Table 'forum.przeglad_blogow' doesn't existTable 'forum.przeglad_blogow' doesn't exist Press: Anna Politkowska - Będę opisywać trupy
media reklama
26.01.2020 niedziela
Press
PresserwisPrenumerataKsięgarniaReklamaKontakt
Anna Politkowska
A A A Drukuj Wyślij
Będę opisywać trupy
Rozmowa z Anną Politkowską, zdaniem „Time’a”, „Bohaterką Europy”, jedyna rosyjską dziennikarką szukającą prawdy o wojnie w Czeczenii.

Jak długo starczy Pani jeszcze siły?
Tego nikt nie wie. Wojna nauczyła mnie nie zaglądać daleko w przyszłość. Nie wolno tego robić! Wcześniej zawsze bardzo szczegółowo planowałam swoje życie, tym się wyróżniałam wśród znajomych. Teraz nie planuję niczego.
Gdyby nie Pani, nie poznalibyśmy prawdy o wojnie w Czeczenii?
Są przecież dziennikarze, którzy o tym piszą. Również korespondenci zagraniczni – jest ich mało, ale są. Tylko że tak głęboko, jak Pani, żaden w tę wojnę nie wszedł. Z tym się mogę zgodzić. Nie jestem korespondentem wojennym, nie zajmuję się sprawami armii, ale tak wyszło.
Jak to: wyszło?
Absolutnie przypadkowo. Między pierwszą i drugą wojną czeczeńską dużo pisałam o uchodźcach. W Rosji jest ich kilka milionów – to skrajnie pokrzywdzeni ludzie. Kiedy zaczęła się druga wojna czeczeńska, w Dagestanie pojawiła się masa uchodźców, których nie było gdzie rozmieścić. Redakcja wysłała mnie, ponieważ znałam temat. Zaczęłam pisać z Dagestanu, a później z Czeczenii, gdy wybuchła wojna. Żeby na Kaukazie bezpiecznie pracować, trzeba mieć świetne kontakty. Po wielu wyjazdach w tamte rejony okazało się, że mam ich więcej niż którykolwiek inny dziennikarz. Wsparcie i pomoc proponowali mi ludzie, o których pisałam, i ich krewni. Osobistych kontaktów nie można przekazać innemu dziennikarzowi. Dlatego redakcja stwierdziła, że opłaca się mnie wysyłać. Im więcej pozyskiwałam kontaktów, tym bardziej byłam narażona na niebezpieczeństwo, ale jednocześnie rosła moja pozycja. Wiele razy dyskutowaliśmy z redaktorem naczelnym, czy nie skierować do Czeczenii nowego człowieka – zdecydowaliśmy, że na razie nie. Zresztą jakoś nie ma chętnych. Jeden z naszych dziennikarzy pojechał tam i pękł. Wrócił tak zszokowany, że nie mógł kontynuować pracy.
A Pani jest z żelaza?
Nie, jestem wytrenowana. Jak sportsmen, który po każdej serii treningów pokonuje coraz wyższą poprzeczkę. Wiem, dokąd i jak iść. Nie ruszę się z Moskwy, jeśli nie mam przygotowanego wyjazdu. Jeżeli nie wiem dokładnie, dzień po dniu, gdzie będę nocować, na kogo mogę liczyć w tej czy innej wiosce. Przestrzegam tego rzeczywiście z żelazną konsekwencją.
Jak Pani pokonuje rosyjskie posterunki w drodze z Inguszetii do Czeczenii?
Omijam posterunek „Kaukaz” (na trasie Rostów–Baku), rozdzielający Czeczenię i Inguszetię. Miałam na nim wiele konfliktów. Ma cztery warstwy, kolejne służby stoją jedna za drugą. Jadę bocznymi drogami, gdzie są tylko inguskie posterunki.
A w Czeczenii, jak Pani się porusza?
Są pewne proste sposoby. Nie wolno siedzieć na przednim fotelu samochodu. Trzeba zdejmować okulary. Jest to dla mnie męczące, lecz czeczeńskie kobiety nie noszą okularów i wyróżniałabym się. Trzeba stale uważać na drogę, gdyż oprócz stałych posterunków, które łatwo ominąć, są jeszcze posterunki ruchome. Jeśli podróżuję mikrobusami, które kursują między wioskami, muszę zdjąć okulary, włożyć chustkę na głowę, zachowywać się cicho i skromnie. A najważniejsze: nie chodzić niepotrzebnie po ulicach, by nie rzucać się w oczy.
A gdy żołnierze na posterunku jednak Panią rozpoznają? Zaczyna się mozolne wyjaśnianie. Trzeba się umieć dogadać. Wszystko zależy od sytuacji – jeśli wojskowy jest trudny, kończy się rozmową z komendantem rejonu. Później pojawiają się służby specjalne i odwożą mnie do głównej bazy wojskowej Chankała pod Groznym. Jeśli zaś żołnierz na posterunku jest ludzki, zaczynam objaśniać, że na przykład jadę z lotniska do Groznego, by w bazie wojskowej Chankała stanąć przed obliczem służby prasowej ministerstwa obrony. Zawsze muszę pamiętać, co jest napisane w delegacji. Trasa tam określona nie może odpowiadać twojej rzeczywistej trasie podróży, żeby nie narażać ludzi, z którymi się spotykasz. Nasza praca w Czeczenii przypomina trochę działalność agenta wywiadu. Na posterunku mówisz, dokąd jedziesz i w jakim celu – ale jedziesz w zupełnie inne miejsce, do innych ludzi. Nie wolno się pomylić. Na przykład, żeby pojechać do Ałchan-Jurtu, musisz mieć wpisane w delegacji, że jedziesz do Urus-Martanu – dlatego że te dwie wioski leżą blisko siebie. Musisz też wiedzieć, jaki jest cel twojej fikcyjnej wizyty w Urus-Martanie. A jeśli chcesz pojechać do Kurczałoj, nie możesz wpisać Urus-Martanu, bo to w zupełnie inną stronę. Łatwo można wpaść.
Mówi Pani jak agent wywiadu. Ale równocześnie jest Pani przeciwna jakimkolwiek fałszywym dokumentom. Oczywiście. Nigdy niczego nie podrabiam. To zwiększa niebezpieczeństwo. A ja muszę zagwarantować bezpieczeństwo nie tylko sobie, ale także ludziom, z którymi się spotykam. Byli ludzie, którzy przekazali mi informacje, a później zginęli.
Zabijano ludzi za to, że rozmawiali z Panią?
Skąd mogę wiedzieć? Przecież tam nikt nie mówi, za co zabija. Wiem, że zginęli wkrótce po spotkaniu ze mną. Żaden z nich nie był członkiem oddziałów partyzanckich, byli cywilami. Wszyscy przeszli obozy filtracyjne, tortury. Przekazywali mi informacje, gdzie ich przetrzymywano, w jakim obozie, jak ich torturowano, o co oskarżano. A teraz ich nie ma...
To były tajne spotkania?
Zawsze był jakiś świadek. Można oczywiście przyjąć, że moi rozmówcy zginęli z innych powodów, lecz myślę, że to się stało również dlatego, iż w imię prawdy przekazywali mi informacje o tym, co się dzieje w Czeczenii.
Czasami pcha się Pani sama wprost do paszczy lwa – do rosyjskiej jednostki wojskowej.
Muszę sprawdzać informacje. Mieszkańcy wioski opowiadają mi o swoich pretensjach do wojskowych, którzy stacjonują na skraju miejscowości – w budynku szkoły czy w starej stodole. Wejść do jednostki, znaczy zostać wpuszczonym za szlaban. Pokazuję żołnierzom swoje dokumenty i mówię, że muszę rozmawiać z dowódcą. Z żołnierzami można normalnie porozmawiać, oni są również pokrzywdzeni w tej wojnie. Gdy spotykam się z dowódcą, od razu objaśniam: „Przyszłam do pana, żeby sprawdzić konkretną informację. To moja praca. Jeśli pan odmówi – pana prawo, ale lepiej będzie, jeśli mi pan opowie, co o tym sądzi”. Zazwyczaj to wyjątkowo ponure historie. Przekonuję: „Jeśli pan odmówi, uznam, że chce pan coś ukryć, czyli jest pan winny. Lepiej pomówmy otwarcie”.
I mówią?
Połowa mówi.
A reszta?
Rozstajemy się jako wrogowie. Bywa, że wyganiają. Zdarza się, że także kolbą karabinu.
Biją?
Nie można powiedzieć, że to bicie, zwłaszcza w porównaniu z tym, jak biją ludzi tam mieszkających. Ale kolbą mogą przyłożyć. Teraz jednak, częściej niż na początku wojny, oficerowie zapraszają mnie do środka, bo są ciekawi rozmowy ze mną.
Cóż ich tak ciekawi?
Jak zakończyć wojnę! Mówią: „Siedzimy w tym gównie i zupełnie nie wiemy, co z tym wszystkim zrobić”. Wielu oficerów widzi brak perspektyw. Tylko że to takie rozmowy „po duszam” – rzadko mają wartość informacyjną. Chociaż czasami oficerowie zaczynają mi ufać i coś powiedzą.
A gdy trafi Pani na takiego, dla którego nie ma gorszego zdrajcy niż Politkowska?
Grożą, że mnie wyślą do Chankały. Objaśniam im wtedy, że niczego oprócz nieprzyjemności nie osiągną. Mówię, że ich poprzednicy, którzy tak zrobili, dostawali nagany, i że za obrazę i krzywdę zawsze odpłacam.
A jak Pani odpłaca?
Jeśli zostanę odesłana do Chankały, wysyłamy z redakcji protest do ministra obrony lub ministra spraw wewnętrznych. „Redaktor naczelny domaga się wyjaśnienia... na jakiej podstawie oficer taki i taki dokonał... itd.”. W końcu oficer, który mnie odesłał do Chankały, dostaje naganę. Nie mają prawa mnie zatrzymać tylko na podstawie przypuszczenia, że jestem szpiegiem Szamila Basajewa. Jeśli tak, niech udowodnią to przed sądem.
Za Chotuni, gdzie rosyjscy oficerowie grozili Pani rozstrzelaniem, gdzie trzymano Panią w sześciometrowej jamie w ziemi pod gołym niebem i straszono salwą z wyrzutni rakietowej – też Pani odpłaciła?
Odpłaciłam. Ludzie, którzy byli w tym oddziale, przez następne kilka miesięcy mieli jedną kontrolę za drugą. Na jakiś czas przestali torturować miejscową ludność, byli zmuszeni zasypać te ogromne, diabelskie dziury, w których przetrzymywano i torturowano mieszkańców okolicznych wsi w oczekiwaniu na okup. Aż wreszcie zostali stamtąd odesłani, a dowódca oddziału musiał zrezygnować ze stanowiska. Jeśli zaś mowa o osobistej rekompensacie – wiosną 2003 roku przyszli do mnie oficerowie z tego pułku, część z nich to moi byli prześladowcy. Mówią: „Mamy trudną sytuację w naszej jednostce. Tutaj w Moskwie wyrzucają nas z pracy, niech nam pani pomoże”. Pytam: „Dlaczego przyszliście właśnie do mnie?”. „Mamy wrażenie, że jest pani sprawiedliwa. Rozumiemy niezręczność sytuacji, ale naprawdę nie mamy do kogo pójść” – mówią. Po latach uzyskałam potwierdzenie, że choć znęcali się nade mną, wiedzieli, kto ma rację. To była dla mnie największa nagroda. Pisałam o nich, próbując im pomóc!
Bywa, że rzuca Pani pracę dziennikarza i pomaga przerzucać ludzi za granicę.
Robię to w skrajnych przypadkach. Wszyscy, których pomogłam ukryć za granicą, to ludzie, o których pisałam, których doskonale znam. W większości to świadkowie przestępstw wojennych. Nie ma dla nich miejsca w Czeczenii – tam zostaliby zabici. Pomagałam im wyjechać, prosząc Human Rights Watch, Amnesty International, a czasami bezpośrednio zwracając się do ministrów spraw zagranicznych i ich zastępców w różnych krajach. Wcześniej czy później ta wojna skończy się swoją Norymbergą. Będzie trybunał, który osądzi zbrodnie wojenne w Czeczenii – i ci ludzie powinni do niego dożyć.
Wyroki śmierci na Panią, aresztowania, oskarżenia o szpiegostwo – to wszystko nie powstrzymuje Pani przed pisaniem o wojnie w Czeczenii. Co może powstrzymać?
Zmęczenie. Wojna trwa już cztery lata i tyle pracuję w Czeczenii. Każda delegacja to opisywanie morderstw. To męczy i wywołuje poczucie bezradności. Decyzje władzy przyczyniają się do tego, że ta wojna się nie kończy. Odkąd umocnił się Achmad Kadyrow (prorosyjski szef czeczeńskiej administracji, obecnie pełniący obowiązki prezydenta Czeczenii – przyp. red.), zaczął się przy nim rozrastać oddział złożony z najbardziej bezwzględnych bandytów. Powróciły dawne historie: uprowadzenia, znęcanie się nad ludźmi. Cały czas jest też zagrożenie ze strony władz Federacji Rosyjskiej: w Czeczenii działają jednostki specjalne GRU i FSB, czyli tzw. szwadrony śmierci. Dlatego wiem, że moja praca w najbliższym czasie będzie polegać głównie na opisywaniu trupów.
Pani też grozi śmierć...
Innych zagrożeń raczej nie biorę pod uwagę. Wszystko rozważam w kategoriach „życie – śmierć”. Rosyjskie społeczeństwo beznamiętnie odnosi się do śmierci, która panuje w Czeczenii. Ja nie potrafię myśleć o tym bez emocji, gdyż wśród zabitych było wielu ludzi, których znałam osobiście i o których pisałam. A tutaj w Moskwie wszyscy emocjonują się „życiem okołokremlowskim”. Nie rozumiem tego. Jest mi to zupełnie obojętne.
Co Pani robi, kiedy grożą, że zabiją?
Nikt nie mówi „zabijemy”. Oni mówią „zlikwidujemy”. Przykład z maja tego roku – przychodzi do mnie człowiek i mówi: „Nasz szef postawił przed nami zadanie: albo ją kupcie, albo zlikwidujcie”. To był jeden z ochroniarzy Kadyrowa. Dużo pisałam o Kadyrowie – że się otacza bandytami zamieszanymi w porwania ludzi, zabójstwa i kradzieże, że w wyniku machinacji przejął wielkie pieniądze i że w przeszłości był związany z porwaniami ludzi. Uważam, że moi czytelnicy powinni rozumieć sytuację, dlatego tak istotne jest przekazanie im informacji o Kadyrowie. Trwają przygotowania do wyborów w Czeczenii, ludzie powinni iść na nie z otwartymi oczami. Takie rozmowy, jak z owym ochroniarzem, od razu przerywam.
Czy warto ryzykować życiem dzieci i pisać kolejny tekst?
Dla mnie to najbardziej bolesny aspekt mojej pracy. Myślę jednak, że moje dzieci są odważne i rozumieją, co robię. Umieją żyć w poczuciu niebezpieczeństwa. Pilnują się, wychodząc z klatki schodowej. Widzą, kto stoi w pobliżu i czy coś leży pod samochodem. Niestety, tak wygląda nasze rosyjskie życie. Cały czas mam poczucie nadciągającego niebezpieczeństwa, ale ryzyko to część tego zawodu. Zresztą nigdy nie wiemy, jaki jest poziom zagrożenia, dopóki groźba nie zostanie spełniona.

Rozmawiał Andrzej Zaucha Moskwa, RMF FM

Press 08/03


Anna Politkowska została zamordowana 7 października w Moskwie. Politkowska, w ostatnich latach dziennikarka niezależnego rosyjskiego dziennika “Nowaja Gazieta”, miała 48 lat. Urodzona w USA córka radzieckiego dyplomaty była autorką kilku książek m.in. ”Druga wojna czeczeńska”, jednak przede wszystkim ceniono jej krytyczne wobec władz artykuły, w których opisywała wojnę w Czeczenii. Znana była z odwagi i obrony praw człowieka. Negocjowała z terrorystami w teatrze na Dubrowce w 2002 roku.
Zdaniem Wiktora Batera, korespondenta telewizji TVN w Rosji, jej śmierć jest dużą stratą dla rosyjskiego dziennikarstwa: – Jako jedna z nielicznych poruszała rzeczy dla Rosjan najważniejsze i niewygodne dla rządu.
Rosyjska opozycja jest przekonana, że było to typowo polityczne zabójstwo, zwłaszcza że Politkowskiej wielokrotnie wcześniej grożono, dwa lata temu próbowano ją otruć. ”Nowaja Gazieta” zapowiedziała własne śledztwo i wyznaczyła nagrodę za wskazanie zabójcy Politkowskiej. W najbliższym numerze gazety ma się ukazać tekst o tematyce czeczeńskiej autorstwa zamordowanej dziennikarki.
Reporterzy bez Granic przypomnieli słowa dziennikarki z konferencji w Wiedniu, gdzie oświadczyła: ”Ludzie czasem płacą życiem za mówienie głośno tego, co mówią. Mogą nawet zginąć za dostarczenie mi informacji. Nie jestem jedyną osobą w niebezpieczeństwie. Mam na to dowody”.
wyślij znajomemu : powrót

Wywiad

Nie zamykamy się w zaścianku

Rozmowa z Barbarą Krajnc, executive director festiwalu reklamowego Golden Drum w Portorożu 
 

w najnowszym "Press"

Ranking agencji PR

Ile zarabiają agencje public relations. Czytaj dalej >>  
 

wydarzenia

Gala Grand Press Photo 2016

5 maja 2016 w warszawskim kinie Kultura ogłosiliśmy laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Fotografii Prasowej Grand Press Photo 2016. 
 

Street art, music & fun

W Hard Rock Cafe w Warszawie bawili się klienci "Tygodnika Angora" 
 

ankieta

Kto zostanie Dziennikarzem Roku 2015? 

Bogusław Chrabota
Katarzyna Janowska
Konrad Piasecki
Tomasz Sekielski
Filip Springer
Grzegorz Sroczyński
Ewa Wanat
Rafał Woś
Krzysztof Ziemiec
ktoś inny
 

oglądalność TV

TVN wciąż przed Jedynką. 
 

przegląd prasy

Skarb Państwa reklamuje się w "Gazecie Polskiej", "W Sieci" i "Do rzeczy"
wyborcza.biz
Cyfrowy Polsat zwiększył zysk
Pb.pl
Instagram - kopalnia danych osobowych dla złodziei tożsamości
Bankier.pl
Wystartował polski Business Insider! Jaki będzie?
eFakt.pl
TVP wyciąga przeszłość szefowej firmy Nielsen. Badania niewiarygodne, bo robiła sondaże w PRL
"Gazeta Wyborcza"
Rynek reklamy: Daleka droga do państwowego domu mediowego
"Gazeta Prawna"
Statistica: Kto i jak zapłaci składkę audiowizualną?
Wirtualna Polska
 

dziennikarskie w(y)padki

Dajemy wszystko na wizję

Pomyłki, lapsusy językowe, głupie pytania i inne wpadki znalezione w Internecie 
 

forum

 

przegląd blogów

 
 
 
Login:
Hasło:

zapomniałem hasła
Nie masz jeszcze konta?
Załóż konto!
 

Gadżety w prasie

Zobacz co można obecnie kupić z polską prasą
 

najczęściej czytane newsy w tygodniu

Press
www.press.pl
Press sp. z o.o. sp.k.
ul. Trybunalska 3
60-325 Poznań
Grand Press
www.grandpress.pl
Grand Press Photo
www.grandpressphoto.pl
Presserwis
www.presserwis.pl
Press Euro
www.presseuro.pl
Press Cup
www.presscup.pl
© Press sp. z o.o. sp.k. Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.