Serwis o mediach i reklamie

O nas Pressletter

Dział: KSIążKI

Dodano: Listopad 03, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

„Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast”

Press

Filip Springer
Wydawnictwo Karakter
Kraków 2016

To pierwszy taki reporterski projekt dokumentalny. Filip Springer postanowił na własne oczy zobaczyć i sprawdzić, jak żyje się na polskiej prowincji, w średniej wielkości miastach, które kiedyś były stolicami województw, ale w roku 1999 ten przywilej straciły. Do pracy wciągnął lokalnych współpracowników, którzy wynajdywali dla niego ciekawe miejsca i ludzi, wyjaśniali miejscową specyfikę, a czasem po prostu ostrzegali autora, żeby nie zachwycał się czymś, co nie jest takie, jakie się z pozoru wydaje.

Springer nie byłby jednak sobą – dobrym i krytycznym obserwatorem – gdyby komukolwiek dał sobą sterować. Dlatego „Miasto Archipelag”, jak każda jego książka, jest subiektywnym reportażem o miejscach i ludziach, przefiltrowanym przez jego doświadczenia i czułą ironię. Sporo w tym jego spojrzeniu jest zrozumienia dla zgorzknienia, które siłą rzeczy wielu jego bohaterów dotknęło. Lecz największą wartością tej książki są te miejsca i ci ludzie, którzy wybrali życie w miastach, gdzie czas płynie wolniej. Jak Janusz Skrzypczak, właściciel antykwariatu w Lesznie, który udowadnia, że życie najlepiej smakować powoli. I dlatego zbiera przedmioty, które czas zamknęły w sobie. Jak grupa Stforky z Zamościa – dowcipnisie, którzy nie chcą stamtąd wyjeżdżać, bo to miasto idealne dla nich. Brakuje im tylko ciekawych imprez, których sami by nie musieli robić. Albo komputerowcy z firmy Code & Pepper z Suwałk – gdzie praca programistów dla klientów z Ameryki trwa osiem godzin dziennie, więc ok. 16, gdy w warszawskim Mordorze ludzie wracają dopiero z lunchu do biur, oni są już w swoich domach na obiedzie.

Ta książka jest niezwykła w swej pozornej zwykłości. Filip Springer znów udowadnia, że w jego wykonaniu życie staje się literaturą, a pewnie nawet sztuką. By trudu przygotowania tej książki nie zmarnować, wspólnie z lokalnymi współpracownikami zakłada teraz fundację, która ma się zajmować Polską lokalną.

CP

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY

Dział: KSIążKI

Dodano: Listopad 03, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

„Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”

Press

Witold Szabłowski
Wydawnictwo Znak
Kraków 2016

Nie sposób nie zgodzić się z jednym zdaniem Hanny Krall zacytowanym na tylnej okładce tej książki: „Dowiecie się – jak wielkie może być zło i jak wielkie dobro potrafi być. I nie zapomnijcie pomyśleć, co wy byście wtedy...”. To prawda, najnowsza książka Szabłowskiego cały czas każe o tym myśleć. Gdy czyta się opowieści ocalałych z rzezi wołyńskiej Polaków, ale też Ukraińców, którzy ryzykowali życie, by Polaków (bądź Żydów) ratować, kołacze się w głowie myśl, że niemożliwym jest, by człowiek do czegoś takiego mógł się posunąć, jeśli chodzi o wyrządzenie zła, oraz by stać go było na taki heroizm, jeśli chodzi o czynienie dobra. Czytelnik mimowolnie stawia się na miejscu bohaterów i nie jest pewien, czy by ten egzamin zdał.

Nie wiem, co przeżywał Szabłowski, słuchając tych wszystkich opowieści (a wziął ich na siebie naprawdę wiele), ale nawet czytając je, już tylko w kilku zdaniach podane, robią przerażające wrażenie. Wielką robotę wykonał ten reporter, docierając, często w ostatnim momencie, do świadków historii, której wielu z nas po prostu nie zna. I rzuca naszymi emocjami od ściany do ściany: obok okrutnych Ukraińców pokazuje też złych Polaków, a obok dobrych Polaków stawia nam za wzór Ukraińców. Nie ocenia, nie oskarża, spisuje świadectwo. Udowadnia, że w trudnych, okrutnych czasach największym bohaterstwem jest zachować się po ludzku, choć to bardzo trudne. Opowieści jego bohaterów potwierdzają, że nie ma jednej prawdy o Wołyniu oraz że lata PRL i ZSRR jeszcze bardziej tę historię zapętliły, czyniąc dodatkową krzywdę ludziom obu narodowości. To świetny reportaż, a Szabłowski zrobił wszystko, by zafundować czytelnikowi zdziwienie i niespodziankę tam, gdzie się dało. Jak mówi, dawniej temat Wołynia w ogóle by go nie porwał, musiał do niego dojrzeć. Dobrze, że jego bohaterowie tego doczekali.

RG

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY