Przesunięcie granic. Czy ukraińskim dziennikarzom w Polsce wolno mniej?
„Mam wrażenie, że w Polsce pojęcie obywatelskości jest tożsame z etnosem. W skrócie obywatelem jest Polak. Więc nawet Ukraińcy mieszkający tu 10–20 lat ciągle są traktowani jako »goście«” – mówi dr. Ołena Babakowa (fot. Łukasz Gągulski/PAP)
Ukraińskim dziennikarzom w Polsce wolno mniej? Czy po prostu hejt za hejt?
Ta historia zaczyna się długo przed wypowiedzią Witalija Mazurenki o prezydencie Polski. W piku miłości polsko-ukraińskiej. Niedługo po rewolucji godności i tuż po objęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Jest maj 2016 roku. Pracę w Polskim Radiu dla Zagranicy traci kierownik redakcji ukraińskiej Anatolij Zymnin i szef portalu Nowaja Polsza Żenia Klimakin. Obaj odchodzą w formule „za porozumieniem stron”. W tle są jednak kwasy i konflikt.
– Oficjalny powód, jaki poznałem, to likwidacja stanowiska. Pewnie są jakieś inne, ale nie chciałbym się wdawać w spekulacje – mówił wówczas w rozmowie z „Presserwisem” Anatolij Zymnin. Klimakin odmawia komentarza. Szefostwo radia tłumaczy się z kolei koniecznością restrukturyzacji. Redakcje ukraińska, białoruska i rosyjska mają zostać połączone w jedną – Wschód. – Celem restrukturyzacji jest zwiększenie aktywności Polskiego Radia dla Zagranicy i pozyskanie większej liczby odbiorców na rynkach wschodnich: ukraińskim, białoruskim i rosyjskim – przekonywał wówczas dyrektor PR dla Zagranicy Andrzej Rybałt. Kilka lat później z tego samego patentu skorzysta ekipa kojarzona z rządem Donalda Tuska, robiąc swoje porządki w Biełsacie. Przy okazji wymiany kadr dochodzi do podziału redakcji na kilka sekcji. Jest jasne jednak, że celem są przede wszystkim zmiany kadrowe.
Dyrektor Rybałt wprowadza do radia pojęcie walki z rosyjską dezinformacją i propagandą. W praktyce polega to głównie na cytowaniu i tłumaczeniu na język rosyjski znacznej liczby tekstów z kojarzonej z prawą stroną polskiej sceny politycznej „Gazetą Polską”. Nieoficjalnie z Polskiego Radia dla Zagranicy mają zniknąć również narracje ukraińskie, nawiązujące do tradycji odpowiedzialnego za ludobójstwo na Wołyniu Romana Szuchewycza i przywódcy ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego Stepana Bandery. Przynajmniej takie są założenia. Oprócz kierownictwa pracę w radiu tracą dziennikarze. Między innymi Ołena Babakowa i Ihor Isajew, obecnie Krawetz.
– Dowiedziałam się o zwolnieniu nagle. Poszłam do dyrektora Rybałta, aby zapytać, jakie są powody. Do momentu wręczenia wypowiedzenia nikt nie zgłaszał wobec mnie uwag. Dostawałam nagrody. Znam języki i mam tytuł doktora. Andrzej Rybałt powiedział jedynie, że planuje restrukturyzację – mówi „Press” Ołena Babakowa.
Z nieoficjalnych rozmów wśród dziennikarzy Polskiego Radia wynika, że dawna, ukraińska ekipa nie pasowała nowemu kierownictwu. Zarzuty były eklektyczne. Z jednej strony uznawano ją za zbyt progresywną i lewicową. Z drugiej oskarżano o nadmierne sprzyjanie narastającym tendencjom nacjonalistycznym w Ukrainie i przenoszenie ich na grunt polskiego radia. Efekt był jednak taki, że PiS i prawica dorobiły się w ten sposób dożywotnich, nieprzychylnych komentatorów.
Sytuacja z Witalijem Mazurenką była nieco inna. Jak słyszymy, przed incydentem w Polsacie, podczas którego nazwał polskiego prezydenta Karola Nawrockiego pachanem, kojarzono go przede wszystkim z poglądami konserwatywnymi. Żeby nie powiedzieć – zbliżonymi do mocnej prawicy.
Przypomnijmy jednak, o co właściwie poszło. W Debacie Agnieszki Gozdyry Mazurenko stwierdził, że Karol Nawrocki „wykazuje zachowanie nie prezydenckie, ale pachana”. Na pytanie prowadzącej o to, czy nie jest to brak szacunku dla urzędu głowy państwa, Mazurenko odpowiedział, że „z całym szacunkiem dla stanowiska prezydenckiego ocenia konkretnie działania tego człowieka”. Później udzielił wywiadu Onetowi, w którym stwierdził, że „nie czuje żadnej skruchy”. Na koniec programu pożegnał się zawołaniem „Sława Ukrajini! I niech kwitnie demokracja w Polsce”. Za nawiązujące do UPA hasło spotkał się z kolejną falą krytyki. Przy czym po prawej stronie sceny politycznej zapomniano, że bez konsekwencji słowa te wypowiedział na Majdanie ze sceny w 2014 roku Jarosław Kaczyński. Prezes PiS stał wówczas obok ówczesnego lidera ukraińskiej skrajnie prawicowej partii Swoboda Ołeha Tiahnyboka. Jego ugrupowanie odnosiło się do granic Ukrainy, które przebiegają zgodnie z doktryną OUN-UPA od Kaukazu do Sanu, czyli uwzględniają fragmenty Polski. W tym wypadku zawołanie „Sława Ukrajini” uznano jednak za dopuszczalne.
Wywiad w Onecie odbywał się już po wyrzuceniu Mazurenki z redakcji Obserwatora Międzynarodowego, w którym był wicenaczelnym, i po odcięciu się od niego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, na którym do stycznia 2025 roku był doktorantem. Poseł PiS Dariusz Matecki złożył zawiadomienie o znieważeniu prezydenta RP. Bada je prokuratura w Lublinie. Mazurenko do zakończenia jej działań nie chce się wypowiadać dla prasy.
Czym jest określenie „pachan”, które go pozbawiło pracy? To pochodzące z rosyjskiej gwary więziennej – fieni – określenie autorytetu kryminalnego osadzonego w więziennej zonie, czyli upraszczając: przestępcy, którego ranga odpowiadałaby wojskowemu pułkownikowi. W drugim znaczeniu to kontrolujący melinę przedstawiciel półświatka albo – w najmniej kontrowersyjnym wydaniu – starszy osadzony na tzw. młodzieżówce, który z nadania władz kolonii karnej odpowiada za wychowanie niepełnoletnich więźniów.
W porównaniu z „debilem”, którego wobec Andrzeja Dudy użył pisarz Jakub Żulczyk, nie jest to ani mocniejsze, ani słabsze określenie. Na pewno nie dorównuje również tezom zawartym w książkach „Debil. Studium przypadku” napisanych przez Aleksandrę Sarnę czy „Alfons” tej samej autorki. „Psycholożka, zabiera czytelników w podróż po prezydenturze Andrzeja Dudy, analizując wybrane wydarzenia z jego życia publicznego i prywatnego. Autorka podejmuje próbę zrozumienia fenomenu jego prezydentury oraz sposobu, w jaki funkcjonował jako głowa państwa w dobie mediów społecznościowych” – napisano w serwisie Lubimyczytac.pl o „Debilu”. To jednak nie koniec. „Zapraszamy w kolejną podróż z dr Aleksandrą Sarną. Odpowie nam ona na pytanie, czemu wymieniliśmy debila na alfonsa (…). Dr Sarna opowie wam historię, na której końcu, podobnie jak w Debilu, będziecie śmiać się sami z siebie” – czytamy napisaną ze swadą zapowiedź kolejnej pozycji w tym samym serwisie. Obie publikacje reklamuje dwóch aktywistów kojarzonych z Romanem Giertychem – Jan Piński i Tomasz Szwejgiert. Zamieszanie wokół nich czy wycofanie publikacji z Empiku w zasadzie tylko służy sprzedaży tych książek. Mazurenko nie miał tyle szczęścia. Jego kilkusekundowy występ w Polsacie wyeliminował go z życia publicznego. I pozbawił pracy.
WON Z POLSKI
Pechowcem był również specjalista ds. mediów społecznościowych w Biełsacie Iwan Szyła, który opublikował zdjęcie Andrzeja Dudy z Waszyngtonu. Widać na nim, jak prezydent Polski stoi obok biurka, przy którym siedzi Donald Trump. Podpisano je: „Po lewej prezydent Polski”. Ówczesna szefowa Biełsatu Agnieszka Romaszewska stwierdziła, że taki zabieg wspiera narracje Kremla i sugeruje, że głowa państwa jest na kolanach przed Trumpem. Agnieszka Romaszewska na Facebooku precyzowała, że „zasadą Biełsatu jest niewpisywanie się naszych pracowników w polskie podziały polityczne”. Taką tezę trudno było jednak pogodzić z aktywnością publicystyczną samej szefowej Biełsatu, która na bieżąco komentowała polską politykę. Szyła, który stracił pracę – mógł jednak mniej od niej.
Więcej szczęścia miała Natalia Panczenko, aktywistka Euromajdanu, która w lutym tego roku udzieliła wywiadu dla ukraińskiego Kanału 5. W mediach społecznościowych w Polsce jej cytat przetłumaczono w następujący sposób: „Wzrastanie wrogości między Ukraińcami a Polakami jest już bardzo niebezpieczne, zwłaszcza dla Polski. Ponieważ na terytorium Polski zaczną się walki, bo na terytorium Polski rozpoczną się podpalenia sklepów, domów i tak dalej”. Ona sama odcięła się od tych słów, przekonując, że zostały zmanipulowane i wyrwane z kontekstu.
Co nie do końca jest prawdą. Jak brzmiał dokładny cytat? – Dziś co dziesiąty mieszkaniec Polski to Ukrainiec. Rozdmuchiwanie nieprzyjaźni między Ukraińcami a Polakami jest bardzo niebezpieczne, zwłaszcza dla Polski. Bo to na terytorium Polski zaczną się bójki, to na terytorium Polski zaczną się podpalenia jakichś sklepów, budynków i tak dalej – stwierdziła w Kanale 5. Panczenko przekonywała, że jej wypowiedź miała charakter hipotetyczny, co nie powstrzymało niektórych polityków Konfederacji przed wezwaniami do wyrzucenia jej z Polski. Były premier Leszek Miller sugerował, że powinna się nią zająć ABW.
Przyjmując nawet niekorzystną interpretację jej wypowiedzi z Kanału 5, trudno nie uznać, że w zasadzie stwierdziła rzecz dość oczywistą. Rosnąca niechęć pomiędzy Polakami a Ukraińcami jest systemowo wykorzystywana przez rosyjskie służby specjalne. Bazą werbunkową w naturalny sposób dla Rosjan – nawet przed tą falą niechęci – byli i pozostają przybysze zza wschodniej granicy. Dowodem było rozbicie siatki rozpoznającej szlaki dostaw broni nad Dniepr, która była w większości złożona z Ukraińców. W zasadzie Panczenko stwierdziła pewien oczywisty fakt. Z mediów społecznościowych wylała się jednak fala hejtu. W obronie aktywistki stanęła ukraińska ambasada. Trzydzieści organizacji społecznych wydało wspólny list, w którym „stanowczo protestowano wobec niesprawiedliwych ataków i kampanii dezinformacyjnej wymierzonej w obywatelkę Polski, Natalię Panczenko – osobę, która przez lata aktywnie działa na rzecz współpracy polsko-ukraińskiej oraz wzmacniania społeczeństwa obywatelskiego w Polsce”. Wystarczyła jedna hipoteza, by internet wybuchł niechęcią. Nie było już miejsca na stwierdzenie oczywistego faktu, że Panczenko powiedziała coś, co można uznać za truizm.
CIĘŻKI ŻART
Zarówno Mazurenko, Szyła, jak i Panczenko z perspektywy ukraińskiej nie mogą uznać, że przekroczyli jakieś granice. Ich słowa są dla Polaków irytujące. Mazurenko, podobnie jak Żulczyk, był po prostu chamski. Panczenko stosowała tradycyjne narzędzie do opisu relacji polsko-ukraińskich, czyli retoryczny szantaż (jeśli A, to Ukraińcy wyjadą z Polski, jeśli B, to dojdzie do zamieszek, jeśli C, to rosyjskie czołgi wjadą do Polski etc.). Wciąż jednak – niezależnie od oceny – mieści się to w granicach wolności słowa i swobodnej debaty publicznej. Również publikacja zdjęcia przedstawiającego stojącego Andrzeja Dudę obok siedzącego Donalda Trumpa nie była wystarczającym powodem do zwolnienia kogokolwiek z pracy.
