie temat był podkręcany, żeby uniknąć krytyki kierownictwa – relacjonuje dziennikarka.

– Robert chciał, aby „Dziennik” był inny niż wszystkie gazety, aby miał sznyt intelektualny – mówi Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin. – Pamiętam, jak zlecił mi opracowanie pewnej informacji kryminalnej, pod warunkiem, że ją opiszę – jak się wyraził – jak Fiodor Dostojewski, tak żeby to było inteligentne, mądre i zarazem zgodne z faktami. Robert chciał, aby każdy centymetr kwadratowy „Dziennika” był wypełniony wyłącznie nadzwyczajnymi rzeczami o najwyższej jakości. To było nierealne, nawet z najlepszym zespołem i nieograniczonym budżetem.

GALERY DO PÓŹNEGO WIECZORA

Dążenie Roberta Krasowskiego do doskonałości skutkowało angażowaniem pracy zespołu „Dziennika” do późnych godzin wieczornych.

– To były galery – wspomina Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin. – Pierwsze wydanie „Dziennika” na kraj zamykało się około godziny 17. Wszyscy wiedzieli, że jest wysoce mało prawdopodobne, aby zostało zaakceptowane przez kierownictwo. Musieli liczyć się z tym, że zostaną wezwani, by poprawiać teksty, redagować, często pisać od nowa. Niektórzy woleli nie wychodzić z redakcji po południu, czekali do wieczora – wspomina dziennikarka.

– Zdarzało się, że wieczorem pojawiał się Konrad Kołodziejski, zastępca Roberta Krasowskiego – wspomina redaktorka „Dziennika”, prosząc o zachowanie anonimowości. – W dość niecenzuralnych słowach mówił, że w wywieszonej już i puszczonej do druku gazecie wszystko kwalifikuje się tylko do wymiany. W „Dzienniku” za tekst odpowiadał redaktor. Jeśli coś było w nim nie tak, musiał poprawiać, czasem pisać tekst od nowa. To oznaczało, że późnym popołudniem i wieczorem nadal musieliśmy pracować – zaznacza.

Sam Robert Krasowski nie uczestniczył w akcjach robienia na nowo gazety.

– Powierzył to zadanie zastępcom, oni byli złymi policjantami – wspomina Witold Głowacki z OKO.press. – Ale to on był autorem systemu zarządzania redakcją. Jako urodzony lider, obserwator sceny politycznej, doskonale rozumiał mechanizmy władzy. Grał emocjami ludzi zespołu „Dziennika”, ich ambicjami, również słabościami – dodaje.

– Należałam do grupy, którą Robert cenił, nie doświadczyłam z jego strony złych zachowań. Ale wobec osób, do których miał pretensje, bywał bardzo przykry, kilkoma złośliwymi zdaniami potrafił wdeptać w ziemię – mówi Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin.

ZAWSZE W POPRZEK

Renata Kim wspomina, że zespół „Dziennika” nie miał bezpośredniego kontaktu z redaktorem naczelnym. – Trzeba było się umawiać przez sekretarkę, która często kierowała sprawę do jednego z zastępców naczelnego – mówi. – Roberta pochłaniały dyskusje o wstępniakach czy tekstach wyznaczających linię redakcyjną z najbliższymi współpracownikami, m.in. Martą Stremecką czy Cezarym Michalskim. Pamiętam, jak wielkie emocje wywołała u nich dyskusja na temat tekstu o męczennikach na pluszowym krzyżu – wspomina dziennikarka „Newsweeka”.

Chodzi o tekst Cezarego Michalskiego pt. „Męczeństwo Pawła Lisickiego na pluszowym krzyżu” z połowy 2007 roku (Paweł Lisicki był redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej” w latach 2006–2011), który był odpowiedzią na artykuły „Rzeczpospolitej”, zarzucającej „Dziennikowi” opowiadanie się w sporach światopoglądowych (aborcja, eutanazja) po stronie lewicy. Męczeństwo na pluszowym krzyżu było ironiczną frazą odnoszącą się do rzekomego cierpienia prawicowych publicystów w latach 2005–2007 podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości.

„Zachowanie naczelnego »Rzepy« jest cyniczne, czysto marketingowe. Podobnie jak jego ciągłe ataki na »Dziennik« (…)” – napisał Cezary Michalski. „Ta sama pogarda przebija ze wszystkich tekstów Lisickiego, Karłowicza czy Zdorta. To pogarda nitzscheańskich dandysów, których »życie wygodne« estetycznie nudzi. To naprawdę męczeństwo, oni cierpią z nudów – w swoich saabach i skórzanych fotelach naczelnych” – pisał w „Dzienniku” Michalski.

– Robert zawsze chciał iść w poprzek, pod prąd. Przez to linia redakcyjna „Dziennika” stawała się z czasem coraz mniej zrozumiała. Z jednej strony pojawiały się w nim straszne teksty o potrzebie lustracji czy pełna namaszczenia relacja Michała Karnowskiego z gospodarskiej wizyty ówczesnego premiera Jarosława Kaczyńskiego w jednym z zakładów pracy. Ale były też teksty poddające pod dyskusję eutanazję czy felietony Jerzego Pilcha i Jacka Żakowskiego – wspomina Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin. I dodaje: – Miałam poglądy liberalne, byłam przeciwniczką lustracji, nie byłam w kontrze do „Gazety Wyborczej”. Ale nikt mi w „Dzienniku” niczego nie narzucał, pracowało mi się w jego zespole bardzo dobrze – zaznacza.

Marek Beylin, publicysta i eseista „Gazety Wyborczej”, stwierdza: – „Dziennik” stał na istotnie wyższym poziomie niż obecne pisma, jak „Sieci” czy „Do Rzeczy”. Pamiętam, że pisałem pochwały dołączanego do „Dziennika” magazynu „Europa”. Nie zmienia to faktu, że linia redakcyjna „Dziennika” była niebezpieczna. Flirtowała z nacjonalizmem, początkowo popierała rząd PiS z całym jego radykalizmem i retoryką antydemokratyczną – zaznacza publicysta.

Ataki „Dziennika” Roberta Krasowskiego na „Gazetę Wyborczą” Marek Beylin ocenia jako koniunkturalne, związane z konkurencją rynkową. – W „Dzienniku” było pełno cynizmu, świat opisywany był bez brania pod uwagę ważności zasad i idei, ale przez pryzmat siły, tego, kto i jak może kogo załatwić – zauważa publicysta „Gazety Wyborczej”.

PANCERNIK W ERZE LOTNISKOWCÓW

Wyniki finansowe „Dziennika” okazały się dalekie od oczekiwań. Z raportów finansowych wydawcy za 2006 i 2007 rok wynikało, że Axel Springer miał ujemne przepływy finansowe na działalności operacyjnej, sięgające w sumie 173,5 mln zł. Mimo cięć kosztów i zmniejszenia deficytu w 2008 roku wydawca zdecydował o połączeniu tego tytułu z należącą do Inforu „Gazetą Prawną”. To oznaczało definitywny koniec gazety wymyślonej i kierowanej przez Roberta Krasowskiego.

Na początku czerwca 2009 roku Robert Krasowski poinformował, że nie jest już redaktorem naczelnym „Dziennika”. Jan Wróbel zamknięcie ówczesnego „Dziennika” uznaje za błąd.

– Gdyby po korekcie kosztów wytrwał, „Dziennik” najpewniej wyrobiłby sobie pozycję na rynku, tak jak wcześniej „Fakt”. Polski rynek prasowy potrzebował wtedy pisma o orientacji prawicowej, skierowanego do aspirującego czytelnika, zwłaszcza do inteligencji technicznej i z mniejszych miejscowości, gdzie źle pojęty elitaryzm „Gazety Wyborczej” był nie do przyjęcia. Ostatecznie ten popyt zaspokoiły takie pisma, jak „Sieci” czy „Do Rzeczy”, które mają charakter wojujący, a nie analityczny – uważa Wróbel.

Innego zdania jest Witold Głowacki z OKO.press: – „Dziennik” wszedł na rynek niemal dosłownie w momencie, w którym rozpoczął się kryzys prasy drukowanej, będący skutkiem upowszechnienia się internetu. Używając militarnego porównania: „Dziennik” był wielkim, najnowocześniejszym pancernikiem, który zadebiutował na początku ery lotniskowców. Świetnie wyposażony i zorganizowany był skazany na porażkę, bo nie mogły z niego startować samoloty.

NOGA POP W KŁOPOTY Z PŁATNOŚCIAMI

– Na pożegnalnym spotkaniu z zespołem w warszawskiej Hard Rock Cafe Robert poprosił, żebyśmy nie próbowali pisać petycji w jego obronie, składać wypowiedzeń w geście solidarności, bo dostał bardzo wysoką odprawę i da sobie radę – wspomina Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin.

11 września 2009 roku powstaje spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Czerwone i Czarne z kapitałem zakładowym w wysokości 5 tys. zł. Większościowym udziałowcem i prezesem zarządu zostaje Robert Krasowski. Mniejszościowym – Marta Stremecka, która obejmuje funkcję prokurenta. Czerwone i Czarne jest dziś zauważalnym wydawnictwem, specjalizującym się w literaturze faktu.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: – W pierwszym okresie istnienia wydawnictwa Marta Stremecka zamówiła u mnie książkę o Gajce i Jacku Kuroniach. Dała relatywnie krótki termin, nie chodziło o biografię, raczej o rzecz popularną. Kolejne zamówienie było charakterystyczne dla segmentu pop w Czerwonym i Czarnym – dostałam zadanie przeprowadzenia wywiadu rzeki z supernianą Dorotą Zawadzką. Książka świetnie się sprzedała, wydawnictwo rozliczyło się ze mną należycie.

Mniej szczęścia miała jedna z redaktorek „Dziennika”, która dla Wydawnictwa Czerwone i Czarne napisała dwie książki.

– Dostałam informację zwrotną, że książki się nie sprzedały – mówi redaktorka, która chce pozostać anonimowa. – Jedyną zapłatą za nie dla mnie były zaliczki w wysokości ok. 7 tys. zł. Może jestem w stanie uwierzyć, że nazwiska moich rozmówców nie były w stanie przyciągnąć czytelnika, natomiast nie wierzę, że słabo sprzedał się np. wywiad rzeka z prof. Zbigniewem Lwem-Starowiczem, który dla Wydawnictwa Czerwone i Czarne przeprowadziła Barbara Kasprzycka. Ta książka miała dodruki, ale Basia nie mogła się doprosić raportów sprzedaży – mówi nasza rozmówczyni.

Barbara Kasprzycka nie chce dziś do tej sprawy wracać. Chce zachować dobre wspomnienia o Robercie Krasowskim. Zaznacza, że ten rozdział został ostatecznie zamknięty.

ODERWANY OD RZECZYWISTOŚCI

W założonym przez siebie wydawnictwie Robert Krasowski wydaje też własne książki, m.in. monumentalną trylogię poświęconą Trzeciej RP. Na stronie internetowej Wydawnictwa Czerwone i Czarne reklamuje się jako „autor uważany za najbardziej wnikliwego obserwatora życia publicznego”, który zbadał kulisy polityki po 1989 roku i dowodzi, że „przebiegała ona inaczej, niż sądzimy”.

Gdy pytamy Jana Wróbla o najważniejsze dzieło Roberta Krasowskiego, mówi o książce „O Michniku”, wydanej przez Czerwone i Czarne w 2022 roku.

– Podane w tej książce fakty są niezaprzeczalne, a oceny trudne do zanegowania. Gdybym miał ocalić od zapomnienia tylko jedną rzecz Roberta Krasowskiego, wybrałbym właśnie tę książkę – mówi Jan Wróbel.

Książka o Adamie Michniku Roberta Krasowskiego spotkała się jednak z chłodnym przyjęciem wśród większości komentatorów sympatyzujących zarówno z lewą, jak i z prawą stroną sceny politycznej.

„To esej polityczny, próba interpretacji ściśle politycznej roli Adama Michnika w ostatniej dekadzie PRL i w pierwszej połowie III RP” – napisał Jakub Majmurek na łamach „Krytyki Politycznej”. „Wielokrotnie więcej niż o Michniku książka mówi o samym Krasowskim: o tym, jak rozumie on politykę, jak ocenia polską historię ostatnich 40 lat, co w niej uważa za ważne, a co za nieistotne, jak rozkładają się jego sympatie i antypatie do czołowych postaci epoki”.

