Serwis o mediach i reklamie

O nas Pressletter

Temat: pożegnanie

Dział: SYLWETKI

Dodano: Sierpień 26, 2017

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Sylwetka Grzegorza Miecugowa: Mam dużo pokory

Sylwetkę Miecugowa przedstawiliśmy w albumie "Grand Press XX"

Grzegorz Miecugow był wśród Top 30 laureatów konkursu Dziennikarz Roku, którzy przez 20 lat zdobyli najwięcej nominacji od polskich redakcji. Sylwetkę Miecugowa przedstawiliśmy w albumie "Grand Press XX".

MAM DUŻO POKORY

W 2009 roku Grzegorz Miecugow przestał prowadzić polityczny program "Gość poranny" w TVN 24. Politycy znudzili go. Byli zbyt przewidywalni. Jeszcze zanim rozsiedli się wygodnie w fotelu, on wiedział, co powiedzą. To po co pytać?

Co innego ludzie nauki, kultury czy sportu, których zapraszał do programu "Inny punkt widzenia". Oni zawsze mieli według niego coś ciekawego do przekazania. A on lubił, gdy rozmowa toczyła się własnym rytmem, zbaczała z początkowo obranego kursu, otwierała nowe obszary, o których być może nie pomyślałby przed spotkaniem – w końcu nie był ekspertem w tych kwestiach.

– We mnie jest wystarczająco dużo pokory, by wiedzieć, że jeśli wypłynęliśmy na jakieś jeziorko, to jest ono dobrze znane rozmówcy, a ja jestem gościem – mówił Grzegorz Miecugow. Pytających go o warsztat karmił frazesem: "specjalnie się nie przygotowuję do programów".

– Życie mnie przygotowuje. W "Innym punkcie widzenia" zbliżam się do liczby 600 przeprowadzonych rozmów, które gdzieś w człowieku zostały. Rozmawiając ostatnio z profesorem Wiktorem Osiatyńskim, nie czytałem już niczego o nim, ponieważ za długo go znam, bym musiał się przygotowywać. Tak jest w wielu przypadkach – tłumaczył nam jesienią 2016 roku Miecugow. 
Komentowaniem działań polityków, ale z przymrużeniem oka, zajmował się za to od ponad 11 lat, współprowadząc satyryczno-publicystyczny program "Szkło kontaktowe" w TVN 24. W 2006 roku wraz z Tomaszem Sianeckim otrzymali za niego Wiktora w kategorii Największe odkrycie telewizyjne.

Etat maszynisty sceny

Urodził się 22 listopada 1955 roku w Krakowie – jako syn znanego publicysty i dziennikarza Brunona Miecugowa. Za sąsiadów miał śmietankę inteligencką: Wisławę Szymborską, Jana Zycha czy Sławomira Mrożka (rodzina Miecugowów mieszkała w domu Związku Literatów Polskich). To, że pójdzie w ślady ojca, było dla wszystkich jasne.

Ale nie dla niego. Grzegorz Miecugow w czasach szkolnych twierdził, że wie, kim na pewno nie zostanie: dziennikarzem. "Tata był wielką postacią w Krakowie i pewnie gdzieś w tyle głowy bałem się konfrontacji z nim na jego polu" – przyznał w wywiadzie rzece "Szkiełko i wokół" z Violettą Ozminkowski.

Młody Miecugow ukończył wydział filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Podczas studiów pracował w Teatrze na Rozdrożu. Był rok 1978 i Marcin Idziński, reżyser i aktor, postanowił założyć wraz z kolegami z roku teatr w Warszawie na podobieństwo krakowskiego Teatru Stu Krzysztofa Jasińskiego. Miał być to teatr offowy, ale z zawodowymi aktorami. Dołączył do nich Miecugow – na etacie maszynisty sceny. Niestety, Teatr na Rozdrożu upadł po dwóch latach. Miecugow przez kilka miesięcy szukał nowego zajęcia. Szczęśliwie, w lutym 1980 roku spotkał na ulicy znajomą Bożenę Helbrecht, dziennikarkę lokalnego warszawskiego radia. Zwierzył się, że stracił pracę w teatrze, a wtedy ona zaproponowała, by przyszedł do nich, bo akurat szukają nowych głosów.

Po latach Miecugow powtarzał, że nigdy nie musiał szukać pracy, bo to ona znajdowała jego, i to zazwyczaj w lutym.

Scena, a raczej kino upomniało się o niego dopiero w 1997 roku – wystąpił w filmie "Pułapka" w epizodzie jako dziennikarz "Wiadomości", a w 2007 roku jako policjant z Suwałk w filmie "Ryś" Stanisława Tyma.

Oswajanie anteny

Nie dość, że o pracy w radiu nie miał pojęcia, to wciąż mówił krakowską gwarą, która utrudniała zdobycie karty mikrofonowej. Trafił do redakcji kulturalnej Warszawskiego Ośrodka Radiowo-Telewizyjnego, która współpracowała z I Programem Polskiego Radia. Jako nieobeznanemu z radiem zdarzały mu się wpadki: podczas jednej z pierwszych rozmów, którą przeprowadził z Krzysztofem Zanussim, zadał pytanie i skoncentrował się na tym, że odpowiedź ma wynosić trzy minuty – i nawet nie zauważył, że reżyser w tym czasie odpowiedział na wymyślone przez siebie pytanie.

W połowie 1980 roku zlikwidowano redakcję kulturalną. Miecugow przeniósł się do redakcji rolnej, a następnie do muzycznej. Gdy we wrześniu szefem redakcji newsowej został Wiesław Johann, zaproponował Miecugowowi posadę reportera newsowego. Znali się z radiowego korytarza. Miecugow przyznał w rozmowie z Ozminkowski, że już nigdy potem nie pracował w tak wolnej redakcji. "Nauczyłem się montować, nauczyłem się być szybki, nauczyłem się hierarchii ważności, wszystkiego, co przydawało się w późniejszym zawodowym życiu" – opowiadał.

Na żywo po raz pierwszy wystąpił w Polskim Radiu wiosną 1981 roku u boku Jerzego Rosołowskiego. Miał opowiedzieć na antenie o wypadku dwóch tramwajów, którego był świadkiem, idąc na poranny dyżur do redakcji. "Bałem się żywej anteny strasznie" – wspominał tamten okres.

W stanie wojennym rezygnuje z pracy reportera – nie chce być dziennikarzem reżimowym. Na utrzymanie zarabia, godząc pracę inspektora radiowego, którego głównym zajęciem było przesłuchiwanie nagrań, ze sklejaniem błystek (sztuczna przynęta wędkarska).

Na antenę Miecugow wrócił dopiero w 1984 roku, zaczynając od posady redaktora programów dla dzieci w Czwórce. Przygotowywał tam program młodzieżowy "Między nami". Potem była "Bubloteka" z listą najgorszych przebojów, które kąśliwie komentował na antenie, i wreszcie trzygodzinny program na żywo "Muzyka nocą" w Jedynce, emitowany dwa razy w miesiącu. Szło mu coraz lepiej, zaczął być rozpoznawalny. W lutym 1987 roku dyrektor Trójki Sławomir Zieliński zaproponował mu przejście do Trójki na stanowisko szefa "Zapraszamy do Trójki", bo akurat zwolniło się miejsce po Leszku Adamczyku, który przeszedł do Radia Pekin.

Zapraszał do Trójki

Z Programem III Polskiego Radia Grzegorz Miecugow związany był na stałe zaledwie cztery lata, a mimo tego wiele osób kojarzy go do dziś właśnie z Trójką. Miecugow podejrzewa, że na szefa "Zapraszamy do Trójki" polecił go będący już wówczas gwiazdą Marek Niedźwiecki, od którego wcześniej często pożyczał nagrania do "Bubloteki". Wspominając początki zarządzania zespołem, podkreślał wsparcie ze strony Moniki Olejnik. "Monika mi bardzo pomogła. I powiem szczerze, cały zespół mi pomógł. Oni sami czuli, że im się wszystko rozlatuje, a nie było tam naturalnego następstwa. Ja natomiast nie wprowadzałem żadnych swoich porządków ani nie udawałem, że wszystko wiem" – opowiadał Miecugow w wywiadzie rzece.

Ponadto znał dziennikarzy z ich pracy; wiedział, co potrafią. Z tamtego okresu zapamiętał, że "nikt się ich nie czepiał" i przygotowywali dużo materiałów z zagranicy. Nowości, które wtedy wprowadził, określa jako rewolucyjne: "Żaden z następców niczego nie zmieniał z tych fundamentalnych zmian, które wprowadziłem. Trójka z własnym newsroomem, Trójka jako radio, które jest elastyczne i prowadzone na żywo przez dziennikarzy – tego nikt nie zmienił, nikt nie kwestionował. Informacje, co godzinę, własne. To były ogromne zmiany".

Szefując "Zapraszamy do Trójki", zatrudnił wiele osób, które potem zrobiły karierę, m.in. Kubę Strzyczkowskiego, Grażynę Mędrzycką, Ewę Dudzińską, Iwonę Wieraszko. W 1987 roku przyjął na staż Tomasza Sianeckiego – z którym przez lata prowadził "Szkło kontaktowe" w TVN 24.
– To świetny dziennikarz, który do radia wniósł powiew świeżości, bawił się nim. Miał doskonały kontakt z młodzieżą, potrafił nią pokierować. Nastawiony był do nas przyjacielsko, ale gdy trzeba było, tupnął nogą – wspominała Miecugowa Grażyna Mędrzycka.

Dyrektorem Trójki został we wrześniu 1990 roku. Funkcja ta co prawda była przeznaczona dla Wojciecha Manna, a Miecugow miał być jedynie jego zastępcą, jednak Mann nie chciał zrezygnować z prowadzenia firmy wraz z Krzysztofem Materną, więc posada dyrektora przypadła Miecugowowi. Na zastępców dobrał sobie Małgorzatę Tułowiecką i Tadeusza Wiśniewskiego. Po roku popadł w konflikt z zarządem radia z powodu zbyt niskich, jego zdaniem, zarobków jego zastępców. Chciał oddać im swoją premię kwartalną, ale prezes radia się nie zgodził i go zwolnił. Po kilku dniach zaproponowano mu powrót do rozgłośni, lecz Miecugow uniósł się honorem i odmówił.

Zwolnieniem go z funkcji dyrektora Trójki przejął się jego ojciec. Bruno Miecugow bał się, że syn zostanie bezrobotny, więc wymyślił, by razem pisali do krakowskiego "Dziennika Polskiego". Raz w tygodniu publikowali felietony w rubryce "Potyczki nie tylko rodzinne".

Grzegorz Miecugow współpracował później z Trójką – poprowadził kilka wydań "Listy przebojów Programu III".

Miecugow, ojciec Grzegorza

Na początku lat 90. ub. wieku widzowie "Wiadomości" TVP 1 zobaczyli na ekranie nową twarz. Grzegorz Miecugow został prezenterem i wydawcą głównego programu informacyjnego Telewizji Polskiej. Zanim jednak powierzono Miecugowowi funkcję wydawcy, był kierownikiem sekcji krajowej. Początkowo robił materiały z Sejmu. W grudniu 1993 roku głośny stał się jego materiał dotyczący głosowania na dwie ręce, w którym pokazał nieuczciwość posłów zarówno partii rządzącej, jak i opozycji.

Karierę prezentera zaczynał w wieczornych "Wiadomościach", które prowadził na zmianę z Tomaszem Lisem i Jolantą Pieńkowską. Wówczas miały one formułę autorskiego programu, do którego zapraszano gościa. Następnie Miecugow zaczął prowadzić główne "Wiadomości".
– To zawodowiec z dobrze ustawionym głosem, mądry i poważny. Wyróżniał się kulturą osobistą, klasą. Przyszedł do telewizji z doświadczeniem radiowym i nie było w nim echa przeszłości z mediów reżimowych. Był wzorcem dziennikarza, takiego lekko ironizującego – wspominał Bogusław Chrabota, ówczesny wicedyrektor Telewizyjnej Agencji Informacyjnej.

Telewizja dawała natychmiastową rozpoznawalność. Grzegorz Miecugow był już nie tylko znanym głosem, ale też twarzą największego serwisu informacyjnego. "Myślę, że tak po roku 1995 tata zorientował się, że przestał być postrzegany jako Bruno Miecugow, a coraz częściej uważany był za ojca Grzegorza, tego z »Wiadomości« i z Trójki. Ale wcześniej to ja musiałem wyjechać z Krakowa, żeby sprawdzić, czy coś znaczę, czy coś potrafię, czy jestem tylko synem swojego ojca" – wspominał Miecugow w rozmowie rzece.

Szefów dwóch

Jesienią 1996 roku zadzwonił do niego Mariusz Walter – zaproponował stworzenie zespołu TVN. Miecugow poczuł, że to niepowtarzalna szansa. Pod okiem Waltera ulepszył swój warsztat, nauczył się innego spojrzenia na telewizję.

W powstającej telewizji TVN zaczęto kompletować dział newsowy – Miecugow pracował w nim wraz z Milanem Suboticiem. Jeszcze przed startem telewizji dołączył do nich Tomasz Lis, który w TVN został współgospodarzem "Faktów". Podczas, gdy Milan Subotić i Tomasz Lis odpowiadali za newsy, Grzegorz Miecugow miał stworzyć dział publicystyki i reportażu. Był również prowadzącym "Fakty", ale wydań weekendowych – o czym dowiedział się dopiero w momencie, gdy program ruszył. Był to jeden z elementów rodzącego się konfliktu między nim a Lisem, co ostatecznie doprowadziło do odejścia Miecugowa z TVN w 1999 roku. "Nie było jasno powiedziane, kto za co odpowiada. Jeśli ja chciałem podjąć jakieś decyzje, a Lis się na to nie zgadzał, to nie miałem żadnych możliwości przeciwdziałania temu. Jak zniknęły inne programy, którymi się zajmowałem, to nagle się okazało, że »Fakty« mają dwóch szefów. A nawet trzech, bo dochodził jeszcze Milan Subotić" – opowiadał w rozmowie rzece Miecugow.

W domu Wielkiego Brata

Wrócił do TVN w 2001 roku. Wcześniej zadzwonił do niego Maciej Sojka i zaproponował pracę przy tworzeniu nowego kanału informacyjnego TVN 24. Sojka był wtedy prezesem TVN 24, a dyrektorem programowym TVN 24 został Adam Pieczyński. Miecugow dołączył do nich na stanowisko zastępcy Pieczyńskiego.

Tymczasem telewizja TVN nabierała rozpędu, szukano ciekawych formatów. I zanim TVN 24 oficjalnie wystartował, w TVN wyprodukowano polską edycję reality show "Big Brother". Poprowadził go Grzegorz Miecugow. Szybko przekonał się, że nie jest to spełnienie jego dziennikarskich marzeń i w kolejnych edycjach zastąpiła go Martyna Wojciechowska. – Traktuję to jako doświadczenie trochę podobne do tego, które zdobywałem, pracując jako stolarz w Wiedniu – opowiadał. – W żaden sposób nie ma wpływu na pracę dziennikarza, ale jednocześnie daje spojrzenie na życie w aspekcie, którego się na co dzień nie zna. To krótki epizod, który wolałbym, aby rozgrywał się według zasad, które przyjąłem, ponieważ brałem udział w czymś innym, niż to, na co się zgodziłem. Pytanie też, czy się do tego nadawałem? Nie wycofałem się od razu tylko dlatego, że byłby to nóż w plecy stacji – tłumaczył nam w ub.r. dziennikarz.

Zanim jednak na dobre wrócił do TVN, przez niemal rok Miecugow był doradcą ds. medialnych marszałka Sejmu Macieja Płażyńskiego. Dlaczego dziennikarz, który nigdy nie chciał angażować się w politykę, a w stanie wojennym odmówił wykonywania zawodu, doradzał marszałkowi? – Doradztwo nie jest angażowaniem się w politykę. Nie wymagano ode mnie bycia politykiem, brania odpowiedzialności. Potraktowałem to jako próbę poznania tego świata z innej strony, pozostając wciąż dziennikarzem – tłumaczył Miecugow. Przyznał, że się nie zastanawiał, jak to zostanie odebrane przez innych. I nie żałował miejsc, w których znalazł się na swojej drodze zawodowej, gdyż w kluczowych momentach był w tych, które przechodzą do historii. – Gdy się trafia do pierwszego kanału informacyjnego, który relacjonuje zamach na World Trade Center, a relacjonowałem to do szóstej rano, jest to ogromna przygoda dziennikarska – podkreślał Grzegorz Miecugow w ub.r., będąc dyrektorem działu publicystyki TVN 24.

11 września 2001 roku był przełomowym dniem dla TVN 24, który oficjalnie wystartował miesiąc wcześniej, ale tego dnia po raz pierwszy zaprezentował swoje możliwości.

W TVN 24 Miecugow prowadził jeszcze programy "Cały ten świat", "Gość poranny", a także emitowane do dziś "Szkło kontaktowe" i "Inny punkt widzenia". Na podstawie tego ostatniego programu wydał trzy książki, a za rozmowę przeprowadzoną ze Stanisławem Lemem w 2004 roku został nominowany do nagrody Grand Press w kategorii Publicystyka.

Duma z uczniów

Dekadę temu chciał stworzyć program popularnonaukowy. Prowadził nawet w tej sprawie rozmowy m.in. z Państwową Akademią Nauk. Do realizacji jednak nie doszło. Gdyby miał wymienić obszar dziennikarstwa, którego żałuje, że się nie podjął, wskazałby jednak reportaż. Napisał za to powieść "Przypadek", a także książkę "Trójka do potęgi", którą wydał z okazji 50-lecia stacji. Spełnił się również w roli publicysty. Oprócz "Dziennika Polskiego" publikował m.in. w "Przekroju". W 2005 roku otrzymał nagrodę specjalną Ostre Pióro przyznawaną przez Business Centre Club, a w 2009 roku Złotą Gruszkę od krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy za szczególne osiągnięcia dziennikarskie.

Jako członek Katedry Dziennikarstwa Collegium Civitas dyskutował ze studentami o zjawiskach zachodzących w świecie mediów, ale zrezygnował trzy lata temu. Nie mógł znieść, że dziś studenci nie interesują się tym, co dzieje się w kraju i na świecie, że nie znają podstawowych nazwisk.

– Coraz trudniej było wywołać dyskusję. Sala milczała – opowiadał nam Grzegorz Miecugow. Był rozczarowany społeczeństwem: że odbiorcy zadowalają się strzępkami informacji, bo nie oczekują pogłębionej analizy, a media się temu poddają.

Z czego jest dumny? - zapytaliśmy.

– Sporo ludzi, których mogę nazwać dziennikarzami, w jakiś sposób było moimi uczniami. Oni próbują odpowiedzieć na pytanie "Jak jest?". I z tego mogę być zadowolony – odpowiedział Miecugow.

Iga Kołacz

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Dział: SYLWETKI

Dodano: Styczeń 23, 2017

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

10 lat temu zmarł Herodot polskiego reportażu

(fot. z „Grand Press XX”, Andrzej Świetlik/Forum)

23 stycznia 2007 roku w Warszawie zmarł Ryszard Kapuściński - najwybitniejszy polski reportażysta. W konkursie Grand Press został wybrany Dziennikarzem XX Wieku. Poniżej publikujemy poświęcony mu tekst autorstwa Stanisława Zasady, który ukazał się w jubileuszowym albumie „Grand Press XX”.

Herodot polskiego reportażu

Założyłby frak, król Szwecji wręczyłby mu medal, dyplom i czek. Zostałby pierwszym reporterem uhonorowanym Literacką Nagrodą Nobla. Wszystko miało się odbyć 10 grudnia 2007 roku. Ale Ryszard Kapuściński zmarł dziesięć miesięcy wcześniej.

– Żałuję, że nie zdążyliśmy nagrodzić Kapuścińskiego za jego literackie reportaże i lapidaria – przyznał niedawno Per Erik Wästberg, sekretarz Komitetu Noblowskiego. – Kapuściński w błyskotliwy sposób odkrywał przed nami światy, o których nam się nie śniło.

„Cesarz reportażu” – taki przydomek zyskał – jest obok Stanisława Lema najczęściej przekładanym polskim autorem. „Jeden Kapuściński wart jest tysiąca skamlących i fantazjujących gryzipiórków” – napisał o nim Salman Rushdie. Cenił go noblista Gabriel García Márquez.

Guru kilku pokoleń polskich reporterów. Lubił powtarzać: „Do tego, żeby uprawiać dziennikarstwo, przede wszystkim trzeba być dobrym człowiekiem. Źli ludzie nie mogą być dobrymi dziennikarzami. Jedynie dobry człowiek usiłuje zrozumieć innych”. To jedno z jego najważniejszych przykazań. Obok tego: „To nie jest zawód dla cyników”.

Żeby pisać, trzeba czytać

Początek lat 90. Mariusz Szczygieł zaczyna pracę w dziale reportażu „Gazety Wyborczej”. Jego szefowa Małgorzata Szejnert zaprasza do redakcji Krzysztofa Kąkolewskiego i Ryszarda Kapuścińskiego. Daje im teksty młodych dziennikarzy. Kąkolewski czyta dokładnie i ma sporo szczegółowych uwag. Kapuściński czytania odmawia. Za to dużo mówi.

– Mówił nam, że życie nie kończy się na Polsce i nie możemy uważać się za pępek świata, bo to jest bardzo prowincjonalne – opowiada Szczygieł. – Mówił, że mamy się uczyć języków, wyjeżdżać i opisywać świat.

Czego młody reporter Szczygieł nauczył się od Kapuścińskiego? – Niczego poza jedną radą. Na pytanie: „jak pisać?”, odpowiadał: „najpierw czytać” – mówi autor „Gottlandu”. – On w ogóle nie dawał żadnych porad pisarskich. Kąkolewski przyszedł wtedy do nas z konkretnymi radami, a Kapuściński z ideami.

Gdy w „Gazecie” ukazał się ostatni odcinek „Imperium” (książka najpierw tam była drukowana), Kapuściński zaprasza cały dział reportażu do swojej legendarnej pracowni. – Interesowało go, co myślimy o książce – wspomina Szczygieł.

Młodym reporterom kontaktów z „cesarzem reportażu” zazdrości cała redakcja. Z niektórymi Kapuściński się zaprzyjaźnia, pisze wstępy do ich debiutanckich książek. – Zawsze był bardzo życzliwy i wszystko pamiętał – opowiada Szczygieł. – Kiedy przypadkowo spotkaliśmy się na ulicy, pytał, co u mojej mamy, bo przecież ostatnio mówiłem, że chorowała. Byłem w szoku, że wielkiego reportera interesują sprawy dla innych nieistotne.

Szczygłowi utkwiło w pamięci spotkanie z Kapuścińskim na Wiejskiej. – Wypytał mnie wtedy o wszystko: jak powstaje mój program telewizyjny, co u rodziców, kiedy kończę studia. I wtedy zrozumiałem, dlaczego wiele osób go tak kocha: każdy czuł się przy nim ważny i niegłupi – mówi Szczygieł.

Bramkarz i bokser

„Zacząłem moje wędrowanie, mając lat siedem, i wędruję do dnia dzisiejszego” – napisze, gdy będzie już dojrzałym reporterem.

Siedem lat ma w 1939 roku. Z rodzinnego Pińska na Polesiu ucieka z matką i siostrą spod sowieckiej okupacji. Ojciec poszedł na front, uciekł z transportu do Katynia, ukrywał się. Odnajdzie rodzinę w Puszczy Kampinoskiej. Kapuścińscy spędzą tam okupację.

Rysiek często głoduje. Słyszy, jak w pobliskich Palmirach naziści rozstrzeliwują więźniów Pawiaka, jako ministrant towarzyszy księdzu w pochówku zabitych partyzantów. „Dla tych, którzy ją przeżyli, wojna nigdy się nie kończy w sposób ostateczny” – powie po latach.

Pińsk z dziecięcych lat zapamięta tak: drewniane domy, obok polskiego na ulicach słychać jidysz i białoruski. Nie wróci już tu – po wojnie ta część Polesia zostaje przyłączona do Związku Radzieckiego (rodzinne strony odwiedzi dopiero na starość). Ale tamte obrazy zostawią w nim ślad na całe życie. – Przyznał kiedyś, że dlatego tak chętnie przebywał w biednych krajach, ponieważ było w nich coś z Polesia – mówi Szczygieł.

Na razie gimnazjalista Rysiek broni bramki w reprezentacji szkoły i młodzieżowej drużynie Legii Warszawa. Trenuje boks – zostanie wicemistrzem Polski juniorów w wadze koguciej. Drugie marzenie to poezja – pierwszy wiersz opublikuje jako siedemnastolatek. Ale ktoś mu powie, że za bardzo trąci Majakowskim. Poezję zarzuci na kilkadziesiąt lat.

Po maturze zostaje gońcem w „Sztandarze Młodych” – Wiktor Woroszylski wysyła go po wypowiedzi do Marii Dąbrowskiej, Zofii Nałkowskiej, Leopolda Staffa, Juliana Tuwima. Studiuje historię na Uniwersytecie Warszawskim, chodzi na wykłady z filozofii młodego Leszka Kołakowskiego.

Jedną z jego ulubionych książek są „Dzieje” Herodota.

Prawda o Nowej Hucie

W 1949 roku władze PRL rozpoczynają pod Krakowem wznoszenie wielkiego kombinatu metalurgicznego i miasta przemysłowego. Nowa Huta ma być wizytówką socjalistycznej ojczyzny. Na największym w kraju placu budowy pracuje cała Polska.

W 1955 roku do Nowej Huty przyjeżdża Ryszard Kapuściński, młody reporter „Sztandaru Młodych”. Pisze reportaż „To też jest prawda o Nowej Hucie”. Czytelnicy dowiadują się, że „w obrębie Nowej Huty, w jej wnętrzu są sprawy niepokojące i złe”.