W samej Ukrainie granice opisu rzeczywistości politycznej są przesunięte zresztą znacznie dalej, o czym wiedzą polscy dziennikarze relacjonujący wydarzenia w tym kraju. W komentarzach nie brakuje jawnej pogardy czy akcentów homofobicznych, i to niekoniecznie płynących ze środowisk skrajnie prawicowych. Podczas Majdanu w 2013 i 2014 roku popularna była gra znaczeń „Janukowycz pidareszt”, co można było tłumaczyć jako „Janukowycz do aresztu”, ale też z kontekstem „pidar”, czyli „Janukowycz pedał”. Podczas rewolucji godności czymś powszechnym było publiczne cytowanie podziękowań dla rosyjskojęzycznych mieszkańców wschodu Ukrainy, które brzmiały „Sposiba żytielam Donbasa za presidenta pidarasa” czyli „Dziękujemy mieszkańcom Donbasu za prezydenta pedała”.
Te hasła były podchwytywane i cytowane również przez korespondentów polskich mediów. Ekipa Janukowycza nie pozbawiała ich jednak akredytacji. W nieoficjalnych rozmowach z Ukraińcami pracującymi w mediach – zarówno tymi mieszkającymi w Kijowie, jak i relacjonującymi wydarzenia z Warszawy – słyszę, że polska prezydentura jest tożsama z okresem późnego Janukowycza. To pogląd absurdalny i ocena bez związku z faktami, wynikająca przede wszystkim z podejmowanych przez pałac prezydencki inicjatyw legislacyjnych i dążenia do delegalizacji umownego banderyzmu. Trudno jednak odebrać Ukraińcom prawo do takiego poglądu. Trudno również wyobrazić sobie sytuację, w której z prezentowania takich poglądów wyciągane są konsekwencje.
HEJTER TO NIE AGENT
Osobnym studium przypadku jest były ukraiński dziennikarz, a obecnie aktywista Ihor Isajew vel Krawetz. Zwolniony w 2016 roku z Polskiego Radia razem z Ołeną Babakową, zasłynął prowadzeniem prześmiewczego konta na X – Ukrainiec w Polsce. Pod jego wpisami są setki nienawistnych komentarzy. Jeden z materiałów Isajewa na X dotyczy samowolnej zmiany nazwy placu Wolnej Ukrainy w Gdyni na Bohaterów Gdyni przez jednego z mieszkańców miasta. Isajew, który sam nie brał udziału w wojnie z Rosją, do swojego wpisu załącza dane w Wikipedii, w której informuje, że „bohaterowie Gdyni w 1939 roku, przegrywając z Niemcami (których było „jedynie” dwa razy więcej, choć przy skutecznej ofensywie proporcja musi wynosić 1:5) – poddali się po… pięciu dniach”.
Cała jego działalność na X jest oparta na logice prowokacji. „W polskim społeczeństwie od dekady szerzy się zapotrzebowanie na praktyki autorytaryzmu i kolonialności” – pisze. Polaków oburzonych na podśpiewywanie przez Ukraińców po rosyjsku piosenek Maxa Korża na Stadionie Narodowym nazywa „mentalnymi wujasami i ciotkami”, bo „Polacy w stosunku do sąsiadów ze Wschodu mają odwieczne uczucia wielkopańskie”.
Reakcje użytkowników portalu są przewidywalne. To wylew hejtu, który według Isajewa… uzasadnia jego tezę o zaściankowości Polaków. Wiosną 2023 roku zastępca ministra koordynatora ds. służb specjalnych Stanisław Żaryn oskarżył dziennikarza o wspieranie w Polsce nastrojów antyukraińskich. „Działalność Isajewa może ułatwić propagandzie Rosji osiągnięcie celów przeciwko RP (…). Przyjmuje on maskę dbałości o interesy Ukrainy, ale czyni to w sposób prowokacyjny i zdecydowanie wymierzony w postrzeganie państwa polskiego”, czego efektem są „nastroje antyukraińskie”. Zarzut o pracę na rzecz prorosyjskich narracji był oparty na… czterech wpisach Isajewa. Wszystkie były opiniami i co najwyżej żenująco niskiej jakości publicystyką. W żadnym razie rosyjską propagandą. Jego wpisy takie jak ten z portalu Facebook, na którym komentował, że „Polska jest podłym chujem”, czy modyfikowanie zawołania papieskiego „Nie lękajcie się” na „Nie zesrajcie się”, to niesmaczna farma kontentu do robienia zasięgów. Od tego daleko jednak do uzasadnienia tezy o działaniu na rzecz propagandy rosyjskiej.
Przypadek Isajewa jest szczególny, a oskarżenia ze strony Żaryna są grubego kalibru. I można by w zasadzie uznać, że Ukraińcowi w Polsce „wolno mniej”, gdyby nie to, że on sam także lubi używać pozwów do walki ze swoimi przeciwnikami. W sądzie walczył z Jackiem Międlarem, który go nazwał banderowskim potworem, z Katarzyną Sokołowską z Fundacji „Wołyń Pamiętamy”, którą uznaje za „antyukraińską hejterkę” i z Lucyną Kulińską, która w mediach społecznościowych sprzeciwiała się porównywaniu przez Isajewa Polaków do zwierząt. Z Międlarem Isajew proces przegrał. Sokołowskiej w drugiej instancji sąd zamienił wyrok roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata na karę finansową w wysokości 3,5 tys. zł. W przypadku Kulińskiej sąd stwierdził, że „Wymiana poglądów jest wartością nadrzędną podlegającą ochronie”, i Kulińską uniewinnił. Z Żarynem proces trwa.
WOLNY NAJMITA, ALE NIE WOLNA POLEMIKA
Pytam dr. Ołenę Babakową, która z wykształcenia jest historykiem, dlaczego jej zdaniem Ukraińcom w polskich mediach wolno mniej. – Po pierwsze, mam wrażenie, że w Polsce pojęcie obywatelskości jest tożsame z etnosem. W skrócie obywatelem jest Polak. Więc nawet Ukraińcy mieszkający tu 10–20 lat ciągle są traktowani jako „goście”. Po drugie, silna polaryzacja polityczna wymusza jednoznaczność, w której nie ma miejsca na odcienie szarości, a tym bardziej jakieś perspektywy mniejszościowe. Po trzecie, i Białoruś, i Ukraina to kraje biedniejsze od Polski, co rodzi postawę paternalistyczną. Żeby być uczciwym – to samo dotyczy Tadżyków, Gruzinów czy Ormian osiedlających się w Ukrainie. Też można dostrzec wśród Ukraińców postawy paternalistyczne wobec przybyszów – mówi mi Babakowa. I dodaje: – Poza tym wszystko było w miarę OK, gdy w Polsce funkcjonowała pierwsza fala migracji. Czyli ta, która przybyła po 2014 roku. To byli głównie Ukraińcy obsługujący Polaków. Pracownicy fizyczni, opiekunki do dzieci, magazynierzy pochowani gdzieś w umownych folwarkach. Druga fala, ta, która rozpoczęła się po wybuchu wojny na pełną skalę w 2022 roku, była zasilana klasą średnią, ludźmi aspirującymi i zamożniejszymi. Oni wywoływali irytację wśród znerwicowanej polskiej klasy średniej, która nawet wobec Polaków jest bardzo czuła. Weźmy za przykład dyskusję o podwyższaniu płacy minimalnej czy Dino na Wilanowie. Wraz z pojawieniem się zamożniejszych Ukraińców okazało się, że oprócz liczenia jabłek ci ludzie mają jakieś opinie, które, co gorsza, wypowiadają w mediach. Tego było za wiele – dodaje Babakowa.
Rozmawiam z dziennikarzem zajmującym się sprawami Wschodu od dwóch dekad. Prosi o zachowanie anonimowości. Pytam o opinię w sprawie narastającego sporu polsko-ukraińskiego. – Każda strona widzi na jedno oko. Tylko swoje racje. Ukraińcy bywają chamscy. W połączeniu z wychodzącą z nich na każdym kroku sowiecją tworzy to wybuchową i nie do zniesienia mieszankę. Powstaje irytujący do szpiku kości sowietoliberał. Ale czy to wystarczający powód, by tego sowietoliberała zwalniać z pracy, hejtować czy ciągać po sądach? Mam poważne wątpliwości – stwierdza.
***
Ten tekst Zbigniewa Parafianowicza pochodzi z magazynu „Press” – wydanie nr 11-12/2025. Teraz udostępniliśmy go do przeczytania w całości dla najaktywniejszych Czytelników.
„Press” do nabycia w dobrych salonach prasowych lub online (wydanie drukowane lub e-wydanie) na e-sklep.press.pl.
Czytaj też: Nowy „Press”: Michał Przedlacki, afera z książką Opolskiej i kto zarabia na AI
Zbigniew Parafianowicz