W ocenie recenzenta kontrowersyjne są wybrane przez autora książki ramy czasowe: między sierpniem ’80 i narodzinami „Solidarności” a aferą Rywina i upadkiem drugich rządów SLD, kończących postkomunistyczny podział w polskiej polityce.

„A właściwie nie same ramy, co ich uzasadnienie: Krasowski zamyka swoją opowieść o Michniku w tych datach, gdyż interesuje go jedynie Michnik-polityk, Michnik mający realne oddziaływanie na politykę w Polsce. Oznacza to, że jako nieistotną politycznie Krasowski uznaje całą działalność swojego bohatera z lat 70.: KOR, Towarzystwo Kursów Naukowych, drugi obieg prasy, teksty kształtujące polityczną samoświadomość polskiej opozycji demokratycznej” – pisał Jakub Majmurek.

Rafał Ziemkiewicz, dziennikarz, publicysta i komentator polityczny, stwierdza: – Robert Krasowski książkę o Adamie Michniku oparł na dziwnym założeniu, jakoby naczelny „Wyborczej” miał pewnego rodzaju objawienie mistyczne, co zdeterminowało jego wybory. Uważam to za zupełną bzdurę.

W ocenie Rafała Ziemkiewicza błędne założenie przyjęte przez Roberta Krasowskiego podczas pisania „O Michniku” świadczy o jego oderwaniu od rzeczywistości.

– Nikt nie powinien być swoim własnym wydawcą – mówi Rafał Ziemkiewicz. – Robert Krasowski popełnił ten sam błąd co przed laty Marek Król, który jako autor nie był w stanie się samoograniczyć, publikując we własnym wydawnictwie. Ponadto Robert Krasowski od lat unika mediów, nie chce brać udziału w publicznych dyskusjach. Alienuje się, nie konfrontuje przemyśleń. To z natury rzeczy odbija się negatywnie na jakości jego książek – uważa Rafał Ziemkiewicz.

BUŃCZUCZNY, INTELIGENTNY

Od 2017 roku pojedyncze teksty Roberta Krasowskiego publikuje tygodnik „Polityka”.

– W tamtym czasie postanowiliśmy się otworzyć na publicystów spoza naszego najbliższego kręgu, którzy przeszli na autonomiczne pozycje i od czasu do czasu będą publikować w „Polityce” jako sympatyczni goście – mówi Wiesław Władyka, publicysta „Polityki”. – Robert Krasowski bywał buńczuczny, agresywny, napastliwy, ale zarazem bystry, inteligentny. W latach 90. był odkryciem Tomasza Wołka, który mówił, że to bardzo zdolny człowiek, filozof, meloman.

W ocenie Wiesława Władyki Robert Krasowski ma dar wyszukiwania ciekawych banałów, które po zestawieniu przestają być banałami – mówi Władyka. – Pamiętam, jak kiedyś zauważył, że Tadeusz Mazowiecki, wywodzący się z konserwatywnego środowiska katolickiego, po 1989 roku stał się ikoniczną postacią lewicy. Natomiast Jan Olszewski, który wywodził się ze środowisk lewicowych, socjalistycznych, po przemianach ustrojowych Polski urósł do rangi bohatera prawicy – dodaje Władyka.

TRIUMF CZY ZGON

Robert Krasowski od wielu lat nie wypowiada się publicznie. – Nawet ode mnie nie przyjął zaproszenia do „Poranka Radia Tok FM” – mówi Jan Wróbel. – Zapewne nie widzi sensu w komentowaniu bieżących wydarzeń politycznych. Robert ma do wyboru rolę patrycjusza, który spędza czas głównie w domu na czytaniu książek i dyskusjach z przyjaciółmi, albo rolę patrycjusza senatora, który angażuje się w życie polityczne. Wybrał pierwszą z nich – dodaje publicysta.

Wróbel ceni Krasowskiego: – Zamieszczony na łamach „Dziennika” artykuł Macieja Rybińskiego „Koniec Polski Kiszczaka i Michnika” [styczeń 2007 – red.], którego Robert był poruszycielem, okazał się proroczy. Ta Polska skończyła się definitywnie, choć już po upadku „Dziennika” – zauważa.

– Wyobraźmy sobie, że „Dziennik” wchodzi na rynek dziesięć lat wcześniej, długo przed kryzysem prasy drukowanej spowodowanym wejściem internetu do powszechnego użytku, i redakcja obchodzi 30. rocznicę powstania. Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że Robert Krasowski mógłby świętować jako twórca jednej z największych opiniotwórczych gazet w Polsce – snuje swoją wizję Witold Głowacki z OKO.press.

– „Dziennik” Roberta Krasowskiego opisywał świat przez pryzmat politycznego salonu – mówi Jacek Żakowski, publicysta, wykładowca dziennikarstwa na Uniwersytecie Civitas. – Zapoczątkował dominujący dziś w publicystyce styl, w którym dziennikarze i publicyści opisują rzeczywistość na bazie informacji o tym, co usłyszeli w politycznych kuluarach, co dzieje się w pisowskiej frakcji maślarzy, a co u harcerzy; co Donald Tusk może zyskać, a co stracić, podejmując konkretną decyzję. To fatalna metoda, zakładająca, że polityka rozgrywa się w gabinetach, między biurkami. Tymczasem ona dzieje się na dużej scenie z udziałem całego społeczeństwa, które może szybko zniweczyć decyzje podjęte w zaciszu gabinetów – dodaje publicysta.

W ocenie Jacka Żakowskiego publicystyka w stylu „Dziennika” i Roberta Krasowskiego bywała efektowna, ale nie efektywna, nie prowadziła do sformułowania praktycznych postulatów.

– „Gazeta Wyborcza” opierała publicystykę na konfrontacji z ideami, endecją, komunizmem, liberalizmem itd. – mówi publicysta. – Robert Krasowski uznał, że politykę należy opisywać przez pryzmat jej największych graczy, ich skuteczności. To podejście cyniczne, uniemożliwiające pełną diagnozę i formułowanie postulatów. Dlatego zapoczątkowany w „Dzienniku” styl publicystyki może być odbierany jako efektowny, ale jest niekonstruktywny. Ten projekt był skazany na porażkę, a styl publicystyki salonowej uważam za pozbawiony elementarnych standardów – dodaje Żakowski.

KSIĄŻKI JAK Z „FAKTU”

W księgarni podchodzę do półki z tegorocznymi tomami wydawnictwa Roberta Krasowskiego. Książki wyróżniają się białymi okładkami i tytułami wydrukowanymi dużymi czerwonymi literami.

Edyta Żemła opublikowała w tym roku w Wydawnictwie Czerwone i Czarne „Wojsko z tektury”. Na okładce czytamy: „Mówią oficerowie. Wielka armia to fikcja. Mamy tylko 30 tys. żołnierzy zdolnych do walki. Żaden generał nie potrafi dowodzić. Amunicji wystarczy na kilka dni. Kupujemy przestarzały sprzęt”. W książce na 264 stronach te tezy rozwijają oficerowie różnych szczebli. Wszyscy wypowiadają się anonimowo, w łatwym w odbiorze, charakterystycznym dla tabloidów języku.

Obok książka dziennikarza Onetu Kamila Dziubki pt. „Kierownik. Kulisy władzy Donalda Tuska”. Tu pod czerwonym tytułem na okładce widnieje kontur profilu urzędującego premiera. Kamil Dziubka zadaje pytania, na które na 312 stronach książki odpowiadają politycy, posłowie, urzędnicy, współpracownicy. I tu wszyscy występują anonimowo. Próbka stylu: „Były minister: Ewka Kopacz była od Donalda totalnie uzależniona. Gdy tylko kiwnął palcem, ona biegła. Ale też odgrywał się na niej. (…) Głodził ją brakiem kontaktu, ale jednocześnie wiedział, kiedy tę głodówkę przerwać. Wtedy ona była cała w skowronkach.

Ważny urzędnik: Kiedy Tusk był jeszcze premierem, nie doprowadził do ratyfikacji konwencji stambulskiej dotyczącej przeciwdziałania przemocy. A Kopacz to dopięła”.

Press

(screen: magazyn „Press”, nr 01-02/2026)

Ze sprawozdania zarządu Wydawnictwa Czerwone i Czarne wynika, że w 2024 roku spółka uzyskała zysk netto w wysokości 272,6 tys. zł, a wartość sprzedaży wyniosła 2,28 mln zł.

W czytaniu jest to męczące i stwarza wrażenie mało wiarygodnego. Wygląda, jakby publikacja nie miała redaktora.

Kolejna książka wydana w tym roku przez Czerwone i Czarne ma już klasyczny format dziennikarski. „Chłopcy z ferajny” reportera Onetu Jacka Harłukowicza nawiązują tytułem do filmu Martina Scorsese o świecie gangsterów włoskiej mafii. Na okładce, za podobizną Mateusza Morawieckiego, widzimy postacie bez twarzy z czarnymi prostokątami na wysokości oczu. Rzecz o aferze Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, którą Jacek Harłukowicz opisał w Onecie jako pierwszy.

– Mało kogo stać na solidne opłacanie pracy dziennikarzy, więc dobry materiał dziennikarski sprzedaje się wiele razy w różnych formatach – mówi Jerzy Wójcik, były wydawca i wicenaczelny „Gazety Wyborczej”. – Znalezienie autorów do książek tego typu, co pozycje Wydawnictwa Czerwone i Czarne, nie jest trudne. Wszyscy cierpią na brak pieniędzy. A na tabloidowej książce, napisanej na bazie wcześniej zgromadzonych materiałów dziennikarskich, można szybko zarobić – dodaje.

Jerzy Wójcik podkreśla, że takie podejście jest pozbawione perspektyw rozwoju.

– Książkami, które nie opierają się na oryginalnym, jakościowym kontencie, nie da się zbudować marki ani wypracować zysków w długiej perspektywie – podkreśla Jerzy Wójcik.

Z informacji w Krajowym Rejestrze Sądowym wynika, że Wydawnictwo Czerwone i Czarne po przekształceniach w listopadzie 2023 roku działa obecnie w formie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością pod nazwą Czerwone-Czarne z kapitałem zakładowym wynoszącym 130 tys. zł.

Ze sprawozdania zarządu wynika, że w 2024 roku spółka uzyskała zysk netto w wysokości 272,6 tys. zł, a wartość sprzedaży wyniosła 2,28 mln zł.

Robert Krasowski podczas krótkiej rozmowy oznajmił, że nie wypowie się na potrzeby tego artykułu. Marta Stremecka nie odbierała telefonu ani nie zareagowała na prośby o kontakt.

Robert Krasowski mieszka w domu pod Warszawą z żoną i synem. – Wcześniej przez lata mieszkał na Saskiej Kępie. Mówił, że to idealne miejsce i nie wyobraża sobie życia gdzie indziej, ale jeszcze przed pandemią zmienił zdanie. Może po latach pracy w gazetach, gdzie na co dzień miał kontakt z mnóstwem ludzi, był narażony na stałe napięcia, postanowił żyć w spokojnym miejscu na przedmieściach i odpoczywać, słuchając muzyki klasycznej ze swojej kolekcji co najmniej dwóch tysięcy płyt? – zastanawia się Jan Wróbel.

– Robert nie przyjmował zaproszeń do telewizji ani radia – mówi dziennikarka pracująca razem z Krasowskim w „Dzienniku”. – Trochę się jąka, mówi szybko, więc uważa, że źle wypada w mediach elektronicznych – dodaje.

– Gdy się z nami żegnał, przyznał, że jest słabym dziennikarzem. Jego żywiołem była publicystyka – wspomina Witold Głowacki z OKO.press.

W ocenie Jana Wróbla Robert Krasowski nie jest towarzyski w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. – Nie chodzi na imprezy, nie zaprasza do siebie – mówi publicysta. – Trudno powiedzieć, czy zyskuje po bliższym poznaniu. Z całą pewnością wobec osób, które darzy uznaniem i przyjaźnią, jest lojalny, ale czasem zaskakuje stanowczością w przestrzeganiu stałego porządku dnia. Pamiętam, jak kiedyś powiedział, że nie może wziąć udziału w ważnym spotkaniu, bo o tej porze zawsze spaceruje z psem. To może irytować, ale tylko tych, którzy nie rozumieją, że dla pewnych typów osobowości przestrzeganie ustalonego trybu dnia jest niezbędne – dodaje Wróbel.

***

Ten tekst Jana Fusieckiego pochodzi z magazynu Press  wydanie nr 01-02/2026. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App StoreGoogle Playe-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Numer na 30-lecie "Press": rozmowa z Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf i plemiona

Press

Jan Fusiecki

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.