Serwis o mediach i reklamie

O nas Pressletter

Dział: KSIążKI

Dodano: Listopad 03, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

„Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”

Press

Aneta Prymaka-Oniszk
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2016

Środek wielkiej wojny. Imperium rosyjskie zaczyna przegrywać, front coraz bardziej cofa się w głąb jego terytorium. Wszyscy mieszkańcy dzisiejszego Podlasia niepokoją się, co przyniesie jutro. Z dala widać łunę palonych pól, czasem słychać huk wystrzałów. Front nadchodzi, czas uciekać. Bo przyjdą „giermańce” i „obetną babom cycki”. Czas uchodzić, czas na „bieżeństwo”. To rosyjska nazwa na uchodźcę. Tak zaczyna się exodus nawet kilku milionów ludzi w głąb Rosji – a gdy tam zaczyna się rewolucja bolszewicka, niecałe dwa lata później większość tych, którzy przeżyli, wraca do odrodzonej Rzeczypospolitej. Idą w nieludzkich warunkach, w słońcu, deszczu, na mrozie, praktycznie bez zapasów jedzenia czy picia, znajomości języka, obyczajów, terenu ani nawet bez celu podróży. Byle uciec przed wojną, przed „giermańcami”.

Książka Anety Prymaki-Oniszk jest tekstem osobistym: jej babcia brała udział w tym wielkim i zapomnianym marszu na wschód i z powrotem. Nie jest to piękna historia. Ale to pięknie, z reporterskim zacięciem przedstawiona opowieść o ogromnej tragedii, jaka dosięgła tych ludzi, o których nikt się nie upomniał. Niewielu z nich prowadziło pamiętnik czy jakiekolwiek notatki z podróży – w większości uciekali chłopi. Autorka wykonała więc benedyktyńską pracę, próbując zebrać te opowieści. Język książki oddaje ulotność wyłapanych fragmentów, wspomnień, fakty poparte są badaniami, ale przede wszystkim historiami ludzi. I to jest ogromnym atutem książki – oddaje głos ludziom, którzy go nigdy nie otrzymali, choć mają ogromną historię do opowiedzenia. Pozycja koniecznie warta przeczytania. Tym bardziej że to temat aktualny, choć dzisiejszy „bieżeńcy” mają dużo więcej możliwości, by ich historii wysłuchano.

AMS

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY

Dział: KSIążKI

Dodano: Listopad 03, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

„Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym”

Press

Maciej Czarnecki
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2016

Gdy miałam osiem lat, spadłam z karuzeli na podwórku. Malowniczo rozbitym nosem zadawałam potem szyku w szkole, a mrożące krew w żyłach opowieści, w których prędkość karuzeli przekraczała prędkość światła, dały mi w klasie pięć minut sławy.

Gdyby rzecz działa się współcześnie w Norwegii, sprawą zaniepokoiłby się któryś z nauczycieli. Kto wie, może to nie wypadek, tylko cios gwałtownego rodzica… Do szkoły natychmiast przyszłyby panie z Barnevernetu – norweskiego Urzędu Ochrony Praw Dziecka. I zależnie od tego, co bym im powiedziała lub zmyśliła, poszłyby sobie z powrotem albo założyły sprawę. Która też mogłaby się różnie potoczyć.

Maciej Czarnecki opisuje w swojej książce kilka przypadków interwencji Barnevernetu wobec polskich rodzin w Norwegii. Zaczyna się zwykle od tego, że dziecko przychodzi do szkoły z sińcem czy małą ranką na twarzy. Albo zachowuje się dziwnie. Albo sąsiedzi uznają, że w domu źle się dzieje. Czasami mają rację i wtedy odebranie dziecka rodzicom chroni je przed krzywdą. W innych przypadkach taka interwencja nie jest potrzebna. Jeśli rodzice mają na tyle zimnej krwi, żeby to urzędnikom spokojnie wytłumaczyć, a urzędnicy rozumieją, sprawa kończy się bez dramatycznej separacji. Są jednak przypadki – i o nich w mediach najgłośniej – odbierania dzieci rodzicom, którzy niczym nie zawinili. Skutki bywają tragiczne. 15-letnia córka Basi zbuntowała się przeciwko obowiązkom domowym i nakłamała Barnevernetowi, żeby się wyrwać do rodziny zastępczej. Kiedy matka ją odzyskała, dziewczyna była już uzależniona od narkotyków. Marta, próbując „odbić” odebraną jej trójkę dzieci, trafiła do więzienia. Historii bez happy endu jest więcej.

Czarnecki, dziennikarz działu zagranicznego „Gazety Wyborczej”, nie ocenia, czy Barnevernet jest dobry czy zły. Przedstawia zarówno plusy, jak i minusy działania tej instytucji, szkicuje krótko historię Norwegii i przyczyny innego niż w Polsce podejścia do relacji rodziców i dzieci. Rozmawia z rodzicami, norweskimi i polskimi urzędnikami oraz ekspertami. Stara się oddemonizować instytucję, która w polskich serwisach o Norwegii jawi się jako urząd do zabierania dzieci. Żeby czytelnik mógł ją zrozumieć, bo zrozumienie to lekarstwo na strach.

RUT

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY