Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Styczeń 11, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Dominikanin na palmie

Problemy polskiego Kościoła w komunikacji ze współczesnym człowiekiem pomogły wyrosnąć o. Adamowi Szustakowi na kaznodzieję celebrytę. Udostępniamy tekst z magazynu "Press" (nr 11-12/2018).

Pod katowickim Spodkiem 2 października po godz. 15 tłum gęstnieje. Kolejka chętnych na spotkanie „Namaszczeni” z udziałem dominikanina o. Adama Szustaka i o. Tomasza Nowaka, przeora łódzkich dominikanów – wydłuża się z minuty na minutę.

„Myśl, która towarzyszy nam od pierwszego naszego spotkania, by wyjść z murów kościoła, żeby mógł zgromadzić się cały Kościół, pęcznieje w naszych głowach. Pęcznieje też w nas pragnienie spotkań oko w oko, serce w serce, dlatego idziemy o krok dalej” – zachęcano w internecie. Pierwsze osoby wchodzą do środka o 17.30.

Dominikanin Adam Szustak pojawia się na scenie godzinę później. Wkracza z impetem, a jego ogoloną głowę i zwalistą sylwetkę widać z daleka. Gdy tłum upewnia się, że to właśnie on, zaczyna bić brawo.

– Obaj byliśmy zaskoczeni frekwencją. W ciągu zaledwie dwóch tygodni na organizowane przez nas wydarzenie zapisało się dziewięć tysięcy osób. Sprzedający bilety śmiali się, że rozchodzą się szybciej niż na koncert zespołu Metallica – opowiada o. Tomasz Nowak. Bilety kosztowały 30 zł. – Z jednej strony, to zaskakujące, że spotkania z nami cieszą się taką frekwencją, ale z drugiej, utwierdza nas w przekonaniu, że warto to robić, jeśli ludzie chcą z tego korzystać – dodaje.

Press

6 stycznia strona Dominikanie.pl stała się serwisem wideo na żądanie (screen: Dominikanie.pl)

TO JEST MÓJ KLER

Wszystko rejestruje czujne oko kamery. Ojciec Szustak nagrywa moment wchodzenia na scenę, pokazuje kulisy, wiernych, atmosferę pikniku, koncertu i spotkania religijnego w jednym. Swobodnie komentuje, co się dzieje. Stwierdza, że sam „czuje się jak nastolatka na koncercie Justina Biebera”. Relacje z tego wydarzenia będzie można potem zobaczyć na jego kanale Langusta na Palmie.

Internauci są zachwyceni. „Ojcze, to co się wydarzyło w Spodku napełniło mnie takim spokojem serca i mega ogromną radością”; „To jest mój Kościół i mój Kler i za taki Bogu dziękuję, o taki modlę się”; „Ojcze kocham cię za tę prostotę i dosłowność w rozumieniu Ewangelii” – to kilka z setek komentarzy pod filmem.

Sukces „Namaszczonych” – internetowa sprzedaż wejściówek ruszyła 24 lipca, a ostatnie bilety zniknęły 11 sierpnia – potwierdza, że o. Szustak dorobił się armii zwolenników.

Dominikanin jest autorem trzech kanałów na YouTube: Langusta na Palmie, Paśnik i WuWu (nieaktywny od lutego br.) oraz profilu na Instagramie, Facebooku i Twitterze. Jego przygoda z YouTube zaczęła się blisko sześć lat temu – dziś jego kanały mają łącznie prawie 184 mln wyświetleń.

Obsługą profili w social mediach i strony internetowej Langustanapalmie.pl od początku zajmuje się grupa jego fanów, która koordynuje działanie profili, ale też zbiórkę pieniędzy, organizację spotkań, jak to w katowickim Spodku (wcześniej odbyły się w Krakowie, Łodzi i w Warszawie). Z kolei krakowska Fundacja Malak, której pomysłodawcą w 2012 roku był o. Szustak (oficjalnie nie zasiada w żadnym jej organie), wydaje i sprzedaje książki i płyty z konferencjami o. Szustaka i innych dominikanów, organizuje weekendowe lub jednodniowe rekolekcje przede wszystkim z o. Szustakiem (np. Dzień Pełen Łaski w październiku 2017 roku w Warszawie dla ponad 1 tys. osób). Jednym słowem działalność o. Szustaka to nie tylko filmiki na YouTube, lecz także poważna kaznodziejska i gospodarcza działalność.

Oglądając nagrania dominikanina, od razu widać, jak lubi swoją popularność – scenę i otaczające go tłumy. Przebija to też we vlogach kręconych z różnych miejsc na świecie, gdzie prowadzi rekolekcje: regularnie pokazuje salę i klaszczące tłumy, które przyszły na spotkanie z nim. Co jakiś czas można też obejrzeć cieszącego się jak dziecko o. Szustaka rozpakowującego stosy paczek z prezentami, które dostaje od fanów.

Jacek Kotarbiński, ekspert z branży marketingowej, ocenia, że o. Szustak stworzył produkt niemal idealny. – Jest sprawnym opowiadaczem, kamera go lubi i jest autentyczny w tym, co robi, a to jest w cenie. Jego fenomen to głównie zasługa charyzmy i lekkiego, popularnego języka. To taka lekcja religii z charyzmatycznym kaznodzieją. Ten przypadek potwierdza regułę, że osobowość ma większe znaczenie niż wartość treści – analizuje Kotarbiński.

DOMINIKAŃSKI NETFLIX

Ewangelizacja za pomocą YouTube i popularność w sieci pomagają teraz finansować nowy projekt o. Szustaka: portal, który określa mianem „katolickiego Netfliksa”. Bazą nowej platformy wideo ma być istniejący portal Dominikanie.pl (nowy ruszył pod tą samą domeną, już po publikacji tekstu w "Press").

Serwis wideo, który zaczął działać 6 stycznia 2019 roku, ma się różnić od tego, co dotychczas dominikanin robi na YouTube. Fundusze mają pochodzić z datków widzów i sympatyków dominikanów. Gdy o. Szustak poprosił ich na platformie Patronite o wsparcie, od razu ustanowiono rekord zbiórki: do 20 października zebrano ponad 798 tys. zł.

Najpierw na stworzenie „kaznodziejskiego portalu wideo” o. Szustak potrzebował 20 tys. zł wpłat miesięcznie, gdy udało się to zebrać – podniósł kwotę do 40 tys. zł (dodatkowe 20 tys. zł ma być przeznaczone na spotkania kaznodziejskie w kilku miastach Polski), a potem dominikanin zapowiedział na YouTube, że chce jeszcze stworzyć studio nagraniowe i by to zrealizować, potrzebuje już 60 tys. zł miesięcznych wpłat na Patronite. To również osiągnął: internauci zadeklarowali, że co miesiąc jego inicjatywy będą wspierać kwotą 65 tys. zł.

Studio powstaje na warszawskim Żoliborzu, w Instytucie Chemii Przemysłowej przy ul. Rydygiera. Na swoim kanale o. Szustak pokazał, jak wyglądają wynajęte wnętrza – kilka pomieszczeń przypominających teraz bardziej loft niż tradycyjne studio nagrań. Ze względu na częste podróże dominikanina pomyślano także o części sypialnej.

Na początku października pomieszczenie, w którym miało znajdować się profesjonalne studio nagraniowe, wciąż nie było gotowe – w lipcu o. Szustak zapowiadał, że będzie remontowane, „jak będziemy mieli więcej kasiury”.

– Bardziej traktujemy te pomieszczenia jako miejsce do pracy, gdzie możemy posiedzieć i porozmawiać o wspólnych projektach czy planach. To oczywiście przestrzeń, w której możemy coś również nagrać, ale nie ma wyciszonego pomieszczenia przeznaczonego do nagrywania materiału wideo – mówił nam w październiku o. Jacek Szymczak, dominikanin pracujący przy powstającym portalu. – Wiele produkcji będziemy robić w różnych miejscach plenerowych, także poza Warszawą. Montażyści czy realizatorzy są rozrzuceni po całej Polsce – wyjaśniał. Dominikanie mają swoje ekipy nagrywające w Poznaniu, Szczecinie, Krakowie, Trójmieście, Warszawie, Radoniach, Kielcach i Rzeszowie.

Jak przyznał zakonnik, pieniądze ze zbiórki w Patronite.pl służą całemu dominikańskiemu projektowi – oprócz produkcji filmów dla kanałów Langusta na Palmie czy Paśnik (patrz kwoty w ramce na s. 124), finansowane są z nich wielbienia (wydarzenia w Warszawie, Łodzi i Krakowie kosztowały ponad 281 tys. zł), utrzymywani są pracownicy, opłacany wynajem biura, pokrywane koszty transportów czy noclegi.

Jedną z osób współpracujących przy projekcie jest o. Nowak, prywatnie przyjaciel o. Szustaka. – Chcemy zaprosić do współpracy naszych braci, ale też innych duchownych, zakonników, ekspertów czy osoby świeckie – zapowiada. – Nie robiliśmy żadnych badań, myśląc nad tym, co internauci chcieliby zobaczyć. Opieramy się na wskaźnikach, które są ogólnodostępne, i komentarzach, jakie pojawiają się pod filmikami Adama. Na stronie ma być też dział teologiczny, liturgiczny czy dla dzieci. Wszystko pod jednym szyldem, w jednym stylu – opowiada o. Nowak.
W nowym serwisie dominikanów mają być m.in. komentarze do niedzielnych czytań, konferencje, okolicznościowe kazania (adwentowe, wielkopostne, duszpasterskie), informacje na temat przygotowywania się do sakramentów czy ciekawostki dotyczące religii. W zespole jest kilkanaście osób.

Piotr Żyłka, redaktor naczelny katolickiego portalu Deon.pl: – Dla mnie to przykład kolejnego etapu świadomego wejścia środowisk kościelnych w to, by zaistnieć w internecie. Są oczywiście mniejsze i większe projekty wideo, ale ojciec Adam Szustak ma taką skalę i taką popularność, że może pokusić się o bycie team liderem projektu, który wniesie zupełne nową jakość. Adam swoje treści pakuje w bardzo atrakcyjną formę, trafia do takich środowisk wielkomiejskich, celebryckich i artystycznych, do których Kościołowi bardzo trudno wejść.

Pomysł chwali też Katarzyna Olubińska, dziennikarka TVN. – Fajnie, że będzie coś na poziomie dla katolików, bo z tym nadal w Kościele jest różnie, chociaż od kilku lat obserwuję pozytywne zmiany – mówi Olubińska.

FENOMEN JĘZYKA

Charyzmatycznego duchownego dostrzegł we wrześniu 2016 roku magazyn „Wysokie Obcasy”, umieszczając go na trzecim miejscu „Subiektywnego rankingu najlepszych mówców ery Internetu”. Przed nim byli Jerzy Owsiak i prof. Jerzy Vetulani. Uzasadniając wybór, napisano, że „Biblia w jego interpretacji to nie starożytny tekst, ale opowieść o życiu zwykłych, współczesnych ludzi”.

– Kanały ojca Adama Szustaka doskonale wpisują się w trend rosnącej popularności autorytetów i influencerów wykorzystujących psychologię w połączeniu z aspektami religijnymi, naukowymi i intelektualnymi. Na tym budują swoją popularność nie tylko mówcy motywacyjni jak Mateusz Grzesiak czy coachowie jak Kamila Rowińska, ale też kaznodzieje – stwierdza Beata Mosór-Szyszka, konsultantka i trenerka związana z agencją Project: People. – W przypadku ojca Szustaka łączy się to z formą, którą stosuje: autentyczną, bezpośrednią, emocjonalną. Operuje prostym, nowoczesnym językiem, nie bojąc się poruszać kontrowersyjnych tematów, jak homoseksualizm czy problemy w Kościele. Dzięki temu idealnie trafia do nowej generacji – mówi.

Doktor Joanna Heidtman, psycholog, socjolog, trener biznesu, doradca i coach, twierdzi, że popularność o. Szustaka jest związana nie tylko z religijnością, ale też trendem do samorozwoju. – Dominikanie mają od początku misję kaznodziejską. Są mówcami od zawsze. Nie jest więc dziwne, że ojciec Adam Szustak pojawił się w internecie. Dostępność i bliskość jest podstawą kaznodziejstwa. To swego rodzaju coaching w ramach religii chrześcijańskiej – ocenia dr Heidtman. Zwraca jednak uwagę, że: – U niektórych wątpliwości budzi forma i język, którego ojciec Szustak używa. Uważają, że ta forma oznacza, iż zbyt mocno spoufala się z ludźmi i Bogiem. Czy tak jest? Jeśli to język, którym posługują się jego odbiorcy, może jest właściwy? Jeżeli jego przełożeni taką formę akceptują, jeżeli w ich pojęciu zbliża to młodych ludzi do osobowej więzi z Bogiem, nic nam do tego – wyjaśnia dr Heidtman.

Dominikanin o. Paweł Gużyński przyznaje, że o. Szustak ma umiejętność posługiwania się językiem religijnym zrozumiałym i przekonującym dla młodych słuchaczy. – Ma oczywiście swój target, nie znaczy to więc, że przekonuje wszystkich i trafia do wszystkich. Jego fenomen według mnie tkwi w czymś, co można nazwać językową łaską przepowiadania – mówi o. Gużyński. – Mieszkamy w jednym klasztorze, więc widzę, jak bardzo żyje tym, co robi. Czasami jego wypowiedzi są może nieco podkoloryzowane na potrzeby słuchaczy, ale nie jest daleki w życiu od słowa, które głosi – mówi o. Gużyński.

Piotr Żyłka z portalu Deon.pl zwraca uwagę, że o. Szustak ma umiejętności aktorskie i reżyserskie. – Kiedy jeszcze nie był tak znany i mieszkał w Krakowie, był moment, gdy w trakcie formacji zakonnej za zgodą przełożonych poszedł na akademię teatralną i świadomie się pewnych technik uczył – opowiada naczelny Deon.pl. – Ci, którzy znają się trochę na fachu filmowym, aktorskim czy reżyserskim, widzą, że ojciec Szustak świetnie te umiejętności potrafi wykorzystywać – dodaje.

SPOTKANIE Z OJCEM

Ojciec Adam Szustak konsekwentnie odmawia wywiadów, a te, których udzielił przed laty, niewiele o nim mówią. Urodził się w Myszkowie w 1978 roku, a po maturze wstąpił do seminarium w Częstochowie. W jednym z nagranych przez siebie filmów na YouTube „Świadectwo życia i nawrócenia” przyznał, że podczas wakacji w Zakopanem poznał w dyskotece dziewczynę i szybko chciał się z nią ożenić, a w seminarium żył „w rozdwojeniu”. Podczas rekolekcji dla kleryków prowadzonych przez dominikanina zainteresował się działaniami zakonu założonego przez św. Dominika Guzmana.

Z seminarium odszedł na czwartym roku. W 1999 roku przyjęto go do dominikańskiego nowicjatu w Poznaniu, a jedną z pierwszych osób, które tam poznał, był o. Jan Góra, charyzmatyczny duchowny, poeta, organizator spotkań młodzieży na Lednicy. Z tamtego okresu o. Szustaka pamięta o. Paweł Gużyński, który za czasów nowicjatu Szustaka był pomocnikiem wychowawcy nowicjuszy. – Trafił do nas po uprzednim krótkim pobycie w seminarium duchownym i było to trochę widać. Jednak dominikańskie maniery opanował szybko. Jako dominikanie staramy się wracać do ewangelicznych źródeł, być mobilni, udawać się wszędzie tam, gdzie ludzie chcą się z nami spotkać. I Adam fantastycznie się w tym odnajduje – opowiada o. Gużyński.

Z o. Szustakiem wielokrotnie spotykała się Katarzyna Olubińska z TVN. – Ojca Adama Szustaka znałam z internetowych konferencji, a po raz pierwszy na żywo zobaczyłam i usłyszałam go podczas rekolekcji wielkopostnych u Dominikanów na Służewie – opowiada. – To, co mówił, tak mnie wciągnęło, że nie przeszkadzał mi ani tłum, ani ścisk, ani to, że miałam chyba ze 40 stopni gorączki. Następnego dnia zabrałam ze sobą koleżankę. I przychodziłyśmy przez kolejne dni posłuchać o biblijnej historii Rut, a z nami tłum młodych ludzi, który gęstniał z dnia na dzień. Ostatniego dnia ledwo można było wejść do kościoła – wspomina.

Te rekolekcje i nagrania spowodowały, że jako dorosła osoba po raz pierwszy zaczęła wierzyć. – Moje doświadczenia i doświadczenia ludzi dookoła mnie zaczęłam opisywać w blogu Bóg w Wielkim Mieście. Później opisałam w książce pod tym samym tytułem. Wszystko w moim życiu: nawrócenie, blog i książka wydarzyło się dzięki spotkaniu z ojcem Adamem – mówi Olubińska.

HOMO Z PUSTKI PŁCIOWEJ

Teolodzy, bibliści i psycholodzy dyskutują jednak o tym, o czym o. Adam Szustak opowiada na YouTube. Głośnym echem odbił się film z ub.r., w którym odpowiadał na pytania o homoseksualizm. Jego zdaniem wykreślenie homoseksualizmu z listy chorób w USA było decyzją polityczną, nie naukową, a sam homoseksualizm jest zaburzeniem i rodzi się z doświadczanej w dzieciństwie „pustki płciowej”. Część internautów skrytykowała go, współczując mu braku wiedzy czy pisząc wprost: „co za głupoty”.

Podejście o. Szustaka do homoseksualizmu nie spodobało się też Arturowi Sporniakowi z „Tygodnika Powszechnego”. „Tygodnik nie kwestionuje prawa ojca Szustaka do oceny homoseksualizmu z punktu widzenia nauki Kościoła. Jako duszpasterz ma do tego pełne prawo. Krytykujemy natomiast wypowiadanie się w imieniu Kościoła w kwestiach, w których kompetentna jest tylko nauka” – pisał w blogu Sporniak. Dalej poszedł inny dziennikarz „Tygodnika” Łukasz Kwiatek, mówiąc wprost, że o. Szustak „dokonuje karykaturalnej psychoanalizy”.

Znający filmy o. Szustaka zwracają uwagę na duże ego dominikanina, które się w nich przejawia. Ojciec Gużyński tłumaczy: – Nie jest tak, że ojciec Adam działa jako wolny strzelec. Musi zachowywać posłuszeństwo i jedność ze wspólnotą. Kiedy wpadł na pomysł pieszej pielgrzymki do Jerozolimy [po seansie „Kleru” i liście papieża Franciszka ws. pedofilii w Kościele o. Szustak ogłosił, że wybierze się na pielgrzymkę „za własne grzechy i grzechy Kościoła” – dop. red.], przedstawił ten projekt na kapitule. Powiedział, że ma taki pomysł i poprosił o opinie. Ma poczucie bycia na topie – mówi o. Gużyński. I dodaje: – Jak każdy z dominikanów trochę gwiazdorzy, ale nie jest większym megalomanem niż świętej pamięci ojciec Jan Góra. Adam lepiej współpracuje z innymi.

Były dominikanin, a dziś filozof z Akademii Humanistycznej w Pułtusku, Tadeusz Bartoś: – Widziałem fragmenty jego wystąpień na YouTube, bo, niestety, nie jestem w stanie tego obejrzeć w całości. Przemawia, jest spontaniczny i znalazł sobie docelową publiczność, która lubi go oglądać. Marketingowo to jest oczywiście bardzo dobre. Niektórzy słuchają Dody, inni Jana Sebastiana Bacha. Ojciec Adam Szustak jest taką religijną Dodą. Treści i forma, jaką wybrał, oparte są na tanich chwytach.

Sprawdź, o czym piszemy
w najnowszym numerze

Okładka

JEST LUKA

Podczas spotkania z wiernymi na pytanie zadane przez młodzież, co zrobić z mszami, które trudno przeżyć, o. Adam Szustak odpowiedział: „Jeżeli kazanie jest tak nudne, że chce ci się spać, to – mówię teraz zupełnie poważnie – śpij człowieku, a najlepiej jeszcze w pierwszej ławce. Pokaż człowiekowi, że tak ględzi, że przytomność tracisz!”.

Ta wypowiedź podsumowuje to, w czym właściwie tkwi źródło jego sukcesu. Zaczął wyrastać na kaznodzieję celebrytę z powodu problemów polskiego Kościoła – z głoszeniem homilii, moralizowaniem przez księży, słabym warsztatem kaznodziejskim wielu duchownych.
Ponadto nie boi się trudnych tematów, jak wówczas, gdy w habicie wybrał się na film „Kler”, a później w swoim vlogu przyznał, że wszystkie rzeczy, które zostały w nim pokazane, są prawdziwe, ale nie ukazuje on całej prawdy o Kościele. „Nie jest to film genialny, ale dobry. Nie wyrządzi on więcej szkody, niż Kościół już ma porobione” – mówił o. Szustak na YouTube.

Dominikanin nie unika też drażliwych kwestii, np. onanizmu czy seksu. Mówił m.in., że można „z seksualności zrobić upojenie i ucztę, do której zaprasza nas sam Pan Bóg”. Radzi młodym, jakim tekstem poderwać osobę, którą się interesujemy; jak dogadać się w związku; dlaczego mężczyźni wolą zołzy...

Beata Mosór-Szyszka z agencji Project: People zauważa też, że swoimi vlogami Szustak wypełnia lukę na rynku po innych religijnych autorytetach – np. o. Knabicie, ks. Tischnerze czy ks. Pawlukiewiczu, którzy próbowali pokazać ludzkie oblicze Kościoła. – Robi to doskonale, nie zachowując się w sposób stereotypowy dla duchownych i tłumacząc nauki Kościoła na język bliższy nowoczesnemu odbiorcy. Jego popularność rośnie, ale nie można go uznać za topowego polskiego youtubera. Top 20 vlogów w Polsce nie schodzi poniżej miliona subskrypcji, podczas gdy główny kanał na YouTube ojca Szustaka ma ich niespełna 400 tysięcy, a pozostałe kanały po kilkadziesiąt tysięcy. Daleko mu jeszcze również do amerykańskich kaznodziejów z własnymi portalami wideo – ocenia Mosór-Szyszka.

Piotr Zieliński

Pozostałe tematy weekendowe

Marka WOŚP silna i odporna na hejt
Polskie seriale, które mogą podbić serca widzów
* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter

PODOBNE ARTYKUŁY

Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Styczeń 18, 2019

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Liczy się show

Mają po kilkanaście lat. Oglądają telewizję, jednak równie dobrze mogliby się bez niej obyć. Facebook to dla nich obciach (screen YouTube/Top Best TikTok)

O platformie, na której dzieciaki udające śpiewające gwiazdy same stały się gwiazdami. Udostępniamy tekst z magazynu "Press" (nr 11-12/2018).

Lena Moooonlight! Karol Pieszkoooo! Kamiiil Owczareeek!” – krzyczy prowadzący, a wywołani jeden po drugim wskakują na scenę. Dżinsy, sportowe buty, tu czarny T-shirt, tam bluza z kapturem. Nastolatkowie jakich tysiące. A jednak pojawieniu się każdego z nich towarzyszy ogłuszający pisk zgromadzonych za czerwoną taśmą rówieśników.

W takiej atmosferze przebiegała jedna z dziewięciu Wielkich Bitew Muserów, które na początku tego roku zorganizowane zostały w centrach handlowych M1. Filmik z wydarzenia nagrał i wrzucił na YouTube niejaki Kosmiczny – też muser.

Muser, czyli twórca z platformy Musical.ly, od sierpnia noszącej nazwę TikTok. Stała się ona jednym z symboli generacji Z – pokolenia ludzi urodzonych po 2000 roku. A zarazem chyba największym internetowym fenomenem ostatnich miesięcy.

LIPSYNC, CZYLI MILIONY

Mają po kilkanaście lat. Oglądają telewizję, jednak równie dobrze mogliby się bez niej obyć. Facebook to dla nich obciach. – Tam aktywni są ich rodzice – tłumaczy Krzysztof Budzyński z agencji Hash.fm, która przygotowała raport o aplikacji Musical.ly i jej użytkownikach (ukazał się w czerwcu). Można ich znaleźć na YouTube, lubią Instagram, ale to cały czas nie ich świat. Dominik Rupiński, jeden z najbardziej znanych polskich muserów, od kilku miesięcy zwanych tiktokerami: – Bardzo lubię taniec. Chciałem zaistnieć na YouTube, a na Musical.ly trafiłem dzięki filmowi jednej z amerykańskich youtuberek. Przekonywała, że aplikacja może pomóc w rozwoju własnego kanału. Założyłem profil i to był strzał w dziesiątkę. Liczba śledzących zaczęła rosnąć praktycznie z dnia na dzień. Dziś ludzie kojarzą mnie przede wszystkim z Musical.ly. – Dzisiejsi nastolatkowie żyją w kulturze selfie, a Musical.ly czy teraz TikTok doskonale zaspokaja tę potrzebę. Platforma opiera się na krótkich filmikach z użytkownikiem w roli głównej. Aby je nakręcić, obrobić i wysłać na profil, wystarczy telefon – wyjaśnia Krzysztof Budzyński. Próg wejścia na platformę jest więc bardzo niski, w dodatku wszystko toczy się na niej w zawrotnym tempie. Z raportu Hash.fm wynika, że topowy polski muser wrzuca na profil od 5 do 14 filmów tygodniowo. Typowa produkcja?

Uśmiechnięty blondyn siedzi w wannie po brzegi wypełnionej kawałkami gąbki. Obrzuca się nimi, a jednocześnie otwiera usta do słów piosenki grupy Clean Bandit, która ilustruje filmik. To właśnie Dominik Rupiński. Długowłosa dziewczynka udaje, że śpiewa popularny wśród nastolatków przebój Annie LeBlanc pt. „Ordinary Girl”. Dynamicznie zmontowany filmik sprawia, że co chwilę widzimy ją w innych ujęciach: siedzi za biurkiem, wraz kamerą przewraca się na łóżko, po chwili jej głowa zwisa ku podłodze. To Kinga Sawczuk, zwana też Kompleksiarą. Nastoletnie bliźniaczki prezentują układ taneczny do hitu Meghan Trainor pt. „Can’t Dance”. Oczywiście markują śpiew. Nagranie zostało zmontowane tak, by widz odniósł wrażenie, że dziewczyny poruszają się w nienaturalnie szybkim tempie. To z kolei gwiazdy światowego formatu – Niemki Lisa i Lena.

Opisane filmy to przykład formatu lip-sync, jednego ze znaków firmowych Musical.ly. Na pierwszy rzut oka może i nie wygląda to poważnie. Ot, niezbyt wyszukana zabawa dzieciaków. Ale przyjrzyjmy się liczbom. Dominik Rupiński do tej pory zgromadził wokół swojego profilu 1,7 mln fanów. Kompleksiara ma ich 4,2 mln. Jest bardzo blisko światowego topu, gdzie mocno usadowiły się wspomniane bliźniaczki z Niemiec. Ich profil śledzi blisko 30 mln osób.

To musi robić wrażenie, większe nawet niż tłumek nastolatków piszczących pod sceną w centrum handlowym. Zwłaszcza na szefach marketingu firm, które nieustannie szukają nowych platform, by zareklamować swoje produkty.

CHIŃSKI PATENT

Zaczęło się niepozornie. W 2014 roku Chińczyk Alex Zhu postanowił stworzyć platformę edukacyjną o nazwie Cicada. Zakładał, że zbuduje społeczność ciekawych świata użytkowników, którzy poprzez krótkie filmiki będą się dzielili swoją wiedzą z innymi. Pomysł jednak nie wypalił. Zhu postanowił więc przeznaczyć resztę zebranych pieniędzy na stworzenie aplikacji czysto rozrywkowej. Tak powstało Musical.ly. – Idea była niezwykle prosta. Ludzie powyżej trzynastego roku życia zakładają profil i tworzą filmy, których długość waha się zwykle od piętnastu sekund do minuty – wyjaśnia Krzysztof Budzyński. Blisko 90 proc. produkcji to tzw. lip-sync, czyli opisana powyżej specyficzna forma playbacku. Użytkownik pobiera utwór, najczęściej przebój muzyki pop, ze stanowiącego część aplikacji banku, po czym tworzy miniteledysk z własnym udziałem. Nazywa się on musicalem. Zamieszczony na profilu filmik zbiera od innych użytkowników polubienia w formie serduszek. Można go też łatwo udostępnić, czyli wyszerować na innych platformach, takich jak Instagram, Twitter czy WhatsApp. A jak czytamy w raporcie przygotowanym przez Hash.fm: „udostępnianie gotowych musicali zarówno poza, jak i wewnątrz platformy podbija materiał w algorytmach i eksponuje szerszej publiczności”. Dzieło Aleksa Zhu czasem bywa nazywane młodszym krewnym YouTube. Ale jak przekonują eksperci, to fundamentalny błąd. – Mamy do czynienia z dwoma całkowicie różnymi formatami. I nie chodzi nawet o różnicę podstawową: długość produkcji wideo i miejsce, które zajmuje w nich słowo. Inny jest sposób, w jaki zamieszczone tam treści są konsumowane. Na YouTube użytkownicy najczęściej wchodzą z myślą o konkretnym filmie. W Musical.ly wybór podpowiadała sama aplikacja – wyjaśnia Bartłomiej Sibiga, właściciel firmy DDOB, która stworzyła platformę wspierającą twórców aktywnych w mediach społecznościowych.

„Podpowiadała”, bo w sierpniu tego roku Musical.ly formalnie przestało istnieć. Kilka miesięcy wcześniej platforma została wykupiona przez chińskiego giganta firmę ByteDance, która zapłaciła za nią ok. 1 mld dol. Następnym krokiem było połączenie Musical.ly z podobną platformą o nazwie TikTok. – Użytkownicy zyskali na tej zmianie nowe funkcjonalności, jak news feed [czyli miejsce, gdzie wyświetlają się spersonalizowane treści; przypomina nieco tablicę na Facebooku – przyp. ŁZ] czy nowe efekty działające jako nakładki na nagrywane treści – wylicza Tobiasz Wybraniec, prezes agencji GetHero, która zajmuje się influencer marketingiem. Ale jest jeszcze coś. – Rebranding marki ma nieco zmienić jej wizerunek. Nazwałbym to próbą „postarzenia” użytkowników. Właściciele platformy chcą, by kojarzyła się ona już nie tylko z lip-sync, ale też innym kontentem, na przykład profilami poświęconymi modzie czy vlogami – uważa Bartłomiej Sibiga.

Po fuzji społeczność TikToka i Musical.ly liczy już 600 mln osób. To znacznie więcej niż Twitter czy Snapchat (według danych serwisu Statista.com z lipca br. miały one odpowiednio 336 mln i 255 mln użytkowników). Do Facebooka z 2,2 mld czy YouTube z blisko 2 mld użytkowników mu jeszcze daleko, ale już Instagram, z którego korzysta 1 mld osób, wydaje się być w jego zasięgu. ByteDance rzucił więc wyzwanie amerykańskim gigantom. A stawką są miliardy dolarów płynące z kieszeni reklamodawców.

BITWA BEZ AGRESJI

Część z nich popłynie oczywiście do kieszeni twórców. Na razie możliwości monetyzacji zamieszczanych w TikToku treści są jeszcze niewielkie. Pomaga w tym narzędzie Live.ly służące do transmitowania treści na żywo. – Podczas transmisji widzowie mogą wynagradzać twórców specjalnymi monetami. Kupuje się je wewnątrz aplikacji za pomocą podpiętej do niej karty kredytowej albo też zdobywa, oglądając reklamę. Muserzy sumują monety otrzymane w formie prezentów i wymieniają je na pieniądze – wyjaśnia Krzysztof Budzyński. Jak wynika z raportu Hash.fm, za 10 tys. wirtualnych monet trzeba zapłacić 479,99 zł. Muser/tiktoker, wymieniając je na realne pieniądze, może otrzymać ok. 155 zł.

Znacznie bardziej intratna jest jednak bezpośrednia współpraca z markami. Wielu czołowych tiktokerów zdążyło już trafić pod skrzydła agencji wyspecjalizowanych w influencer marketingu, a te przekonują firmy, że warto na nich postawić. – Sytuacja rozwija się niezwykle dynamicznie – mówi Bartłomiej Sibiga z DDOB. – W ubiegłym roku mieliśmy niewielkie lokowania produktu. Teraz z tiktokerami zaczynają współpracować największe marki – podkreśla. Ale nie tylko one.

Kilka miesięcy temu głośno stało się o zainicjowanej przez rzecznika praw dziecka kampanii pod hasłem „Powiedzmy STOP szkolnej agresji”. Do udziału w niej zaproszonych zostało 10 popularnych twórców z funkcjonującej jeszcze wówczas samodzielnie platformy Musical.ly. – To było przedsięwzięcie nowatorskie, ale doszliśmy do wniosku, że aby dotrzeć do dzieci, należy mówić ich językiem. A Musical.ly to przecież ich świat – wspomina Rafał Kątny z biura prasowego RPD. Zadanie muserów polegało na stworzeniu krótkiego filmiku opatrzonego hashtagiem #StopSzkolnejAgresji. Z wyliczeń agencji Hash.fm, która przygotowała kampanię, wynika, że posty wygenerowały łącznie 1,7 mln wyświetleń, 340 tys. polubień i 6,4 tys. komentarzy. Mało tego, zachęceni przykładem idoli inni użytkownicy zaczęli tworzyć swoje filmy z tagiem akcji. W sumie na Musical.ly pojawiło się 15 tys. związanych z kampanią publikacji, które zostały obejrzane przeszło 10 mln razy. – Kampania kosztowała nas nieco ponad 20 tysięcy złotych – przyznaje Kątny. – Zakończyła się sukcesem, bo skorzystaliśmy na efekcie pierwszeństwa, świeżości – dodaje.

O efekcie świeżości mówi też Urszula Porębska, dyrektor marketingu spółki Metro Properties, zarządzającej siecią centrów handlowych M1. – Zaprosiliśmy muserów do naszych centrów, ponieważ założyliśmy, że młodzi ludzie mimo wszystko mają dużą potrzebę spotkania ze swoimi idolami twarzą w twarz. Po pierwszych spotkaniach touru zaczęły przychodzić do nas maile z pytaniem: „Kiedy będziecie w naszym mieście?” – wspomina. Kampania miała też część internetową. – Podczas spotkań muserzy tworzyli swoje teamy, z którymi nagrywali publikowane potem w sieci teledyski – tłumaczy Porębska i dodaje: – Musical.ly, a teraz TikTok stwarza ogromną możliwość dotarcia do młodych ludzi, a to dla nas kwestia kluczowa. Z badań wynika, że nastolatki mają duży wpływ na podejmowane w gospodarstwach domowych decyzje zakupowe. Poza tym warto zawczasu zacząć budowanie relacji z marką. Choć M1 podobnej kampanii raczej w najbliższym czasie nie powtórzy, to nadal interesuje się młodymi twórcami TikToka. – W tym roku zamierzamy zorganizować spotkanie z tiktokerami w Częstochowie – zapowiada Porębska.

Podobne przykłady można by mnożyć. Hash.fm oraz Chupa Chups mają na koncie ogólnopolską kampanię Tropical Island z udziałem sześciu czołowych muserów. Prezentowali oni na swoich profilach najnowsze lizaki 3D i zachęcali do udziału w konkursie, w którym nagrodą był wyjazd do parku rozrywki za granicę w gronie rodziny lub znajomych. DDOB oraz zaangażowani przez firmę tiktokerzy współpracują z potentatem produkującym zabawki. Akcje marketingowe z udziałem twórców z TikToka realizowała również agencja GetHero. – Pracowaliśmy między innymi dla Coca-Coli i Garniera – informuje Tobiasz Wybraniec. – Celem pierwszej z akcji było wsparcie promocji pod hasłem #WOWmoment. 18 influencerów prezentowało niezwykłe momenty swojego życia, w których obecne są produkty marki. W przypadku Garniera wraz z dziewięcioma twórcami zorganizowaliśmy „Czysty Squad”, czyli kampanię promującą wśród młodych ludzi higienę skóry – wylicza prezes GetHero.

Tymczasem wszystko wskazuje, że to dopiero początek.

CELEBRYCI WŚRÓD NASTOLATKÓW

– Na razie firmy bacznie przyglądają się nowej platformie i jej możliwościom. Są wśród nich takie, które założyły już własne profile lub rozpoczęły wstępną współpracę z tiktokerami. Wiele z nich jednak nadal nawet nie wie o istnieniu nowego kanału dotarcia. TikTok to medium osadzone wśród nastolatków i wiele osób ma problem ze zrozumieniem tego świata. Z drugiej strony współpraca z markami na TikToku stanowi nowość również dla tiktokerów. Muszą do tego dojrzeć, poznać specyfikę tego rodzaju przedsięwzięć i nauczyć się wyceniać swoją pracę i zasięgi – wyjaśnia Kamil Bolek, CMO w agencji LifeTube, która zrzesza youtuberów i zajmuje się współpracą z influencerami. Jak przyznaje Bartłomiej Sibiga z DDOB, mniejsi tiktokerzy są jeszcze gotowi pracować za produkty oferowane przez firmy. Więksi biorą pieniądze – zwykle nie tak duże, jak w przypadku gwiazd YouTube, ale jednak całkiem niezłe. Zwłaszcza jeśli zważyć, że większość z nich to jeszcze nastolatki. – Możemy mówić nawet o dziesiątkach tysięcy złotych, choć to raczej te „mniejsze” dziesiątki – zaznacza Sibiga. Ale pamiętając o tempie, w jakim rozwija się TikTok, wypada pewnie dodać „na razie”.

Jaka przyszłość czeka platformę? TikTokiem interesuje się coraz więcej twórców kojarzonych dotąd raczej z YouTube. Swoje profile mają tam Stuu, Blowek, Magic of Y czy JDabrowski. – Ciekawym przykładem są także celebryci znani ze sceny muzycznej, którzy budują swoją sieć, na przykład Cleo, Zuza Jabłońska czy Roksana Węgiel – zauważa Tobiasz Wybraniec z GetHero. Popularne wśród młodzieży zagraniczne gwiazdy wykorzystują platformę do promocji swoich nowych utworów. Taką drogą poszły na przykład Selena Gomez, Ariana Grande czy Demi Lovato. „Wiele piosenek zostaje tu hitem wcześniej, niż zostaną odkryte na listach w radiu, Spotify czy YouTube” – czytamy w raporcie Hash.fm. Jego autorzy dodają też, że w USA kilka dużych wytwórni płaci muserom za regularne nagrywanie musicali do piosenek z ich zasobów. – Mimo bardzo dynamicznie rosnącej popularności nie spodziewam się, by TikTok radykalnie wyszedł poza grupę nastolatków. Co najwyżej obecni użytkownicy pozostaną mu wierni i razem z nim się zestarzeją. Na pewno jednak w TikToka będą się angażować kolejni młodzi twórcy i setki tysięcy nastoletnich odbiorców – przewiduje Kamil Bolek.

Tymczasem w przyszłym roku platformę czekają kolejne duże zmiany. Trwają prace związane z jej komercjalizacją. Właściciel zaoferuje reklamodawcom nowe możliwości. W uproszczeniu: z poziomu aplikacji jednym kliknięciem będzie można kupić lokowany produkt – tłumaczy Bartłomiej Sibiga.

– To przykład zupełnie nowego sposobu myślenia o mediach społecznościowych: zamiast niepomijalnych reklam bezpośredni e-commerce – dodaje.

Tymczasem jedna z gwiazd TikToka, Dominik Rupiński, przyznaje, że do zmian podchodzi z mieszanymi uczuciami. – Platforma powoli staje się takim YouTube, tyle że z krótszymi filmami, co nie do końca mi się podoba. Z drugiej strony, bardzo się cieszę, że nasze filmiki zaczynają być promowane poza Polską. Ponieważ operujemy przede wszystkim muzyką i obrazem, giną wszelkie bariery językowe. Można dotrzeć do naprawdę wielkiego grona ludzi – podkreśla i dodaje: – Kiedy rozpoczynałem swoją przygodę z Musical.ly, nie myślałem, że mógłbym się z tego utrzymywać. A teraz na wszystkie swoje aktywności w sieci poświęcam cały dzień. Mam na koncie współpracę z kilkoma znanymi firmami, ale chciałbym się nadal rozwijać, na przykład zrealizować kilka pomysłów na swoje produkty.

Taką właśnie drogą podążają już nastoletnie gwiazdy TikToka, które zdążyły się już dorobić światowej renomy. Lisa i Lena stworzyły własną linię ubrań, zaś Baby Ariel z USA swoim nazwiskiem firmuje kosmetyki.

Sprawdź, o czym piszemy
w najnowszym numerze

Okładka

Łukasz Zalesiński

Pozostałe tematy weekendowe

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter
Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.