Kapuściński wylicza: jest „kilkaset młodych małżeństw, które w Nowej Hucie nie mają mieszkań”, panuje bezduszna biurokracja, marnotrawstwo, moralna nędza. Opisuje bulwersujące szczegóły, jak ten, że „w Nowej Hucie znają mieszkanie, gdzie w jednym pokoju mama przyjmuje od facetów forsę, a w drugim córka wyrównuje gościom te straty”.

Tekst ukazuje się 30 września. Z pracy wylatują naczelna „Sztandaru” i cenzor, Kapuściński zaszywa się w hotelu robotniczym w Nowej Hucie (schronienia udzielają mu robotnicy).

Na szczęście w powietrzu czuć już polityczną odwilż 1956 roku. Do Nowej Huty jedzie partyjna komisja, żeby zbadać sprawę na miejscu. Po kontroli wylatuje kierownictwo Nowej Huty, naczelna „Sztandaru” i cenzor wracają do pracy, a 23-letni Kapuściński dostaje pierwszą w życiu nagrodę – Złoty Krzyż Zasługi.

Polskich oraz międzynarodowych nagród i wyróżnień dostanie jeszcze kilkadziesiąt. W 1999 roku w plebiscycie zorganizowanym przez miesięcznik „Press” zostanie Dziennikarzem Wieku.

Z Pińska w świat

„O każdej drodze lubię myśleć, że jest ona drogą bez końca, że biegnie dookoła świata. A wzięło się to stąd, że z mojego Pińska można było dotrzeć łódką do wszystkich oceanów. Wyruszając z małego, drewnianego Pińska, można opłynąć cały świat” – napisał w „Lapidariach”.

W wielki świat wyrusza w 1956 roku – „Sztandar Młodych” wysyła go do Indii, stamtąd pojedzie do Pakistanu i Afganistanu, potem do Japonii i Chin. Podobno wysłali go dlatego, że po reportażu o Nowej Hucie władze wolały się pozbyć z kraju dociekliwego reportera. Za granicą Kapuściński czuje się zagubiony – mówi tylko po polsku i rosyjsku. Z kieszonkowego słownika zakuwa angielskie słówka, w Delhi kupuje „Komu bije dzwon” Hemingwaya po angielsku. Potem opanuje jeszcze hiszpański, portugalski i francuski.

W Polsce kończy się polityczna odwilż. W odwecie za poparcie rozwiązanego tygodnika „Po Prostu” władze pacyfikują redakcję „Sztandaru Młodych”. Kapuściński wraca prawie dwa tygodnie koleją transsyberyjską, na znak solidarności z zespołem odchodzi ze „Sztandaru”. Przyjmują go do „Polityki” – pisze reportaże z powiatowej Polski.

Kilka lat później Polska Agencja Prasowa wysyła go do Afryki. Wali się właśnie system kolonialny, powstają niepodległe państwa, wybuchają rebelie, przewroty, rewolucje – dla dziennikarza nie może być nic ciekawszego.

Po sześciu latach wraca do Polski wycieńczony malarią i gruźlicą. Ale znowu go gdzieś gna, więc redakcja wysyła go do Ameryki Łacińskiej. A tam prawicowe i wojskowe dyktatury, lewicowa partyzantka, romantyczni rewolucjoniści – jak Che Guevara. Nie zdąży go spotkać, ale przetłumaczy jego „Dziennik z Boliwii”. W połowie lat 70. znów jest w Afryce – śledzi upadek portugalskiej kolonii w Angoli.

Poza domem spędzi 20 lat. To nie są ekskluzywne wyjazdy: klepie biedę, byle jak mieszka, na każdym kroku niebezpieczeństwa. Kilka razy miał być rozstrzelany, bo napotkani żołnierze uznali go za wroga. Raz omal nie umarł na środku Sahary z pragnienia. Mirosław Ikonowicz, kolega z PAP, wspomina telefon od szefostwa redakcji w połowie lat 70.: „Rysiek telefonuje, że został w Luandzie bez pieniędzy i papierosów. Mieszka w jakimś strasznym afrykańskim hotelu… Zrób coś!”.

Ale Kapuściński nie zamieniłby tego życia na żadne inne. Gdy zachorował na gruźlicę, nie chciał iść do szpitala – bał się, że redakcja odwoła go do kraju. Czasem gdzieś jedzie, bo inni się boją. „Często jeździłem właśnie tam, gdzie nie było chętnych. Książka »Jeszcze dzień życia« powstała dzięki temu, że nikt nie chciał jechać do Angoli, bo było wiadomo, że utną głowę. Kolegę chcieli wysłać do Iranu, ale on się tak zamartwiał, że powiedziałem: To ja za ciebie pojadę. Dzięki temu napisałem »Szachinszacha«” – powie „Press”.

Lubi swoją pracę. Wysyła do Warszawy setki depesz. Pisze oszczędnym językiem. Tego wymaga poetyka newsów – informacja ma być krótka, prosta, zwięzła i jasna. Ale jest jeszcze jeden powód – agencyjne depesze wysyła teleksami, a każde słowo drogo kosztuje.

Jednak pisanie newsów mu nie wystarcza. – Język depeszy agencyjnej jest ubogi – powtarzał. Wyliczył, że wystarczy znać kilkaset słów, żeby ją napisać. A on był w tylu krajach, rozmawiał z tyloma ludźmi, widział prawie 30 rewolucji. Dużo materiału na książki.

