Temat: prasa

Dział: INTERNET

Dodano: Maj 02, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Przerwijmy ten lincz. Andrzej Skworz komentuje nagonkę Onetu na Joannę Kos-Krauze

Na naszych oczach jedna z kluczowych redakcji w Polsce traci instynkt obywatelski. Z kontrolera życia publicznego zmienia się w łowcę – pisze Andrzej Skworz, redaktor naczelny „Press”

Nawet najgorszy złoczyńca ma prawo do sądu, obrony i wyroku. Joanna Kos-Krauze została tego prawa w praktyce pozbawiona. Jest ofiarą linczu.

Szefowie Onetu, naprawdę nie boicie się, że ta nagonka może skończyć się tragicznie?

Gdy Onet ogłosił, że nie podporządkuje się sądowemu zakazowi publikacji materiałów Magdaleny Rigamonti dotyczących reżyserki Joanny Kos-Krauze, było jasne, że znacząca część środowiska dziennikarskiego stanie po stronie portalu. Takie mamy zawodowe ustawienia fabryczne.

„Nasza odmowa, niezgoda i upór” są częścią dziennikarskiego DNA. Buntować się, kwestionować władzę, podważać autorytety, stawać po stronie jawności – to wszystko przychodzi nam łatwiej niż przedstawicielom wielu innych zawodów. I dobrze. Bez tego dziennikarze nie byliby czwartą – kontrolną – władzą, lecz podnóżkiem trzech pierwszych.

Ja też początkowo przyjąłem za dobrą monetę deklaracje Magdaleny Rigamonti i Bartosza Węglarczyka, szefa Onetu, że redakcja nie podda się – jak to przedstawiano – dyktatowi sądu. Ale im dłużej czytałem uzasadnienia Onetu, tym większe miałem wątpliwości.

W tekstach wyjaśniających stanowisko redakcji padło tyle wielkich słów, że zapaliło mi się światełko ostrzegawcze. Bartosz Węglarczyk cytował Martina Luthera Kinga, św. Augustyna, Alberta Camusa i polską konstytucję. Przywołał czasy PRL i cenzury prewencyjnej. Problem w tym, że w tej podniosłej narracji umknęło coś zasadniczego: sąd – wbrew temu, co sugerował Onet – nie zakazał publikacji tekstu, którego nie znał. Zareagował po zapoznaniu się z wypowiedzią wideo, w której Magdalena Rigamonti bardzo ostro wypowiadała się o bohaterce planowanej publikacji.

To zasadnicza różnica.

Nie mamy tu do czynienia z sytuacją, w której władza próbuje zablokować ważny materiał, zanim opinia publiczna pozna niewygodne fakty. Mamy do czynienia z zabezpieczeniem sądowym wydanym po tym, jak osoba prywatna uznała, że jej dobra osobiste zostały naruszone lub realnie zagrożone. Można się z tym zabezpieczeniem nie zgadzać. Można je krytykować. Można je zaskarżać. Ale nie należy udawać, że jest to prosta opowieść o bohaterskiej redakcji walczącej z cenzurą.

Magdalena Rigamonti próbowała przedstawić sprawę jako przykład SLAPP-u, czyli strategicznego pozwu mającego uciszyć uczestnika debaty publicznej. Tyle że SLAPP to narzędzie zwykle stosowane przez silniejszych wobec słabszych: korporacje, polityków, urzędy, instytucje publiczne czy ludzi dysponujących pieniędzmi i aparatem wpływu – przeciwko dziennikarzom, aktywistom czy obywatelom.

Tutaj sytuacja wygląda inaczej. Zaatakowana osoba prywatna, rozpoznawalna publicznie, ale nie celebrytka, próbuje – jak się okazuje, nieskutecznie – szukać ochrony w sądzie. Po drugiej stronie stoi jedno z największych, najważniejszych mediów w Polsce, z ogromnym zasięgiem, zapleczem prawnym, redakcyjnym, technologicznym i promocyjnym.

Nie udawajmy, że to jest starcie równych sił.

Zdumiał mnie również ton Bartosza Węglarczyka, który z pełną dezynwolturą napisał, że Onet mógłby opublikować materiały anonimowo, chroniąc się w ten sposób przed konsekwencjami w sądzie, ale tego nie zrobił. Naprawdę? To ma być argument na rzecz odpowiedzialności redakcji? Bartku, takich myśli człowiek na Twoim stanowisku nie powinien nawet rozważać. A już na pewno nie powinien przedstawiać ich publicznie jako dowodu moralnej przewagi.

Bo problem nie polega na tym, czy Onet miał rację w sporze z sądem. Problem polega na tym, co stało się później.

A później ruszyła machina.

Kolejne teksty. Kolejne odsłony. Kolejne szczegóły z życia jednej osoby. I nie tyle sugestia, ile pewność, że Joanna Kos-Krauze jest wyłącznie postacią negatywną. Bez proporcji. Bez próby pokazania drugiej strony.

Zastanawiam się, co jeszcze Onet napisze o tej „niedobrej osobie”. Że koleżanki z podstawówki twierdziły, iż nie chciała pożyczać kredek? Że już w przedszkolu zdradzała niepokojące cechy charakteru?

To oczywiście ironia, ale problem jest śmiertelnie poważny.

Czy naprawdę nikt w waszej redakcji nie ma wątpliwości, gdy kolejny dzień o piątej rano odpalacie działa wymierzone w jedną osobę? Czy nikt nie pyta, gdzie kończy się uzasadnione zainteresowanie opinii publicznej, a zaczyna publiczne rozszarpywanie człowieka? Czy nikt nie zauważa, że używacie narzędzi o potężnej sile rażenia wobec kogoś, kto nie ma porównywalnych możliwości obrony?

Strzelacie z dział pancernika do drewnianej rzecznej łódki.

Policzyłem: w tych dniach Łukaszenka, Putin i Kim Dzong Un mieli w Onecie razem mniej wzmianek niż reżyserka, która ostatni film zrobiła dekadę temu.

I tu dochodzimy do sedna.

Redakcja, która ma materiał o wadze państwowej, redakcja, której reporterzy tygodniami albo miesiącami pracowali nad sprawą ważną dla bezpieczeństwa, zdrowia, pieniędzy publicznych czy fundamentów demokracji, może w wyjątkowych okolicznościach zdecydować się na akt obywatelskiego nieposłuszeństwa. Może świadomie złamać sądowy zakaz, biorąc na siebie konsekwencje, jeśli uzna, że interes publiczny jest większy niż ryzyko prawne.

Ale czy to jest ten przypadek?

Sprawa Joanny Kos-Krauze ma znaczenie środowiskowe, towarzyskie, obyczajowe. Nie dotyczy bezpieczeństwa państwa. Nie dotyka zdrowia obywateli. Nie ujawnia wielkiej afery finansowej. Nie tropi mechanizmu władzy, który trzeba natychmiast nagłośnić, bo opinia publiczna powinna to wiedzieć.

Już słyszę argumenty obrońców Onetu: że Joanna Kos-Krauze korzystała z publicznych pieniędzy, że zasiadała w komisji konkursowej wybierającej polski film do Oscarów, że więc wszystko, co jej dotyczy, ma znaczenie publiczne.

To ma wystarczyć jako uzasadnienie dla zmasowanej operacji medialnej?

W takim razie trzeba by sprawdzać życie każdego artysty, który kiedykolwiek otrzymał dotację. Każdego twórcy, który uczestniczył w komisji. Każdego człowieka kultury, który choć raz zetknął się z publicznymi instytucjami.

Dość żartów. To już przestało być zabawne.

Na naszych oczach jedna z kluczowych redakcji w Polsce traci instynkt obywatelski. Z kontrolera życia publicznego zmienia się w łowcę. Wybiera ofiarę, osacza ją i zaczyna rozszarpywać na kawałki na oczach reszty mediów. Nawet jeśli inni nie przyłączają się do tej nagonki, milczenie czyni nas współsprawcami.

Gdy dziś rano zobaczyłem w Onecie tylko jeden tekst o reżyserce, pomyślałem, że może ktoś się opamiętał. Ale nie. Kilka godzin później na głównej stronie portalu były już cztery materiały: „Córka Krzysztofa Krauze: mówię o tym publicznie pierwszy raz w życiu”. A niżej cały blok: „Ujawniamy. Sprawa Joanny Kos-Krauze. Co się nie zgadza w życiorysie reżyserki. Środowisko wiedziało”; „Sąd chciał zablokować ten tekst. Ujawniamy zachowanie reżyserki” i „Dług Joanny Kos-Krauze. Znana reżyserka i pieniądze”.

Mieliśmy też inne teksty, bo w nagonkę na Kos-Krauze włączyli się Piotr Pacewicz i OKO.press, współpracujące z Onetem – jak widać – nie tylko w promocji swych materiałów. Widzieliśmy też wywiad z autorką tekstów o reżyserce, a nawet program pytań i odpowiedzi z red. Magdą Rigamonti.

Ja też mam pytanie: Magdo, co się z Tobą stało?

Czy naprawdę nie uważasz już dziennikarstwa za służbę publiczną? Co takiego zrobiła Ci ta osoba, że uznałaś za konieczne uruchomienie przeciwko niej całej tej niszczycielskiej machiny? Jakiej wartości bronisz, gdy przekraczasz granice umiaru i przyzwoitości?

To pytanie również o granice naszego zawodu.

Bartku, pytanie do ciebie jest równie proste: co jest powodem, a co celem tej operacji? Jaki punkt uznacie za wystarczający? Ile tekstów trzeba opublikować o jednej osobie, by redakcja uznała, że wykonała swoją misję? Staliście się aktywistami? 

Choćbym miał stać na placu sam, choćbym miał narazić się koleżankom i kolegom, środowisku, redakcjom i wszystkim tym, którzy dziś uważają, że Onet prowadzi szlachetną walkę o wolność słowa – nie chcę tkwić w tłumie ciekawskich, gdy dojdzie do tragedii. Nie chcę potem słuchać, że „nikt nie mógł przewidzieć”, „wszyscy działali w dobrej wierze”, „sprawa była ważna”, „emocje wymknęły się spod kontroli”.

Można było przewidzieć.

Trzeba się zatrzymać.

To, co robicie, jest niegodne naszego zawodu. I po prostu nieprzyzwoite.

Andrzej Skworz, redaktor naczelny „Press”

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.