Na Press.pl najważniejsze newsy o mediach i reklamie na bieżąco  |  Zerknijcie też na nasze social media  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" wracamy już w poniedziałek rano  |  Od początku marca w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Tym razem świętujemy nasze 30-lecie – w numerze znajdziecie specjalną sekcję urodzinową  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa Michała Marszała z Edwardem Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf, a także start portalu Zero.pl i plemiona dziennikarskie 2026 – polecamy!  | 

Na Press.pl najważniejsze newsy o mediach i reklamie na bieżąco  |  Zerknijcie też na nasze social media  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" wracamy już w poniedziałek rano  |  Od początku marca w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Tym razem świętujemy nasze 30-lecie – w numerze znajdziecie specjalną sekcję urodzinową  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa Michała Marszała z Edwardem Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf, a także start portalu Zero.pl i plemiona dziennikarskie 2026 – polecamy!  | 

Na Press.pl najważniejsze newsy o mediach i reklamie na bieżąco  |  Zerknijcie też na nasze social media  |  Z pełnym wydaniem newslettera "Presserwis" wracamy już w poniedziałek rano  |  Od początku marca w salonach prasowych także nowy numer magazynu "Press"  |  Tym razem świętujemy nasze 30-lecie – w numerze znajdziecie specjalną sekcję urodzinową  |  Kliknij tutaj, by zobaczyć zapowiedź nowego numeru. Rozmowa Michała Marszała z Edwardem Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf, a także start portalu Zero.pl i plemiona dziennikarskie 2026 – polecamy!  | 

Temat: telewizja

Dział: WYWIADY

Dodano: Marzec 07, 2026

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Tamten świat się skończył. Rozmowa z Dziennikarzem Roku 2025 Michałem Przedlackim

– Pisanie „Rosjanie” małą literą moim zdaniem jest dopuszczalne. Sam najchętniej nawet bym kropki nie postawił, pisząc o nich – mówi Michał Przedlacki z TVN 24+, Dziennikarz Roku 2025 (fot. Rafał Masłow)

– Dzisiaj spotykam się z przyjaznym podejściem w Ukrainie, bo jestem dziennikarzem z Polski. Ale też z dużo większą liczbą pytań: „A co ten wasz prezydent znów powiedział?” – mówi w okładkowej rozmowie Dziennikarz Roku 2025 Michał Przedlacki z TVN 24+. Wywiad z nim przeprowadził Maciej Kozielski.

Mówi Pan w jednym z wywiadów, że nie jest korespondentem wojennym. A przecież niewielu polskich dziennikarzy spędziło więcej czasu na froncie w Ukrainie niż Pan.

Praca korespondenta wojennego polega na regularnym przekazywaniu newsowych korespondencji. A ja jestem raczej reportażystą, operatorem, reżyserem, który pracuje na gorącej, nieostygłej ziemi, gdzie toczy się bój o przyszłość Ukrainy. Moim zajęciem jest opowiadanie ludzkich historii, a nie podawanie newsów.

Myślał Pan w młodości, że będzie pracował w mediach?

Gdy byłem młody, interesowało mnie wyrażanie swojej kreatywności, stąd początkowo praca w reklamie. Na studiach trafiłem do agencji marketingowej mojego wspaniałego profesora Henryka Mruka z poznańskiej Akademii Ekonomicznej, którą ukończyłem. Byłem copywriterem, pisałem jakieś programy lojalnościowe, m.in. dla pielęgniarek i położnych, żeby mieć więcej pieniędzy na studia i mieć za co się bawić. W międzyczasie pojawiła się możliwość uczestniczenia w zagranicznym wyjeździe przygotowywanym przez organizację studencką AIESEC.

Porozmawiajmy o tym. Od początku pracował Pan na Sri Lance w agencji reklamowej?

Na finałowym etapie byłem w trzech rekrutacjach. Samsung w Korei Południowej, Toyota w Japonii. I właśnie Sri Lanka. Najpierw zajmowałem się tam marketingiem w firmie informatycznej. Było to nudne jak flaki z olejem. Rzuciłem pracę i zostałem bez dochodu. Potem znalazłem zatrudnienie w małej agencji reklamowej i wygrałem przetarg przeciwko jakiemuś dużemu konkurentowi. Następnie trafiłem do J. Walter Thompson. Zajmowałem się reklamami produktów finansowych. Nawet wygrałem jakiś festiwal branżowy w Indiach, co było wtedy znacznym osiągnięciem.

Praca, której wielu Panu by pozazdrościło. Apartament nad oceanem, piękna pogoda. Do biura chodził Pan w japonkach.

Rzadko już sięgam wspomnieniami do tego czasu. Mieszkałem z przyjacielem nad samym brzegiem oceanu, w niewielkim hoteliku. Pracowaliśmy nad reklamą dla krajowej organizacji turystycznej.

Jak Pan pamięta 26 grudnia 2004 roku?

Przyjaciel obudził mnie rano, bo wyjrzał przez okno i zobaczył ścianę wody. Krzyknął „Tidal waves!”. Zdążyłem tylko spojrzeć przez okno, nim ta woda huknęła w nas, wdarła się do pokoju, rzuciła na ścianę. Pokój szybko się wypełnił. Razem z nią wlali się do nas ojciec z dzieckiem. Trzymaliśmy się łopat wirnika wentylatora wiszącego pod sufitem, żeby woda nas nie wyciągnęła. Pamiętam krzyk tego dziecka. Przez jakiś czas byliśmy całkowicie zanurzeni. Nie wiem, jak długo. Potem woda zaczęła opadać. Okolica wyglądała, jakby ktoś walnął w ziemię ogromną pięścią. Budynki były zniszczone, widziałem samochód, który wisiał na palmie.

Później zbieraliśmy i zakopywaliśmy ciała. Były potwornie napompowane słoną wodą, szybko następował proces rozkładu. Chodziło o to, żeby zwierzęta ich nie zjadały. Nie mieliśmy czym kopać. Ocalał jeden aparat fotograficzny, którym robiliśmy zdjęcia, cechy poszczególnych ofiar. Później przekazaliśmy materiały Scotland Yardowi, który przyjechał na wyspę. Tsunami było potwornym doświadczeniem.

Jak długo został Pan na Sri Lance?

Do września albo października 2005 roku, a stamtąd pojechałem do Pakistanu, gdzie w tym samym roku doszło do silnego trzęsienia ziemi. Poznałem tam jednego z moich najbliższych przyjaciół na wiele lat, legendarnego ratownika Leszka Tanasia, który współtworzył grupy poszukiwawczo-ratownicze. Wróciliśmy do Polski i trafiliśmy do szpitala zakaźnego na warszawskiej Woli z niezidentyfikowaną bakterią. Obaj przeszliśmy ciężkie chwile, ale nas uratowano. Spędziliśmy dwa czy trzy tygodnie razem i tak się zaprzyjaźniliśmy. Od tamtego czasu zdarzyło się nam nieraz wspólnie pracować.

Później byłem w Czeczenii, w której pierwszy raz zetknąłem się bezpośrednio z następstwami rosyjskiej polityki agresji.

Co Pan robił potem?

Od 2008 roku pracowałem razem z People in Need, największą w naszej części Europy, czeską organizacją pomocową. Fantastyczną, z dobrym kręgosłupem moralnym. Tworzyli ją ludzie zaangażowani w rewolucję studencką przeciwko komunizmowi. Zaprosili mnie do współpracy.

Wyjechałem do Birmy. Pod fałszywą tożsamością przez trzy miesiące udawałem handlarza kamieniami szlachetnymi, współpracując z polską i brytyjską dyplomacją.

Potem dostałem propozycję, aby pokierować największym programem humanitarnym, który Czesi organizowali w Afganistanie. Tam żyłem przez cztery i pół roku. Ten kraj stał się moją drugą ojczyzną. A w listopadzie 2012 roku poproszono mnie, żebym wysondował, co można zrobić, by pomóc uciekinierom syryjskim na granicy z Turcją. Kilka dni później znalazłem się w Aleppo.

Miasto było częściowo otoczone siłami reżimu, wjeżdżałem tam z grupą syryjskich lekarzy z Wielkiej Brytanii i Kanady. Pamiętam, że chuchaliśmy na szyby, żeby trudniej nas było dojrzeć w samochodzie.

Press

(fot. Rafał Masłow)

Uruchomiłem jedyny w tak dużej skali międzynarodowy program ratowania cywilów w Aleppo. Skupialiśmy się na zapewnieniu żywności dla niemowląt oraz najbiedniejszych. Pracowałem ze wspaniałym człowiekiem, muzułmańskim imamem Szejkiem Kasimem. Brakowało chleba, jego cena wynosiła w przeliczeniu jakieś cztery i pół dolara. Sytuacja była tak ciężka, że kobiety, aby wykarmić niemowlęta, przekraczały linię frontu. Wraz z obywatelskimi dziennikarzami z Aleppo Media Center stworzyliśmy też miejsce pracy dla prasy, z łączem satelitarnym, żeby mogli wysyłać swoje materiały. Poznałem wtedy wielu z najbardziej prominentnych przedstawicieli światowych mediów – począwszy od wysłanników

Al-Jazeery, przez CNN, BBC, po „Le Monde”. Syria mnie w pewnym sensie złamała. Czym? Codziennymi bombardowaniami, ostrzałami. Spędziłem tam blisko sześć miesięcy. Czułem się wrakiem przez to, co tam widziałem: biedę, strach i głód. Zastanawiałem się, co jeszcze mogę zrobić, żeby pomóc. Stąd zrodził się pomysł na film. Zaprosiłem Wojtka Szumowskiego do współpracy.

Słyszałem, że połączył Was wspólny znajomy.

Tak, zaproponował, abyśmy połączyli siły. Wracałem do Aleppo już oficjalnie, w ramach realizacji filmu. Gdybym, będąc tam wcześniej, jako pracownik humanitarny, wyciągnął kamerę i zaczął dokumentować, najpewniej zetknąłbym się z oskarżeniem o szpiegostwo. Trzeba pamiętać, że wtedy od ponad dziesięciu lat przekaz o świecie muzułmańskim był jednostronny. W mediach zachodnich blisko trzy czwarte materiałów dotyczyło muzułmańskiego terroryzmu. W Aleppo spędziliśmy lato. Zrealizowaliśmy reportaż do „Superwizjera”, materiał do „Uwagi!”, a potem przez wiele miesięcy powstawał film „Aleppo. Notatki z ciemności”.

Mówił Pan, że obejrzało go łącznie ponad 90 mln widzów na całym świecie.

Al-Jazeera emitowała go na wszystkich antenach (angielskiej, tureckiej, amerykańskiej, bałkańskiej i oczywiście arabskiej) 24 razy. Lekko licząc, wychodziło 90 mln osób.

Za reportaż dla „Superwizjera” dostaliście Grand Press w 2013 roku. Czuł się Pan już wtedy dziennikarzem?

Czuję się tak samo dziennikarzem teraz, jak wtedy. Zrobiliśmy rzetelny, oparty na faktach, zapis sytuacji w mieście.

„Człowiek czyniący dobro” – nazwał Pana Michał Olszański w radiowej Trójce. Był Pan jego gościem w 2018 roku.

To miłe.

Co jest fajnego w pracy przy pomocy humanitarnej?

Sens działania, ludzie, którym się pomaga, ludzie, z którymi się pracuje, i rezultaty tej pracy.

Zna Pan pewnie „Karawanę kryzysu” Lindy Polman, która nie zostawiła suchej nitki na pracownikach światowych organizacji charytatywnych.

Znam pobieżnie tę książkę. Też mam swoje zastrzeżenia, włącznie z takimi, które aż mnie łapią za gardło, gdy o nich myślę. Przytoczę tylko jeden przykład. Był początek 2006 roku, zima w zrujnowanym Groznym w Czeczenii. Trwa konkurs teatralny dla dzieci i młodzieży. W mieście, mimo ruskiego bestialstwa, wciąż pozostała może jedna piąta ludności.

Białymi, opancerzonymi Toyotami Land Cruiserami przyjeżdża delegacja ONZ, a z nią pełno rosyjskiego Specnazu. W obecności przedstawicieli organizacji rosyjscy snajperzy wchodzą do szkoły. W oczach dzieci widzę przerażenie. Na pewno wśród nich są te, które widziały, jak ludzie w tych mundurach torturowali, porywali ich rodziców. Protestuję. Słyszę w odpowiedzi, że takie są zasady. Jakie zasady?

Jednak w ciągu tych lat widziałem więcej dobra niż zła. Ale w takiej pracy, gdzie moralność musi być błyszczącym, gorejącym filarem, jakiekolwiek odejście od zasad jest dużo bardziej karygodne. Dlatego, myślę, powstała książka Polman.

Padają tam najgorsze zarzuty: organizacje walczą o udział „w rynku” pomocy i rozgłos, ich neutralność jest pozorna, pieniądze czasem wspierały mafię i lokalnych kacyków, a korupcja i wykorzystywanie seksualne miejscowych to codzienność. Zetknął się Pan z tym w swojej pracy?

Dla mnie nieakceptowalne było też oślepianie ludzi bogactwem. W terenie, gdzie toczy się konflikt, każdy samochód oficjalnej instytucji międzynarodowej, opancerzony, kosztuje z ćwierć miliona dolarów. Proszę sobie wyobrazić, że nagle jedzie konwój sześciu takich wozów. Jadą do ludzi, którzy uciekli z domów z jedną reklamówką w ręce.

Mówił Pan kiedyś: „W Syrii, w samym sercu miasta, pamiętam wąskie przejście przez terytorium kontrolowane przez rebeliantów. To było jak aleja snajperów XXI wieku”. Co Pan pomyślał, gdy światowe media ogłosiły ostatnio, że w alei snajperów w Sarajewie można było kupić od żołnierzy strzał do człowieka. Najwięcej płacono za możliwość zabicia dziecka.

Chyba nie jestem w stanie odpowiedzieć na Pana pytanie, nie używając dosadnych epitetów.

Słyszałem od korespondenta z tamtego czasu, że jedna ze znanych zachodnich telewizji opłacała siły oblegające Sarajewo, aby wejście na żywo odbywało się w takt pracy działka 23 mm. Specjalnie otwierano ogień do miasta. Chciałbym, żeby tych wszystkich ludzi dosięgła sprawiedliwość.

Słyszał Pan o podobnych historiach w Ukrainie?

Słyszałem historię dziewczynki, może 12-letniej, której Rosjanie powyrywali zęby obcęgami. Żeby nie mogła ich ugryźć, kiedy będą ją oralnie gwałcić.

Czy na rosyjską stronę przyjeżdżają ludzie, którzy za pieniądze lub za butelkę strzelają do Ukraińców? Nie wiem. Wiem, że rosyjscy żołnierze zabijali bezbronnych cywilów.

„Pracował dla Al Jazeera English oraz CNN” – czytam o Panu w Wikipedii. Jak się dostać do takich firm?

Nie wiem. Ja współpracowałem z CNN, realizując cykl „Freedom Project”. To była seria dokumentów o walce ze współczesnym niewolnictwem. Okres zdjęciowy był dla mnie największą i całkowicie nieoczekiwaną szkołą operatorską. Miałem okazję pracować z Peterem Ruddenem – facet jednocześnie zasuwa na dwóch albo nawet trzech kamerach. Absolutny mistrz i jeden z najlepszych operatorów telewizyjnych na świecie.

Kiedy księżna Diana pojechała do Angoli, żeby przespacerować się po odminowanym korytarzu, cała świta dziennikarska musiała wybrać jednego operatora, który to nagra i da wszystkim innym. Wybrali Petera Ruddena.

W czasie pandemii pomagał Pan razem ze strażakami szpitalom i domom opieki społecznej. W TVN 24 wystąpił Pan nawet jako „strażak ochotnik”.

Już przed pandemią byłem związany z Ochotniczą Strażą Pożarną. W ramach akcji „Strażacy – Medykom” udało nam się zaangażować ponad sto jednostek w całym kraju, żeby określać, które szpitale najbardziej potrzebują wsparcia. Była to piękna, wspaniała akcja.

Nie kusiło Pana, żeby chwycić za kamerę i dokumentować pandemię?

Pandemia była dobrze dokumentowana. Mogę za to panu powiedzieć, dlaczego chwyciłem za kamerę w Ukrainie. Znałem ją, byłem tam w 2014 roku. Na początku 2022 wróciłem akurat z Afganistanu.

Widziałem u naszych sąsiadów wspaniały wybuch społeczny, cały kraj stanął na nogi. Przez dłuższy czas autentycznie nie było dla nich rzeczy niemożliwych. Uznałem więc, że dam z siebie więcej, pracując z kamerą.

W Afganistanie zrealizował Pan reportaż „Pod panowaniem talibów”. Ale na jego emisję widzowie musieli długo czekać.

W sytuacjach szczególnych z punktu widzenia pomocy na świecie zbiera się grupa największych brytyjskich organizacji humanitarnych i ogłasza Disasters Emergency Committee Appeal. DEC ma uzgodnioną z brytyjskimi nadawcami emisję materiałów. Tak się złożyło, że ja je realizowałem. Były emitowane w BBC, Channel 4 i ITV. W Afganistanie mogłem się swobodnie przemieszczać, byłem sam i wystarczająco znałem język, więc ten kraj nie stanowił dla mnie większego problemu.

Wróciłem do Polski kilka tygodni przed 24 lutego. Gdy kończyliśmy pracę nad filmem, Rosja zaatakowała Ukrainę. W Polsce rzucono więc wszystkie siły na relacjonowanie tej wojny.

Kiedy Pan pojechał do Ukrainy?

Z soboty na niedzielę, albo z niedzieli na poniedziałek, zaraz po pełnoskalowym ataku.

W wielu miejscach był Pan jedynym lub jednym z nielicznych dziennikarzy. Kiedy wracał Pan sam z Siewierskodoniecka z oddziałem żołnierzy, w drugą stronę dopiero jechał CNN, w czterech pickupach, z ochroną.

W dziennikarskiej pracy kluczowe jest bycie we właściwym miejscu o właściwym czasie. Spotkałem się z dowódcą 16. Batalionu 58. Brygady, która wzmacniała swoją obronę w Biłohoriwce, gdy przyszła informacja, że Rosjanie przerzucili ponton przez rzekę Siewierski Doniec i wjeżdża tam pułk czołgów. Wszystko, co było dostępne, zostało rzucone, żeby powstrzymywać atak, i ja miałem szczęście, że się z tą pomocą załapałem.

Powstał z tego mocny materiał. Skontaktował się wtedy ze mną dowódca 16. Batalionu, pytając, czy ci jadący dziennikarze są ode mnie. A to był akurat CNN. Mieli wypożyczonego, pewnie za ogromne pieniądze, Brabusa na bazie Mercedesa klasy G. Drożej się nie da. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Pamiętam Pana reportaż „Ucieczka z Irpienia”. Proszę opowiedzieć historię rodziny z osiedla Worzel w Buczy.

Uciekali stamtąd samochodem: mąż, żona i dwoje dzieci. Mieli do przejechania kilkaset metrów otwartej przestrzeni, gdzie znajdowały się siły rosyjskie. Byli jak na talerzu. Kiedy wyjechali na tę otwartą przestrzeń, jakiś rosyjski czołgista otworzył do nich ogień z ciężkiego karabinu maszynowego. Kule przeszyły samochód, trafiły kilkukrotnie matkę, wielokrotnie dziewczynkę, która swoim ciałem zasłoniła braciszka. Dotarli do mostu tylko dlatego, że jakimś cudem żadna z kul nie uszkodziła ważnych części samochodu ani nie zabiła kierowcy – ojca.

Za budynkiem, ze względu na ostrzał, stała karetka. Ona wzięła córkę, bo ta była w najgorszym stanie. Ja krzyknąłem, że mogę zabrać matkę. Była jeszcze przytomna, choć miała problemy z mówieniem. Musieliśmy przejechać drogą pomiędzy Irpieniem a Kijowem pod ostrzałem moździerzowym. Na szczęście w tych dniach Rosjanie mogli startować na mistrzów świata w pudłowaniu, bo nie nadążali z korektą ognia. Jechaliśmy potem na pełnym gazie przez miasto. Karetki nikt nie zatrzymywał na blockpostach. Dotarliśmy do wojskowej polikliniki. Obie przeżyły.

Zawsze na wojnę jeździ Pan sam? Bez operatora, bez fixera, bez wsparcia?

Kilka razy, przy wczesnych materiałach, miałem wsparcie fantastycznej ukraińskiej operatorki, dokumentalistki, reżyserki Anny Tsygymy, ale na ogół pracuję sam.

Reporter „Faktów”, chcąc pojechać w takie miejsce, musiałby mieć ze sobą ochroniarza i wszystkie zgody korporacji. To dlatego nie ma Pan etatu w TVN?

Press

(fot. Rafał Masłow)

Nie wiem, dlaczego nie mam etatu w TVN. Mam za to pewność, że reportaże, które zrealizuję, wejdą tam na antenę. Co do podróżowania samemu – wracałem ostatnio do Polski, jechałem ze Słowiańska do Iziumu drogą, która jest regularnie atakowana przez drony. Było już po zmroku, pędziłem. Minąłem rosyjskiego drona – żduna, czyli czekającego na cel, wyskoczyłem za zakręt, a tam leżało zwalone drzewo, które ledwo ominąłem. Pomyślałem, że w takich sytuacjach naprawdę warto być w samochodzie z kimś, kto może obserwować sytuację wokół.

Ostatnio miałem przyjemność jeździć z kolegą Tarasem Ibragimowem, który pracuje w podobny sposób jak ja, dla ukraińskiego nadawcy publicznego Suspilne. Ze względu na to, gdzie chce się dostać, też musi pracować sam.

W światowych korporacjach telewizyjnych dziennikarzy na etacie obowiązują tak restrykcyjne zasady bezpieczeństwa, że w Ukrainie mogą co najwyżej zrobić live’a koło hotelu w centrum Kijowa.

Nadal wiele próśb ze strony mediów przychodzi do ukraińskiego wojska od grup, w których jest od pięciu do dziesięciu osób. Mowa najczęściej o dwóch, trzech samochodach. Żołnierze tłumaczą, że nie są w stanie ogarnąć takiej grupy, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie pozwoli się odwiedzić nawet na trzeciej linii lub tyłach frontu przez konwój składający się z tylu samochodów. Kończy się to atakiem dronów.

To, że praktycznie nie widzieliśmy Pana wejść z Ukrainy w „Faktach” czy TVN 24, było Pana decyzją? Czy stacji?

Byłem o to wielokrotnie proszony i kiedy mogłem, faktycznie takie wejścia robiłem. Ale w ramach pracy dla „Superwizjera” mogę skupić się na dłuższych formach.

Znam wielu ukraińskich dziennikarzy, którzy muszą co dzień przynosić newsy. Taka praca ich dobija. W jaki sposób zdobywać wciąż świeże newsy z wojny?

Z kolei żołnierze, jeśli przyjeżdża do nich reporter tylko na kilka godzin, muszą odpowiadać na pytania w rodzaju: „Jak się trzymacie? Dajecie jeszcze radę?”. Żeby mieć dobry materiał, trzeba spędzić z nimi kilka dni. Muszą przywyknąć do faktu, że obok jest kamera.

Jest Pan jakoś ubezpieczony czy musi Panu wystarczyć przydomek Cyborga, jak mówią na Pana żołnierze w Ukrainie?

Korzystałem z ubezpieczenia, dopóki ubezpieczano do takiej pracy. Do mnie teraz bardziej pasuje przydomek „kulawy”. Po wypadku, który miałem w Polsce, między innymi kuleję. O ile dobrze się orientuję, nie ma obecnie na świecie firmy, która ubezpiecza dziennikarzy pracujących na terenach frontowych w Ukrainie.

Nie miał Pan takich myśli, żeby już więcej tam nie jeździć?

Miałem wielokrotnie myśl, by zabrać kamery i pracować przy jakimś programie turystycznym lub o przyrodzie. Tyle że wytrzymałbym tak ze dwa tygodnie. Jeśli obok nas dzieją się rzeczy, które wpływają na nasz kraj, na życie mojego dziecka, mojej siostry, moich przyjaciół, to nadchodzi dla mnie kolejna z serii trudnych decyzji, które już podejmowałem. Tak jak ta, żeby nie uciekać po tsunami ze Sri Lanki, żeby wrócić do Aleppo czy aby relacjonować to, co Rosja robi w Ukrainie.

W Irpieniu uratował Pan życie ciężko rannej kobiecie, w Kupiańsku wraz z wojskowymi pomagał w ewakuacji 17 osób, a w Charkowie sam transportował w bezpieczne miejsce 72-latka.

To były sytuacje, w których nie było alternatywy. Gdyby była, dokumentowałbym ewakuację, zamiast w niej uczestniczyć. W Kupiańsku ludzie czekali na pomoc, bo uwierzyli, że tego dnia przyjedzie Ukraiński Czerwony Krzyż. Walki trwały już na drugim brzegu Oskila. Ludzie stamtąd uciekali i koniec końców trafiali na osiedle, na którym ich zobaczyłem. Było pod ostrzałem artyleryjskim. Wraz z wojskowymi, którzy mieli jeden czy dwa samochody, pomogliśmy grupie kilkunastu osób.

Pana Leonida zobaczyłem przez przypadek, a w zasadzie zobaczyliśmy, bo była ze mną jeszcze znana ukraińska dziennikarka Natalia Gumieniuk. Nie miał świadomości, czy centrum Charkowa jeszcze istnieje, czy jest zniszczone, czy Kijów jest jeszcze ukraiński, czy już rosyjski. Żył sam na dziewiątym piętrze. Nie był w stanie opuścić osiedla Siewierna Saltiwka, bo nie wierzył, że przeżyje, idąc pieszo. To był ciężko ostrzeliwany teren. Ze dwa tygodnie później w jego mieszkanie faktycznie trafił pocisk.

Słyszałem, że zna Pan ukraińskich generałów, że ma kontakty w SBU.

Pracowałem z różnymi oddziałami, żołnierzami i dowódcami. Część z nich na przestrzeni lat wspięła się bardzo wysoko. W czasie Bachmutu pracowałem z 58. Brygadą, którą dowodził Dmitrij Kaszenko. Obecnie jest wiceszefem i dowódcą do spraw operacyjnych Ukraińskich Operacji Specjalnych. Równie wysoko zaszedł dowódca 16. Batalionu, który potem był pierwszym zastępcą w 68. Brygadzie Łowczej. Dziś dowodzi oddziałami szturmowymi operacyjnymi ukraińskiego SBU. To zabrzmi absurdalnie, ale nawet dziennikarz może mieć swój szlak bojowy – miejsca relacji z najcięższych starć, zmagań. Mój szlak to: Irpień, lasy pod Hostomelem, Moszczun i okolice Kijowa w czasie intensywnych walk, Siewierna Saltiwka i Charków, Ochtyrka, Czasiw Jar, Sołedar, Awdijewka, Chersoń, Bachmut…

Dlatego, gdy na froncie trafię na doświadczonego żołnierza, to w minutę–dwie znajdujemy wspólnych znajomych.

Mówił Pan: „Te wyjazdy na pozycje frontowe wyglądają tak, że mam na kolanach albo strzelbę, albo shotguna, który jest skuteczniejszy w walce z dronami, przynajmniej w bliskiej odległości, no albo z kałasznikowem”. To się nie kłóci z dziennikarstwem?

Myślę, że każdy człowiek powinien mieć możliwość obrony przed śmiercią. Kiedy mierzy do ciebie żołnierz, wtedy się poddajesz. Ale gdy leci w ciebie dron, a Ty możesz albo przed jego pociskiem uciec, albo go strącić, to każdy, w tym dziennikarz, powinien się bronić. A ja dobrze strzelam i jeśli trzeba by było, to bym się nie zastanawiał.

Jak zmieniło się nastawienie żołnierzy i cywilów w Ukrainie wobec Polaków w czasie tych prawie czterech lat?

W pierwszym roku byliśmy beneficjentami wrażenia, które społeczeństwo polskie zrobiło na Ukraińcach. Setki tysięcy Polaków ruszyło na granicę i zabrało do swoich domów naszych sąsiadów w potrzebie. Na każdym blockpoście, kiedy żołnierze dowiadywali się, że jedzie dziennikarz z Polski, otrzymywałem masę wsparcia, proponowano mi herbatę, posiłek czy choćby kilka ciastek. To było niesłychane.

Dużo wdzięczności wobec polskiego społeczeństwa doświadczyłem też w drugim roku wojny, choć już mniej intensywnej. Zadziałała rosyjska propaganda, która rozdmuchiwała aferę zbożową, a nieprzychylne komentarze, które zaczęły płynąć z Pałacu Prezydenckiego, powodowały, że rzadko, bardzo rzadko ktoś pytał: a co tam się u was dzieje, skąd takie podejście do nas?

Dzisiaj nadal spotykam się z przyjaznym podejściem tylko dlatego, że jestem dziennikarzem z Polski. Ale też z dużo większą liczbą pytań: „A co ten wasz prezydent znów powiedział?”.

W Polsce nastroje wobec Ukraińców zmieniły się na dużo gorsze.

Doskonale wykorzystuje to rosyjska propaganda, która ma zresztą spory w tym udział.

Chciałby Pan zrobić materiał o tym, co się dzieje po drugiej stronie frontu, czyli na terenach zajętych przez Rosjan?

Chciałbym, żeby taki materiał powstał. Mógłbym go zrobić, ale nie wierzę, że będzie to możliwe, bo stykam się na co dzień z niezwykłym barbarzyństwem ze strony Rosjan, także przeciw przedstawicielom mediów. Po drugiej stronie jest wyłącznie propaganda, którą pokazałem w reportażu o Aniołach Pokrowska. Prawosławny rosyjski pop mówił tam, że ukraińska policja sprzedaje dzieci do pedofilskich gangów w Zachodniej Europie.

Powinien powstać materiał, który spróbowałby pokazać tamtą perspektywę, ale pamiętajmy, że to nie Ukraińcy napadli na Rosję, tylko na odwrót.

„Rosjanie” pisze Pan małą literą. Czy dziennikarz powinien aż tak afiszować się z poparciem dla jednej strony konfliktu?

Pisanie „Rosjanie” małą literą moim zdaniem jest dopuszczalne. Sam najchętniej nawet bym kropki nie postawił, pisząc o nich.

Press

(fot. Rafał Masłow)

MICHAŁ PRZEDLACKI – Operator, reżyser i reportażysta. Autor wielu reportaży z wojny w Ukrainie. Dziennikarz Roku 2025 w głosowaniu 75 redakcji i trzykrotny laureat Grand Press. W 2013 roku, wspólnie z Wojciechem Szumowskim, otrzymał nagrodę za materiał „Cena marzeń Syryjczyków”. W 2022 i 2023 roku nagrodzony za reportaże z Ukrainy. Zdobywca nagród podczas World Media Festival w Hamburgu, w 2025 roku otrzymał Nagrodę PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego. Współpracował z wieloma zagranicznymi mediami. Przez kilkanaście lat pracował podczas akcji humanitarnych w regionach dotkniętych wojnami i katastrofami, m.in. w Pakistanie, Birmie, Somalii, Syrii, Czeczenii i Afganistanie. Zanim zajął się pomocą humanitarną, związany był z branżą reklamową. Ukończył zarządzanie i marketing na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu.

Rosja atakuje nasz system wartości. Nienawidzi Polski i chciałaby, żeby tu też była rosyjska strefa wpływów. Spędziłem blisko dwa lata na terytorium tego kraju. To był 2006 i 2007 rok. Widziałem, jak świeżo wykwitłe społeczeństwo obywatelskie zamiera.

„Świat musi zrozumieć, że jeśli Rosja pójdzie dalej, wielu Europejczyków przekona się, że ich życie zawali się w ten sam sposób” – powiedział Pan w wywiadzie dla portalu Sestry.eu.

Bo wtedy u nas będzie tak jak w Ukrainie. Do dnia poprzedzającego atak ludzie umawiali się, chodzili razem do kawiarni, planowali wyjście do kina w weekend. Życie było całkowicie przewidywalne i miało trwałe, stałe, niepodważalne ramy. I nagle wszystko runęło. Ukraińców obudziły odgłosy alarmów bombowych i detonacje rakiet. Tamten świat się skończył.

„Od końca drugiej wojny czeczeńskiej przyglądam się temu, co robi Rosja” – mówił Pan w innym z wywiadów.

Gdy zatonął okręt podwodny Kursk, matki szukały informacji o swoich synach i potrafiły krzyczeć na Putina na zorganizowanym z nim spotkaniu. Tego już nie ma. Naszym sąsiadem jest kraj, w którym od 25 lat władzę dzierży dyktator i ktoś kiedyś bardzo celnie powiedział, że Rosja nie jest krajem, ale stacją benzynową z bronią atomową.

Wiemy, że Francja nie napadnie na Hiszpanię, a Niemcy nie zaatakują Czechów.

Naszym jedynym wrogiem jest Rosja. Co by było, gdyby już nie wojowała, została powstrzymana? Być może Europa miałaby przed sobą dziesiątki lat względnego spokoju. Europejskie kraje wydawałyby pieniądze na rozwój zamiast na walkę. Przez jeden kraj, który nie może pogodzić się z utratą imperium, musimy się zbroić. Bo Rosja patrzy i ocenia, czy zdoła nas pokonać.

W „Faktach po Faktach”, po otrzymaniu tytułu Dziennikarza Roku, mówił Pan, że nie spotkał nigdy żołnierza, który pokładałby jakąkolwiek wiarę w proces pokojowy.

Widzę tam wielkie zwątpienie w hasło „solidarność”. Tak jak mówiłem w „Faktach po Faktach”, ukraińscy żołnierze czują się zdradzeni przez decyzje Donalda Trumpa. Widzą, że ze strony sąsiadów płyną słowa wsparcia, duże, ale tylko one. A Ukraina potrzebuje ludzi na froncie.

„Jak horror się skończy i dojdzie do sprawiedliwego pokoju w Ukrainie, to siądę sobie na Chreszczatyku na schodach, kupię sobie kwas, zjem słodką bułkę i będę miał wywalone”.

Jeżeli jesteśmy bliżej czegoś, to nie końca horroru, ale tymczasowej przerwy w walce. Żeby zaistniał pokój, siła, która napada na inne kraje, musi zostać pokonana.

Gdzie Pan pojedzie, gdyby jednak wojna się skończyła?

Jeśli doszłoby do pokoju w Ukrainie, mógłbym wziąć kamery, wyczyścić je z pyłu, zakonserwować i odłożyć na półkę. I powiedzieć: „Zachowałem się jak człowiek, a teraz jak człowiek potrzebuję odpoczynku”.

Charakteryzacja: EDYTA PIASECKA

Produkcja: ULA CHRZĄSTOWSKA/OWER STUDIO

 ***

Ta rozmowa Macieja Kozielskiego Michałem Przedlackim pochodzi z magazynu Press  wydanie nr 01-02/2026. Teraz udostępniliśmy ją do przeczytania w całości dla najaktywniejszych Czytelników.

„Press” do nabycia w salonach prasowych, App StoreGoogle Playe-Kiosku lub online na E-sklep.press.pl.

Czytaj też: Numer na 30-lecie "Press": rozmowa z Miszczakiem, sylwetka Wysockiej-Schnepf i plemiona

Press

Maciej Kozielski

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.