Hajle Sellasje jak Gierek

Książkowy debiut wcale nie jest o obcych stronach. W 1962 roku wychodzi „Busz po polsku” – zbiór krajowych reportaży, które pisał dla „Polityki”. Jeździł po miasteczkach i wioskach, skąd przywoził ciekawe historie, w których – jak napisze Małgorzata Szejnert – „tłumaczył kraj, w którym żyjemy”. „Kapuściński wyprzedził nas wszystkich w obserwacji potocznej, ukazał wagę drobnych realiów życia i gestów pozornie nieważnych” – doda Szejnert.

Potem będzie już pisał tylko o świecie. W zbiorze „Kirgiz schodzi z konia” kreśli obraz Kaukazu i Azji Środkowej. To część komunistycznego Związku Radzieckiego – żeby nie wyszedł polityczny panegiryk na cześć Kraju Rad, unika polityki i opisuje codzienne życie mieszkańców, odmienne kultury każdej z republik.

W „Chrystusie z karabinem na ramieniu” i „Wojnie futbolowej” pisze o partyzantach na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Ameryce Łacińskiej. W „Jeszcze dzień życia” – o upadku portugalskiej kolonii w Angoli.

W połowie lat 70. w tygodniku „Kultura” drukuje w odcinkach reportaże z Etiopii. Bohaterami są dygnitarze dworu obalonego cesarza Hajle Sellasje. Opowiadają o zbytku, korupcji, donosicielstwie, lizusostwie, zakłamaniu.

Czytelnicy przecierają oczy ze zdumienia, czy to na pewno o Etiopii. Opisywane sceny i zachowania jak ulał pasują do mechanizmów władzy w gierkowskiej Polsce i panoszeniu się partyjnych kacyków. „To pamflet na totalitaryzm” – przyznaje sam Kapuściński.

W 1978 roku drukowane w odcinkach reportaże wychodzą w książce. „Cesarz” zostanie przetłumaczony na wiele języków i przyniesie mu międzynarodową sławę. „To paraboliczna opowieść o władzy, z której płynie kilka lekcji. Na pierwszy plan wysuwa się nieuchronna skłonność despoty – wszystko jedno, czy jest nim król, dyrektor wydziału czy dyktator – który u swoich podwładnych wyżej ceni lojalność niż kompetencje, a bezpieczeństwa szuka w stagnacji” – recenzuje książkę w „The New Yorker” amerykański pisarz John Updike. Brytyjski reżyser Jonathan Miller wystawia „Cesarza” w londyńskim The Royal Court Theatre.

Ale pojawią się też głosy krytyczne: że Kapuściński usprawiedliwił narzucony przez Związek Radziecki komunistyczny reżim w Etiopii, który zastąpił obaloną monarchię.

Kilka lat później w „Szachinszachu” reporter opisze po mistrzowsku upadek reżimu Mohammada Rezy Pahlawiego i początek islamskiej rewolucji Chomeiniego. Zdaniem wielu to jego najlepsza książka.

Odtąd wszyscy czekają na kolejne. W 1993 roku wychodzi „Imperium” – reporterska opowieść o upadku Związku Radzieckiego. Pięć lat później „Heban” – o postkolonialnej Afryce. Pod koniec życia pisze autobiografię „Podróże z Herodotem” – porównuje w nich własne podróże po Azji i Afryce z przygodami starożytnego kronikarza.

Od szczegółu do ogółu

„To był mały piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu. Miał prawo spać w łożu cesarskim. W czasie różnych ceremonii uciekał cesarzowi z kolan i siusiał dygnitarzom na buty. Panom dygnitarzom nie wolno było drgnąć ani zrobić żadnego gestu, kiedy poczuli, że mają mokro w bucie” – to początek „Cesarza”.

Gdy książka drukowana była w odcinkach, redaktorzy „Kultury” dopytywali autora, dlaczego zamiast o Hajle Sellasje i Etiopii jest o jego piesku albo o dworzanach wykonujących absurdalne czynności – na przykład jeden podkłada poduszkę pod nogi siedzącego na tronie cesarza. Po przeczytaniu całości okaże się, że to mistrzowska satyra na absurdy tyranii.

To będzie jego firmowy styl – z drobnych rzeczy wysnuć mechanizmy rządzące światem.

W „Szachinszachu” jest scena: demonstranci przestają uciekać przed policją szacha, jak czynili to dotychczas, i podejmują walkę. Z ulicznej migawki Kapuściński wyciąga wniosek: tak wybucha rewolucja. „Nie wiemy, czy policjant i człowiek z tłumu zdali już sobie sprawę z tego, co zaszło. Że człowiek z tłumu przestał się bać i że to jest właśnie początek rewolucji”.

W „Jeszcze dzień życia” czytelnik może się zdziwić, po co pisać: „Wszyscy byli zajęci budowaniem skrzyń. Zwieziono góry desek i dykty. Skoczyły ceny młotków i gwoździ. Skrzynie były głównym tematem rozmów – jak je budować i czym najlepiej wzmacniać”. Ale Kapuścińskiemu nie o drewniane skrzynie chodzi – detal ten posłuży mu do długiego wywodu o ucieczce portugalskich kolonistów z Angoli, którzy panowali tam pięć stuleci.

Szczygieł: – To był reportaż eseistyczny lub esej reporterski – jak sam to nazywał. Bez tysięcy niepotrzebnych liczb i faktów, gdzie obserwacja jest pretekstem do szerszej intelektualnej refleksji.

Nie miał złudzeń, że jego dziennikarstwo nie pasuje trochę do czasów współczesnych. U schyłku poprzedniego stulecia zapisał w „Lapidariach”, że „rozwój mediów, cała dokonująca się rewolucja informacyjna powołały do życia nową, liczną warstwę zawodowych ludzi, dla których dziennikarstwo jest już pozbawioną wszelkiej emocji i mistyki profesją”.

Czego nie napisał

Styczeń 2007 roku. Kapuściński idzie do szpitala. Przed operacją czyta „Pana Tadeusza”, nie wie jeszcze, że to jego ostatnia lektura.

„Na pomnik ja bym jeszcze nie chciał. Mam tyle jeszcze do napisania” – powiedział dwa miesiące wcześniej Witoldowi Beresiowi i Krzysztofowi Burnetce do książki „Kapuściński. Nie ogarniam świata”.

23 stycznia telewizje informacyjne przerywają programy, żeby nadać pilną wiadomość: „Ryszard Kapuściński nie żyje”. O śmierci „cesarza reportażu” piszą „Le Monde”, „The New York Times”, „El País”.

W pracowni na belkach podtrzymujących sufit zostały po nim karteczki z cytatami. Z Czesława Miłosza: „rano przy śniadaniu nie myśleć o niczym, poza tym, że pójdzie się do pracowni, gdzie czekają rozwinięte płótna”. Od Wisławy Szymborskiej: „Panie Ryszardzie, piję za pana zdrowie”. Pocztówka od Edwarda Stachury, oprawione w szkło zdjęcie z kolacji z Salmanem Rushdiem i stara „Gazeta Wyborcza” z tytułem: „Wołali: zabić brudasów”, który pasowałby też dziś.

Na biurku materiały do kolejnych książek – wśród nich do tej o Polesiu. – Wszystko jest takie, jak w dniu, kiedy szedł do szpitala – zapewnia Alicja Kapuścińska, wdowa po reporterze. Jakby miał zaraz wrócić i zasiąść do pisania.

W Polsce powstają nagrody imienia Kapuścińskiego: Nagroda za Reportaż Literacki – dla autorów najlepszych książek reporterskich i Nagroda Polskiej Agencji Prasowej – za najlepsze reportaże prasowe, radiowe, telewizyjne i fotoreportaże.

Non-fiction?

Już cztery miesiące po śmierci Kapuścińskiego Igor Ryciak z „Newsweek Polska” na podstawie teczki z IPN opisuje jego kontakty z wywiadem PRL. W światowych mediach wrze. „Zaczęła się oto cicha, podziemna praca demistyfikacji pisarza” – pisze m.in. publicysta „La Stampy” Valerio Pellizzari. „My ujawniliśmy zawartość z poszanowaniem godności pisarza. Nie twierdziliśmy, że był ubeckim kapusiem, i pokazaliśmy, że do oceny postaw ludzi w czasach PRL nie wystarczą czarno-białe schematy” – tłumaczył ówczesny naczelny tygodnika Wojciech Maziarski.

Trzy lata później Artur Domosławski wydaje biografię „Kapuściński non-fiction”. Książka miała wyjść w Znaku, ale krakowska oficyna po zapoznaniu się z treścią odmówiła jej wydania. Ostatecznie zrobił to Świat Książki.

Domosławski zarzucił Kapuścińskiemu m.in. zażyłe związki z władzami komunistycznymi, współpracę z wywiadem PRL. A także to, że ubarwiał własne przygody. Najcięższy zarzut brzmi: zmyślał opisywane fakty.

Ta biografia dzieli środowisko. Jedni bronią prawa Domosławskiego do subiektywnego przedstawienia bohatera. Inni twierdzą, że nie miał prawa wkraczać w jego intymne życie. Jeszcze inni, że nie powinien wytykać mu błędów warsztatowych, skoro w swej książce je popełnia. Albowiem na wiele zarzutów – m.in. o ubarwianie tekstu – odpowiadał Kapuściński jeszcze za życia, nie uciekał od dyskusji na temat swojego warsztatu. Lecz Domosławski punktu widzenia samego bohatera nie przedstawił.

Dyskusja nie zraziła tych, którzy twórczość Kapuścińskiego rozumieją. O nagrodę jego imienia ubiegają się najlepsi reportażyści z całego świata. Laureatami byli m.in. Jean Hatzfeld, Swietłana Aleksijewicz, Ed Vulliamy.

Kapuściński przyznawał wiele razy, że w swoich książkach „miesza gatunki” i że „jest to opisywanie autentycznych zdarzeń, autentycznych ludzi przy użyciu form wyrazu, warsztatu, doświadczeń literatury pięknej”. Właśnie za to Akademia Szwedzka chciała mu dać Nobla.

Stanisław Zasada

W tekście wykorzystano: Ryszard Kapuściński, „Autoportret reportera” (Znak 2003), „Pisanie. Z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Marek Miller”(Czytelnik 2012), Mariusz Szczygieł, „Jeszcze jedna podróż” („Duży Format” 4/2007), książki reporterskie Ryszarda Kapuścińskiego.

(23.01.2017)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo