Serwis o mediach i reklamie

O nas Pressletter

Temat: prasa

Dział: WYWIADY

Dodano: Sierpień 22, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Rozmowa z Piotrem Augustyniakiem, autorem rozmowy z ks. Tischnerem, której nie było

W weekendowym magazynie "Gazety Wyborczej", ukazał się tekst będący formą wywiadu ze zmarłym w 2000 roku ks. Józefem Tischnerem. Autorem tekstu "Polska Znicestwiona Głos dla Tischnera" jest Piotr Augustyniak, publicysta i filozof Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Materiał składa się z pytań na tematy bieżące (np. katastrofy w Smoleńsku i władzy PiS) i dobranych do tych pytań odpowiedzi, które są cytatami z tekstów ks. Tischnera. Taka forma nie podoba się prawicowym publicystom, którzy krytykują autora i „Gazetę Wyborczą”.

Jakie były kulisy powstania tekstu opartego na wypowiedziach ks. Józefa Tischnera?

Tekst jest reakcją na zupełnie bezpodstawne i krzywdzące dla Tischnera posądzenia, również ze strony jego byłych uczniów, odnośnie jego ignorancji politycznej oraz niefrasobliwości, czy wręcz moralnego upadku, które miały rzekomo sprawić, że związał się po 1989 roku z obozem Unii Wolności i aktywnie wspierał oraz współtworzył podwaliny ideowe III RP. Działaniom tym towarzyszą próby przeciągnięcia Tischnera na stronę polskiej prawicy i uczynienia z niego jednego z patronów „dobrej zmiany”, poprzez powrót do pewnych jego intuicji z początku lat 80-tych.
Mój tekst jest wyrazem niezgody na tego rodzaju praktyki. Jest próbą pokazania, że w świetle wypowiedzi Tischnera z lat 90-tych to, co się dzieje dziś w Polsce, jest jej destrukcją i znicestwieniem. Zaś obóz dziś rządzący Polską jest kontynuatorem tej linii politycznej i tożsamościowej, która była Tischnerowi jak najdalsza i była przedmiotem jego ostrej krytyki. Intencją powstania mojej „rozmowy” była więc chęć obrony Tischnera przed dezinterpretacjami, atakami i posądzeniami.
   
Skąd pomysł, aby tekst przedstawić w formie rozmowy?

Czytając po raz kolejny Tischnera w ostatnich miesiącach, szukałem u niego klucza do tego, co się dzieje dziś w polskim życiu społecznym. Znalazłem bardzo wiele myśli i  stwierdzeń, które w moim odczuciu niezwykle trafnie opisują, a co ważniejsze, wnikliwie wyjaśniają dzisiejszą sytuację. Więcej, czytając teksty Tischnera nabrałem pewności, że przestrzegają one właśnie przed tym, co teraz w Polsce mamy, jako najbardziej czarnym scenariuszem ewolucji życia społeczno-politycznego. Postanowiłem więc wybrać formę, która pozwoli jak najmocniej wybrzmieć słowom samego Tischnera. Tak jak napisałem w leadzie tekstu: głos dla Tischnera. Niech mówi dziś swoim mocnym głosem, bo ma nam wciąż wiele do powiedzenia.
Z drugiej strony, formuła rozmowy, nie zmienia tego, że tekst jest moją interpretacją jego myśli. Jestem filozofem, a dokładnie filozofem-hermeneutą. Na czym polega to, czym się zajmuję? Polega na próbie wyjaśniania i rozumienia faktów. Mechanizm rozumienia, czyli interpretacji, polega na odczytywaniu faktów w horyzoncie pewnej myśli vel teorii. Mój tekst, to zwykła robota hermeneutyczna: fakty takie jak „dobra zmiana”, „polityka historyczna”, „religia smoleńska” zostają poddane interpretacji w horyzoncie, lub jak kto woli, w świetle myśli Tischnera. Forma rozmowy tego nie zmienia, ma w tym jedynie pomóc. To dla hermeneuty codzienność rozmawiać z wielkimi filozofami przeszłości – za pośrednictwem ich tekstów – o aktualnych sprawach.
     
„Gazeta Wyborcza” go zaproponowała, czy było odwrotnie?

Tekst powstał z potrzeby serca. Pisząc go, miałem od razu zamiar wysłać go do „Gazety”, ponieważ chciałem, żeby rozszedł się szerokim echem, a także dlatego, że sam Tischner w „Gazecie” publikował swoje najważniejsze artykuły. Powiem przewrotnie, w pewnym sensie chciałem przypomnieć „Gazecie” i jej czytelnikom, że jednym z istotnych elementów jej tożsamości była, powinna być  i mam nadzieję, wciąż jest, myśl i postać Tischnera. Cieszę się, że ukazał się właśnie tutaj. Dodam, że nonsensowne są posądzenia, że jest on atakiem, tekstem frontowym, napisanym na zamówienie. Przeciwnie, przeszedł on długi proces recenzyjny, decyzyjny i redakcyjny.

Jak zareagował Pan na dyskusję, którą wywołał?

Na razie się przysłuchuję, raczej wybiórczo i z doskoku. Po części z rozbawieniem, po części z niedowierzaniem. Cieszę się jednak, że tekst zaistniał, mam nadzieję, że to będzie istotny impuls w debacie nad spuścizną Tischnera i że zainteresuje nim osoby, które być może o nim nie słyszały, albo już dawno go nie czytają.

Krytycznych głosów nie brakuje.

Posądzenia są absurdalne. Nie dziwią mnie jednak, bo tak wygląda niestety nasza debata publiczna. Jak coś jest niewygodne – a wypowiedzi Tischnera są skrajnie niewygodne dla prawicowej narracji – to się to dyskredytuje. W tym wypadku mówi się o manipulacji. To całkowite niezrozumienie elementarnych zasad hermeneutyki i – niestety – zła, ideologiczna wola. Jestem przekonany, że gdybym tekst napisał w formie tradycyjnego omówienia, pojawiłby się w to miejsce zarzut wyrywania słów z kontekstu, albo anachronizmu.

Wykorzystywanie wypowiedzi śp. księdza Tischnera do celów współczesnej debaty jest uczciwe w stosunku do niego?

Jeden z moich przyjaciół, bardzo zasłużony działacz środowisk prawicowej opozycji w latach 80, który znał Tischnera osobiście i do dziś utożsamia się z prawicą, napisał mi, cytuję dosłownie: „Oczywiście najbardziej będą bronić przed Tobą Tischnera ci, którzy sami go nienawidzą za rzekomą zdradę Polski i Kościoła. Czysty obłęd i polskie piekiełko. Trzymaj się”. 
Nie dajmy się zwariować. Mój tekst, przyznaję, o świadomie prowokacyjnej formie, jest jednym z najsilniej upominających się o obecność Tischnera w debacie publicznej głosów ostatnich lat. W sposób bardzo sugestywny i, jak sądzę, wierny transmituje on myśl Tischnera, wyrażoną w jego publikacjach, w obszar naszych dzisiejszych polskich dylematów i sporów.

Jakub Mejer

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY

Temat: Igrzyska w Rio

Dział: WYWIADY

Dodano: Sierpień 23, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Marketingowo pływacy utonęli, a ciężarowcy nie udźwignęli swoich problemów. Na sponsorów może liczyć wioślarstwo

Grzgorz Kita

Rozmowa z Grzegorzem Kitą, CEO Sport Management Polska

Które dyscypliny olimpijskie straciły w Polsce marketingowo podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro?

Na pewno najbardziej straciło podnoszenie ciężarów. Brak wyników i afera dopingowa o ogromnej sile rażenia spowodowały, że ciężarowcy ugięli się pod ciężarem skali własnych problemów. Utonęli pływacy. Zarówno z powodu zupełnego braku wyników, w tym szczególnie katastrofalnego występu Radosława Kawęckiego, ale też skandalu organizacyjnego związanego z występem Konrada Czerniaka. Straciło też żeglarstwo.

A jakie dyscypliny najbardziej zyskały?

Teoretycznie, marketingowo po igrzyskach powinno mocno zyskać wioślarstwo i kajakarstwo, ponieważ już po raz kolejny przyniosły nam sporo medali oraz szans na nie. Swoją unikalną szansę ma pięciobój nowoczesny. Kolarstwo wzmocniło swoją pozycję, która i tak już była sygnalizowana występami przedolimpijskimi. Może też zyskać lekkoatletyka. Pomimo kilku dużych niepowodzeń osiągnęła jednak poważne sukcesy na czele ze złotem i rekordami Anity Włodarczyk. Jestem jednak przekonany, że związki sportowego tego nie wykorzystają.
 
Ma im w tym pomóc Kodeks Dobrych Praktyk Sponsoringowych, który powstał z inicjatywy ministra sportu.

Ta koncepcja ministerialna jest w pewnym sensie papierologią. Dzięki niej związki mają prostą ścieżkę do sponsorów - spółek skarbu państwa. Nie będą musiały przebijać się do władz tych firm. Natomiast to, że sponsorzy dadzą pieniądze niewiele zmienia, bo zostaną one źle wykorzystane. Związki sportowe są słabo zarządzania, brak im kompetencji marketingowych i wizji nowoczesnego rozwoju. Chód sportowy to dyscyplina, która teoretycznie nie ma praw budzić zainteresowania kibiców, ale miała Roberta Korzeniowskiego, swoją gwiazdę, która umiejętnie wykreowała siebie i przy okazji dyscyplinę. Tak więc każda dyscyplina ma papiery, aby zainteresować ludzi. Do tego jest jednak zaangażowanie promocyjne i marketingowe.

Co więc Pan radzi?

Wielu szefom związków sportowych wydaje się, że 90 proc. nakładów powinno być przeznaczone na wynik sportowy, a 10 proc. na marketing i promocję. Moim zdaniem w dzisiejszym świecie powinno być pół na pół. Sam zdobyty medal nie przyciągnie sponsorów. Wynik sportowy jest zaledwie powodem, dla którego ktoś się daną dyscypliną zainteresuje. Natomiast potem należy inwestować w PR, marketing, w kreację gwiazd, akcji ogólnospołecznych, eventów, nie tylko sportowych. Liczy się kreatywność i intensywność rozmaitych działań.

A jaka powinna być w tym rola sponsora?

Jego zaangażowanie może znacząco pomóc dyscyplinie. Firmy coraz częściej same wspierają marketingowo i komunikacyjnie dyscyplinę, sportowca i wtedy to tworzy efekt synergii.

(DR, 23.08.2016)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo