Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Listopad 09, 2018

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Maciej Orłoś: Nie zrobię "Teleexpressu" na YouTube

Maciej Orłoś (fot. Monika Szałek)

Z Maciejem Orłosiem, byłym prowadzącym "Teleexpress" w TVP 1 i byłym gospodarzem programów w Telewizji WP rozmawia Paweł Dembowski.

I po co Panu ten kanał na YouTube?

W moim życiu nastąpiły zmiany. Jestem poza telewizją i stwierdziłem, że warto spróbować czegoś nowego. Ja i kilkoro współpracowników zaczęliśmy od programów na żywo na Facebooku, a potem weszliśmy w YouTube, żeby spróbować sił w zupełnie nowym obszarze i nowej formule. Szukamy odpowiedniego kierunku, takiego, który sprawi, że to, o czym mówię w tym kanale, będzie z jak największą korzyścią dla osób, które te filmy oglądają. Trochę się dzielę doświadczeniami, trochę rozmawiam z zaproszonymi gośćmi, trochę też mówię o wystąpieniach publicznych. Może jeszcze pojawi się jakiś inny pomysł.

Nie widzi się Pan już w telewizji?

Ja to widzę w ten sposób: przez 25 lat byłem obecny w największej telewizji w Polsce i w jednym z najchętniej oglądanych programów. Obliczyłem, że poprowadziłem około czterech tysięcy wydań „Teleexpressu”. Mam swoją markę, ludzie mnie kojarzą z tym właśnie programem. W którymś momencie doszedłem do przekonania, że co miałem zrobić w telewizji, to zrobiłem. Jeśli miałbym dziś coś robić w telewizji, to niech to będzie coś takiego, do czego pasuję, co mi sprawi przyjemność i będzie też ważne dla moich odbiorców.

Na razie wyniki Pana kanału na YouTube, który niedawno Pan uruchomił nie powalają – 5,5 tysięcy subskrypcji, większość odcinków ma po około 3-4 tysiące wyświetleń. Średnio popularny youtuber Danny Ferreri ma ponad 500 tysięcy subskrypcji, a Stuu – ponad 3 miliony.

Mój kanał wystartował na początku września, więc jest to sam początek drogi. Na razie najlepiej ogląda się rozmowa z Karolem Paciorkiem – film ma ok. 10 tysięcy wyświetleń. Ja nie mam żadnych złudzeń i wcale nie myślałem o tym, że natychmiast osiągnę wynik porównywalny z tymi, którzy od lat działają na YouTube. To ciężka praca, szukanie swojej drogi i wypracowywanie zasięgu. To musi potrwać.

Wcześniej podglądał Pan, co i jak robią znani youtuberzy?

Oglądałem, co robi Karol Paciorek, oglądałem też G.F. Darwin, Ajgor Ignacy czy kanał Radka Koterskiego. Patrzyłem też na to, co robi Czarek Pazura, bo on jest mi bliższy pokoleniowo i ma całkiem niezłe wyniki na YouTube. Na ogół, kiedy rozmawiam z ludźmi od YouTube o mojej obecności na tej platformie, natychmiast pojawia się nazwisko Pazura. To pokazuje, że mimo wieku i innych doświadczeń, osiągnięcie solidnych zasięgów jest możliwe. Tylko trzeba znaleźć klucz, żeby w końcu „kliknęło”. To „kliknięcie” widzę na Instagramie, który też jest dla mnie jest nowym medium. Wszystko wymaga czasu, cierpliwości, ale i umiejętności.

Jest jakiś youtuber, który się Panu szczególnie spodobał, na którym się Pan wzoruje?

Powiem szczerze, że to nie ma żadnego znaczenia. Nie muszę oglądać systematycznie konkretnych kanałów, bo ja i tak muszę mieć swoje pomysły i robić swoje. Reszta to kwestia formalna, na przykład, ile te filmy mają trwać, jakie tło jest potrzebne, jakie oświetlenie. Ale przede wszystkim muszę wiedzieć, czym się różni mówienie do widza telewizyjnego od mówienia do użytkownika YouTube. Cóż, trzeba się przeformatować. Ale nie mogę też przestać być Maciejem Orłosiem, bo to byłoby kompletnie bez sensu. Muszę pozostać Maciejem Orłosiem, który używa języka YouTube. To wcale nie oznacza, że próbuję za wszelką cenę podlizać się nastolatkom. Nasze produkcje oglądają osoby w grupach 24-35 lat i 36-45, co mi osobiście odpowiada. Istnieje pytanie, na które nie znam odpowiedzi: jaka jest zbieżność tej widowni, która mnie zna z telewizji z osobami, które mnie dopiero poznały.

Wielu użytkowników Youtube może nawet dobrze Pana nie kojarzyć, bo oni nie oglądają telewizji.

Dlatego nie próbuję mówić do najmłodszego pokolenia. Jednak różni ludzie korzystają z YouTube. Nie mam oczywiście żadnych złudzeń i wiem, że moja telewizyjna popularność nie przekłada się na oglądalność na YouTube.

Zauważyłem, że na razie Pana pomysł na YouTube jest taki: stoi pan przed kamerą i mówi głównie o sobie przez 15-20 minut. Kogo to ma zainteresować?

Ludzie lubią słuchać historii osób, które mają jakieś doświadczenia.

Tylko, że taki model sprawdza się jako podcast. Tu mamy do czynienia z medium, gdzie ważny jest też obraz, najlepiej dynamiczny.

Może ma Pan rację i równie dobrze to mógłby być podcast. Ale chyba nie w każdym materiale wideo w warstwie wizualnej cały czas musi być dynamiczna akcja. Oprócz tego, o czym Pan mówi, mam w kanale też materiały poradnikowe o tym, jak radzić sobie w trakcie wystąpień publicznych. Na razie najbardziej odpowiada mi formuła rozmów z ludźmi. Lubię rozmawiać i lubię wchodzić w interakcję. Jak jest dobry rozmówca, to się to ogląda. Może ta rozmowa z Karolem Paciorkiem, która ma rekordową oglądalność, jest jakąś podpowiedzią, w którą stronę iść.

Twórcy internetowi realizują pomysły, które nie mogłyby się pojawić w telewizji i bawią się swoimi materiałami. Tym przyciągają nowych widzów.

Być może kiedyś sam do tego dojdę. Ale są też youtuberzy, którzy – podobnie jak ja – prowadzą wywiady, albo tylko stoją przed kamerą i coś mówią. Społeczność YouTube jest tak szeroka, że każdy znajdzie coś dla siebie. Ostatnio pojawiła się jakaś dziewczynka, która opowiada o zabawkach i ma milion subskrypcji. Jak mówiłem, wszystko wymaga czasu i prób szukania swojej drogi.

„Teleexpress”, gdy Pan go prowadził, oglądało średnio około czterech milionów widzów. Myśli Pan, że kiedyś zbliży się do tego wyniku na YouTube?

To są zupełnie inne czasy. „Teleexpress” i w ogóle telewizja rządziła na rynku. Jest takie narzędzie, które pozwala przewidzieć, ile dany kanał na YouTube będzie miał subskrypcji za kilka lat, na podstawie obecnej dynamiki zmian w tym kanale. Jeśli dobrze pamiętam, to w moim przypadku wyszło, że za dwa lata osiągnę kilkaset tysięcy subskrypcji. Sam byłem tym zaskoczony. I chciałbym wierzyć, że tak będzie.

Wielu ludzi telewizji próbowało szczęścia na Youtube jednak tak naprawdę mało komu udało się odnieść większy sukces. Jak Pan myśli, dlaczego?

To jest inna widownia i inna konwencja. W przeciwieństwie do telewizji, na YouTube inaczej się myśli o programie i inaczej mówi się do widza. Jeśli ktoś prowadzi program w telewizji, to na ogół ma wsparcie bardzo wielu osób. Gdy człowiek jest sam lub z bardzo niewielką ekipą w prywatnym miejscu, to jest w zupełnie innej sytuacji. Pytanie brzmi, na ile jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić, wejść w nową konwencję, zrozumieć, że to jest coś innego. Ja to traktuję jako przygodę, nie myślę o tym w kategoriach komercyjnych. W ogóle nie o to tutaj chodzi. Choć na przykład Tomek Kammel nieźle sobie radzi, podobnie jak Czarek Pazura.

Jest taka propozycja, która pojawia się w komentarzach pod filmami: „Teleexpress” na YouTube. Podsumowanie tygodnia w luźnej formie. Przyjęłoby się?

Nigdy nie zrobię „Teleexpressu” na YouTube w skali jeden do jednego, czyli codziennego programu informacyjnego, bo tego samemu nie da się zrobić. Muszę do tego podejść z przymrużeniem oka. Ale to jest jakiś pomysł i dziękuję widzom za wzmocnienie tego kierunku.

To co pan jeszcze pokaże w swojej youtubowej odsłonie?

Jesteśmy właśnie w trakcie nagrań. Jest trochę wspominek z mojej pracy w telewizji, nagraliśmy kolejną rozmowę z youtuberem, tym razem z psychologiem Andrzejem Tucholskim oraz kolejny odcinek porad dla ludzi, którzy muszą występować publicznie, ale sobie z tym nie radzą. No i kto wie, może pójdziemy w kierunku „Teleexpressu” w internecie.

Maciej Orłoś (ur. w 1960 roku) w latach 1991-2016 prowadził program informacyjny „Teleexpress” w TVP 1. Po odejściu z TVP trafił do Telewizji WP, gdzie do lipca 2018 roku był gospodarzem programów m.in. „Dzieje się 16.50“, „Dzień dobry WP“, „Infoteka“. W 2011 roku otrzymał SuperWiktora za całokształt pracy. Na początku września uruchomił autorski kanał na YouTube „Maciej Orłoś przedstawia”.

Paweł Dembowski

Pozostałe tematy weekendowe

Jakub Górnicki z Outride.rs poleca ulubione apki
Michał Rutkowski z Gazeta.pl poleca ulubione apki
Beata Tadla: w programie "24 godziny" nie baliśmy się emocji
* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Temat: na weekend

Dział:

Dodano: Listopad 09, 2018

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Beata Tadla: w programie "24 godziny" nie baliśmy się emocji

Beata Tadla (fot. materiały prasowe)

- Postanowiliśmy, że nie będziemy bać się emocji na wizji - opowiada Beata Tadla, jedna z prowadzących serwis informacyjny ”24 godziny” w Nowej TV. Nadawca podjął decyzję o likwidacji programu. Ostatnie wydanie zostanie wyemitowane 30 listopada.

Grupa ZPR Media pod koniec października poinformowała, że powodem zamknięcia ”24 godzin” są "względy biznesowe, wynikające ze słabego dotarcia platformy naziemnej MUX 8, które uniemożliwiło zbudowanie widowni 24 godzin na poziomie zapewniającym rentowność programu”. 

Spółka podała, że Nowa TV rozstaje się z zespołem tworzącym program. Według naszych informacji zespół redakcyjny tworzyło ok. 30 osób, głównie zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych i własnej działalności gospodarczej. 

- Mimo że to dobry serwis, doskonale robiony przez fantastycznych ludzi, projekt biznesowo się nie spinał, biorąc pod uwagę zasięg multipleksu - mówi Zbigniew Benbenek, przewodniczący rady nadzorczej Grupy ZPR Media. - Pieniądze będziemy przeznaczać na zakupy i wzmacnianie innych pozycji - zapowiada.

"24 godziny" zadebiutowały wraz ze startem Nowej TV na początku listopada 2016 roku. W zespole programu znalazło się wielu dziennikarzy, który pracowali wcześniej w Telewizji Polskiej, a musieli z niej odejść, gdy zmieniły się władze TVP. Do Nowej TV trafili m.in. Beata Tadla, Marek Czyż, Adam Feder, Magdalena Karpińska, Jarosław Kulczycki, Grzegorz Sajór. 

Beata Tadla: Uznaliśmy, że nie będziemy się bać uśmiechnąć, skomentować, wzruszyć

- To były dwa lata wspaniałej przygody dla naszej redakcji. Redakcji skupiającej wielu dziennikarzy z doświadczeniem w telewizji publicznej, która wiadomo jak nas potraktowała. To był jeden z elementów, który nas jednoczył - opowiada Beata Tadla. - Solidaryzowała nas też chęć robienia programu, który będzie blisko człowieka. Dzięki temu przekonaniu postanowiliśmy, że nie będziemy bać się emocji na wizji - tłumaczy.

Beata Tadla przyznaje, że istnieje społeczne oczekiwanie, by prowadzący programy informacyjne prezentowali newsy z kamienną twarzą i bez pokazywania swojego stosunku do tego, o czym mówią. - My zdecydowaliśmy się ten schemat przełamać. Uznaliśmy, że nie będziemy bać się uśmiechnąć, skomentować, wzruszyć - wyjaśnia Tadla. - Okazało się, że widzowie tego oczekują. Można zrobić milion bardzo poprawnych wydań, odczytać informacje prawidłowo, ale to będzie przezroczyste, nikt tego nie zapamięta. Kiedy pokazuje się prawdziwe emocje, wtedy ludzie reagują żywiołowo, bo stajemy się im bliżsi. Ten tzw. szklany ekran przestaje istnieć - tłumaczy.

Widzowie w mediach społecznościowych nie ukrywali rozgoryczenia informacją o likwidacji programu. ”Jest to najlepszy program informacyjny, na równi z konkurencyjnym Faktami”, ”Oglądałam Was od początku, jesteście wspaniali, wasze wiadomości były merytoryczne, spokojne i wnosiły spore dawkę humoru”, ”Szkoda… jesteście dla mnie jedynym wiarygodnym źródłem informacji” - komentowali internauci na profilu programu na Facebooku.

- Okazuje się, że widzowie przywykli do naszego programu. Włączali Nową TV specjalnie dla nas - komentuje Tadla. - Otrzymywałam również wiele pozytywnych głosów od kolegów z branży, że robiliśmy dobry program, który jest z pogranicza rozrywki i informacji, jest kompletnie inny od reszty - dodaje. 

Beata Tadla przyznaje, że przygotowując "24 godziny", zespół jeszcze nie wiedział, jak będzie dokładnie wyglądać program. -On ewoluował. Wszystko robiliśmy metodą prób i błędów. W końcu doszliśmy do formuły, w której mamy w sobie ogromny spokój, a jednocześnie nie wiemy, co się wydarzy, bo jesteśmy do bólu spontaniczni. A merytorycznie - wszystko jest spójne, pod każdym materiałem możemy się podpisać, nie boimy się mówić, co myślimy i nie mamy problemów ze spoglądaniem sobie w twarz w lustrze- dodaje. 

- Stworzyliśmy program, który był też wyrazem sympatii, jaką darzymy siebie wzajemnie w zespole. Po prostu po ludzku się przyjaźnimy, a to przekłada się na wszystko, co potem dzieje się na antenie - kwituje Tadla.

Kanał Nowa TV miał we wrześniu 0,32 proc. udziału w rynku, a w grupie komercyjnej - 0,27 proc. Szef telewizji muzycznej Stars.tv Mariusz Wójcicki podał na Twitterze 11 października, że średnia oglądalność ”24 godzin” w Nowej TV w październiku to 42 tys. widzów. W sobotę 3 listopada program zanotował rekordowe wyniki - przyciągnął do Nowej TV 163 tys. widzów.

(KOZ, 09.11.2018)

Pozostałe tematy weekendowe

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo